Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 28 min czytania

PRZYSTAŃ

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przystań. Rozumiana nie w sensie wydania polecenia do natychmiastowego zatrzymania się. I na przykład zadumy. A w wymiarze zupełnie innym. Jako miejsca do cumowania wielkich statków, małych stateczków, niewielkich łódek i jeszcze mniejszych łódeczek. Ot takiego domu, do którego wraca się z dalekiej podróży. Z utęsknieniem. Gdzie czeka ktoś bliski. Ktoś, komu każdego dnia powierza się swój los. Kto tęskni za nami tak samo mocno, jak my za nim. Ta niewielka przystań, kiedyś tętniąca życiem, a dziś już całkowicie zapomniana i zapuszczona plątanina długich platform ze spróchniałych starością desek, po których strach było przejść, właśnie czymś takim była dla wszystkich swych dzieci – dużych i małych łódek.. Powołał ją do życia w zamierzchłych czasach nagły przebłysk czyjegoś geniuszu A potem długa i wyczerpująca niejednokrotnie praca wielu robotników, którzy przez wiele dni i nocy ogarniali chaos. To wszystko doprowadziło do wdrożenia tak wymarzonego i dopracowanego pod każdym względem projektu. Dlatego przez wiele lat od momentu urzeczywistnienia się, stanowiła dumę tej części Wielkiego Morza, lecz przede wszystkim mieszkańców okolicznych wsi, którzy przez wiele lat czerpali z niej korzyści. Napędzała bowiem rzesze turystów, chętnie spędzających wolne chwile kąpiąc się w błękitnej i przezroczystej, jak kryształ wodzie, lub wypływając na dłuższe czy też krótsze rejsy po owym morzu w zacumowanych do niej wielu stateczkach i łódkach. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Nie jest już dumą tej części owego akwenu wodnego. Ba, nawet mieszkający od dawien dawna ludzie opuścili swe domostwa i poszli w świat. Za pracą. Za chlebem. Ucieczka turystów doprowadziła bowiem wiele rodzin do bankructwa. Straciła już dawno swą świetność i blask. Zgubiła tak ciężko i z wielkim trudem wypracowaną pozycję, jaką miała w tym regionie, na korzyść niedawno wybudowanej kilkadziesiąt kilometrów stąd innej przystani. Od wielu lat, z wyjątkiem tej jednej do dziś zacumowanej łodzi, nie gościła w swoich progach żadnej z pływających jednostek, choć zdarzało się niejednokrotnie, że mnóstwo ich przepływało obok. Lecz nie w jej ramionach znajdowały schronienie. Stąd z roku na rok starzała się coraz szybciej a czas i nieustanne fale morza zostawiały na niej ślady swoich zębów. Nieubłaganie. Oto typowy przykład, jak łatwo stracić coś, czego się nie docenia. I jak wielka jest siła przywiązania. Nie idzie tu wcale o przywiązanie w znaczeniu, które automatycznie kojarzy się ze skrępowaniem ruchów, ograniczeniem swobody, czy też pewnym rodzajem utrudnienia. A o uczucie. Była bowiem dla nas wszystkim, co posiadałyśmy. Matką, która zawsze czekała na brzegu na swe córki. A my po dniach, czy też nawet tygodniach nieobecności spowodowanych pływaniem z zamożnymi klientami po morzach i oceanach, z wielką ochotą wracałyśmy w jej objęcia. I niezależnie od pory roku czy też panującej aury zawsze miałyśmy w niej oparcie. Dawała nam otuchę i ciepło, których niejednokrotnie tak bardzo potrzebowałyśmy, a do których często przyszło nam tęsknić będąc z dala od niej. Nigdy nas nie odrzuciła. Nie zdarzyło się też, aby zapomniała o którejkolwiek z nas. Zawsze, gdy przycumowywałyśmy do niej otaczała nas spokojem błękitnej fali, kołysząc do snu byśmy mogły zregenerować siły. Uspokoić nerwy. I regenerowałyśmy. Uspakajałyśmy się. Jednakże pewnego