Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 32 min czytania

Przypadki szczególne - Kaśka.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przypadki szczególne - Kaśka.

Poniedziałek rano. Tuż po sylwestrze. Kaśka obudziła się gwałtownie i powiedziała na głos: - Muszę iść do psychiatry. To zadziwiające, że całonocne przemyślenia można było podsumować tak krótkim zdaniem. - Tak, muszę iść do psychiatry, to jedyne wyjście. - próbowała uzmysłowić sobie tę konieczność. Przez dłuższą chwilę siedziała na łóżku zamyślona, próbując przypomnieć sobie nocny sposób dedukcji. Różowy króliczek na jej koszuli nocnej uśmiechał się do świata, ale Kaśce niebardzo było do śmiechu. Potwornie bolała ją rozcięta szkłem ręka. Stwierdziła jeszcze, że żadne ludzkie gadanie tak nie męczy, jak własne słyszane w głowie. Ewidentnie coś się z nią działo. Ostatnio prowadziła długie dysputy z samą sobą wyłączając świadomość na tyle, że kilkakrotnie ucięłaby sobie palec krojąc pieczywo, kierowcy trąbili na nią, bo bezmyślnie wchodziła na pasy, dała się oszukiwać w sklepie przez najtępszą, zaledwie po podstawówce, dziewuchę stojącą przy kasie. Takie sytuacje zaczynały jej trochę przeszkadzać. Kiedy znajomi nie mogli znaleźć z nią już żadnego wspólnego mianownika w prozaicznych sytuacjach dnia codziennego, zaczęła przyglądać się wnikliwiej sobie i sposobowi postrzegania przez siebie rzeczywistości. Traciła kontrolę.

Przez tak zwany przypadek znalazła pracę w dużej firmie windykacyjnej, gdzie logiczne, błyskotliwe myślenie wymagane jest już od progu, a ona ostatnio często gubiła sens wypowiedzi. Chwilami bredziła. W delikatny sposób zwróciła jej na to uwagę firmowa koleżanka Marysia. Delikatnie na tyle, na ile było ją stać. Siedziały w barze na ostatnim wspólnym przed przerwą świąteczną lunchu. Zamówiły to, co zwykle: żurek z białą kiełbasą i naleśniki z pieczarkami. Ciężkie na żołądek, ale smaczne. Jadły dość szybko. Przed świętami trzeba było pozamykać wszystkie zaległe sprawy, tym bardziej, że dyrektor ponaglał. Między kęsami padały jakieś ogólnikowe spostrzeżenia, na roztrząsanie osobistych dylematów tym razem niebardzo był czas. Marysia jednak zamierzała stać się głosem firmowego team'u i głośno, bez zbędnych wstępów i przysłowiowego owijania w bawełnę, zakomunikowała Kaśce: - W firmie podejrzewają, że ćpasz, a niektórzy gadają, że nie wytrzymałaś napięcia i ci odwaliło. Na wpół obecną Kaśkę, takie stwierdzenie podziałało, jakby ktoś trzasnął ją w potylicę kijem do baseballu. Mocna rzecz. - Co? - zapytała trochę za głośno. - Czego się drzesz!? - skarciła ją Marysia rozglądając się po sali. - Powtarzam ci tylko to, co mówią za twoimi plecami. Zresztą sama się zastanawiam, co się z tobą dzieje? Jesteś jakaś nieobecna! - Coś jeszcze mówią? - dopytywała zrezygnowana Kaśka. - Słyszałam w toalecie, jak dziewczyny opowiadają sobie o twoich dziwnych zachowaniach, a szczególnie głośno nadal komentują twoją wpadkę. - ściszonym głosem dodała Marysia. - Dlaczego dopiero teraz mi to mówisz? - Kaśka stawała się coraz bardziej smutna. - Przecież widzę, co się z tobą dzieje, nie chciałam ci jeszcze dokładać zmartwień. A po tej ostatniej pomyłce..... - nie