Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Thriller · 47 min czytania

Psychol

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PSYCHOL

Byłam zwyczajnym dzieckiem niewyróżniającym się specjalnie z otoczenia. Moje dzieciństwo nie było przepełnione ani atrakcjami, ani żadnymi innymi niespodziankami, wręcz przeciwnie, było nudne i mało kolorowe. Nigdy jednak nie narzekałam na swój los, choć wtedy jeszcze tego nie rozumiałam, teraz już wiem, że w życiu najważniejsze jest zdrowie i rodzina. Kiedy miałam dwanaście lat nie docierało do mnie, dlaczego moje reakcje i zachowania są tak bardzo temperowane i ograniczane przez rodziców. Nie dopuszczałam przy tym do siebie nawet najmniejszych prób tłumaczenia z ich strony. Wszystko co robili miało służyć mojej przyszłości, ciągle to słyszałam. Czułam się przez to niespełniona, gorsza i odizolowana. Moje koleżanki mogły robić naprawdę wiele ciekawych rzeczy, na które mi akurat nigdy nie pozwalano. Nie doceniałam wtedy ciężkiej pracy, którą w moją edukację wkładali kochający mnie rodzice. Teraz już wiem, że to co wówczas wydarzyło się w moim umyśle, było tylko nic nieznaczącym kaprysem, który dosłownie nie istniał w porównaniu z tym, co później zrobiono z moją osobowością. Z tym co wtedy czułam i jak odbierałam najbliższe mi otoczenie, wreszcie z tym co zrozumiałam i jak na mnie wpłynęły wyciągnięte dzięki temu wnioski. Jestem nikim, często to sobie powtarzałam. Nic nie znaczę a moje wartości gdzieś zniknęły, zostałam dosłownie obdarta ze swoich wszystkich pozytywnych cech. Intruz, który gwałtownie spenetrował sferę mojej wewnętrznej intymności, pozbawił mnie przy tym wszelkich nadziei. Spowodował, że poczułam się całkowicie pusta i bezwartościowa, że stałam się niedostępna dla innych i straciłam przy tym wiarę i zaufanie, ostatni najistotniejszy składnik budowania wzajemnych relacji między ludźmi. Tak naprawdę to nie istnieję, choć widoczna jest moja zewnętrzna powłoka. Snuję się gdzieś przed siebie, nie potrafiąc przy tym odnaleźć oczekiwanego ukojenia, nie mogę zwyczajnie znaleźć odpowiadającego mi miejsca. Miałam plany, marzenia, fantazje a ten okrutny los postawił na mojej drodze tak destrukcyjnego człowieka. Wszystkie właściwe życiowo reakcje zostały w jednej chwili pozbawione jakiegokolwiek sensu. Zmusił mnie do tego i pozbawił przy tym wszystkiego, co było mi cenne. Wdarł się z impetem do środka i raniąc wszystko co tak wiele dla mnie znaczyło, zamordował ostatnią cząstkę mojej wrażliwej osobowości. Chciałam umrzeć, tak bardzo wtedy pragnęłam nie istnieć. Czułam się taka brudna, że nawet potworne szorowanie do krwi, nie potrafiło wywabić osadzonego na mojej skórze niewidzialnego nalotu. Mogłam zerwać z siebie całą tę powłokę a i tak nie pozbyłabym się wrażenia nieczystości. Moja psychika wtedy i teraz, były tak samo zdruzgotane. Z tą jednak różnicą, że w tej chwili staram się na to patrzeć z dystansem, upływający czas spowodował, że potrafiłam wybaczyć. Tak, wybaczyłam komuś, kto na to za nic w świecie nie powinien liczyć. Powiedziałam mu to głośno prosto w twarz, tak zrobiłam to, żeby nie myślał, że przegrałam. Byłam do tego zdolna, choć tak naprawdę przekraczało to moje możliwości. Jednej rzeczy jednak nie mogłam zrobić, nie zapomniałam. Mogłam odpuścić i wybaczyć, nie mogłam natomiast zrozumieć i zapomnieć. Konrad Zelenka był