pisarstwo · 4 min czytania
Punkt po błysku
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Drzwi wchodzą pierwsze, ja za nimi. Czujka świeci bez przerwy — jakby ktoś już tu był. Królowa wyrównuje buty; jeden wysunięty o milimetr. Ten porządek działa jak sygnał. Ramiona łapią linię, wzrok ma punkt. Na klamce wisi żółta recepturka. Biorę między palce, rozciągam, puszczam. Pstryk wraca od ściany. Liczę: jeden, trzy, pięć. Parzyste nie przechodzą. Wzoru nie szukam. W ciszy o nadinterpretację najłatwiej. W salonie ustawia w osi dwa piloty — czołami w tę samą stronę. Odkładam recepturkę. Po chwili zakładam na nadgarstek. Skóra pamięta napięcie. Czujka przy listwie mruga równo. Po każdym błysku zostaje punkt. Szuflada miękko przytrzaskuje kciuk; cofam dłoń. Domykam — klik. Trzy… i głębiej. W kuchni stal zlewu dźwięczy jak start. Przesuwam recepturkę wyżej. Rozciągam. Puszczam. W środku lżejszy naciąg; oddech płytszy, równy. Drzwi sypialni domknięte na styk. Zawias milczy. Dłoń Królowej sunie po framudze — sprawdza pion. Otwieram biodrem. Na oparciu fotela sweter. Składam rękawy na pół, odkładam. Dociskam klamkę. Plecami łapię drzwi. Za nimi czujka spóźnia się o pół taktu. Oddech zostaje ze mną. Szarpnięcie suche i ostre. Rygiel zaskakuje. Przez mieszkanie przechodzi skurcz; półka trzaska, grzbiety wsuwają się o milimetr. Drzwi ustępują, nim pomyślę o oporze. Królowa wchodzi bez wysiłku. Staje blisko. Powietrze przewraca stronę. — Nie uciekaj. — Stoję. Recepturka odpuszcza na nadgarstku. Zbliżenie, odsunięcie, pół skrętu. Mijamy się barkami — w wąskiej bramie. Cztery punkty jej paznokci — nie rana, znak. Znikają. Ciepło trwa. Czajnik nie świszczy;…