Fantastyka · 17 min czytania
Psychopolis
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
PROLOG
Ziemia ssie- głosiły populistyczne hasła. To było wiadomo od dawna. Ziemia ssie i śmierdzi. Z Ziemi trzeba się było wyrwać i to szybko. Kiedy zrobiono rekonesans w Kosmosie, znaleziono kilka planet, które ssały trochę mniej, niż Ziemia. I trochę mniej śmierdziały. . .
Każdy mógł skolonizować planetę, jeśli miał pomysł albo znajomości. A najlepiej- jedno i drugie. Na eksploatację kosmosu szły nakłady iście kosmiczne, przy czym wszystkie inne sfery życia były karygodnie wręcz zaniedbywane. No bo po co troszczyć się o Ziemię i Ziemian? Wszak złoża naturalne kurczyły się w zastraszającym tempie, co bardziej prominentne osobowości już dawno wyemigrowały na inne planety, sypał się rząd, upadała gospodarka a kultura od dawna leżała i kwiczała. Czyli, jak już zostało powiedziane, oczywistym było, że Ziemia, psiakrew, SSIE! I śmierdzi.
W roku 2722 rozpisano konkurs na kolonizację kolejnej odkrytej i zbadanej planety, zdatnej do tego, by na niej żyć. Bo to właśnie tak wyglądało. Po odkryciu planety, wysyłano na nią zespół badawczy, który latami przygotowywał raporty na temat fauny, flory, złóż mineralnych, warunków atmosferycznych i rodzajów gleby pod kątem możliwości uprawy na przykład buraka cukrowego. Kiedy wszystkie te mądrości wysłano już na Ziemię i zmuszono kogoś, żeby to przeczytał i opracował, rozpisywano konkurs na kolonizatora. Kandydat musiał złożyć projekt miasta, jakie miał zamiar zbudować, biorąc pod uwagę zarówno bogactwa naturalne planety, jak i wszelkie ograniczenia. Teoretycznie konkurs mógł wygrać nawet cieć, tyle, że ten cieć musiałby mieć do dyspozycji całą załogę, zdolną jego fantazje wcielić w życie, a na to żadnego ciecia stać nie było. Wygrywały zatem zwykle zespoły naukowców, czasem politycy, którym udało się zarazić swoimi ideami młodych zdolnych, specjalizujących się w dziedzinach niezbędnych do pionierskich zmagań. Ziemię opuszczali zatem architekci, inżynierowie, elektrycy, elektrotechnicy, naukowcy specjalizujący się w różnych dziedzinach i wszyscy oni zabierali ze sobą mięso armatnie w postaci tak zwanych zespołów pomocniczych, czyli robotników, mających z założenia pracować ku chwale przyszłych pokoleń. Do tego oczywiście od kilkuset do kilku tysięcy osadników, którzy także mieli pracować, choć już nie oficjalnie. Oficjalnie mieli się osiedlać. Cokolwiek miało to znaczyć.
Jaki projekt na konkurs z 2722 roku wysłał Doktor nie pamięta dziś nawet on sam. Prawdopodobnie nikt, oprócz jego asystentki tego nie pamięta. Pewne jest jednak, że swoich prawdziwych zamiarów w nim nie przedstawił. Bo gdyby to zrobił, w najlepszym przypadku by go rozstrzelano. Tajemnicą pozostanie również, jak zdołał zaszczepić swoje idee w umysłach tak wielu wykształconych i inteligentnych ludzi. Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że w 2724 roku Doktor (posiadający jeszcze wówczas normalne nazwisko, które zaginęło potem w pomroce dziejów) wsiadł do transportera wraz ze wspomnianą asystentką, z doborową ekipą wybitnych psychiatrów, neurologów i neurochirurgów, oraz dwoma tysiącami przyszłych osadników i wyruszył na podbój maleńkiej planety Kokon, będącej jednym z licznych bobków Wszechświata, a mającej w niedługim czasie stać się bobkiem najbardziej cuchnącym...
Część 22 / 2
CZĘŚĆ I
Ekipa badawcza spisała się naprawdę nieźle. Przygotowane dla osadników baraki były, jak na tymczasowe lokum, zadziwiająco czyste i wygodne. No i nie było tu karaluchów. Choć możliwe, że to tylko dlatego, że w ogóle nie występowały na tej planecie. Tego Doktor nie wiedział, ponieważ otrzymane na Ziemi raporty studiował nie on, a jego asystentka, Elena. To ona także pracowała nad konkursowym projektem kolonizacji. On nie przyłożył do tego ręki, nie kiwnął nawet palcem, ponieważ w głowie miał tylko jeden plan. Swój. Własny. Jedynie słuszny. Tylko dzięki Elenie znalazł się na tej planecie. Dzięki niej miał możliwość swobodnego wprowadzania w życie swoich idei, a także niemal stuprocentową pewność, że pożyje wystarczająco długo, by ujrzeć efekty tej pracy. Ona zajmowała się wszystkimi prozaicznymi, jak je nazywał, elementami jego działalności. On mówił: „chcę być nieśmiertelny”, ona odpowiadała: „zobaczę, co da się zrobić”. Nigdy jej nie pytał, jak dokonuje rzeczy niemożliwych. W jego mniemaniu po prostu wykonywała polecenia, zajmowała się techniczną stroną jego geniuszu.
