Fantasy · 2 godz. 57 min czytania
PUSTELNIK I KALIA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
PUSTELNIK I KALIA
Ciemna chmura przesłania słońce. Czuję jak się zbliża. Już to kiedyś przeżyłam. Znam to. Ciało wiedźmy szczelnie przywiera do łusek skrzydlatego węża. Długie, sięgające ziemi warkocze jeszcze przez chwilę kołyszą się w powietrzu, kiedy płynnym ruchem zsuwa się na chodnik, a wąż, nagle zmalały, złożywszy skrzydła owija się wokół jej bioder. W czarnych jak smoła oczach wyraźnie widzę dwa nigdy nie gasnące płomienie. Młodą, prawie dzieciną twarz szpecą trzy szerokie blizny. Zatrzymuje się tuż przede mną. Długo patrzymy sobie w oczy. To nie jest ludzka twarz, nigdy, przenigdy nie widziałam takich rysów. Choć im dłużej się wpatruję, tym wyraźniej widzę w niej skrzywdzone dziecko, starą, złamaną przez życie kobietę, spędzającą dnie i noce nad zakurzonymi tomami magicznych ksiąg dziewczynę i jeszcze jedną, nieco starszą, krzyczącą z bólu i wyciągającą dłonie do stojącego pod stosem przerażonego chłopca. I wtedy ją wreszcie poznaję. - Dziękuję, że podzieliłaś ze mną swoją samotność – mówię. – Że mocno trzymałaś moją rękę, kiedy zapisywałam twoją historię. Z dziwnym uśmiechem patrzy na moje do tej pory lekko drżące palce. To spojrzenie nie wywołuje strachu, ale i nie leczy. Wiedźma nie uzdrawia, tylko uśmiecha się i patrzy. - Wiedziałaś? – pyta, i doskonale wiem, że nawet jeśli nie pytając o pozwolenie posłużyła się mną jako medium, nigdy nie zajrzała do moich myśli. - Czułam to od początku, ale dopiero gdzieś w środku, kiedy doszłam do historii Gabriela, zaczęłam mieć pewność. Znowu się uśmiecha, przez chwilę migają mi przed oczyma lśniąco białe wilcze kły, i wyciąga w moją stronę olbrzymie, czerwone jabłko. Znika gdzieś między dachami. Idę dalej. Wypluwam pestki i starannie, po jednej chowam je do pustego dotąd czarnego woreczka, który już od dawna noszę pod swetrem, specjalnie na tę okazję.
WIZYTA
- Kto tam? Kalia podbiega do drzwi. Tak naprawdę wciąż się jeszcze trochę boi kiedy zostaje sama w domu. Krzyknęła tylko dla formalności, w jej głosie brzmiała prawdziwa, czysta radość. Doskonale wie, że to wrócili rodzice. No bo któż inny mógłby to być? I tylko, pukając do drzwi jakby byli obcymi, sprawdzają jej czujność, bo przecież mogliby je po prostu otworzyć. Przecież zawsze zabierają ze sobą klucze, nawet kiedy ona zostaje żeby „pilnować” domu. Ale zza drzwi niespodziewanie odezwał się obcy, dziecięcy głos. - Toja – powiedział. Dziewczynka zatrzymała się w pół kroku i zwiesiła głowę. Radość w jednej chwili ustąpiła miejsca rozczarowaniu. - Otworzysz mi? – znowu usłyszała zza drzwi. - Nie mogę otwierać nikomu kiedy jestem sama w domu. Poza tym jesteś obca – potraktowała intruza wyuczoną formułką. - Nie cieszysz się że przyszłam? – zapytał głos. - Nie cieszę się. A teraz idź sobie i przestań mnie denerwować. Odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego pokoju. Skłamała. Tak naprawdę bardzo się cieszyła. I wcale nie chciała, żeby ten ktoś zza drzwi sobie poszedł.
Z korytarza dochodziły jakieś szmery. Zaintrygowało ją to. Po cichutku przystawiła sobie krzesło i wyjrzała przez wizjer. Pod drzwiami jej mieszkania siedziała dziewczynka. Tylko niewiele starsza od niej. Kalia była pewna, że nigdy wcześniej jej nie widziała. Nieznajoma rozłożyła sobie obok wycieraczki mały brązowy kocyk w kratę i jakby nigdy nic usiadła na nim krzyżując nogi. Kalia po cichutku zeszła z krzesła i wróciła do swojego pokoju. Już od kilku godzin zawzięcie rysowała i wycinała z papieru mięsożerne pająki. Zamierzała zrobić całą armię tych pająków, armię, która na jej rozkaz rzuci się na wszystkie dzieci w szkole, które jej dokuczają, i na panie, które na nią krzyczą i opowiadają o niej złe, nieprawdziwe rzeczy. W wyobraźni widziała już ich miotające się ciała, słyszała wrzaski przerażenia i bólu. Siedziała, jak zawsze, pod jasnobrązowym stołem w średnim pokoju, szczelnie zabarykadowana czterema krzesłami. Zwykle ukrywała się tu przed złodziejami i mordercami, którzy podczas nieobecności rodziców w każdej chwili mogli wtargnąć do mieszkania. Doskonale zdawała sobie sprawę, jak bardzo złudne jest to poczucie bezpieczeństwa, które zawdzięczała kilku wysłużonym meblom. Dlatego co chwilę rzucała ukradkowe, bojaźliwe spojrzenia na pusty pokój. Prawie zapomniała o siedzącej pod drzwiami dziewczynce. Po chwili jednak usłyszała cichy głos. Nucił jakąś piosenkę, chyba w obcym języku. A więc ciągle tam była. Kalia na palcach podeszła do drzwi. Jeszcze raz przyjrzała się nieproszonemu gościowi. Dziewczynka była ubrana w zieloną kurtkę i zielone spodnie. Na uwagę zasługiwały przede wszystkim jej włosy. Kalia nigdy nie widziała, żeby ktoś miał aż tak długie i grube warkocze. Dziwnie przypominały dwa wyrastające prosto z głowy węże. Nagle usłyszała głośne westchnienie. Skuliła się na swoim krześle, jakby się bała, że może zostać, że już została odkryta. Chciała już wracać pod stół, ale coś ją powstrzymało. Ta dziewczynka.