dokończyła. - Kaśka... - Marysia zaczęła znowu. - Czy ty masz jeszcze jakieś kłopoty? Wiem o tych firmowych, ale może coś w domu, a może masz problemy ze zdrowiem?... Od jakiegoś czasu nie jesteś sobą, zachowujesz się..... jak jakaś psychiczna. - Marysia w końcu wyrzuciła to z siebie. Kaśka nie zdążyła nic powiedzieć, w Marysi telefonie zabrzmiała przypominajka, musiały już wracać do pracy. Spojrzały tylko wymownie na siebie, zapłaciły za jedzenie i poszły do biura bez słowa. Obie ze spuszczonymi głowami. Tej nocy Kaśka niewiele spała. Zastanawiała się, czy jutro pójść do pracy. Dyrektor organizował spotkanie wigilijne. Teraz, gdy wiedziała, co o niej mówią, wstydziła się spojrzeć dziewczynom w oczy. Zaraz jednak budził się w niej gniew, że to nie ona powinna się wstydzić, tylko te wszystkie fałszywe małpy obgadujące ją po kątach! - Tylko, że one mają rację. - podpowiadał jej drugi głos. Rano kilkakrotnie nastawiała "drzemki" w telefonie, nie miała siły wstać. Postanowiła, że jednak pójdzie na to spotkanie. Chciała zobaczyć się z Marysią. Kiedy obie złożyły sobie świąteczne życzenia, a Marysia poszła ściskać się z innymi dziewczynami, stało się to, czego obawiała się najbardziej. Zauważyła najpierw chaotyczną dyskusję w grupce dziewczyn, niemal kłótnię i nagle z kręgu wypchnięto Helenkę, która nieśmiało kroczyła ku Kaśce. Jakby bojąc się jakiegoś ataku, z odległości półtora metra od niej, powiedziała: - Dużo zdrowia Kasiu, od całego zespołu! Wesołych Świąt! - i czmychnęła, jak kot skropiony wodą. - Dziękuję i nawzajem. - powiedziała w zasadzie w pustą przestrzeń, bowiem stała już sama. W tłumie nie mogła zauważyć Marysi. Ostatkiem sił, na chwilę powstrzymała potok łez i pobiegła do najbliższej windy. Nie wiedziała nawet, jak dostała się do mieszkania. Zamknęła drzwi, wyłączyła telefon. Udawała przed całym światem, że jej nie ma. Obudziła się rano z bólem karku i pleców. Spała na fotelu. Wieczorem nie miała siły, żeby umyć się i położyć do łóżka. Jak nigdy wcześniej, potrzebowała teraz towarzystwa ludzi jej bliskich i życzliwych. Na święta pojechała do rodziców, do rodzinnego miasta. Pragnęła spotkać starych znajomych. Na ciepłe uczucia ze strony ojca i matki niebardzo liczyła. Chciała, aby klimat szczenięcych lat powrócił choć na chwilę, chciała przypomnieć sobie "normalność". Przez te kilka dni pilnowała bardzo by zachowywać się "normalnie". Była tym wyczerpana. Myśli kłębiły się w jej głowie, a wstręt do "brudnych" przedmiotów narastał z każdą chwilą. Pobyt w rodzinnym domu jeszcze bardziej pogłębiał stan Kaśki. A liczyła na to, że opamięta się, gdy zobaczy matkę, przyjrzy się znów jej manii, i przypomni sobie swoje młodzieńcze obietnice. Mama Kasi była pedantyczną panią domu. Przed świętami dawała szczególny popis swoich możliwości. Każdy okruszek na podłodze czy obrusie był natychmiast zauważany i usuwany. Swojego czasu dom rodziców Kasi był pełen gości. Teraz terroryzowani przez oszalałą na punkcie czystości panią domu, nie mieli ochoty na stresujące odwiedziny. Mama Kasi tłumaczyła sobie malejące grono znajomych tym, że pewnie za mało starań wkładała w prowadzenie domu, coś musiało odpychać ludzi, więc jeszcze zdwoiła wysiłki. Wtedy