dnia wszystkie nas przeniesiono kilka kilometrów dalej. W zupełnie nieznane nam miejsce. Tam, gdzie powstała dwa razy większa przystań. Każdą z nas przywiązano tam nawet do innego palika. Dla nas był to koniec świata. Odtąd bowiem stałyśmy się niewolnicami nowej przystani. Nigdy się z tym faktem nie pogodziłyśmy. Lecz nic na to nie mogłyśmy poradzić. Pozostała tęsknota i żal. No i my. A wśród nas jedna piękna, wręcz zachwycająca swym widokiem i wdziękiem z jakim płynęła po falach. Gdy tylko pojawiła się wśród nas, jej powab wniósł nowy powiew w nasze smętne życie. Nie pasowała do nas od samego początku, czyli od pamiętnego dnia, w którym na dobre zadomowiła się pomiędzy nami. Nie widać na niej było żadnych śladów, jakie zostawić powinny bezlitosne zęby czasu, chociaż taka powinna być kolej rzeczy. Wszystko dlatego, że wykonana została w pracowni samego mistrza. I w tym chyba należy upatrywać źródeł niesnasek, konfliktów, ale też i rozlicznych peanów, zachwytów i wzruszeń, jakich dostarczała nam od momentu swojego przybycia. To stara jak świat historia znana nie tylko w tym porcie i przekazywana z pokolenia na pokolenie, jak baśń, klechda, mitologiczna historia scalająca generacje. Myślę, że kiedy wpływała do jakiegokolwiek portu na świecie, działo się za każdym razem to samo, co stało się wtedy, gdy wpłynęła do naszej przystani. Powoli i z majestatem, godnym najpiękniejszych na świecie rzeczy przecinała lazurowe i spienione na brzegach fale. To jeszcze bardziej dodawało jej uroku. Ale i przysparzało wielu wrogów. Ci jakże często patrzyli na nią oczami nienawiści, jak na konkurencję, która zaraz odeśle inne łodzie do lamusa i zgarnie wszystkich dotychczasowych i potencjalnie przyszłych klientów, czyli wczasowiczów. Ja też tak myślałam. Pomimo tego, że wiekiem zaliczyć ją można było do najstarszej wśród nas grupy wiekowej, to jednak pod względem wyglądu, urody, estetyki i wykonania wiele z nas biła na głowę. Przy tym doprowadzała do małego zawrotu głowy i rumieńców zazdrości szczególnie najmłodsze moje koleżanki. Jej lekkość i zwinność ruchów była nie do opisania. Tak delikatnie dotykała połaci wody, że wyglądała, jakby unosiła się na niewidocznych skrzydłach tuż nad nią. Jak ptak. Jej wywarzona, pod każdym względem i w najdrobniejszym swym szczególe dopracowana sylwetka, lśniąco białe deski pokładu i burt oraz strzeliste maszty z rozpiętymi arkuszami białych żagli, dodawały jej niesamowitego uroku. Tworzyło to tak piękną kompozycję, że nawet najcudowniejszy opis nie oddałby tego, co prezentowała sobą płynąc po morzu. Nic więc dziwnego, że ta jej nieśmiertelność i witalność spływająca na nas z każdego zakamarka jej sylwetki powodowały, że natychmiast stała się obiektem naszej zazdrości. I nagle poczułyśmy się przy niej stetryczałymi staruszkami, choć wcale nie miałyśmy sędziwego wieku. Gdybym miała jednym słowem wyrazić to, co sobą prezentowała, to musiałabym chyba użyć słowa – Bóstwo. Szybko znaleziono dla niej miejsce. Zacumowała obok koleżanek przeznaczonych do połowu ryb. Brudnych. Czarnych. Niekiedy ohydnych. Biel desek, z których została zrobiona wyróżniała ją wśród innych łodzi, niczym mewę pośród wron. A złoty napis „Kasandra” na dziobie w blasku słońca rzucał piękną poświatę na lekko kołyszące się morze. I właśnie dlatego od początku czuła się bardzo nieswojo w tym towarzystwie. Jej przeznaczeniem nie było przecież wożenie złowionych ryb. Zupełnie do innych celów została stworzona. Miała bowiem przewozić turystów po