Teraz dreptała koło niego posłusznie z teczką w ręce, skromnie spuściwszy wzrok. Podczas, gdy Doktor witał się z kierownikiem stacji badawczej, ona już snuła plany zagospodarowania terenu. Te bowiem, które przedstawiła na Ziemi Komisji do spraw Kolonizacji w projekcie konkursowym, były tak wyssane z palca, jak obietnice wszystkich ziemskich polityków razem wzięte. Oczywiście doskonale wiedziała, co Doktor ma zamiar zrobić i zamierzała pomóc mu w tym za wszelką cenę. Nie żeby aż tak ujęły ją jego idee. O nie, ją ujął sam Doktor. Nie jako mężczyzna, choć owszem, sypiała z nim. Jednak ważniejsze było to, że mogła przy nim realizować swoje własne plany. Była bardzo młoda, bardzo genialna i bardzo ekscentryczna w sposobie myślenia. Takich potrzebowano w okresach kryzysu i zastoju technologicznego. Obecnie nikomu taki zastój nie groził. Przyszłość ludzkości nastawiona była na kolonizację nadających się do tego planet. Innowacyjnych myśli i projektów w tej dziedzinie było aż nadto. Leżały w szufladach i czekały na wcielenie ich w życie, a do tego potrzeba było naukowców zdolnych i pracowitych, acz mało kreatywnych. Elenę uważano za pyskatą wichrzycielkę, której pstro w głowie i wspominano coś o marnotrawieniu talentu. A było co marnotrawić, bowiem Elena w wieku dwudziestu pięciu lat miała już dyplomy z biologii i medycyny. Obydwa kierunki ukończyła z wyróżnieniem, jednak nie pozwolono jej pozostać na uczelni i prowadzić własnych badań, gdyż miała zbyt kontrowersyjne poglądy, jak powiedziano jej na medycynie i chciała niebezpiecznie głęboko ingerować w ludzki organizm, a co za tym idzie - w specyfikę gatunku ludzkiego. Na biologii natomiast postawiono jej zarzut dokładnie odwrotny. Wspomniano coś o zbyt abstrakcyjnym podejściu do nauki i braku chęci działania dla ludzkości. Obydwie te, pozornie wykluczające się opinie, były jednak prawdziwe. Medyczne zainteresowania Eleny koncentrowały się bowiem na neurologii, a szczególnie na zagadnieniu wszczepiania do mózgu implantów, co oficjalnie było na Ziemi surowo zakazane. Natomiast w biologii fascynowały ją rośliny, szczególnie drzewa. Łącząc zatem zainteresowania botaniczne i neurologiczne z niewinnym hobby, jakim była mechanika, postawiła sobie za cel wyhodowanie tworów, zwanych roboczo drzewoludami - istot na pół roślinnych, na pół mechanicznych o mobilności i reakcji na bodźce silniejszej, niż u zwykłych roślin. Zdecydowanie był to projekt z utylitarnego punktu widzenia całkowicie zbędny, mający służyć jedynie zaspokojeniu poznawczej ciekawości ekscentrycznej badaczki.
Doktor nie skomentował jej pomysłów. Zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi na to, co do niego mówiła. Pozwolił jej robić co chce, jak chce i kiedy chce, byle tylko znajdowała czas na zajmowanie się nim i jego sprawami. Więc znajdowała. I zajmowała się. Nie było to szczególnie uciążliwe, zważywszy na to, że część żądań Doktora była tak bardzo zbieżna z jej zainteresowaniami, że bardziej już nie można. Dlatego właśnie na prośbę o nieśmiertelność mogła odpowiedzieć „zobaczę, co da się zrobić”. I zobaczyła. I zrobiła. Od pół roku Doktor nosił w głowie „klepkę nieśmiertelności”- implant oddziałujący na wszystkie komórki ciała. Nie tyle przyspieszał i wspomagał ich regenerację, co po prostu zastępował obumierające komórki identycznymi, tylko zdrowymi i młodszymi. Implant zdawał się być komórkową oczyszczalnią ścieków. Przetwarzał stare na nowe z niewyobrażalną prędkością, dlatego proces starzenia niemal w ogóle nie postępował. „Klepka nieśmiertelności” stanowiła także awaryjną mózgową kroplówkę mogącą, w razie potrzeby, dostarczać organizmowi przez pewien czas niezbędnych składników odżywczych. Mając ten implant, można było nie jeść i nie pić przez kilka tygodni. Doktor nie pytał, jak to zrobiła. Dla niego była to tylko zimna, bezduszna technika, wspomaganie naturalnych procesów organizmu, coś na zasadzie szczepionki wzmacniającej odporność, czy rozrusznika serca. To mu się po prostu należało. Wartością była