Kalia rzadko miewała gości. Właściwie rodzice nigdy nie pozwalali jej nikogo zapraszać, choć ona udawała, że o tym nie wie, i po cichu namawiała niektóre koleżanki do odwiedzin. Ale matka zawsze je wypraszała. Raz powiedziała, że jest już za późno, że Kalia wcześnie chodzi spać i teraz też już musi iść. To było okropne, Kalia wiedziała, że nigdy nie zapomni tego uczucia, kiedy stała przed zamkniętymi drzwiami swojego pokoju, w starej, podartej koszuli, wstydząc się wysunąć głowę i chociażby pozdrowić koleżankę. Dopiero potem przyszło jej do głowy, że przecież za oszklonymi drzwiami pokoju doskonale widoczny był zarys jej sylwetki. Było w tej upartej obecności nieznajomego dziecka coś krzepiącego, coś trudno uchwytnego, co dodawało otuchy. Spokojny upór z którym, niemal nieruchome, wpatrywało się w zamknięte drzwi. Ale jak to możliwe że przyszła właśnie do niej, skoro Kalia nigdy wcześniej jej nie widziała. Była tego zupełnie pewna, dziewczynek z włosami wijącymi się po ziemi jak węże nie spotyka się przecież codziennie. Pewnie była z innego kraju. Właściwie cerę też miała jakby trochę ciemniejszą. - Jak masz na imię? – zapytała Kalia po chwili. - Już ci mówiłam – Toja. - A ja – Kalia – odpowiedziała. To nie była prawda. Tak naprawdę po prostu nie lubiła swojego imienia, tego które wybrali dla niej rodzice. Zwyczajnie spodobało jej się słowo „kalia”, choć nie pamiętała nawet gdzie je usłyszała ani nie była ciekawa co ono oznacza. Wymyśliła sobie, że tak właśnie brzmi jej tajemnicze prawdziwe imię, i że zostało jej ono nadane przez wodną czarownicę. I sama prawie w to uwierzyła. Oczywiście nie uwierzył jej nikt inny, ani ze szkoły, ani z placu zabaw, i nikt jej tak nie nazywał. Ale ta dziewczynka za drzwiami nie mogła o tym wiedzieć, była przecież zupełnie obca. – Dlaczego jeszcze tu siedzisz? To znaczy... dlaczego sobie nie poszłaś? – zapytała znowu. - Dlatego że na ciebie czekam – brzmiała odpowiedź. - A gdzie są twoi rodzice? - Nie mam rodziców. - Jesteś zupełnie sama? - Tak. To znaczy nie. Mam już jedną przyjaciółkę, wiedźmę, która mieszka w opuszczonej chacie w lesie, mam też dwóch braci, których muszę odszukać i uwolnić, choć nie wiem jeszcze kto i dlaczego ich więzi, no i mam skrzydlatego węża. I ciebie. - Ale ja cię nawet nie znam. - Właśnie, dlatego nic nie rozumiesz. I Toja po raz kolejny głęboko westchnęła. Zapanowała cisza. - Czy znasz historię o Świętym Mikołaju i dziecku, które bawiło się pająkami? – zapytała Toja po chwili. Nie doczekawszy się odpowiedzi zaczęła opowiadać: – Dziecko bawiło się pająkami w swoim pokoju. Nagle ktoś zapukał do mieszkania. Dziecko podeszło do drzwi i poinformowało, że nie może otworzyć, ponieważ jest samo w domu. Potem wróciło do swojej zabawy pająkami. A wiesz kto stał za drzwiami? - Święty Mikołaj? - Skąd wiedziałaś? - Nie pamiętam, ale chyba ktoś mi już opowiadał tę bajkę. Wodna czarownica. Dziecko trzy razy podchodziło do drzwi, a Święty Mikołaj wciąż cierpliwie czekał i czekał, ale kiedy za trzecim razem odeszło on też odszedł, a dziecko dalej bawiło się pająkami i grzecznie czekało, aż przyjdą rodzice i przyniosą mu jego prezenty. - No właśnie. Ta wodna czarownica musi być bardzo mądra. A czy rozumiesz, co wynika z tej historii? Kalia chwilę się zastanowiła. To co mówiła Toja rzeczywiście miało sens. Mimo wszystko nie wiedziała jak postąpić. Nic tu nie było proste. Po pierwsze oczywiście bała się reakcji rodziców, ale rodzice byli teraz gdzieś daleko i tak naprawdę to nie oni byli największym problemem. Co, jeśli nieznajoma okaże się czarownicą, która zamieniła się w dziewczynkę, albo duchem. Nagle zaniepokoiły ją te podobne do węży warkocze, ciemna skóra, piosenka w innym języku. Kalia miała kiedyś straszny sen. Śniło jej się, że przebiegła zła czarownica zaczarowała jej brata, tak że stał się niewidzialny, a sama przybrała jego postać. Sen był straszny, ale i bardzo dziwny. Bo przecież Kalia nigdy nie miała brata. Poza tym na jej piętrze mieszka już jedna czarownica. Która zawsze zaczepia dzieci. Ledwo to pomyślała, usłyszała odgłos otwieranych drzwi. Ktoś wyszedł na klatkę. Dały się słyszeć kroki, a po chwili głos, dobrze Kalii znany, wymamrotał niewyraźnie: - Ooo, jaka śliczna dziewczynka, jak masz na imię? Kalia poczuła okropny, charakterystyczny smród, jakby kobieta stała tuż obok niej. - Nie rozmawiaj z nią, to czarownica, zawsze zaczepia dzieci! – krzyknęła przerażona i, zanim tamta zdołała zareagować, otworzyła drzwi i wciągnęła Toję do środka. Przez chwilę z trudem łapała oddech. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że ledwo mogła uwierzyć, że to zrobiła. Za to stojąca obok Toja wyglądała na zupełnie spokojną. - No, wreszcie – powiedziała. – Myślałam już, że też się nie doczekam. Nie była ani trochę przestraszona. Dopiero teraz Kalia zauważyła, że nieznajoma jest od niej sporo wyższa. Dziwne, bo chwilę wcześniej wydawało jej się, że są niemal w tym samym wieku. - Nie wolno mi nikogo wpuszczać, ale musiałam cię przecież uratować przed tą czarownicą – zaczęła się tłumaczyć Kalia. Poczuła się jakby została przyłapana przez kogoś dorosłego na robieniu jakiejś zakazanej rzeczy. Wszystko dlatego, że Toja była taka wysoka. Ale jak to możliwe, przecież... - Dlaczego nazywasz ją czarownicą? – pytanie przerwało tok jej rozumowania. - Na pewno nią jest. Zza drzwi wciąż sączył się ten specyficzny smród. To znaczy że czarownica ciągle tam stała, podsłuchując rozmowę dziewczynek. - To tylko stara kobieta, której pomieszało się w głowie – powiedziała Toja. – Choć rzeczywiście może być niebezpieczna. Może to nawet lepiej, że się jej bałaś. Niekiedy dziwne, straszne myśli przychodzą jej do głowy – ciągnęła zamyślona, jakby zapatrzona w mrożące krew w żyłach wizje, dręczące starą wariatkę podczas jej samotnie spędzanych dni. Ale Kalia już jej nie słuchała. - Chodź! – krzyknęła rozkazująco i pociągnęła Toję za sobą do średniego pokoju, pod jasnobrązowy stół. Nagle zapragnęła podzielić z nowopoznaną dziewczynką wszystkie swoje tajemnice. – Widzisz? Ta jaskinia to moje laboratorium. Produkuję tu mięsożerne pająki – oznajmiła z dumą. Toja w milczeniu patrzyła na pokolorowane ogryzkiem czarnej kredki papierowe pająki, poniewierające się na dywanie pod stołem. Takie