Akcja · 9 min czytania
Psychosklep
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Są takie dni, w czasie których wszystko wydaje nam się nieodwołalnie znajdować na swoim właściwym miejscu. Świat sprawia wówczas wrażenie, że nie posiada absolutnie żadnych krzywizn ani kantów. Skąd w nas tak euforyczne nastroje wtedy właśnie, kiedy nie dzieje się tak naprawdę w naszym życiu nic przesadnie ciekawego? Nie wiadomo. Rzeczywistość bowiem nie daje nam żadnych powodów, abyśmy właśnie tego a nie innego dnia, czuli się tak, jakby za chwilę miały nam na plecach wyrosnąć skrzydła. Pensja nadal taka sama, ludzie wokół nas ani o jotę nie zmienieni, tynk z kamienic odpada jak odpadał, a my na przekór temu wszystkiemu tryskamy jakimś dziwacznym, głupkowatym wręcz, pełnym radości i optymizmu humorem. Takie cuda może sprawić chyba tylko czerwiec i jego prześwietlone słońcem popołudnia, kiedy nawet samo powietrze ma smak waniliowych, kulkowych lodów. Furda tam Iran, furda bóle w nerkach. Każdy element otoczenia uśmiecha się do nas i wygląda tak jakby chciał nas przytulić.
Mnie też zdarzają się takie dni. Tamtego konkretnego, o którym chcę tu wspomnieć, wszystko wyglądało dokładnie tak jak w powyższym opisie. Nie pamiętam już dobrze, ale chyba wracałem z pracy i choć zapowiadał się najzwyklejszy w swej prostocie wieczór, to aż chciało mi się pogwizdywać pod nosem. Mijali mnie na ulicy jacyś ludzie i widziałem dobrze w ich twarzach, że czują się tak samo jak ja. W takim dniu, nawet najzwyklejsza wizyta w najzwyklejszym na świecie sklepie spożywczym jaka mnie niebawem czekała, zdaje się być niebanalną atrakcją. Zmierzałem więc do tego sklepu, który jakby chciał jeszcze dopomóc w podtrzymaniu tego mojego szampańskiego nastroju i po prostu znajdował się – jakżeby inaczej – „po drodze”.
Kiedy byłem już bardzo tego sklepu blisko, spostrzegłem nadchodzącego z przeciwnej strony pewnego starszego pana, który chyba także miał dobry dzień, bo najwyraźniej postanowił go hucznie uczcić. Dało się to rozpoznać na pierwszy już rzut oka, ponieważ starszy ów pan solidnie chwiał się na nogach i dziwacznie ruszał wyciągniętymi przed siebie rękoma – tak jakby próbował się czegoś uchwycić, bądź zabezpieczyć się w ten sposób przed jakimś niespodziewanym i wielce prawdopodobnym z czymś kontaktem. Zdawał się on przy tym nie zwracać najmniejszej nawet uwagi na otoczenie. Przechylony do przodu, trochę jakby tanecznym krokiem przesuwał się do przodu ze wzrokiem wbitym w we własny, przesuwający się krok w krok za nim, cień.
Doszliśmy obydwaj, w jednym niemalże czasie, pod drzwi wspomnianego sklepu. Popołudniowy żeglarz zatrzymał się tam nagle, jakby wyczuwając ósmym zmysłem, że znalazł się u celu swojej wędrówki. Wyprostował się nagle i wyciągając głowę do przodu próbował ostatecznie upewnić się co do swojego aktualnego miejsca pobytu. Zdołał jakoś podnieść ciężkie powieki w górę, i spod tych wąskich szczelinek mógł utwierdzić się wreszcie w przekonaniu, że jest tam gdzie być powinien, czyli przed solidnymi zielonymi drzwiami wejściowymi. Jako człowiek dość dobrze wychowany, chciałem pomóc temu bądź co bądź starszemu już człowiekowi, i otworzyć drzwi jako pierwszy, aby przynajmniej usunąć przed nim tą pierwszą przeszkodę, wiedząc doskonale, że cała ta jego wyprawa nie będzie dalej i tak łatwa.
Wtedy jakby odzyskał kontakt z rzeczywistością. Podniósł groźnie palec w górę, najpewniej dając mi wyraźnie do zrozumienia żebym nie wychodził przed orkiestrę, i że on sam sobie doskonale ze wszystkim da zaraz radę. Chwycił klamkę drzwi zaciskając na niej mocno dłoń. Na chwilę zastygł w bezruchu, by po chwili pociągnąć drzwi do siebie z niebywałą wręcz krzepą. Zrobił to tak mocno, że skrzydło drzwi, owszem, otworzyło się, ale przy okazji pociągnęło go za sobą nieco w prawo. Nie puścił jednak klamki – cóż za dzielność! Wrócił szybko na właściwą trajektorię i niczym tłusty kocur wsunął się do chłodnego i ciemnego wnętrza sklepu. Nie wypadało mi zwlekać, więc szybko udałem się za nim.
Tajemniczy pan stanął w drzwiach, i przez chwilę próbował znów choć na chwilę otworzyć oczy, jak sądzę po to, aby ustalić gdzie powinien się teraz kierować. Ewidentnym w tej sytuacji celem wydawała się być znajdująca się w głębi sklepu pani ekspedientka. Ta, oparta łokciami o ladę, wypisaną miała na twarzy tak bezgraniczną