nauczycielem w jednym z miejscowych gimnazjów. Poświęcał całą swoją uwagę pracy, którą wykonywał. Dzieci i ich edukacja stały się dla niego właściwym motorem do dalszego codziennego wysiłku. Zdawał sobie sprawę z tego, że jest po części odpowiedzialny za przyszły kształt ich psychiki. Lubił wzajemne towarzystwo i traktował każde z nich jednakowo. Starał się być wymagającym wobec nich, ale również nie zapominał o należnej im czułości i trosce. Jeśli trzeba było, to brał je na kolana i gładził po włosach, szukając przy tym wspólnie rozwiązania zaistniałego problemu. Spędzał dużo czasu ze swoimi podopiecznymi, prowadząc często zajęcia pozalekcyjne, albo zabierał wszystkich chętnych na wycieczki fakultatywne. Miał bardzo dobrą opinię wśród kolegów z pracy i w otoczeniu, w którym mieszkał. Nie miał jeszcze żony, ani własnych dzieci. Tłumacząc przy tym często, że jeszcze nie spotkał tej właściwej osoby. Mieszkał sam, mógł więc bez problemów część dodatkowych korepetycji organizować bezpośrednio u siebie. Angażował się całkowicie traktując swój zawód jako stuprocentowe powołanie. Ludzie doceniali jego zasługi i darzyli powszechnym szacunkiem, do czasu jednak aż jeden z rodziców podważył jego pedagogiczne kompetencje. Zrugał przy tym boleśnie jego osobowość, oskarżył go o molestowanie jego córki. Barbara Merkel była znanym lokalnym politykiem, należała do aktualnie rządzącej partii politycznej. Była szefową tejże organizacji w regionie i w związku z tym, miała ogromne możliwości wspierania rozmaitych projektów. Posiadała szeroki wachlarz znajomości we wszystkich opcjach zarządzających państwem. Zasiadała również w ławie poselskiej i była aktywnym pracownikiem komisji zajmującej się sprawami wewnętrznymi naszego państwa. Miała męża, znanego lekarza, psychologa i wykładowcę akademickiego, oraz trójkę dorastających już dzieci. Trzy córki były oczkiem w głowie rodziców, którzy starali się zapewnić im wszelkie potrzebne do życia standardy. Ze względu na ich pozycję, nie było z tym kłopotu. Byli kochającą się rodziną, mąż Barbary często wyjeżdżał z dziećmi poza miasto, na kilkudniowe rajdy i wycieczki. Opowiadał im przy tym i pokazywał wszelkie uroki ich rodzinnego kraju. Barbara była bardzo zajęta i w związku z pracą, nie mogła dzieciom poświęcać tyle uwagi ile by chciała. Podczas wyjazdów dziewczynki często wślizgiwały się do łóżka ojca, ten starał się je uczyć dorosłości i zachęcał do większej samodzielności, one jednak uwielbiały się do niego tulić. Barbara Merkel działała również społecznie i charytatywnie, pomagając przy tym biednym i potrzebującym. Powtarzała często, że dla niej najważniejsza jest rodzina oraz jej dobro niezależnie od tego, co miałoby to oznaczać i ile kosztować. Stefano Bartoli nie widział dla siebie innego zawodu niż ten, który wykonywał. Jako szanowany policjant ścigał bandytów odpowiedzialnych za nieszczęścia innych ludzi. Było to jego przeznaczeniem, albo Boską opatrznością, jak często powtarzał. Był bardzo religijny i co tydzień chodził na niedzielne msze, modlił się przy tym bardzo gorliwie. Praca wciągnęła go całkowicie, potrafił spędzić kilkadziesiąt godzin na jednej służbie. Każde zadanie, którego się podjął, musiał doprowadzić do końca. Jak mówił, każdy przestępca musi być schwytany, a nawet najmniejsza zbrodnia odpowiednio ukarana. Nie miał żadnej litości dla dilerów