zrezygnowali nawet ci najwytrwalsi znajomi. Kaśka już jako nastolatka obiecała sobie, że nigdy nie popadnie w manię sprzątania, jak jej matka. Miała paczkę znajomych, których odwiedzała i mogła obserwować normalne matki. Spędzała, więc u przyjaciółek mnóstwo czasu. Jej własna matka, była dobrą kobietą, ale nagromadzone przez lata kompleksy, musiały mieć swoje ujście. Opanowała, więc do perfekcji sztukę dbania o dom. W tym nie miała sobie równych. Co więcej, zawsze szczyciła się swoim talentem przed znajomymi, ale ci nie mieli ochoty słuchać o idealnych sposobach na spieranie trudnych plam. Sąsiadki nie mogły porozmawiać z nią nawet o serialach, bo nie oglądała telewizji. Zawsze w domu było coś do zrobienia. Gdy tylko Kaśka zdobyła maturę, zaczęła szukać odpowiednich dla siebie studiów, tych jak najdalej od domu. Krótko mówiąc chciała uciec, żeby nie zwariować. Dostała się na filozofię. Odległość trzystu kilometrów była wystarczającym powodem, żeby odwiedzać rodzinne strony tylko w wielkie święta. W wakacje, zarabiała na czesne. Kasia z każdym rokiem stawała się coraz bardziej niezależna od rodziców. Szybko znalazła pracę w firmie windykacyjnej. Cieszyła się, że zakres jej obowiązków był szeroki. Dwoiła się i troiła, żeby podołać obowiązkom i pół roku temu, pękła pod ich naporem. Jej błąd kosztował firmę spore pieniądze. Absorbująca wszystkie myśli praca, była dla Kaśki do tej pory ucieczką od problemów rodzinnych i osobistych. Była 30 - letnią samotną i zmęczoną swoim życiem singielką, bez perspektyw towarzyskich. Marysia firmowa koleżanka, ceniła sobie towarzystwo Kasi, ale tylko na polu służbowym, na tzw. "imprezki", chodziła ze swoimi znajomymi. Kaśka gniła, więc w domu sama. Czasem chodziła do kina czy do teatru, ale nie było to bardzo zabawne, gdy po wyjściu nie miała z kim przedyskutować wrażeń. Teraz, kiedy jej kariera wisiała na włosku, wewnętrzne, osobiste frustracje zaczęły bulgotać w głowie niezwykle głośno.

Kasia więc tak, jak jej mama znalazła sobie problem zastępczy. Zdrowie. Myślała: - Kaśka dasz wszystkiemu radę! Musisz się tylko wziąć w garść! Nie możesz się rozłożyć. Dbaj o siebie dziewczyno! Tym bardziej, że: przecież wszystko dokoła jest obsiane zarazkami. Każdy przedmiot dotykały lub dotykają tysiące różnych ludzi. Trudno określić, jakie szczepy bakterii czy wirusów czają się na ich powierzchni. Musisz o tym pamiętać!

I tak to się zaczęło. Wszystkie możliwe powierzchnie w domu zostały przez nią najpierw zdezynfekowane, przykryte, obłożone w różne folie i zabezpieczone przed osiadaniem kurzu. Kasia zaczęła na co dzień nosić białe rękawiczki by widać było czy dotykany przez nią przedmiot jest brudny. Do nowego stylu, dołączyła też chustę, apaszkę, w każdym razie coś, czym można było zasłonić twarz w trakcie rozmowy z ludźmi i wydychanymi przez nich zarazkami. Doszło do tego, że przestała korzystać z komunikacji miejskiej, bo na samą myśl o przewijających się tam tysiącach ludzi, chorych, bezdomnych, brudnych po pracy, dostawała napadu paniki. Swoją obecność ograniczyła do miejsc, do których mogła dojść na własnych nogach. W każdym miejscu, czy w pracy, czy w drodze do niej, Kaśka zastanawiała się, gdzie są zarazki.