same pająki leżały też na stole, na biurku, na kanapie, na szafkach. Mnóstwo małych, bezwładnych ciałek zaścielało niemal każdy skrawek przestrzeni. Ginęły pod nimi starannie poustawiane książki i ozdoby. Już miała coś powiedzieć, ale przeszkodziło jej pukanie w okno. - O nie! To na pewno ta czarownica! – krzyknęła przerażona Kalia. Nagle zwinęła się w kłębek i zakryła głowę rękami, jakby zasłaniając się przed ciosem. - To na pewno mój skrzydlaty wąż – powiedziała Toja i pogłaskała uspokajająco skulone ciałko dziecka. – Mogę go wpuścić? Obiecuję, że nie nabałagani. On też bardzo chciałby cię poznać – dodała, pragnąc ją przekonać. Kalia zawstydziła się swojego zachowania. Podniosła głowę i bardzo poważnie popatrzyła na nieznajomą. Oczywiście, że chciała zobaczyć skrzydlatego węża, choć nie była pewna, czy takie węże w ogóle istnieją. A jednocześnie bała się, że Toja ją oszukuje. A potem będzie się z niej wyśmiewać, że się tak łatwo dała nabrać. Bo tak naprawdę chyba nie ma skrzydlatych węży. Tak samo jak jej pająki nie są przecież prawdziwe, ani jej imię. Ale przypuśćmy, że wodna czarownica jednak istnieje. I przypuśćmy, że ona zna Kalię i bardzo ją lubi. I że w szybę okienną rzeczywiście puka skrzydlaty wąż, który należy do tej nieznajomej dziewczyny. To oczywiście niemożliwe, ale przypuśćmy, tylko przypuśćmy. I wtedy... to może oznaczać tylko jedno... że Toja też jest CZAROWNICĄ, która, jak w tamtym strasznym śnie, przybrała postać jej rówieśniczki. I że życie dziewczynki, która idąc za szlachetnym impulsem wpuściła nieznajomą do środka, wisi na włosku. Kalia bardzo w tej chwili żałowała, że znowu nie posłuchała rodziców. W jednej chwili zrozumiała wszystkie tragiczne konsekwencje swojego czynu. - Najpierw mi wytłumacz dlaczego do mnie przyszłaś, dlaczego siedziałaś pod moimi drzwiami i skąd masz skrzydlatego węża – zażądała. Była zdziwiona, że potrafi ukryć cały swój strach i powiedzieć to tak spokojnie. - Siedzisz cały czas pod stołem bo się boisz? – Toja zachowała się, jakby w ogóle nie usłyszała pytania. – Boisz się być sama w domu. - Wcale nie! – wykrzyknęła wściekle Kalia. Jej dłonie same zwinęły się w pięści i już, już miała uderzyć tą okropną dziewczynę, kiedy... Toja tak jakoś dziwnie na nią popatrzyła, że Kalia od razu się uspokoiła. I przestała się bać. Azyl pod starym stołem naprawdę, NAPRAWDĘ zmienił się w wilgotną i zatęchłą, ale w gruncie rzeczy przyjemną pieczarę, o której wiedzą tylko one dwie na świecie i w której nie może grozić nic złego. A potem nieznajoma po kolei odpowiedziała na wszystkie jej pytania. Powiedziała nawet dużo więcej. Opowiedziała Kalii całą swoją historię.
RYBACY, KAMIEŃ I STARA KOBIETA
Toja mieszkała na niewielkim pagórku za wioską, w starej, na wpół zrujnowanej chacie. Trawa dawno wdarła się do środka i porosła niski dach, przepuszczający tu i ówdzie to krople deszczu, to promienie słońca. Masywne, omszałe drzwi głęboko wrosły w ziemię i w ten sposób już na zawsze pozostały otwarte. Podobnie zawsze otwarte były okna, a właściwie po prostu cztery nieduże otwory, po dwa na wschodniej i zachodniej ścianie. Ten stary dom znajdował się na samym szczycie niewielkiego wzgórza, na skraju lasu, zaraz za linią wydm. W słoneczny dzień widać stąd było spory kawał okolicy – bezkresne morze, rozciągającą się aż po linię horyzontu wiekową puszczę, i przycupniętą nad brzydką kamienistą plażą, wciśniętą pomiędzy wodę i drzewa małą rybacką wioskę. Las był gęsty i niedostępny. Podobno kto do niego wszedł, już nie wracał. Mieszkańcy wioski opowiadali, że już po kilkunastu minutach marszu śmiałek, który poważyłby się przedzierać dalej, musiał torować sobie drogę przy pomocy topora. Ale cały jego trud, choćby niewiadomo jak heroiczny, i tak szedł na marne. Ostrze szybko tępiło się na dziwnie opornym drewnie, a poobcinane gałęzie, wyrąbane krzewy i nawet młode drzewka odrastały w niewiarygodnym tempie, niemal na oczach przerażonego wędrowca. Tak że wkrótce nie mógł on ani iść dalej, ani zawrócić. W chłodnym cieniu wyniosłych, nieprzyjaznych drzew intruz opadał z sił, tracił nadzieję i powoli umierał z wyczerpania i głodu, choć znajdował się tak blisko wioski, że wsłuchawszy się uważnie, mógł wyodrębnić z otaczającego go złowrogiego szumu dochodzące z niej odgłosy, a nawet poczuć zapach pieczonych ryb. Strasznie brzmiały te opisy powolnego konania w ustach tchórzliwych i zabobonnych rybaków, a przecież była to najłagodniejsza forma śmierci, niechybnie spotykającej każdego, kto odważył się przekroczyć tą niewidoczną, ale dobrze strzeżoną granicę królestwa starych drzew. Tak jak to często bywa, najstraszniejsze otoczone było zmową milczenia. Choć wszyscy, każdej nocy, słyszeli dobiegające z głębi przeklętego lasu długie, przeciągłe wycie. Słychać je było tak wyraźnie, że rybacy nie mogli się oprzeć wrażeniu, że wilk znajduje się tuż obok chat, przed drzwiami, a może nawet przy samym posłaniu. Nie tylko dzieci, ale również dorośli drżąc z lęku chowali wówczas głowy pod poduszki i koce. Ale o tym się nie mówiło. Jakby wieśniacy postanowili udawać sami przed sobą, że bór jest niezamieszkały, martwy, a ponure wycie z jego głębi jest tylko nocnym koszmarem, przeganianym przez pierwsze promienie słońca, blednącym wśród dziennych zajęć. Toja nie miała rodziców, odkąd pamiętała, była zupełnie sama. Jedyną osobą która trochę się nią zajmowała była starucha, mieszkająca samotnie gdzieś w lesie. Tak, właśnie w tym nawiedzonym, strasznym lesie, o którym dopiero co była mowa. Właśnie z tego powodu rybacy bali się kobiety i szeptali po cichu, że jest wiedźmą. W wiosce krążyły o niej dziwne, przerażające historie. Oczywiście Toja nic o tym wszystkim nie wiedziała. Podobnie jak jej opiekunka, była przecież wyrzutkiem ludzkiego świata. Zresztą trudno powiedzieć, ile w tych wszystkich opowieściach prawdy a ile bezsensownego gadania tchórzliwych i zabobonnych wieśniaków. Być może była to tylko zwyczajna staruszka, szukająca pociechy w towarzystwie tak samo jak ona odrzuconego dziecka, no i czemuż by stare drzewa, tak okrutnie rozprawiające się z uzbrojonymi w topory osiłkami, nie mogły otoczyć opieką i udzielić gościny pomarszczonej od starości kobiecie o zbrązowiałej jak ich kora skórze. Bo jakie ta chyląca się