morzach i oceanach, by dawać im tym rozkosz. Zapomnienie. Otuchę. Nadzieję. Wiarę. Fantastyczne wrażenia. I niezapomniane chwile. Pragnęła pływać. Ze wszech miar nic, tylko pływać. Pływać. Wciąż być na morzu. Ciąć fale i pokonywać kolejne mile morskie na pełnych żaglach. Ale nie dane jej to było. Cóż, nic na to nie mogła poradzić. Niestety, nie zawsze można mieć to, co się chce. Trzeba wtedy cieszyć się tym, co się posiada. Dlatego wciąż marzyła o innej przystani, do której mogłaby przypływać i czuć się przy niej, jak mówiła, dowartościowana. Nie po to wszak została stworzona, aby teraz stać w bezruchu. Na dodatek ta stalowa linka, którą przymocowana była do nabrzeża, ciążyła jak tona ołowiu. Lecz przede wszystkim potężnym brzemieniem wchodziła w psychikę. Jakże często ją w duchu przeklinała nie mogąc zrozumieć tego stanu rzeczy. Pragnęła przy tym, aby nagle niewidzialna siła rozerwała ją na strzępy i dała jej wolność, by mogła dryfować…, dryfować…, dryfować… i szukać w samotności ukojenia i wymarzonej przystani, przy której żaden ruch nie byłby niczym skrępowany. Gdzie mogłaby puścić wodze fantazji. Modliła się nawet o to do Boga Mórz i Oceanów. Bezskutecznie. Zaczęła nawet wątpić w jego istnienie i moc sprawczą. Przyszła też myśl, że jednak źle została wychowana, w dzieciństwie nikczemnie oszukana, nauczona idealistycznego podejścia, które w zderzeniu z okrutną rzeczywistością poniosło totalną klęskę. Lecz to i tak nic nie zmieniło. Nie wyzwoliło jej z okrutnych objęć stalowej linki. Za to niesamowicie oswobodziło jej fantazję. Tylko jak długo można żyć marzeniami? Tym bardziej, że dni mijały i mijały i nic pozytywnego się nie wydarzało, a każdy następny z racji oczekiwania wymarzonego i wyimaginowanego końca był dłuższy od poprzedniego. Koleżanki w żaden sposób nie potrafiły tego zrozumieć, więc zazwyczaj naśmiewały się z niej. Często też plotkowały. Z początku bardzo sobie brała to wszystko do serca, ale z czasem przywykła do zaczepek i uodporniła na mocne słowa czy wręcz obelgi rzucane pod jej adresem. Zazdrościła im jednak rejsów na całe długie dni i noce, gdy ona musiała zostawać sama. Niekiedy bardzo pragnęła zamienić z którąkolwiek z nich nawet kilku słów, które byłyby otuchą, wybawieniem od złych, wciąż ze zdwojoną siła nadciągających okrutnych i katastroficznych myśli. Działo się tak głównie w nocy, w czasie kiedy niektóre z nich regenerowały siły przed kolejnymi rejsami, czy też odpoczywały po ciężkich wyprawach w morze, Niestety i to nie było jej dane. Jednakże pomimo wielokrotnych utyskiwań, złośliwości i niesprzyjających losów, nie zatraciła swych marzeń, utwierdzając się w przekonaniu, że któregoś dnia szczęście uśmiechnie się również do niej a marzenia się urzeczywistnią. Nie wiedziała, że przyjdzie jej na tę chwilę czekać aż dziewiętnaście długich lat. W swoim dotychczasowym, krótkim życiu udało jej się zrobić błyskotliwą karierę. Miała ku temu predyspozycje, więc na początku los uśmiechnął się do niej, a zbieg okoliczności zezwolił jej na realizację marzeń. Przez ostatnich kilka lat nic innego nie robiła, jak wychodziła w morze. Ileż to razy wypływała w rejsy, po wzburzonych niejednokrotnie morzach i oceanach, trudno zliczyć. Nie liczyła ich, bo najbardziej ze wszystkich rzeczy na świecie właśnie to lubiła robić. Nie przeszkadzało jej, że bardzo często wracała zmęczona i za chwilę musiała znów wypływać. Nie skarżyła się na swój los, bo to było jej przeznaczeniem. Zdawała sobie z tego sprawę, dlatego też nawet