narkotyków, uważał ich za największe zło i ogromne zagrożenie dla dorastającej młodzieży, tępił ich więc niemiłosiernie. Jego region uchodził za najbezpieczniejszy i czysty od tego świństwa. Miał żonę, która zajmowała się domem i wychowaniem ich czwórki dzieci. Mieli dwóch chłopaków i dwie dziewczynki. Wszystkie święta i uroczystości spędzali razem, chyba że akurat ojciec musiał udać się na obowiązkową służbę, starali się jednak unikać takich sytuacji. W komisariacie rozumieli jego sytuację życiową, a ponieważ na posterunku nie brakowało kawalerów z zamianami służb nigdy nie było problemów. Stefano nad życie kochał swoją rodzinę. Dla niej mógłby nawet zabić, niekiedy w żartach głośno to sugerował. Miał wiele ciepła i cierpliwości dla swoich dzieci, przestępców traktował jednak z całą bezwzględnością, gdzie często podczas aresztowania przekraczał wyznaczone prawem granice. Zwykli ludzie z należytym szacunkiem podchodzili do tego człowieka. To on stał na straży ich wolności, a oni dzięki temu czuli się choć odrobinę bezpieczniej. Kamil Heras jr zasiadał od kilku lat na stanowisku sędziego w sądzie rejonowym. Prawo było zawsze jego marzeniem, skończył je z najwyższymi notami. Po studiach i aplikacji oraz po odbyciu stażu zawodowego rozpoczął pracę w jednym z pobliskich sądów, gdzie po kilku latach w nagrodę za bardzo dobre wyniki kolejno awansował. Reputacja jego była najwyższej miary, jak na zawód powszechnego zaufania, wywiązywał się ze swoich obowiązków bardzo profesjonalnie. Był ceniony zarówno na lokalnym rynku usług prawniczych, jak i na zewnątrz. Często zapraszany na prelekcje i wykłady, wygłaszał je z wielkim wyczuciem i zaangażowaniem. Osądzał w najważniejszych sprawach, między innymi o gwałty, rozboje i zabójstwa, a także handel narkotykami, z tymi ostatnimi miał najwięcej problemów. Wyroki orzekane przez niego choć wysokie, zawsze były sprawiedliwe, nikogo się nie bał mimo, że nie raz mu grożono. Nie miał ani żony, ani dzieci, nadal mieszkał z matką pomimo swoich czterdziestu już lat. Wszyscy się dziwili dlaczego tak dojrzały i wykształcony mężczyzna nie ma żony albo chociaż stałej dziewczyny. Poza tym był mistrzem retoryki i swobodnej komunikacji, zawsze powtarzał, że gdyby nie został prawnikiem, to na pewno byłby politykiem. Ten zawód wymagał przede wszystkim umiejętności właściwego przekazu informacji, bez znaczenia czy jest on merytoryczny, czy tylko najzwyczajniej populistyczny. Politycy dużo mówią a w zasadzie nic nie robią, takie gadające głowy prosto z jakiejś tandetnej kreskówki. I jak to ktoś mądry kiedyś powiedział, pięknie potrafią kłamać. Robią to nawet wtedy, gdy się uśmiechają i rozdają dzieciom cukierki. Ksiądz Jan zdecydował o wyborze seminarium jeszcze w szkole średniej. Już wtedy przekonany był o swoim powołaniu dla służby Bożej. Od niepamiętnych czasów pomagał ludziom biednym i potrzebującym, wspierał ich dobrym słowem i starał się organizować dla nich prawdziwą pomoc. Był osobą bardzo wrażliwą, przez co przejmował się losem każdego człowieka. Widział wcześniej nieszczęścia, które ciągle dotykały ludzi, tutaj na miejscu i gdzieś daleko, tysiące kilometrów stąd. Nie rozumiał dlaczego ludzie ludziom gotują taki los. Dlaczego tak się nienawidzą i wzajemnie unicestwiają. W ramach pieniędzy, religii czy wreszcie własnych przekonań. Nie tracił jednak wiary w Pana