ku śmierci istota mogła stanowić dla nich zagrożenie? Także i Toja, która zresztą sama wymyśliła dla siebie takie dziwaczne imię, najprawdopodobniej nie była nikim niezwykłym. Pewnie była tylko jakimś niechcianym dzieckiem, ze strachu przed lasem porzuconym w tej właśnie starej, rozwalonej chacie. Znajdująca się w sporej odległości od wioski powoli popadająca w ruinę chałupa miała ukryć drobne ciałko od ludzkich oczu. Może zresztą nie raz już posłużyła do tego celu. W tym wypadku jednak stało się inaczej. Zupełnie jakby nieszczęsna chałupa zbuntowała się i zdołała przeciwstawić swojemu losowi i zamiast grobem po raz ostatni stała się domem. W każdym razie dziewczynka, tak jak staruszka, nie budziła w rybakach przyjaznych uczuć. Była w końcu pół duchem, kimś kto nie powinien, nie miał prawa żyć. Nieoczekiwany sojusz starego domu, starej kobiety i dziecka budził w ludziach niepokój, być może brali go nawet za przejaw działania nieczystych sił. Żyli w końcu w ciągłym strachu, na pograniczu puszczy i morza, dwóch nieznanych groźnych sił, w nędznych, niszczonych przez coraz częstsze i coraz gwałtowniejsze sztormy chatach, z trudem zdobywając dla siebie pokarm, ich dzieci rodziły się słabe i nierzadko umierały od głodu i chorób, podczas gdy to jedno jedyne dziecko rośnie zdrowe i silne, nienaznaczone ani chorobą ani głodem. Pomimo tego że nikt nim się nie zajmuje, nikt się do niego nie przyznaje. W ukradkowych spojrzeniach, jakie z rzadka rzucali na Toję i na widniejącą za jej domem nieruchomą linię drzew wyczuwało się mieszaninę nienawiści, pogardy i strachu. A dziewczynka rzeczywiście rosła dziwnie wesoła i pogodna, jakby zupełnie nieświadoma otaczającej jej wrogości i czających się wokół niebezpieczeństw. Jej głównym zajęciem było spacerowanie brzegiem morza i wyśpiewywanie dziwnych, nieskładnych piosenek, których prawdopodobnie nauczyła się od staruchy. Tak jak rybacy zdawali się jej nie zauważać, tak i ona szerokim łukiem omijała zawsze ich osadę. Nie miała tam zresztą czego szukać. Piasek na należącej do ludzi części plaży wydawał jej się zawsze jakiś brzydki, szary, podobnie przygnębiające wrażenie robiły na niej ich domy. Nie raz obserwowała ich podczas pracy, wiedziała, z jakim wysiłkiem przychodzi im zdobywanie pożywienia, zdarzało się nawet, że w nocy stawały jej nagle przed oczyma ich twarze, skrzywione od złości, niepowodzeń i głodu i dziwiła się, dlaczego nigdy nie przychodzą, tak jak ona, na skraj lasu, gdzie trawa była zawsze zielona i świeża i gdzie, w dobrze znanych głębokich dziuplach zawsze czekały lśniące misy, po brzegi wypełnione jadłem. To szczęśliwe, beztroskie życie miało się jednak wkrótce skończyć. I, jak to zwykle bywa w życiu, zmiana ta spadła na nieprzygotowane, nie uprzedzone przez nic ani nikogo dziecko zupełnie nagle, zupełnie niespodziewanie. Tego dnia Toja obudziła się wczesnym rankiem i, znęcona słońcem, niebawem była już na plaży. Bawiła się jak co dzień, zbierając muszelki i kolorowe kamienie, tańcząc i wypływając daleko w morze. Właśnie odpoczywała po jednej z dłuższych eskapad, kiedy zauważyła to dziwne promieniowanie. Kilka kroków dalej. Odgarnęła cienką warstwę kamyków i piasku. Na dnie niewielkiego zagłębienia leżał błyszczący kamień. Przypominał morze w jasny, spokojny dzień. Był niewielki, wyglądał jak duża kropla wody albo mały kawałek nieba. Dziewczynka bez problemu mogła zmieścić go w dłoni. Wyciągnęła rękę, ale za chwilę cofnęła ją, boleśnie oparzoną. Odskoczyła, ale ani na chwilę nie spuściła z oczu tajemniczego kamienia. Wydało jej się, że się poruszył, zadrżał, jakby próbował przesunąć się w jej stronę. Niebo w jednej pociemniało, stało się prawie czarne i Toja poczuła raczej niż zobaczyła, jak olbrzymieją fale, jak otwierają się ich spienione paszcze. Wtedy się przestraszyła, po raz pierwszy w życiu. Bo nagle została przeniesiona ze swojej plaży do jakiegoś obcego, wrogiego świata. Bo to co znajdowało się teraz przed nią to już nie było jej morze. To było dzikie zwierzę, długo zaczajone w swojej kryjówce, gotujące się do skoku. I zupełnie niespodziewanie, po raz pierwszy w życiu, Toja poczuła się przeraźliwie samotna. Nie zważając na poparzenia chwyciła kamień, z całej siły zacisnęła na nim palce, jakby tak łatwiej jej było znieść ból, i pędem ruszyła w stronę małej, przez siebie samą wydeptanej ścieżki przecinającej wydmy i potem dalej, do domu, do chaty na pagórku, gdzie dotąd czuła się tak szczęśliwa i bezpieczna. Biegła poprzez ciemność. Tylko spomiędzy jej zaciśniętych palców sączyło się słabe niebieskawe światło. Nie widziała go. Biegła jak mogła najszybciej, nie otwierając oczu, niemal nie oddychając. Gdyby zatrzymała się i choć na chwilę odwróciła głowę, zrozumiałaby, że nie jest sama. Naprzeciw fal widniała zawieszona w powietrzu, jakby zagradzająca im drogę, smukła kobieca postać. Pomimo szalejącego wichru długie, czarne włosy kobiety spokojnie i ciężko spływały ku ziemi. Ale Toja pędziła jak oszalała, mając wciąż w uszach narastający, wściekły ryk morza. Wbiegła do izby i rzuciła się na ziemię, śmiertelnie wyczerpana. Z całej siły zaciskała powieki. Z trudem łapała oddech, jak ktoś, kto wraca do życia. Minęło kilka minut zanim uświadomiła sobie, że na morzu i niebie panuje już spokój. Powoli otworzyła oczy. Dookoła nic się nie zmieniło. Wyszła przed dom. Przez chwilę nie była pewna, czy przypadkiem sama tego wszystkiego nie wymyśliła. Bo przecież podczas swoich zabaw nieraz wyobrażała sobie sztormy, ginących ludzi, statki, które płoną trafione przez pioruny, i wszystko było zupełnie tak, jakby wydarzało się naprawdę. Wszystko, poza tą przeraźliwą samotnością i strachem. Pustką, jaką można poczuć, kiedy traci się przyjaciela, choć Toja nigdy nie miała przyjaciół. Usiadła i zwiesiła głowę, próbując uporządkować myśli. Z wysiłkiem otworzyła zaciśniętą pięść. Skóra we wnętrzu dłoni była różowa i gładka, ślady poparzeń znikły tak samo niewytłumaczalnie i szybko, jak uspokoiły się żywioły. Ale kamień wciąż tam był. A więc to nie mógł być sen. Dziewczynka bezwiednie zapatrzyła się w tajemniczy, lśniący przedmiot. Jej oczy zdawały się patrzeć poprzez niego, zaglądać w jakąś nieznaną głąb. Ale nie było jej dane skoncentrować myśli. W wiosce tworzyło się zbiegowisko. Co