nie pisnęła ani razu, choć niekiedy miała dosyć tego galopu, do którego zapędził ją jej właściciel. A była dosłownie rozchwytywana. Nie tylko świadczyła usługi w zakresie transportu, lecz jakże często była wykorzystywana jako miejsce do organizacji różnych imprez. Ileż to Świąt, Wesel, Powitań Nowego Roku, czy też zwyczajnych towarzyskich spotkań zostało zorganizowanych na jej pokładzie? Dlatego była bardzo dochodowa i właściciel nie zamierzał tego zmieniać. Stąd żyło jej się dobrze, choć bardzo intensywnie. Lecz dzięki tej intensywności czas płynął, jak mgnienie oka. Szczęście jednak, jak to zazwyczaj w życiu bywa, nie trwało długo. Po pięciu a może sześciu latach, czar prysnął. Jej właściciel niespodziewanie zmarł. To spadło na nią, jak grom z jasnego nieba. Z początku ta sytuacja nie zapowiadała jakichkolwiek kłopotów. Niemniej jednak los spłatał jej figla i z czasem wyszła na jaw okrutna prawda. A to za sprawą problemów finansowych rodziny jej właściciela. Życie ponad stan, rozdawanie lekką ręką pieniędzy na prawo i lewo, w końcu nieokiełznany pociąg do hazardu, wszystko to razem przyczyniło się do bankructwa tak życiowego, jak i finansowego jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Dlatego też jego spadkobiercy miast pławić się w dobrobycie musieli bardzo szybko sprzedać prawie cały jego majątek. Wśród nich niestety była i „Kasandra”, która pomimo swoich lat i tak okazała się najbardziej dochodowym przedmiotem w kolekcji nieboszczyka. Zakupił ją ktoś zupełnie nieznany i wylicytował nawet za bardzo wysoką cenę. Sprzedano ją za kwotę, za jaką można byłoby spokojnie kupić nowszy model łodzi z lepszym wyposażeniem od tego, jakie posiadała. Nowy właściciel wcale jej nie posiadł dla realizacji tego, do czego była stworzona. Inny mu przyświecał cel. Zamierzał bowiem traktować ją jako maskotkę. Dekoracyjny element wystroju portu. Zabawkę dla snobów. W taki oto sposób znalazła się przy tej przystani. Rodzinie poprzedniego właściciela podreperowała budżet. Szczerze powiedziawszy było to złudne, bo kwota, jaką otrzymali oni za „Kasandrę” w całości została przeznaczona na spłatę karcianych i ruletkowych długów a także narosłych od nich gigantycznych odsetek. Sobie zaś zapewniła tym, używając terminologii boiskowej, strzał do własnej bramki. Tak oto skazana została na banicję. Poniewierkę. Tymczasem dzień mijał za dniem i nie widać było żadnych przesłanek wskazujących choć minimalną poprawę jej losu. Sztormy, coraz bardziej wzbierające na sile, zapaliły w niej jednak iskierkę wiary, która roznieciła płomień nadziei rychłego wyjścia z impasu. Zaczęła coraz intensywniej wysilać intelekt i poszukiwać skutecznej metody ratunku z sytuacji, w jakiej się znalazła. Upatrywała swoją szansę w szalejącej nawałnicy. Niestety, kiedy tonący chwyta się brzytwy, to najczęściej rani się i to bardzo mocno. Nie było inaczej i w tym przypadku. Wszystko wydawało się jakby dopracowane do końca i zapięte na ostatni guzik. Plan obmyślony w najdrobniejszym szczególe. Opracowany perfekcyjnie. A jednak coś musiało nawalić. Gdzieś znalazło się słabe ogniwo. To ono przyczyniło się do tego, że cały misterny plan spalił na panewce. Co ją zgubiło? Być może nie przewidziała wszystkich czynników mających wpływ na wykonanie tego zadania? A może zabrakło doświadczenia? Plan wydawał się bardzo prosty. I do zrealizowania nawet przez laika. W czasie sztormu należało bowiem

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
PRZYSTAŃ — czytnik · opowiadania