Fantastyka · 30 min czytania
Psie Pola: Klątwa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Klara ma dwadzieścia lat –zaczął burmistrz Kamiński popijając swojego drinka. –Urodziła się na krótko po tym jak założyliśmy to miasto. Brodaty mężczyzna sięgnął do szuflady biurka. To był trzeci raz w życiu, kiedy komisarz Dandys usłyszał dźwięk jaki wydaje odsuwana, drewniana szuflada. Potem nie uwierzył. Szybko jednak dotarło do niego, że wzrok go nie myli. Burmistrz wydobył ze schowka Papier Eteryczny. Elektroniczne urządzenie zasilane ciepłem ludzkiego ciała. Wyglądało zupełnie tak, jak Krzysiek je sobie wyobrażał. Dwie niewielkie rurki wyprodukowane z włókna elektronowego, które po rozwinięciu tworzą cieniutką warstwę elektronów. Można na niej notować i rysować choćby nawet palcem. Na wbudowanym w urządzenie dysku DNA zainstalowany jest system pozwalający zapisywać nawet do kilku jotabajtów danych. Kamiński prawdopodobnie trzymał w ręku ogromną bibliotekę. Mężczyzna odnalazł interesujący go plik i pokazał swojemu rozmówcy. -Tak wygląda –powiedział. Komisarz Krzysztof Dandys przyglądał się przez chwilę mistrzowsko wykonanemu portretowi szczupłej blondynki o okrągłej twarzy. Miała malutki nos i niebieskie oczy. Uśmiechała się. Dzięki dołeczkom w policzkach wyglądała na maksymalnie siedemnaście lat. -Zapamiętał pan? Dandys skinął głową. Burmistrz zwinął papier eteryczny i umieścił z powrotem w schowku, po czym usiadł z powrotem fotelu. -Zapewne ma pan mnóstwo pytań –stwierdził Kamiński wygładzając fałdy marynarki. -Kilka. –Odparł sucho Krzysztof. Sięgnął do najgłębszej kieszeni prochowca i wydobył plastikową płytkę i pióro. Milczał przez chwilę. Zastanawiał się. Wbrew pozorom nie nad treścią pytań, a nad tym, co zobaczył w rezydencji burmistrza miasta Skalsk. Pan kamiński musiał być niesamowicie bogatym człowiekiem. Pal licho papier eteryczny. Podobno produkują go Japończycy i Amerykanie, więc można go zdobyć. To drewniane meble w całej posiadłości świadczyły o bogactwie i władzy burmistrza. Kilka lat po zakończeniu trzeciej wojny światowej, rośliny, zwierzęta i duża część populacji ludzkości wyginęła, toteż wszelkiego rodzaju wyroby z drewna były nieosiągalne. Oczywiście w opuszczonych domostwach i zniszczonych, ludzkich osadach na pustkowiu Psich Pół można było odnaleźć drewniane meble, ale były tak spróchniałe, że nie nadawały się do użytku. W byłej Europie mieszkał tylko jeden człowiek, który potrafił doprowadzić stare drewno do stanu używalności. Jego usługi kosztują krocie. Do tego trzeba doliczyć cenę, jaką płaci się złomiarzom za przeczesywanie atomowej pustyni, karawaniarzom za transport, najemnikom za ochronę, piratom, żeby zostawili towar w spokoju i w końcu miesięczne wynagrodzenie prywatnych ochroniarzy potrzebnych do ochrony fortecy, w której tego rodzaju meble się znajdują. Burmistrz Kamiński miał na to wszystko pieniądze. Tylko skąd? -Panie komisarzu? –Dandysa wyrwał z zamyślenia lekko zniecierpliwiony głos gospodarza. -Przepraszam. Proszę mi powiedzieć, kiedy zaginęła. -Trzy tygodnie temu. Dandys westchnął. Długoletnie doświadczenie, jakie zebrał podczas szukania ludzi pozwalało mu mieć pewność, że już w trzy dni po zaginięciu nie było szans na odnalezienie uprowadzonej. -Zatem moje usługi mogą okazać się stratą meteorytów. Obawiam się, że mimo szczerych chęci mogę nie być w stanie odnaleźć pańskiej córki. -Bzdura –Kamiński zaoponował bez wahania. –Wiem, że kilkanaście godzin po zaginięciu szanse odnalezienia człowieka są równe zeru. Odrobiłem pracę domową. Przyczyną takiego stanu rzeczy są najczęściej działania łowców niewolników. Porywają ofiarę i obozują w okolicy miejsca porwania najwyżej dwie, trzy