chwila ktoś wybiegał z chałupy, przybiegał znad morskiego brzegu. Wiatr przynosił na pagórek echa podniesionych głosów. Toja patrzyła na rybaków niewidzącym, obojętnym wzrokiem. Choć czytała przerażenie i wściekłość w ich zachowaniu i gestach, nie mogła rozróżnić słów. W każdym razie teraz nie miała już wątpliwości, że zdarzyło się coś niezwykłego, skoro ludzie też to dostrzegli. Ani przez chwilę nie domyślała się, że mieszkańcy wioski mogą rozmawiać o niej. Dwaj rośli mężczyźni, zaopatrzeni w mocny sznur i długie noże, ruszyli w drogę. Ale to również umknęło jej uwagi. Przyglądała się teraz, jak kobiety znoszą drwa na specjalne miejsce za wioską, gdzie zwykle rozpalane są świąteczne ogniska. Zdziwiła się. Ogniska zaczynały zwykle płonąć dopiero wieczorem, tymczasem dzisiaj, choć wciąż jeszcze był ranek, nerwowa krzątanina trwała w najlepsze. Cieszyła się jednak, że w wiosce szykuje się święto. Były to właściwie jedyne momenty, kiedy miała ochotę podejść bliżej do ludzi, w ubraniach przystrojonych kolorowymi ozdobami, roześmiani, spowici dymem i blaskiem, wydawali jej się jacyś milsi i może nawet przyjaźni. Zapatrzona na poruszające się szybko w tą i z powrotem śmieszne małe figurki nagle wzdrygnęła się przelękniona, poczuwszy na ramieniu czyjąś rękę. Wprawdzie nigdy jeszcze nie widziała żadnego z nich, ani dorosłego, ani dziecka, na swoim pagórku lub na swojej części plaży. Ale dzisiejszy dzień był przecież zupełnie inny. Na szczęście spoczywająca na ramieniu dziewczynki dłoń nie należała do żadnego z mieszkańców wioski. Była to zielonkawa i chropowata w dotyku, przypominająca trochę pokrytą mchem korę spróchniałego drzewa albo oślizgłą żabią łapę dłoń staruchy z lasu. Ponoć niegdyś Mariam mieszkała w wiosce, wśród ludzi, ale została stamtąd wypędzona w następstwie skandalicznych wydarzeń, w które zamieszane były czary. Dzięki magicznym eliksirom długo udawało jej się zachowywać młodość i urodę. Tak przynajmniej opowiadali czasem starcy, którzy z kolei słyszeli te opowieści od swoich ojców i tak dalej, choć ten i ów zarzekał się, że będąc dzieckiem na własne oczy widział, jak wychodziła na dach chaty i tańczyła, podczas gdy olbrzymi czarny wąż wił się wokół jej bioder. Tak naprawdę nikt nie wiedział, ile starucha ma lat i co w tych opowieściach jest prawdą, a co zaczęło już bardziej przypominać legendę . Opowiadano także, że wyrzekła się jej nawet własna córka, żona jednego z bogatszych rybaków. To był początek upadku wiedźmy. Nagle postarzała się i jakby osłabła. I wtedy ludzie zebrali się na odwagę i przegnali czarownicę. Schroniła się w lesie, gdzie nikt nie odważył się jej ścigać. W jaki sposób wyżyła we wrogiej ludziom puszczy, pozostaje tajemnicą i kolejnym dowodem jej konszachtów z nieczystymi siłami. Była tak niewiarygodnie stara, że trudno było stwierdzić, czy na pewno jest człowiekiem. Jej ciało zgarbiło się, skurczyło i wyschło, wzrostem niewiele przewyższała Toję, kilkuletnie dziecko. Na twarzy roiło się od zmarszczek, ciemnych plam, brodawek, włosków i jakichś dziwnych zielonkawych narośli, tak że na próżno dziewczynka próbowała się w niej dopatrzyć jej wcześniejszych rysów. Tylko włosy, lśniąco czarne i niezwykle bujne, zdawały się być w tej postaci młode. Żyły własnym życiem, wijąc się i plącząc, niby to splecione w dwa długie warkocze, a tak naprawdę ciągle gdzieś się rozłażące, rozpełzające, jak pęki lśniących czarnych węży, wyrastające z głowy chylącej się do ziemi, powykręcanej miniaturki człowieka. Toja nie bała się wiedźmy, trudno jej było zresztą uwierzyć, że to żałosne, z trudem utrzymujące się na nogach stworzenie może posiadać jakieś nadprzyrodzone moce. Na pewno nie znała żadnych zaklęć, bo przecież już dawno by ich użyła żeby poprawić swój los czy przynajmniej zemścić się na prześladowcach. A jednak wraz z pojawieniem się Mariam ulotniły się gdzieś strach i samotność, i dziewczynka nagle przypomniała sobie o czerwonych, soczystych jabłkach, które opiekunka tak często jej przynosiła. Poczuła silny głód, jakby od wielu dni nie miała nic w ustach. Starucha coś tam jak zwykle pomruczała pod nosem, jakieś niezrozumiałe wyrazy, poczochrała ją po głowie swoją chropowatą dłonią i uśmiechając się szeroko wyciągnęła z fałdów odzieży dorodny owoc. Toja poczuła nagłą chęć opowiedzenia jej o tym, co stało się nad morzem, ale wiedźma ją uprzedziła: - Nie możesz się tam bawić. – wychrypiała, jakby czytała myśli dziewczynki. Toja z powagą popatrzyła w jej niewidzące oczy. A więc wiedziała już o niezrozumiałym gniewie morza. Ale czy mogła to wszystko wyjaśnić? Wytłumaczyć co właściwie i dlaczego się stało? Już otwierała usta by zadać pytanie, gdy zza pagórka wyłonili się dwaj mężczyźni. Na widok staruchy przystanęli, wyraźnie zaskoczeni jej obecnością. Jeden z nich splunął przez ramię, drugi podniósł dłoń i uczynił gest odpędzający złego ducha. Toja wzdrygnęła się ze wstrętem, nie znosiła tego gestu, zwłaszcza kobiety bardzo często go wykonywały, gdy znalazła się blisko, wydawało jej się zawsze, że chciały ją w ten sposób poniżyć czy obrazić. Wiedźma uspokajająco ujęła jej dłoń, musiała wyczuć jej niepokój. Palce mężczyzn powędrowały ku rękojeściom noży. Niespodziewanie rozległ się cichy śmiech. Poprzez rozchylone usta Mariam widać było krzywe, zielonkawe zęby. Toja mogłaby przysiąc, że porośnięte są mchem. Nagle w szczelinach pomiędzy zębami dostrzegła coś dziwnego, jakby maleńkie, białawe pączki kwiatów. Przypatrywała się im badawczo, gdy nagle wargi staruchy poruszyły się. - Czego chcecie? – spytała. Jej głos przypominał teraz trochę syczenie węża. Ale nie było w nim złości. Tylko pewność i spokój. - Wiesz czego, oddaj nam tego bachora, bo i z tobą zrobimy porządek, stare ścierwo – wychrypiał z nienawiścią pierwszy i znowu splunął. Krople śliny rozbryznęły się na bosych stopach wiedźmy. - Czego od niej chcesz, Andres? – na jej starczych ustach igrał dziwny uśmiech. Zapytany rybak wyraźnie się stropił. Drugi natychmiast przyszedł mu w sukurs. - Dobrze wiesz po co - odrzekł, patrząc czujnie na staruchę. - Zrobimy porządek z tą małą gnidą, zanim sprowadzi na nas nieszczęście. Ciągle tylko biega po brzegu i śpiewa. Wzywa nieszczęście, małe ścierwo. Dawno powinna zdechnąć. I chłop zaśmiał się