i tłumaczył to sobie tym, że Najwyższy zawsze sprawiedliwie osądza człowieka. Czuł jednak, że potrzebna na tym świecie może być także jego skromna pomoc, takie mentalne wsparcie dla tych najsłabszych i najbiedniejszych. Gdzieś podświadomie słyszał docierający do niego głos, który pomagał mu przezwyciężać wszelkie opory. Niewidzialna ręka, której doświadczył, kierowała jego codziennym postępowaniem. Wydawało mu się, że słyszy głos Pana, który ukazuje mu właściwe do przebycia drogi i wytycza niewidoczne dla innych szlaki, takie kierunki wzajemnej miłości, troski i poświęcenia. Dużo podróżował po świecie, poznał przy tym wiele kultur i społeczeństw. Zaobserwował również nietypowe zachowania w różnych odłamach tej samej religii. Jego życie było jedną wielką nieprzewidywalną misją. Ten dzień nie zapowiadał takiego dramatu, który niebawem miał się wydarzyć. Po powrocie ze szkoły chciałam wyjść na dwór i pobawić się z koleżankami, niestety rodzice kazali mi najpierw odrobić lekcje i zjeść obiad. Przyjaciółka już na mnie czekała, a ja wcale nie byłam głodna. Skończyło się więc na kolejnej kłótni z ojcem, a ja przez to zapłakana wybiegłam z domu. Nie chciałam do niego wracać, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Chciałam choć trochę poczuć się wolna i niezależna, pragnęłam być sama w gronie moich rówieśników, gdzie wszyscy mieliśmy podobne problemy. Każdy z nas odczuwał to samo, tylko wymagania i obowiązki, żadnego luzu czy też relaksu. Mieliśmy dosyć naszych rodziców, którzy do wszystkiego ciągle się wtrącali. Po kilku godzinach pożegnałam się ze znajomymi ale nadal nie miałam zamiaru wracać do domu. Szłam więc prosto przed siebie, mijałam kolejne zabudowy, ulice i skwery. Oddalałam się coraz bardziej od problemów i niezaspokojonych wymagań moich najbliższych. Mój umysł odpoczywał i rozluźniał się wraz ze zwiększającym się dystansem, który ciągle pokonywałam. Nie wiem ile czasu minęło i jaką drogę przebyłam, gdy nagle zaczepił mnie nieznany mi mężczyzna. Zapytał o drogę, potem o jakieś konkretne miejsce, wreszcie o mnie. Zadawał dziwne pytania, wkraczał w prywatne rejony mojego życia, naruszał skrywaną wewnętrznie intymność. Jednak nie wystraszyło mnie to, wręcz przeciwnie nawet uspokoiło. Potrzebowałam rozmowy z kimś dorosłym, ale jednocześnie bezstronnym. Poza tym człowiek ten swoim wyglądem budził powszechne zaufanie. Zaczęliśmy rozmawiać, przeszliśmy przy tym spory kawałek drogi. Nagle w ułamku sekundy poczułam ból, zostałam ogłuszona i siłą zabrana z ulicy. Pamiętam tylko jak pakowano mnie do jakiegoś samochodu i wywożono w nieznane mi miejsce. Konrad Heras jr i Stefano Bartoli spotkali się na rogu ulicy czterdziestej dziewiątej i szóstej. Wysiedli z samochodów i przeszli razem kilkanaście kroków. Po czym Stefano rozejrzał się dookoła i przekazując znajomemu tajemniczy pakunek, zagadnął: - Konrad tutaj masz to, czego ode mnie oczekiwałeś. Towaru jest tu za kilkadziesiąt tysięcy. Nad drugą twoją prośbą, cały czas pracuję. A jak tam moja sprawa? - Stefano dobrze, że masz przynajmniej towar, nasi partnerzy się ucieszą. Nie martw się, uniewinniłem tego handlarza od którego przejąłeś narkotyki. Jego sprawa jest już zamknięta. Tu masz natomiast należną ci kasę od stowarzyszenia, równe dwadzieścia tysięcy. I załatw mi tę dziecinkę jak najszybciej - powiedział lekko zdenerwowany