Minęły święta. Kaśka miała iść do pracy aż po Nowym Roku. Wszyscy dyskutowali o tym, gdzie i z kim spędzą sylwestra. Kaśka w ogóle się nad tym nie zastanawiała, chciała podjąć w końcu jakieś decyzje dotyczące jej dalszego życia. Stwierdziła, że sylwester to dobry czas na przemyślenia. Nie wyobrażała sobie, jak musiałaby uważać, gdyby trafiła w upojone alkoholem, wszystko przewracające i rozlewające towarzystwo imprezowiczów. Zresztą chyba już nie potrafiła się bawić. Zresztą nie chciała ruszać się z domu, gdzie panował prawie idealny porządek, ponieważ obiecała sobie, że na okres świąt zdejmie rękawiczki, tylko apaszka zostanie. Dzień przed sylwestrem, po południu, rozległ się dzwonek domowego telefonu. Wszyscy domownicy zamarli, już dawno nikt do nich nie dzwonił, a przecież Kasia stała obok. To ona zdecydowała się podnieść słuchawkę osłaniając ją najpierw chusteczką higieniczną, niby przez przypadek oczywiście. Rodzice nasłuchiwali. - Słucham! - zapytała niepewnie Kasia. W słuchawce rozległ się pisk, potem wrzask radości. Nieco później dało się usłyszeć: - Kaśka? To ty?! - pytała młoda, niezwykle podniecona kobieta. - Tak. Kto mówi? - zapytała coraz bardziej zaciekawiona Kaśka. - Matko jak dobrze cię słyszeć! Tu Gośka Bułczyńska. - Gosia?! O cześć! Co słychać? - dawno już nie było takiej radości w głosie Kasi. - U mnie rewelacja! Niedługo będę mamą, jestem w 7 miesiącu, wiesz? - ekscytowała się Gosia. Dawna "Buła". - Pewnie teraz to przezwisko pasuje do niej najlepiej - pomyślała Kaśka. - To gratuluję! Bardzo się cieszę! Dużo zdrowia życzę tobie i twojemu maleństwu. A czy?..... - Kaśka miała właśnie zapytać, jak jej koleżanka dba o siebie w ciąży, bo to wyjątkowy okres i miałaby dla niej ewentualnie kilka dobrych rad, ale się powstrzymała. - Dzięki! A czy co? O co chciałaś zapytać? Bo ja dzwonię z zaproszeniem na sylwestra. - powiedziała Buła. - Na sylwestra? - z zakłopotaniem powtórzyła Kasia. - No! Usłyszałam, że jesteś wreszcie w domu, dawno się nie widziałyśmy, tyle lat do obgadania, pewnie trochę się zmieniło od czasu, kiedy razem siedziałyśmy w jednej ławce w liceum! - zaśmiała się Buła. - Trzeba się spotkać! - kontynuowała. - Będzie kilku znajomych mojego męża. O właśnie musisz go poznać! Ale my możemy usiąść sobie w kątku i poplotkować, a oni zajmą się sobą! Chyba, że chcesz spędzić sylwestra z rodzicami...? - dodała już ciszej. - Gosiu bardzo mnie zaskoczyłaś tą propozycją. Po pierwsze ja nie bardzo nadaję się ostatnio by pokazywać się w jakimkolwiek towarzystwie. A po drugie nie mam się w co ubrać na taką okazję.- szczerze odpowiedziała Kasia. - Kaśka nie piernicz! Nikt gorzej niż ja z wielkim brzuchem w dresach nie będzie wyglądał, w nic już się nie mieszczę! - zaśmiała się pod nosem. - Jutro około 20-ej mój mąż podjedzie pod twój dom i przywiezie do nas, bo za dużo by tłumaczyć, gdzie mieszkamy, prześpisz się u nas, wszystko już zaplanowane. Nie rób mi tego. Zresztą kobiecie w ciąży się nie odmawia! - Gosia daj mi się chociaż zastanowić... - prosiła Kasia. - Nie ma się nad czym zastanawiać! Kasiu bardzo miło będzie mi ciebie spotkać i uściskać. Przyjedź. - przekonywała Gosia. - No dobrze. Chętnie cię zobaczę Buła! - zażartowała Kaśka. - No, to rozumiem! ? Bardzo się cieszę! Pozdrów