krótko, ochryple, z wyraźną satysfakcją. Toja zamarła. Jabłko wysunęło się z jej palców i potoczyło w dół, po łagodnym zboczu. Wiedziała, że w wiosce nie darzą jej sympatią, ale jeszcze nigdy nie słyszała takich słów, nie poczuła tak wyraźnie, tak bezpośrednio skierowanego przeciwko sobie ładunku nienawiści. I jeszcze ten chrapliwy, okrutny, tępy śmiech. Poczuła jak w jej ciele budzi się w coś nowego, giętkiego, ekscytującego i przerażającego zarazem. Szarpnęła się, ale nieposłuszne ciało pozostało na miejscu, i wtedy dopiero poczuła, że nie może wykonać ruchu, przytrzymywana silną i nieruchomą jak gruby konar drzewa ręką staruchy. Obnażyła więc kły i tylko warczała głucho, kipiąc wściekłością, czekając na swoją chwilę, na ten moment, kiedy uchwyt zelżeje. Mężczyźni cofnęli się pół kroku, naprężyli ciała, w ich dłoniach tkwiły długie noże. I przez chwilę stali tak naprzeciwko siebie, jakby zatrzymani przez niewidoczną siłę, dwaj rośli rybacy i malutka staruszka, mocno ściskająca ramię dziecka. W przejrzystym powietrzu poranka znów zabrzmiał śmiech. Z początku chrypliwy, przypominający skrzypienie dwóch pocieranych o siebie kawałków drewna, zmieniał się z sekundy na sekundę. Przeistaczał w szelest liści, brzęczenie pszczół, cichy, delikatnie pieszczący uszy szmer wody, by w końcu przerodzić się dzwonienie miliardów małych, srebrzystych dzwonków. Toja podniosła wzrok. Stojąca obok niej i wciąż trzymająca dłoń na jej ramieniu smukła młoda kobieta ze zwieszającymi się do samej ziemi czarnymi jak smoła włosami uśmiechając się do mężczyzn śpiewnym głosem mówiła: - Wróćcie do wioski. Nikt nie będzie już szukał dziewczynki. Dziecko nie żyje, morze powstało i pochłonęło swój łup. Rybacy, przypominający teraz raczej poruszane niewidzialnymi nitkami niezdarne kukły, powoli, potykając się, schodzili ze zbocza. Wiedźma odwróciła się do Toi: - Idziemy, maleńka – powiedziała cicho. - Nie ma już czasu. Musisz, kruszyno, ruszyć w drogę. Dużo wcześniej, niż przypuszczałam. Chciałabym ci towarzyszyć, bardzo bym chciała, ale z różnych względów nie jest to możliwe. Będziesz musiała iść sama, choć w tą wędrówkę nikt jeszcze nie wyruszył sam, a ty jesteś za mała, jeszcze o wiele za mała. Szły w milczeniu. Dziewczynka domyślała się, że Mariam prowadzi ją do swojej chaty. Po raz pierwszy znajdowała się tak głęboko w lesie. Była porażona majestatem tego miejsca, pełnego potężnych powalonych pni, dramatycznie powykręcanych, zasnutych pajęczynami grubych gałęzi. Kilka razy zdawało jej się, że pomiędzy drzewami mignął jakiś czarny kształt, to znowu że widzi wlepione w siebie czarne, rozżarzone ślepia. Oczywiście wiedziała, że w lesie są wilki, nieraz w nocy słyszała ich wycie. Nie budziło w niej strachu, raczej jakiś nieokreślony smutek. Teraz jednak poczuła niepokój. Spojrzała na towarzyszkę. Ślepa wiedźma szła spokojnie i pewnie. Nie pierwszy raz przemierzała tą drogę. Las musiał być dla nich bezpieczny. Nagle Mariam zatrzymała się, jakby sobie o czymś przypominając. Odwróciła się do dziewczynki. Delikatnie uniosła małą, zaciśniętą piąstkę do swojej twarzy. Spomiędzy palców sączyło się bladoniebieskie światło. W leśnym cieniu blask wydawał się być dużo intensywniejszy niż na zalanej słońcem plaży. Toja palec po palcu otworzyła dłoń. Zdążyła już zapomnieć o tajemniczym kamieniu, a przecież to od niego wszystko się zaczęło. Jak to możliwe, że wciąż jeszcze tu tkwił. Był lekki jak piórko i ciepły, ale już nie parzył. Staruszka uśmiechnęła się tylko, ale nic nie powiedziała. I Toja również tym razem o nic nie zapytała, z powrotem zacisnęła palce na kamieniu i posłusznie podążyła za swoja przewodniczką. Pomimo szybkiego tempa marszu na miejscu znalazły się dopiero późnym wieczorem. Toja nigdy nie zastanawiała się gdzie mieszka staruszka, choć wydawało jej się oczywiste, że jej schronienie musi znajdować się gdzieś niedaleko. Nie spodziewała się jednak niczego konkretnego – dla niej równie dobrze mógł to być bogaty pałac jak i zwyczajna dziupla jakiegoś na pół spróchniałego drzewa. Okazało się jednak, że chata Mariam niewiele różni się od jej własnego domu. Było to również jakieś dawno opuszczone i na wpół rozwalone ludzkie schronienie. Uwagę dziewczynki przyciągnęła pochylona ze starości jabłonka, wspierająca swój pień o ceglaną ścianę. Sękate, powykręcane gałązki chyliły się ku ziemi pod ciężarem dojrzałych owoców. Wiedźma, która nie oglądając się na dziecko weszła prosto do środka, stanęła teraz na progu chaty. Podała Toi mały czarny woreczek. Dziewczynka schowała kamień i, dumna i szczęśliwa zarazem, zawiesiła sobie amulet na szyi. Nagle poczuła się bardzo zmęczona, zapragnęła oprzeć plecy o pień drzewa i usiąść, choć na chwilę, odpocząć, wsłuchując się w szelest jego liści i wdychając zapach jabłek, ale Mariam gestem zaprosiła ją do środka. W izbie płonęło ognisko. Toja ciekawie rozejrzała się wokół. Chatka była raczej uboga i, choć znajdowało się w niej niewiele sprzętów, miało się wrażenie nieładu. Może dlatego, że nie było tu półek, szaf, ani w ogóle żadnych mebli, a rzeczy stały lub leżały bezpośrednio na ziemi. W rogu stała lśniąca misa, wypełniona wodą. Obok niej piętrzył się bezładny stos kocy i ubrań, niedaleko wznosił się jeszcze jeden, mniejszy stosik – chrustu i małych połamanych gałązek. Pod sufitem wisiały pachnące pęki traw. Ciekawe w jaki sposób mała staruszka mogła do ich dosięgnąć. Mariam usiadła i wskazała Toi miejsce obok siebie. - Nie każdy mógł go podnieść – powiedziała poważnie, ujmując główkę dziecka w swoje szorstkie, chropowate dłonie. – Są niebezpieczniejsze od wszystkich innych stworzeń. Mógł przepalić ci dłoń do kości. Mógł cię zabić. - To on... żyje? – zapytała Toja, mimowolnie dotykając końcami palców pulsującego przyjemnym ciepłem woreczka, w którym spokojnie, oddzielony od jej nagiej szyi tylko cienką warstwą materiału, spoczywał tajemniczy kamień. - Oczywiście, że żyje, skoro lśni i jest ciepły – uśmiechnęła się Mariam, zwracając twarz w stronę dziecka. Toja naprężyła uwagę. Skąd jej opiekunka mogła wiedzieć, co znajduje się w jej dłoni. A może tylko udawała ślepą? Nie miała już teraz żadnych wątpliwości, że stara naprawdę jest wiedźmą. Na chwilę wróciło do niej to okropne uczucie znad morskiego brzegu, wrażenie, że