Psychologia · 11 min czytania
Przypadki z życia i okoliczności przeżycia pana de
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PRZYPADKI Z ŻYCIA I OKOLICZNOŚCI PRZEŻYCIA PANA DE POUNNET
Pan de Pounnet, człowiek, który właściwie nie nosił tego nazwiska, ale jako że prawdziwe jego nazwisko wydaje się mało istotnym (pozostanie więc Panem de Pounnet albo panem de Pounnet), minął trawnik przykryty warstwą zleżanego brudnego śniegu i wszedł do budynku urzędu skarbowego. Czekam na wiosnę, westchnął wcześniej. Rozpoczynał się kolejny dzień, w którym pan de Pounnet wpadał w urzędowy płaszczyk. Trudno nazwać to teatrem jednego aktora. Podnosząc wzrok natknął się na pana Karpińskiego, faceta w średnim wieku, zdecydowanie nie mogącego pogodzić się z własnym losem urzędnika-przeciętniaka, z pewną dozą rozpaczy usiłującego ratować tę nieubłagalnie przemijającą krztę młodości przez noszenie młodzieżowych, o rozmiar co najmniej za małych t-shirtów. O jakże godnym pogardy był! - Próbowałeś kiedyś XYZ? – rozpoczął napotkany. Pan de Pounnet rozłożył szeroko ręce w geście dezaprobaty. – No bo po tym jest tak – ciągnął Karpiński – że wydaje ci się, że coś robiłeś, ale nie wiesz do końca czy zrobiłeś to naprawdę czy też np. ci się to śniło. Podobno – zaznaczył. - Ciekawe – rzucił zza biurka (bo zdążył już usiąść za biurkiem), właściwie to liczył, że rozmówca zauważy jego szczególną niechęć do dialogu. Tak też się stało. Karpiński, całkiem jednak niezrażony nieuprzejmością, zsunął się z krawędzi biurka i poszedł sobie. Coś jednak pozostało po tym krótkim monologu w głowie pana de Pounnet. Nie brał nigdy XYZ, nie zażywał żadnych narkotyków w ogóle, a mimo to przypominał sobie, że podobna sytuacja kiedyś się wydarzyła. Przedziwne. Chociaż może całkiem normalne. Otóż pewnego razu z wielkim zapałem tłumaczył przyjacielowi skomplikowane niuanse podatkowego prawa, kiedy rzucił nieumyślnie „…wtedy, kiedy byliśmy razem na rybach.” Cóż za fatalna pomyłka. Pan de Pounnet wędkował po raz ostatni w wieku lat dziesięciu, kiedy ojciec wziął go nad jezioro. Z przyjacielem nigdy na rybach nie był. „Ależ drogi przyjacielu, myśmy nigdy na rybach nie byli!” Fatalnie, fatalnie! Jak można było tak się omylić. Rumieniec rozlał się wówczas na policzkach pana de Pounnet. Moment wcześniej dałby skrócić się o dłoń, że wyciągał solidne szczupaki z gęstej wody przy aprobacie owego przyjaciela. Musiało mi się przyśnić, zdobył się na refleksję.
„Drogi panie kolego, rozmowa z panem ubliżałaby mojej własnej godności osobistej, dlatego też z całą stanowczością zaprzeczam, jakobym miał w ogóle przebywać w pana służbowym pokoju. Zaprzeczam i zaprzeczam z całą stanowczością po raz trzeci! Nie życzę sobie ponadto” – tutaj zapewne nadął się jak balonik – „owych skandalicznych insynuacji, jakobym miał kiedykolwiek, czy w jakichkolwiek okolicznościach kontakt z przywołanym przez kolegę specyfikiem XYZ. Wstydziłby się pan, panie kolego! Zaprawdę żenujące. Podpisano: M.K.” To jest Marian Karpiński.
Czemu zawdzięcza swoją obecność w państwowym urzędzie osoba o tak przedziwnym nazwisku? Pan Pounnet? Otóż jeśli się czytelniku zastanawiasz nad ową kwestią to wiedz, że na początku omawiałem już sprawę nazwiska, a temu zamieszaniu jest winna twoja, czytelniku, nieuwaga. Skup się zatem, czytelniku, bo nie dam się namówić do ponownego rozstrzygania tego problemu. Pan de Pounnet mógłby się nazywać panem Kowalskim, panem Marcinkowskim, czy panem Johnsonem, mógłby nosić też przepiękne nazwisko np. Levittoux, ale musiałby wtedy spłonąć, a tego panu de Pounnet nie życzę, pozostanie więc panem de Pounnet. W kilku słowach – pan de Pounnet nie nosił wcale tego nazwiska, którym go określam, ale właściwie nie ma to żadnego znaczenia, więc nim pozostanie. Na początku postawione pytanie dotyczyło wszak innej kwestii. Pan de Pounnet zawdzięcza swoją obecność w urzędzie pięcioletnim studiom na Uniwersytecie, po których tytułować się może, ale nie chce, magistrem de Pounnet. Zawdzięcza ją również, nawet pewnie bardziej temu niż faktowi poprzedniemu, znajomości osobistej z panią naczelnik, przyjaciółką szanownej pani matki pana de Pounnet. Należy podkreślić, że był to porządny obywatel, nie pozostawiający nigdy przestrzeni do hańbienia własnej godności. Jako więc obywatel porządny zaszedł pewnego razu pan de Pounnet do kaplicy miejskiej, gdzie przed samym Bogiem padł na kolana i obnażył duszę. Pan (PAN) przemówił do niego, pan de Pounnet usłyszał, że poza Kościołem nie ma zbawienia. Jako że bardzo bał się piekła, postanowił odtąd prowadzić życie nie tyle porządnego obywatela, co życie porządnego obywatela katolika. Co nie przystoi, pan de Pounnet zasiał sam sobie ziarno niepewności, czym prawdopodobnie skierował się wprost w otchłań piekielną, ale na pocieszenie pomyślał sobie, iż nie będzie zamieszkiwał jej samotnie. Bo czy w zakresie obowiązków Pana (PANA) leży zagwarantowanie lokum w tzw. niebie każdemu człowiekowi? Poza Kościołem nie ma zbawienia, a członkiem owego Kościoła staje się osoba wraz z przyjęciem tzw. chrztu. Cóż więc z milionami młodych istotek przed chrztem zmuszonych opuścić tzw. ziemski padół? A co z milionami Chińczyków, wszak oni się nie chrzczą!? Piekło jest żółte! I czy mały Jasio też musi pieklić się z milionami Chińczyków? Czy to już jest dla niego piekło? Chrzest krwi? Chrzest woli? W głowie pana de Pounnet kłębiły się pytania, przez prymitywne teologiczne rozważania popadał w herezję, teraz już jawnie, zmagał się z potwornym bólem głowy i natłokiem pytań. Myśli…