prawnik. - Ok. Postaram się - odpowiedział policjant, po czym wsiadł do radiowozu i odjechał. Stefano Bartoli ponieważ był człowiekiem wierzącym nie mógł sobie poradzić z problemem w środku którego właśnie tkwił. Z jednej strony pozamykałby na wiele lat wszystkich rozprowadzaczy śmierci. Z drugiej jak widział, jak ciężko jest mu związać koniec z końcem za te marne uposażenie, które dostawał, tracił wszelkie skrupuły. Chciał wszystkie swoje dzieci posłać do najlepszych szkół, na jakie było go stać, a potem na renomowane uczelnie. Nie chciał, żeby jak dorosną, musiały tak jak on użerać się z tymi wszystkimi mętami. Bał się o to, czy sobie poradzą w tak skorumpowanym społeczeństwie i czy będą miały po prostu co jeść. Chciał im tego wszystkiego zaoszczędzić za wszelką cenę, niezależnie od tego ile miało go to kosztować. Postanowił, że zrobi to dla nich, poświęci się i może sam w związku z tym nie skończy najlepiej, nie było to jednak istotne. Ważne było to, że to one będą miały zapewniony prawdziwy byt. Wstąpił po drodze do kościoła, wiedział o obowiązującej tajemnicy kapłańskiej, nie bał się więc oskarżenia akurat z tej strony. A gdzie miał się poza tym udać po pomoc w takiej sytuacji, jak nie przed oblicze Najwyższego i jego reprezentanta. Klęknął przy konfesjonale i zaczął się głośno modlić. Po chwili pojawił się ksiądz i rozpoczęła się spowiedź. - Ojcze wybacz mi grzechy, jestem niedobrym człowiekiem i popełniłem wiele złych uczynków. Pomagałem innym z całego serca, ale nikogo to nie obchodziło, a los moich najbliższych stał się dla nich nieistotny. Nie mogłem do tego dopuścić, walczyłem jak lew o swoją rodzinę. W ramach obowiązujących norm niemożliwe było zapewnienie im odpowiedniego bytu. Ojcze zgrzeszyłem i jestem winny. Jako policjant nie powinienem zarabiać na krzywdzie innych, a jednak to robiłem. Handlowałem prochami pomimo tego, że ich dilerów zamykałem na długie lata w więzieniu. Ojcze wybacz mi. - Synu, niezbadane są ścieżki Pana, każdy popełnia błędy, najważniejsze jest by wyciągał z nich odpowiednie wnioski. Bóg nikogo nie skreśla i każdemu daje drugą szansę. Synu żałujesz za grzechy i postanawiasz poprawę? - Tak ojcze, żałuję. - Oto twoja pokuta – odpowiedział ksiądz i wyraźnie wskazał kierunek naprawy popełnionych przez policjanta grzechów. Po czym kilkakrotnie zastukał i zakończył ich spotkanie. Stefano szybkim krokiem opuścił kościół. Ruszył prosto przed siebie, nie wiedział przy tym jednak, że był obserwowany. Ze swojego okna w zakrystii spoglądał na niego spowiadający go przed chwilą ksiądz Jan. Policjant zanim wsiadł do samochodu z kieszeni wyjął foliową saszetkę, wyciągnął z niej jakiś środek, który następnie zażył. Poczuł przy tym niesamowity przypływ energii, zrobiło mu się gorąco a mózg jakby włączony na najwyższe obroty, podsuwał kolejne niewiarygodne pomysły. Barbara Merkel zaszczyciła swoją osobą mieszczącą się w jej mieście szkołę. Miała wygłosić mowę o bezpieczeństwie obywateli, oraz opowiedzieć coś o polityce. Uczniowie czekali już na nią z wielką niecierpliwością. Wiedzieli, że była znaną, miłą i komunikatywną osobą. Poza tym często tam gdzie przebywała, częstowała dzieci dobrymi słodyczami. Rozdawała im cukierki i mówiła przy tym ciepłe słowa, które jak myślała dostarczały jej przyszły elektorat. Po gimnazjum oprowadzał ją nauczyciel geografii Konrad Zelenka. Był