została nagle porwana ze swojego bezpiecznego i znanego świata i wrzucona w zupełnie inny - wrogi i obcy. Zadrżała. Z jednej strony bardzo chciała dowiedzieć się więcej, o swoim kamieniu i o magii, a z drugiej bała się, bo zdawała sobie sprawę, że ta wiedza jest nierozerwalnie związana z przerażeniem i pustką, które, po raz pierwszy w życiu, poczuła dziś rano nad morzem, i z wściekłością, która na moment przemieniła ją w drapieżne, bezmyślnie rwące się do ataku zwierzę. - Istnieją różne sposoby poznawania przyszłości, niektóre z nich są bardzo niebezpieczne – ciągnęła po chwili. – Niewykluczone jednak, że to z któregoś z nich skorzystała, kiedy wybierała miejsce, w którym powinna pozostawić dla ciebie kamień. To się często zdarza osobom, które nie mają zbyt dużego doświadczenia lub mocy i za wszelką cenę chcą mieć pewność. - Różnie nazywają to, co dziś znalazłaś. I różne są opinie co do ich pochodzenia i mocy. My będziemy nazywać go znakiem albo po prostu kamieniem. Zaklęta jest w nim przede wszystkim miłość pozostawiającej go osoby, ale również potężna moc. To największy, najbardziej pożądany dar, jaki mogą ofiarowywać sobie wiedźmy. A zarazem najbardziej niebezpieczny. Bo ta sama moc, która towarzyszy nam i wspiera nas przez całe życie, w jednej chwili może obrócić się przeciwko nam. Jeśli dotknie go osoba niegodna uczucia, którym została obdarzona, może zostać straszliwie okaleczona, może nawet stracić życie. Nie może go przyjąć ktoś, kto nie potrafi kochać. To jedno z najstarszych praw chroniących nasz świat, tak jak znak jest najstarszym magicznym przedmiotem znanym wiedźmom – i Mariam znowu smutno się uśmiechnęła, jakby nie do końca przekonana co do prawdy swoich słów. Toja tego jednak nie zauważyła, słuchała z zapartym tchem. - Pokaż go – stara wiedźma wyciągnęła rękę. Przez chwilę trzymała, jakby ważyła kamień w dłoni, po czym nagłym ruchem wrzuciła go w sam środek ogniska. Toja wrzasnęła, i już sama pchała małe ramionka pomiędzy płomienie by wyciągnąć swój skarb, który nagle stał się dla niej tak potwornie ważny, że niemal czuła na swojej skórze trawiący go płomień, ale znowu powstrzymała ją silna ręka staruchy. - Pewnie nic by ci się nie stało, ogień jest dla ciebie teraz zupełnie niegroźny – powiedziała spokojnie Mariam. – Ale nie o to chodzi. Patrz! Płomienie zmieniły kształt i kolor. Przed oczyma zachwyconej dziewczynki rozbłyskały błękitne światła, strzelały niebieskie iskry. I to właśnie wtedy, w tym błękitnym blasku, Toja ich ujrzała. Dwóch chłopców, których wargi wciąż poruszały się bezgłośnie, jakby coś do niej mówili, o coś prosili, błagali. Ze wszystkich sił natężała zmysły, chcąc usłyszeć, wyczytać z ruchu warg, zrozumieć. Chłonęła oczyma ich rysy. Po chwili widziadło znikło. Toja nie poruszyła się z miejsca, gdy starucha głęboko zanurzyła dłoń w płomieniach, wyjęła amulet i położyła go na jej kolanach. Minęło dobrych kilka chwil zanim się otrząsnęła i bezradnie spojrzała na wiedźmę, oczekując wyjaśnień. Ale stara milczała, z twarzą wciąż skierowaną w stronę ognia, jasną, dziwnie młodą i piękną w jego świetle. Toja zrozumiała. Tym razem opiekunka nie mogła jej pomóc. Chyba naprawdę była ślepa. A ona sama nie mogła wiedzieć na pewno nawet tego, czy to, co widziała nie było tylko snem albo kolejną sprawką jej bujnej wyobraźni. - Opowiedz – cicho zażądała Mariam. Toja spróbowała odtworzyć w pamięci rysy, jeszcze przed chwilą widziane tak wyraźnie. Pierwszy z chłopców miał groźną twarz, zaciśnięte usta, czarne włosy i oczy, dokładnie takie same jak jej własne. Im dłużej i intensywniej się mu przypatrywała, tym bardziej sylwetka dziecka traciła wyrazistość i Toja nie była w końcu pewna, czy widzi chłopca, czy wilka o splątanej czarnej sierści. Drugi był jego przeciwieństwem – miał jasnożółte włosy i niewyobrażalnie wielkie, niebieskie oczy, patrzące spod długich, dziewczęcych rzęs. Chłopcy trzymali się za ręce, i Toja czuła, wyraźnie czuła, że to, co chcieli jej przekazać, było wołaniem o pomoc. O ile oczywiście wszystko, co ujrzała w niebieskim świetle nie było tylko grą wyobraźni. Była pewna, że gdzieś już ich widziała, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie, nie mogła sobie przypomnieć nawet tego, czy zdarzyło się to na jawie, czy we śnie. - Czy oni żyją? – krzyknęła nagle, porażona straszliwym przeczuciem. - Czy nie zabili ich rybacy? Wiedźma milczała. Toja dopiero później, dużo później domyśliła się, że Mariam spodziewała się usłyszeć coś zupełnie innego. - Czy oni żyją? – wyszeptała Toja, kładąc swoje małe rączki na chropowatych dłoniach staruchy. – Powiedz mi, proszę. - Żyją – tak samo cicho odpowiedziała Mariam. Po jej policzku powoli stoczyła się łza. Tak jakoś zmalała, osłabła, wydała się nagle Toi tak żałosna w swojej starości, że dziewczynka znowu się przestraszyła. Osoba, którą jeszcze przed chwilą miała za potężną czarownicę przypominała teraz zasuszone truchło, wyciągnięty ze śmietnika trup małej, szmacianej lalki. – Nie możesz już tu pozostawać. I to nie ci śmieszni ludzie z ich nożami i ogniskami są tego przyczyną – dźwignęła się ciężko i poszła w kąt chaty, długo grzebała w piętrzącej się tam górze przedmiotów. Szukała czegoś, a może tylko próbowała ukryć łzy. – Sama dobrze wiesz, że oni nie mogą ci zagrozić i tak samo nie mogliby zagrozić i im, gdyby... - Ten młodszy to Avel. – podjęła po chwili. – To on zostawił dla ciebie kamień. A kilka lat temu ocalił również twoje życie. Ale potrzebna będziesz im obu tak samo. A teraz musisz już odejść. Musisz stać się silna. Im potrzebna jest wiedźma, naprawdę potężna wiedźma, nie dziecko. Toja miała wrażenie, niemal pewność, że starucha ukrywa przed nią coś bardzo ważnego. Być może najważniejszego, najważniejszą część prawdy. Stłumiła jednak to uczucie, było jej wstyd, że w takim momencie okazuje Mariam brak zaufania. - Ale co z tobą? Czy tobie na pewno nic tu nie grozi? I naprawdę chcesz tu zostać, sama, tak blisko tej okropnej wioski? – powiedziała tylko. Wiedźma roześmiała się ochryple. - Dziękuję, że się o mnie troszczysz – odpowiedziała. – Ale jest właśnie tak, muszę zostać. Przynajmniej do pewnego czasu. Jestem już za stara, żeby po raz kolejny zaczynać wszystko od nowa. Poza tym muszę się troszczyć o tą chatę, jabłonkę