Akcja · 15 min czytania
pudełko
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Monika rozczesywała długie, kruczoczarne włosy wpatrując się w lustro. Pokój tonął w półmroku. Wpatrywała się chwilkę w swoje odbicie jak w ikonę. Chyba zaczynała się bać sama siebie, tego co się z nią działo. Jakby cała rzeczywistość wymykała się spod kontroli. Zaczęło się od ogłoszenia, potem sama nie wiedziała kiedy wszystko potoczyło się tak szybko jak w amerykańskim filmie klasy B. Miała ochotę położyć się w wannie i szorować swoje ciało, szorować godzinami, póki nie zmyje z niego całego brudu. Ale nie miała na to czasu, zaraz miał przyjść Andrzej. Andrzej cudowny chłopiec, z piękną uśmiechniętą twarzą, z poczuciem humoru, z szerokimi ramionami, w których czuła się bezpiecznie. Chciałaby nigdy nie dać tego ogłoszenia. Cofnąć czas i zacząć pracować na kasie w Tesco. Dlaczego byłam taka głupia? Myślała, ciągle czesząc swoje długie włosy. Czuję się jak bym była w książce Lynn Andrews i właśnie traciłabym całą moc… Jakbym już nie mogła jej odzyskać. W zasadzie to jest jak śmierć. Wóz albo przewóz. Albo z tego wyjdę albo już po mnie. usłyszała ciche pukanie do drzwi. To musiał być Andrzej. Pewnie jeszcze z kwiatami. Dlaczego on zawsze musiał być tak cholernie cudowny. Podbiegła do szafy i wyciągnęła białą sukienkę na cieniutkich ramiączkach. Szybko spryskała się perfumą. I otworzyła drzwi. - Witaj Skarbie. – Pocałował ją w mięciutkie wargi. W rękach trzymał bukiet fiołków. No tak, fiołki. On musi być idealny i cudowny, no jakżeby inaczej. Weszli do mieszkania. Andrzej powiesił kurtkę na wieszaku wodząc wzrokiem za dziewczyną, która udała się w poszukiwanie wazonu. Cholerny wazon, bez kitu. Może włożę je do słoika, chyba jakieś mam w szafce nad zlewem. Właściwie mam tu ładny kawałek syfu. No tak, dobrze, że Andrzej tu nie zagląda… Kiedyś posprzątam. Ciekawe czy kupił prezerwatywy, nie chce żeby znowu było, że ja jakieś mam, bo wyjdzie na to, że zawsze nosze przy sobie gumki. Ale w każdym razie mam w głowie taki chaos, że dobrze, że przyszedł, zapomnę o problemach… O, może wezmę to wino… Gdzie to cholerne wino? -Chciałbym wiedzieć co zaprząta twoją śliczną główkę Skarbie. – Andrzej od dłuższego czasu stał w drzwiach i się przyglądał Monice. – O czym myślisz? – Podszedł do niej i mocno ją objął. - O niczym Kotku, szukam czegoś na kwiaty. – Oswobodziła się z uścisku i podeszła do zlewu by napełnić słoik wodą. ***
- Dobrze, że przyszłaś Kochanie. – Babcia uśmiechnęła się do Moniki kładąc na stole talerz pełen ciasteczek z cytrynowym kremem. - Kiedy tu u mnie ostatnio byłaś? – Babci oczy błyszczały radośnie. Mimo podeszłego wieku miała niezwykle jasny umysł. Mieszkała na obrzeżach miasta w dużym domu z ogromnym ogrodem. Kiedyś pracowała w administracji, na kierowniczym stanowisku. Teraz zajmowała się roślinami i wróżeniem z fusów, z kart, ze wszystkiego. Babcia była osobą, która potrafił udzielić odpowiedzi na każde pytanie za pomocą wszelkich narzędzi. Jakby wszechświat podawał jej gotowe informacje, w bardzo dla niej prostym języku. Albo jej intuicja była tak wyostrzona. W każdym razie gdy Babcia mówiła, że będzie padało, to nawet choćby wszystkie prognozy pogody mówiły inaczej działo się tak jak mówiła Babcia. Babcia miała też inną właściwość. Gdy chciała aby padało – padało. I nie dotyczyło to tylko pogody, ale każdej sfery babcinego życia. Była kobietą obdarzoną niezwykła mocą. - Wnusiu, opowiadaj, jak ci się powodzi. - Na stole pojawiły się dwie filiżanki z herbatą z sokiem malinowym. – Jak studia? Masz tam jakiegoś kawalera?- Babcia sprawiała wrażenie osoby, która już zna odpowiedź na wszystkie pytania, ale zadaje je przez grzeczność. - Ech Babciu… - Monika rozpłakała się. – Źle ze mną. Robię złe rzeczy. Tzn. robiłam, już z tym kończę… Ale czuję się taka słaba… Nie wiem co robić. Może mi babcia postawi Tarota? - Tarota Krupelko? Nasypali piasku! – Babcia wstała, wydawała się potężna, ale tak jakby promieniowała z niej siła. W pokoju unosił się dym z sandałowego kadzidła. Mieszał się ze słodkim zapachem malin. Starsza kobieta była ubrana w czarną, długą sukienkę, miała staranny makijaż, wyglądała bardzo wytwornie, szlachetnie. Dostojnym krokiem podeszła do niemal stuletniej komody, na której stały posążki Buddy. Wyciągnęła czerwone, drewniane pudełko. Wszystko robiła w milczeniu, myśląc nad czymś. - Krupelko… nie postawie ci tarota. – Usiadła na swoim miejscu przy okrągłym stoliku. – Dam ci za to radę. - A babia słyszała? To już ludzie wiedzą?