doby. Potem znikają na pustkowiach. -To prawda. –Potwierdził Dandys. -Zapewniam pana komisarzu, że do niczego takiego w moim mieście nie doszło. -Jaką ma pan pewność? -Stuprocentową. –Burmistrz opróżnił swoją szklankę. Rzucił okiem na szkło rozmówcy. Komisarz nie tknął swojego trunku. Nie zważając na to, Kamiński uzupełnił szklankę i rozparł się wygodnie w fotelu. -Nie bez powodu wybudowałem to miasto w głębi jaskini. Brama, którą pan tu wjechał stanowi jedyne wejście na teren Skalska. Zawsze dostaje aktualną listę naszych gości i wiem, kto wjechał i wyjechał z miasta. W ciągu ostatnich miesięcy mojej córki nawet raz nie było na tej liście. Wniosek z tego, że jest w mieście. Ktoś ją gdzieś przetrzymuje. Oczywiście moi ludzie przetrząsnęli każdy zakamarek. Z wiadomym skutkiem. Dlatego skłonny jestem wydać kwotę, którą pan sobie zażyczył. Jeżeli jej pan nie znajdzie, to chyba nikt nie będzie potrafił. -Schlebia mi pan –Dandys nachylił się nad biurkiem i spojrzał rozmówcy głęboko w oczy –ale musi się pan liczyć z tym, że ona nie żyje. -Liczę się –Kamiński skinął głową. –Jeżeli tak jest, to chciałbym, żeby odnalazł pan jej ciało, oraz człowieka, który pozbawił ją życia. Chciałbym wyprawić dwa pogrzeby. -Rozumiem –Komisarz zanotował coś na kawałku plastiku, po czym zamyślił się. –Kto jako ostatni widział Klarę? -Zdaje się że Maciej. Jej chłopak. Pracuje w oczyszczalni wody w tylnych partiach jaskini. -Porozmawiam z nim. Jeszcze ostatnie pytanie. A w zasadzie prośba. Czy mógłbym rzucić okiem na listę przyjezdnych? -Oczywiście –Burmistrz wstał i zdjął ze ściany jeden z obrazów w plastikowej ramie. Do złudzenia przypominała drewno. Otworzył ukryty za nim sejf i wydobył kolejny Papier Eteryczny. –Rozumiem, że chodzi o tę sprzed trzech tygodni? –Upewniał się. -Od chwili zaginięcia do dziś. *** Wybudowanie miasta w jaskini wydawało się Dandysowi świetnym pomysłem. Przede wszystkim ze względu na dużo większe możliwości defensywne. Główną bolączką ludzkich osad Psich Pól były ataki piratów, łowców niewolników, bandytów i wszelkiego rodzaju nieludzkiego plugastwa. Jeżeli chodzi o jaskinie, sprawa była rozwiązana. Wąskie gardło groty zamknięte bramą z dwiema wieżyczkami obronnymi, nie dość że uniemożliwiało okrążenie osady, to jeszcze pozwalało wystrzelać napastników jak kaczki. Komisarz był przekonany, że bez ciężkiego sprzętu jakim dysponuje amerykańska armia i niektóre pirackie bataliony, zdobycie Skalska jest niemożliwe. Nawet, gdyby ktoś się tu dostał, to równie trudno, co bramę byłoby mu sforsować wejścia do domów. Budynki wykuto bowiem w skale. Miały postać kamiennych bloków opatrzonych metalowymi wrotami. W planach budynków nie uwzględniono okien. Miało to tyle samo plusów, co minusów. Dzięki temu była pewność, że żaden niekontrolowany granat nie dostanie się do środka. Niestety nikt też ze środka nie ucieknie. Problem ten rozwiązano budując pod sklepieniem jaskini siatkę metalowych kładek łączących budynki. Ustawiono na nich stanowiska strzeleckie i metalowe osłony. Miasto wydawało się istną fortecą. Jeszcze trudniej było dostać się za bramę oczyszczalni wody. Ogromna kopuła ze zbrojonego szkła sięgała niemal czubków stalagmitów. Wystawał z niej ciemny, tytanowy komin znikający w skale sklepienia. Żeby znaleźć się wewnątrz kopuły Dandys musiał okazać strażnikom upoważnienie od burmistrza, zostawić swoją broń, przejść przez wykrywacz metalu, oddać pasek, przejść ponownie, oddać klucze, przejść raz jeszcze i zdjąć budy z metalowymi czubkami. Dopiero wtedy oddano mu elementy garderoby i przepuszczono przez stalowe wrota. Kiedy Dandys stanął po drugiej stronie muru, zrozumiał prawdziwe powody, dla których to miasto jest usytuowane w