bardzo pomocny i spełniał wszelkie oczekiwania, których spodziewała się pani Merkel. Swoją osobą uświetnił wygłoszoną prelekcję także ksiądz z miejscowej parafii i jednocześnie nauczyciel religii. Ksiądz Jan był szanowanym duchownym i dobrym nauczycielem prowadzącym młodzież po drogach moralności. Na gali obecni byli jeszcze dyrektor gimnazjum oraz inni nauczyciele, a także przedstawiciele z kuratorium. Zostałam zamknięta na kłódkę w jakiejś klatce, na około mnie widać było same metalowe pręty. Powierzchnia tego miejsca nie przekraczała sześciu metrów kwadratowych. Miałam materac i poduszkę, nic więcej. Na szczęście w pomieszczeniu, w którym znajdowała się moja cela, było dosyć ciepło, jakieś dwadzieścia kilka stopni. Miałam wrażenie, że gdzieś niedaleko mieści się jakaś kotłownia. Było natomiast ciemno, tylko niewielki prześwit widoczny w oddali wpuszczał do środka pomieszczenia odrobinę światła. Nie byłam tam sama, wydawało mi się, że obok rozłożona jest podobna konstrukcja do mojej, gdzie w środku również ktoś się znajduje. Próbowałam się porozumieć z tą osobą, ale w odpowiedzi, słyszałam tylko jakieś przeraźliwe charczenie. Nie miałam wody ani jedzenia, niekiedy dopiero po dwóch dniach, ktoś mi coś podrzucał. Byłam wygłodniała i spragniona, rzucałam się wtedy na jedzenie, tak jakbym go nigdy w życiu nie widziała na oczy. Jadłam łapczywie ale jednocześnie porcjowałam przynoszone mi odpadki, po prostu nie byłam pewna, kiedy zobaczę następne. Zamiast toalety miałam jakiś pojemnik, kształtem przypominający nocnik. Już po kilku godzinach w najbliższej okolicy rozchodził się przeraźliwy fetor ludzkich odchodów. Pomieszczenia te nie były wentylowane, poza tym zorientowałam się, że musi być nas tam więcej niż tylko dwie osoby. Zaczynałam myśleć o najgorszym. Zestresowana, wystraszona do granic absurdu, spragniona i niewyspana, oczekiwałam finału tego koszmaru. Jeszcze przez chwilę miałam wrażenie, że to tylko sen i zaraz się z niego obudzę. Albo, że to tylko zastraszanie przez moich rodziców, jako kara za moje zachowanie, które w końcu musi się kiedyś skończyć. Upływający czas i brak jakichkolwiek zmian coraz bardziej upewniał mnie, że sytuacja, w której się znalazłam była realna i realizowała się prosto na moich oczach. Zaczęłam tracić oddech, łapczywie szukałam najdrobniejszych przepływów powietrza ogarniających ciemność tego pomieszczenia. Otwierałam przy tym szeroko usta, by w końcowej fazie pobierania tlenu krzyczeć. Dźwięk mojego głosu odbijał się od ścian i powracał do mnie ze zdwojoną siłą. - Czyżby wszystko było hermetyczne? – pomyślałam. Czułam się jak sardynka zamknięta w puszce z olejem. Po chwili jednak nogi ugięły się pod ciężarem mojego ciała i osunęłam się na podłogę, straciłam przytomność. Stefano Bartoli przekroczył próg starego kościoła i wszedł do środka. W opustoszałej sali spotkał się z mężczyzną odzianym w czarną sutannę. Ze względu na późną porę, pozostawali sami w tym odludnym miejscu. Na około widoczne były ławki, które służyły wierzącym do modłów. Na końcu znajdował się ołtarz, nad którym zawieszony był ogromny krzyż. Miejsce w którym stali, było wyraźnie zaciemnione. Policjant nie widział przez to twarzy swojego rozmówcy, który nakazał mu zwracać się do siebie – księże Judaszu. Zagadkowa postać duchownego wzmagała tylko w oficerze poczucie lęku. On obrońca