Romans · 7 min czytania
Pure Emotions - Chapter 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W powietrzu wisiał świeży, przyjemny chłód. Na chwilę rozdarł go ostry dźwięk dzwonka dobiegającego z murów szkolnych. Średniego rozmiaru tłum wylał się na plac przed budynkiem. Powoli każdy rozchodził się w swoją stronę, a to na przysłowiową „fajkę”, lub po prostu udać się już do domu. Karol stał na kamiennym chodniku i przyglądał się znienawidzonej masie. Oczywiście nie był masochistą, raczej okoliczności zmusiły go do tkwienia pod szkołą. - Gdzie ten pajac, Boże... – mruczał pod nosem. Nasz bohater miał przyjemność czekać na Marcela, dlatego to tak długo trwało. Spóźnialski poszedł po swój środek transportu i książki z szafki, niestety w jego przypadku to oznacza całą wyprawę, podczas której zdarzyć mogą się przeróżne rzeczy. Co prawda Karol miał tego świadomość, ale wciąż nie tracił cierpliwości. Jakieś przychylne siły wyższe zesłały jej jeszcze trochę wraz z istotą, którą Karol oglądałby teraz najchętniej. Amelia wybiegła ze szkoły jak poparzona. Nie musiało to jednak być równoznaczne z tym, że się spieszyła. To było raczej w jej stylu, zabiegana, zaganiana, nawet gdy nie było powodu. Na szczęście, zanim pobiegła przed siebie w jakimś dziwnym kierunku, zauważyła Karola. - Czekasz na kogoś? - Tak bardzo widać? – uśmiechnął się do niej próbując zmyć z twarzy grymas znużenia. - Czyżby Marcel? – nietrudno było jej na to wpaść. - Możesz to być nawet ty... – trzeba próbować każdej okazji. Początkowo nie widziała jak odpowiedzieć, uśmiechnęła się tylko bez słowa. - Nie sądzę byś miał w tym jakiś interes. - To mógłbym cię zaskoczyć. Co robisz po lekcjach? - Dziś? Sama nie wiem, mnóstwo rzeczy. Lekcje, nauka. Hmm... muszę się przygotować na przyszły tydzień. Karol się tylko zastanawiał czy rzeczywiście będzie to robić, czy są to jedynie grzeczne wymówki. Nie naciskał, tym bardziej, że w końcu Marcel był łaskaw zjawić się w umówionym miejscu. Prowadził rower w stronę dwojga znajomych. - No, no, bardzo dobrze, że widzę was razem! – krzyknął jeszcze kiedy dzieliło ich parę metrów. Doczłapał się z jednośladem do przyjaciół. - Chciałem potwierdzić plany na sobotę – zaczął – Mam wolną chatę, zatem trzeba uczcić moje wejście w wiek pełnoletni – Marcel symulował dumny ton, ale wychodziło mu to raczej kabaretowo – Rozumiem, że przyjdziecie? Reakcja była jasna. Nie ma nic lepszego niż domówka w gronie przyjaciół. - Na mnie możesz liczyć na pewno – odparł Karol – Z resztą szykuję się do ciebie już od miesiąca. - No, w takim razie ja też na pewno się zjawię. To będzie u ciebie w domu? - Yhy, pamiętasz jeszcze gdzie mieszkam? - Pewnie. Dobra panowie, w takim razie ja się zmywam. Jeżeli chcę mieć wolny weekend to muszę go sobie zapewnić. Wam z resztą radzę to samo. Chyba nie chcecie się uczyć na kacu – dodała uszczypliwie. - Ha ha ha, zobaczymy kto będzie miał kaca! – Marcel próbował się odgryźć, ale dobrze wiedział, że zachleje się w sobotę. - Cześć! – dziewczyna odeszła z szerokim uśmiechem na twarzy. Szybko oddaliła się od chłopców żwawym, równym krokiem. Przestrzeń pod szkołą wyludniała się konsekwentnie. Prócz Marcela i Karola niewiele było tu ludzi, jeszcze tylko resztki wychodziły z budynku i automatycznie szły w swoją stronę. - Mam nadzieję, że wam w niczym nie przeszkodziłem... – ciszę przerwał Marcel. - Nie udawaj rozgarniętego – odparł Karol próbując przegryźć kolejną…