***
Gdy zadzwonił pierwszy telefon Monika czuła niezdrowe podniecenie. Myślała, że będzie to dobra zabawa, przy okazji zarobi trochę pieniędzy. Umówili się u niego o 18. Trochę się bała, wszak mogło się wydarzyć wszystko. Mógł być seryjnym mordercą, psychopatą, który zrobi z jej skóry abażur lub torebkę. Mógł wziąć kolegów i mogli ją wszyscy zgwałcić. Bała się, ale potrzebowała pieniędzy. A tyle pieniędzy w jeden wieczór… No no. Ubrała się w sukienkę z dużym dekoltem i wysokie szpilki. Wcześniej wypiła kieliszek wódki na odwagę, by nie uciec, by się rozluźnić, przecież mogło zdarzyć się wszystko. Postanowiła jak najbardziej odbiec od wizerunku ulicznicy, w końcu nią nie była, więc ubrała szary sweterek z kapturem, i tylko musnęła usta błyszczykiem. Bała się do momentu gdy nie otworzył jej drzwi. Koło czterdziestki, tak jak mówił, czyli mnie nie okłamał. Ma ładne zęby… i dosyć jest przystojny… Może nie będzie tak źle. A jakie ma ładne mieszkanie, jak pałac… Masakra. Myślała wchodząc do środka. On coś do niej mówił, jednak zbyt była oszołomiona by słuchać. Na jednej ścianie wisiał obraz Nowosielskiego, na innej Wojtkiewicz i Sasnal. Miłośnik sztuki. Dobrze, przynajmniej nie byle kto, mam ochotę z nim porozmawiać, ale czy to wypada? Lepiej to potraktować jako usługę, handel, bez żadnego wchodzenia w bliższe relacje. On wchodzi, spuszcza się, wychodzi, daje mi kasę, ja wychodzę i wszyscy jesteśmy szczęśliwi. - Jak masz na imię? – uśmiechnął się do niej, był łagodny i uprzejmy. Po co mu jestem? Po co taki mężczyzna płaci komuś za seks? - Monika. – nie zwróciła uwagi, że mocno ściska w rękach pasek torebki. - Dobrze, czego się napijesz Moniko. – Wziął od niej torebkę i położył na krześle. Salon był ogromny i w pewnym sensie barokowy. - Może być Martini.
W sypialni wisiał Dwurnik. Patrzyła na ten obraz gdy on w niej był. Patrzyła na milion szczegółów tego obrazu. Na multum postaci, detali, idealnie skomponowanych i współgrających ze sobą. On był w niej i bardzo mocno się poruszał. Ona patrzyła na Dwurnika. Zrobiło jej się nie dobrze, marzyła by przestał, bo miała wrażenie, że jeszcze kilka minut i zwymiotuje na niego. Chciało jej się płakać. Wszystko jej się chciało. Krzyczeć. Zrzucić z siebie to męskie spocone ciało. Patrzyła na Dwurnika i zaczęła sobie wyobrażać, że mieszka w tym obrazie. Jest jedną z postaci. Słucha jak muzycy grają na kontrabasach. Mężczyzna jęknął i położył się przy niej. Był cały spocony, ale wyglądał na zadowolonego. - Coś się stało Moniko? – Spojrzał na nią- Nie było ci dobrze? – Monika nie wiedziała co powiedzieć. - Musze już iść. – Podniosła się z łóżka. - Nie poczekasz aż odpocznę by cię odprowadzić chociaż do drzwi? –oczy same mu się zamykały. – Podaj mi portfel, jest w kieszeni spodni. Podaj mi portfel? Aha, zostałam już zdegradowana do roli lokaja? - Proszę.- Podała mu skórzany portfel który musiał być bardzo drogi. Zaczęła się ubierać.…