jaskini i dlaczego tyle pieniędzy i wysiłku włożono w jego ufortyfikowanie. Pod szklaną kopułą oczyszczalni wody znajdowała się spora połać ziemi, na której rosły pomidory i ziemniaki. Dandys oniemiał. Prawdopodobnie te kilkanaście krzaczków ledwo odrastających od ziemi, to jedyne rośliny na całej kuli ziemskiej. -Piękne prawda? –Usłyszał głos za swoimi plecami. Odwrócił się. Mężczyzna, który stał z tyłu wcale na niego nie patrzył. Wbijał zachwycony wzrok w maleńki ogródek. Był starszym panem, o posiwiałych włosach. Twarz zasłaniała mu brudna broda, a okrągłe, pęknięte okulary dodawały powagi. Dłonie trzymał w kieszeni szarego, porwanego kitla. -W rzeczy samej –odrzekł Dandys uważnie lustrując rozmówcę. –A pan doktorze? –zaryzykował. -Profesorze –odpowiedział nieznajomy, wyciągając dłoń do rozmówcy. –Profesor Julian Dobrowolski. Uścisnęli sobie dłonie. -Inspektor Krzysztof Dandys. Milo mi poznać. -O. Jest pan policjantem? –Zdziwił się naukowiec. -Niezupełnie. Kilka lat temu byłem inspektorem dochodzeniowym polskiej armii, ale nasze drogi się rozeszły. Pracuję na własny rachunek. -Niech zgadnę –staruszek poprawił okulary palcem wskazującym. –Wynajął pana burmistrz w związku z zaginięciem jego córki? -Tak. –Dandysa ani trochę nie zaskoczyła poprawność dedukcji profesora. –Wiadomo panu coś na temat tej sprawy? -Tyle samo, co na temat innych spraw. Jednego dnia pije pan z kimś w barze Podziemie, a następnego dnia już go pan nie spotyka. Jak to? –Dandys zdziwił się. Bardzo mu się nie spodobało, że burmistrz nie poinformował go o innych zniknięciach. Dandys zwykł uważać, że jak ktoś nie mówi wszystkiego, to zwykle ma coś na sumieniu. –Chce mi pan powiedzieć, że były inne zniknięcia? -Całe mnóstwo. Chce pan rozmawiać na zewnątrz, czy da się pan zaprosić do mojego biura? -Chętnie skorzystam z zaproszenia. *** Sama oczyszczalnia nie była niczym wyjątkowym. Ot trzy blaszane baraki połączone ze sobą foliowymi tunelami. Jeden z nich, ten najdalej wysunięty postawiono przy ujęciu podziemnej rzeki. Wioska czerpała z niej wodę i energię elektryczną. Dandys domyślił się że sporej wielkości, zmechanizowany piec połączony z młyńskim kołem służy nie tylko do oczyszczania wody, ale i do spalania śmieci. Kablami, które do niego podłączono zapewne doprowadzano prąd do osady. Środkowy barak, ten do którego Krzysztof trafił zaraz po wejściu do oczyszczalni, był kwaterą mieszkalną załogi. Dwa pojedyncze łóżka doskonale obrazowały możliwości kadrowe tej niewielkiej elektrowni. W trzecim baraku zorganizowano laboratorium chemiczne. Mimo warunków polowych, wyposażenie jakie się tu znajdowało, było nader profesjonalne. I horrendalnie drogie. Nowoczesna aparatura do destylacji, superkomputer holograficzny obsługiwany za pomocą ruchów dłoni, coś, co Dandysowi wydawało się być mechanicznym moździerzem. Do tego menzurki, mikroskopy, monitory, pojemniki z płynami i substancjami, oraz inne urządzenia których zastosowania Krzysztof nawet nie próbował sobie wyobrazić. Komisarz pomyślał, że Burmistrz Kamiński musi bardzo dbać o swoje roślinki. Razem z profesorem Dobrowolskim zasiedli przy plastikowym, ogrodowym stoliku. -Pan wybaczy, że nie zaproponuje nic do picia, ale chwilowo mam tylko chlorofil. Chyba, że herbaty się pan napije. -Proszę siedzieć. Nie zajmę dużo czasu. -Rozumiem. Proszę zatem zadawać pytania. -Wspomniał pan o innych zniknięciach. Proszę rozwinąć wątek. Kiedy to się zaczęło? Naukowiec przetarł powieki i ponownie poprawił okulary. Robił to już raczej z nawyku, a nie dla większego komfortu. -Ludzie giną od początku istnienia osady. Wprowadziłem się tu jakieś pół roku po tym jak założono Skalsk i plotkowano o pierwszych zniknięciach. Uprzedzę