Horror · 4 min czytania
Pst
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Pst” – krótki, ostry szept rozciął leśną ciszę niczym rytualny sztylet tnie napięty brzuch złożonej na ołtarzu dziewicy. Dźwięk dobiegł gdzieś z olszynowej gęstwiny po lewej stronie gościńca. Bard rzucając w tym kierunku ukradkowe spojrzenia zwolnił kroku, ale się nie zatrzymał. Diabli wiedzą, co mogło kryć się w bezksiężycową, ciemną noc, w środku puszczy, co mogło wydawać z siebie zdradliwe, niebezpieczne, tajemnicze „pst”... „Pst, pst” – dźwięk powtórzył się. Nieco bliżej i nieco głośniej. Wędrowiec poczuł, jak po plecach spływają mu stróżki lodowatego potu. Nie był z natury strachliwy, lecz teraz spodziewał się najgorszego. Nawet, gdyby okazało się, że wśród drzew czai się smok, bard nie mógłby się już bardziej przestraszyć. Ale to nie był smok. Czuć by było stare piżmo i nieświeży oddech, tymczasem poza lekkim aromatem siarki, który mógł być tylko złudzeniem, powietrze było chłodne, rześkie, pachnące lasem. - E! – szept zwrócił się teraz wyraźnie do poety. – Ho no tu! „O, nie ma mowy” – podróżnik pomyślał trzeźwo, co w jego stanie notorycznego upojenia alkoholem nie było proste. – „Ja podejdę, a coś mnie zje.” Księżyc wyłonił się zza chmury i rzucił nieco srebrzystej jasności na leśny trakt i idącego nim barda. Jemu jednak nie dodało to ani otuchy, ani nie pomogło, bowiem to, co kryło się za linią drzew nadal było okryte całunem mroku. „Rozdroże, pieprzone rozdroże! Wiedziałem, żeby tam nie łazić po nocy” – myśli kłębiły się w mózgu jak jadowite żmije. – „Myślałem, że tam najdzie mnie wena, że stworzę dzieło wiekopomne... a tymczasem po prostu zginę.