prawa, któremu niestraszne były liczne strzelaniny i zatrzymania bandytów, przeraził się zwykłego księdza. Wyczuwał instynktownie, że miał do czynienia z inteligentnym ale jednocześnie niebezpiecznym człowiekiem. Ukłonił się i w pierwszych słowach pozdrowił syna Bożego. Duchowny mu odpowiedział. – Na wieki wieków synu – i ponownie zagadnął. – Cieszę się, że się spotkaliśmy. Zapewne zastanawiasz się nad tym skąd się znamy, i chciałbyś zobaczyć moją twarz, niestety dla twojego dobra w tej chwili jest to niemożliwe. Wiem o tobie więcej niż ci się wydaje, ale nie martw się. Jesteś mi potrzebny, jesteśmy w tej chwili sobie niezbędni. Razem stworzymy coś wyjątkowego, będzie to nowa jakość. Będziesz miał moje poparcie i będziesz korzystał z ochrony, jaką dają ludzie, którzy są ze mną związani. Są to figury z wysokiego szczebla. Politycy, biznesmeni i prawnicy. Interesuje nas w zamian udział w towarze, który inkasujesz od dilerów. Ich los nie ma dla nas znaczenia, możesz z nimi zrobić co zechcesz, ważne są tylko regularne dostawy. Pamiętaj my wiemy, że jesteś w to umoczony od dawna. Dzięki nam będziesz jeszcze bardziej bezpieczny. - A jeśli się nie zgodzę? – zapytał wyraźnie zaskoczony Stefano. - Odpowiedź na to pytanie na pewno znasz. - Nie mam więc żadnego wyboru? - wtórował zdenerwowany ale jednocześnie ostrożny policjant. Odpowiedzi na tę ripostę jednak nie usłyszał. Ksiądz tak samo szybko jak się pojawił, zaraz zniknął a komisarz Bartoli pozostał sam na środku szerokiego przejścia. W ręku dzierżył przekazaną mu przez duchownego zalakowaną kopertę, w której mieściły się wszystkie istotne dla sprawy wskazówki. Konrad Heras jr wdzięczny był Bartolemu za załatwienie wcześniej obiecanej sprawy. Nie przypuszczał, że będzie mógł zaspokajać swoje zwyrodniałe potrzeby i grzeszyć przy tym w tak świętym miejscu. Atmosfera kuluarów kościelnych w trakcie zabawiania się, jeszcze bardziej go podniecała. Próby krzyku i płacz młodej osoby, nad którą się pastwił, doprowadzały go do szaleństwa. Stefano czekając na zakończenie całej sprawy palił jednego skręta za drugim. Jakby mógł, to wyrwałby mu serce, które spaliłby żywcem razem z nim. Niestety mógł się tylko wszystkiemu biernie przyglądać. Później zaprowadził dziewczynkę w wyznaczone miejsce, które wcześniej wskazał mu ksiądz Judasz. Konrad Zelenka niepokoił się znikającymi od jakiegoś czasu dziećmi. Wspólnie z księdzem Janem próbowali rozszyfrować całą tę zagadkę. - Może były to najzwyklejsze ucieczki z domów? – pomyśleli równocześnie. Może nie było się czym niepokoić poza słabą frekwencją uczniów. Brakowało trójki dzieci, trzech dziewczynek, których nie było już w szkole od kilkunastu dni, a dopiero od dwóch poszukiwała je policja. Akcją kierował komisarz Bartoli. Pani Barbara Merkel przejęta zaginięciem dzieci, również skierowała do tej sprawy wszystkie dostępne jej środki. Aresztowano wiele osób, niestety ślady prowadziły donikąd. Nie można było złapać żadnego tropu, namacać jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Tak jakby te niewinne istoty po prostu wyparowały. - Albo ktoś postawiony wyżej, sprytnie zacierał swoje ślady – pomyślał nauczyciel i postanowił to sprawdzić. W tym czasie przesłuchano setki osób, ksiądz Jan był nawet chwilowo zatrzymany w związku z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Psychol — czytnik · opowiadania