pytanie i powiem, że ciężko będzie dojść do porozumienia, co do regularności zaginięć. Czasem giną trzy osoby w ciągu tygodnia, a czasem jedna w ciągu trzech miesięcy, niemniej w ciągu istnienia osady zaginęło pewnie kilka setek ludzi. Ogromna część mieszkańców uważa, że to klątwa. -Klątwa? –Dandys zmarszczył brwi. -Wiem, co pan myśli. Ja też nie wierze w żadne gusła, ani zabobony. Niemniej spora cześć starszych osadników Skalska wierzy, że miasto jest obłożone klątwą. Byli też tacy, którzy twierdzili, że przeklęty jest sam burmistrz. Niemniej z nimi pan nie porozmawia. Wyprowadzili się. -Rozumiem –Komisarz skinął głową. –A zanim wyjechali, któryś z nich starał się umotywować swoje poglądy? -Nie w mojej obecności. -W porządku. Niech mi pan zatem opowie o burmistrzu Kamińskim. Staruszek powędrował oczami w kierunku sufitu. Pogładził się po siwej brodzie i zamyślił na chwile. -Burmistrz Kamiński to prawy człowiek. Dba o porządek w mieście. Surowo karze tych, którzy łamią prawo, ale uczciwym obywatelom nie brakuje niczego. Miasto jest bogate. Handlujemy wodą i elektrycznością, a burmistrz dba, żeby z tego powodu nie stała się nam krzywda. Mieszkam tu prawie dwadzieścia lat i jeszcze się nie zdążyło, żeby ktoś skarżył się na tego człowieka. -Mieszka pan tu niemal od początku –podjął Krzysztof. -Tak powiedziałem –przerwał profesor. -Tak… Nie boi się pan, że klątwa, o której się mówi może dosięgnąć też pana? -Obawiam się –Westchnął profesor i zasępił się. –Ale co zrobię? Odjadę z jakąś karawaną w głąb Psich Pól? Przecież sprzedaliby mnie piratom, albo łowcom niewolników przy pierwszej okazji. Jeżeli już pisane mi jest umrzeć, to wolę w spokoju. Dandys nie zadał kolejnego pytania. Zanotował tylko kilka zdań na kawałku plastiku. Kiedy skończył, milczał przez chwilę wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt. -Mogę jeszcze w czymś pomóc? -Szczerze mówiąc tak. Burmistrz powiedział mi, że pracuje tu niejaki Maciej. Chciałbym z nim porozmawiać. *** Maciej nie był zbyt rozmowny. Szerokie barki, dobrze rozwinięty biceps i łysa głowa chłopaka podpowiadały Dandysowi, że tak będzie. Podpowiadały mu też, że nie ma co liczyć na specjalną przenikliwość i elokwencje świadka. Tu się jednak pomylił. Chłopak był inteligentny i bardzo złośliwy. A złośliwość ta wynikała zapewne z żalu i niemocy. Maciej bowiem bardzo chciał odnaleźć Klarę, niestety nie było to w jego mocy. Żal natomiast wynikał z tego, że kiedy ostatni raz się widzieli (w przeddzień jej zniknięcia), kobieta zerwała związek z mechanikiem. Niechętnie przyznał, że nie układało im się od jakiegoś czasu. Wielokrotnie podkreślił, że bardzo kocha córkę burmistrza i gdyby tylko wiedział gdzie jest, nie siedziałby tu. Detektyw nie zajmował konserwatorowi dużo czasu. Wyszedł po kilku minutach rozmowy. Musiał wszystko pozbierać do kupy. Siadł na kamiennej ławce, na jednej ze skalnych półek. Miał stąd świetny widok na oczyszczalnie i nieco wyżej położone partie miasta. Nigdy nie lubił klaustrofobicznych uliczek. Skalski punkt widokowy dawał mu chociaż jakąś namiastkę wolności. Wyciągnął plastikowy notes. Zaczął analizować notatki. Sprawa była ciężka. Ciężka o tyle, że burmistrz (jak hojny by nie był i jak dobrze by o nim nie mówiono) ewidentnie coś ukrywał. Nie omieszkał wspomnieć o domniemanej klątwie (w którą Dandys tak, czy inaczej nie bardzo wierzył), a informacja o tym, że zaginięcia już wcześniej się zdarzały była tu bardzo ważna. Dandys pomyślał przez chwilę, że to sam Kamiński jest za nie odpowiedzialny, dlatego milczy, ale szybko odrzucił tę teorię. Gdyby była prawdą, nie wynajął by detektywa do odnalezienia Klary. Nagle jego uwagę przyciągnął mężczyzna w czerwieni. Dandys…