rodziców ode mnie! Do jutra! - rzuciła do słuchawki i już jej nie było. - Do jutra! - powiedziała już do siebie. Rodzice nadal stali podsłuchując rozmowę. - Macie pozdrowienia od Gosi Bułczyńskiej, mojej koleżanki z ławki z czasów liceum. Zaprosiła mnie na sylwestra. Przyjęłam zaproszenie. - powiedziała ostatnie zdanie tak, jakby sama w to, nie wierzyła. - Pozdrów ją jutro od nas! - powiedziała mama. - Dziękuję pozdrowię. I poszła do swojego pokoju, żeby jeszcze raz przeanalizować sytuację. Pierwszą myślą jaka oczywiście zaświtała jej w głowie było - tam musi być czysto! W końcu ciężarna nie będzie narażać zdrowia swojego dziecka stykając się z bakteriami. Po drugie - na pewno nie będzie tam żadnej libacji, bo pijani mogą zagrażać dziecku. Matka dziecka na to nie pozwoli. Po trzecie - wcale nie muszę tam spać, mogę zamówić taksówkę nad ranem i wrócić do domu. Jak mi się tam nie spodoba też mogę to zrobić. Po czwarte - może to naprawdę będzie miłe spotkanie? Po piąte - w co ja się ubiorę, żeby nie zmarznąć i żeby się nie przegrzać. Zmiany temperatur są zdradliwe! Rozważała mnóstwo innych scenariuszy, włącznie z tym co zrobi, kiedy ktoś przyjdzie zakatarzony itp. Tak zmęczyła się tym planowaniem, że zasnęła w ubraniu, tym razem na tapczanie. Od rana zastanawiała się co ubierze i co o sobie opowie Bule. Będzie musiała mieć pełną kontrolę nad sytuacją. - Dam radę! - pomyślała. Zgodnie z umową mąż Gosi przyjechał 5 minut przed 20-tą. Kasia była już gotowa od 18-ej. Niecierpliwie czekała na rozwój sytuacji tego wieczora. Zadzwonił do drzwi frontowych. Natychmiast mu otworzyła. Stała już ubrana. - Dobry wieczór. Jestem Krzysztof Orłowski, mąż Gosi. Pani Katarzyna? - Dobry wieczór. Miło mi pana poznać. Już jestem gotowa. Możemy iść. - odpowiedziała, ale nie podała mu ręki, przecież trzymał przed chwilą brudną kierownicę. - Mamo, tato szczęśliwego Nowego Roku, wychodzę! - krzyknęła. - Bawcie się dobrze! - usłyszała w odpowiedzi. - Zapraszam. - szarmanckim gestem Krzysztof wskazał jej samochód. Na szczęście otworzył drzwi do auta i sam je też zamknął. Uniknęła, więc dwóch "zagrażających" jej zdrowiu sytuacji. Nie jechali długo. Faktycznie trudno byłoby do nich trafić komuś jadącemu tam po raz pierwszy. Po drodze mąż Gosi zagadnął ją w zwyczajowy sposób: - To pani jest koleżanką mojej Gosi, siedziałyście słyszałem cztery lata w jednej ławce, dobrze zostałem poinformowany? - miał miły niski głos. - Tak. Byłyśmy sobie bardzo bliskie. - odpowiedziała uspakajając oddech. - Gosia bardzo się ucieszyła, kiedy dowiedziała się, że Pani odwiedziła rodziców. Od razu pomyślała o spotkaniu. - Bardzo mnie zaskoczyła swoim zaproszeniem. Mam nadzieję, że będę pasować do pańskiego towarzystwa. - Co też pani opowiada, na pewno będziemy bawić się szampańsko! - zapewnił ją. Kaśka cały czas zastanawiała się czy on jest przeziębiony. Miał zaczerwieniony nos. Nie wiedziała czy z przemarznięcia, czy od wycierania w chustkę? Do tej pory jednak nie kichnął, ani nie pociągnął nosem. To był dobry znak. Na szczęście miała do czynienia z dżentelmenem. Gdy dojechali na miejsce, otworzył jej drzwi samochodu. Puścił ją przodem, otworzył drzwi frontowe domu i pozwolił wejść…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%