i wszystkie inne stare, mądre drzewa, które tu rosną. Ktoś musi, bo nie mają nikogo, komu mogłyby przekazać swoją wiedzę, kto by ich bronił przed ludzką głupotą. – Toi nagle przypomniały się wilki, których niemal niewidoczne ciemne sylwetki bezszelestnie towarzyszyły im w wędrówce przez las. – Nie ma najmniejszych powodów, żeby się o mnie obawiać – ciągnęła dalej już spokojnie Mariam. – Poza tym mam tu jeszcze kilka spraw do załatwienia. Kiedyś to wszystko zrozumiesz, kruszyno. Kiedy się następnym razem spotkamy. Starucha wyciągnęła skądś wspaniałą, srebrną tacę. Na jej brzegach wyrzeźbione były sylwetki biegnących wilków. Znów te wilki, pomyślała Toja. Mariam wyszła, ale już za chwilę była z powrotem, z tacą pełną jabłek. Bez słowa postawiła ją przed dziewczynką. Toja poczuła się dziwnie, nikt nigdy nie ugościł jej w taki sposób. Staruszka nie jadła, znowu się oddaliła, żeby po chwili znowu wrócić z małym pakunkiem w dłoniach. Zieloną kurtką, zielonym swetrem, spodniami i plecak, do którego spakowała mały brązowy koc w kratkę i kilka jabłek na drogę. Kiedy dziewczynka nasyciła się i przebrała, stara wyciągnęła skądś czarny kościany grzebień. Delikatnie rozczesywała splątane włosy Toi, która mając świadomość że już niedługo pożegna ciepłą chatkę i swoją niezwykłą opiekunkę przymknęła oczy i z przyjemnością poddała się tej pieszczocie. - Piękne, gęste włosy, dokładnie takie same były u twojej matki – szepnęła wiedźma. Dziewczynka drgnęła, ale nie odezwała się. Czekała. Nie dane jej jednak było dowiedzieć się więcej, ani o matce, ani o widzianych w płomieniach ogniska chłopcach. Mariam zamilkła, a ona nie odważała się pytać. – Odtąd już zawsze będziesz je splatać w dwa warkocze, po obu stronach głowy. Kiedy warkocze sięgną ziemi, staniesz się wiedźmą. Dopiero wtedy będziesz w stanie w pełni zrozumieć i wykorzystać moc swojego talizmanu. Do tego czasu musisz jednak bezustannie wędrować, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej. To bardzo ważne. Jeśli zatrzymasz się gdzieś choćby na kilka dni, zapomnisz o celu drogi i pozostaniesz tam już na zawsze. Dlatego każdej nocy musisz wyruszać na nowo. Nie wolno ci też tu powrócić. Nigdy. Zapomnij o tym miejscu. I o mnie. Dopóki nie przyjdzie czas. Toja popatrzyła na nią zdumionym wzrokiem. I w tej samej chwili przyrzekła sobie, że jak tylko stanie się wiedźmą, potężną, najpotężniejszą, wróci tutaj, do tej starej kobiety, cokolwiek się stanie, jakiekolwiek przeszkody staną na jej drodze. Dowie się prawdy, wszystkiego, o czym wiedźma nie chciała czy nie mogła jej powiedzieć, nieważne, ile będzie ją to kosztowało. Dowie się, kim naprawdę była ta piękna, smukła kobieta, którą widziała przez chwilę tam, na pagórku, śmiejącą się beztrosko naprzeciw uzbrojonych rybaków. Wiedźma mogła mieć swoje tajemnice, ona też miała swoją. - Moje życie się kończy. Odnalazłam już wszystko, co miałam odnaleźć, a i do zrobienia pozostał mi niewiele – starucha uśmiechnęła się smutno. – Jedyna na czym jeszcze tak naprawdę mi zależy, to tylko przekazać komuś mój znak. Komuś, kto będzie miał więcej nadziei lub szczęścia i kto będzie umiał zrobić z niego lepszy użytek. Bo taka moc nie powinna się zmarnować – wiedźma roześmiała się dziwnie, Toja aż się wzdrygnęła, tak bardzo ten śmiech nie pasował do tej Mariam, którą znała. A może tak naprawdę wcale jej nie znała. – To zabawne, wszyscy tak bardzo jej pragną, gotowi są na największe poświęcenia i najstraszniejsze zbrodnie, byle tylko ją posiąść – starucha uważnie popatrzyła niewidzącymi oczami w oczy Toi. – a jednocześnie ta sama moc to wszystko co mi pozostało, jedyne, co kiedykolwiek miałam, choć nigdy o nią nie prosiłam, i nigdy, nawet teraz, nie odważyłabym się jej użyć tak, jak tego naprawdę chcę. – To już wszystko, moje dziecko. Wszystko, co mogłam dla ciebie zrobić. Teraz musisz opuścić to miejsce. Być może na zawsze. Już niedługo przyjdzie dzień kiedy nic, nawet ja sama nie będę w stanie powstrzymać moich fal. - Czy mogłabyś pokazać mi swój znak? – zapytała Toja. Czuła się jakby śniła, niebezpieczny wprawdzie, ale za to tajemniczy i piękny sen. Żałowała, że dopiero teraz Mariam opowiada jej o znakach, czarach i wiedźmach, bo choć zawsze czuła, że jest kimś innym niż wszystkie inne znane jej dzieci, nie wiedziała kim. Odrobinę prawdy poznała dopiero w momencie kiedy musiała odejść, a ona – jedyny łącznik z tym niezwykłym i nieznanym, a przecież jej własnym światem – pozostać. Wiedźma pogrzebała chwilę pośród okrywających ją łachmanów i fałdów zbrązowiałej skóry i wyciągnęła mały czarny woreczek, dokładnie taki sam jak ten, który przed chwilą podarowała Toi. Dziewczynka z wahaniem wyciągnęła rękę, i za chwilę zalśnił na niej amarantowym blaskiem kielich niezwykłego kwiatu. Wyglądał jakby zerwano go przed chwilą, choć z pewnością przeleżał w woreczku na szyi staruchy wiele dziesiątków lat. Toja aż otwarła usta z zachwytu, nie mogąc oderwać od talizmanu wzroku. Ciekawość, zachwyt i zazdrość naraz odmalowały się na jej twarzy. - Dlaczego mój znak wygląda jak zwykły kamień, a twój... – nie znalazła odpowiednich słów. - Dostałam go kiedyś od mojej przyjaciółki i nauczycielki, – odpowiedziała Mariam – jej imię było jednocześnie imieniem tego kwiatu, dlatego nosząc go czuję, jakby ciągle przymnie była. Każdy talizman kryje swoją tajemnicę, moje dziecko. Czyjąś miłość, a często również i czyjś ból. Przybierają bardzo różne formy i nigdy nie jest to pozbawione znaczenia. Ten sam kamień znalazła kiedyś twoja matka, ale odmówiła skorzystania z jego mocy. I Avel był taki sam jak ona. Zupełnie bezbronny. Chodź tutaj. Mariam mocno objęła dziewczynkę. Przesiedziały tak, przytulone, wsłuchane w bicie swoich serc i wpatrzone w płonący jasno ogień kilka pozostałych do świtu godzin. Pomimo że obie były zmęczone, nie mogły zasnąć. Rozmawiały cicho, Mariam nie dawała już dziewczynce rad, nie uczyła jej niczego, za to opowiadała stare, pełne niezwykłych imion i jeszcze bardziej niezwykłych i niezrozumiałych czynów historie o pustelnikach, wiedźmach, magach i czarodziejskich przedmiotach. Historie, których potwierdzenia Toja przez długie lata szukała potem w magicznych księgach, ale nigdy nie udało jej się ich tam znaleźć. Dziewczynce w ciągu tych kilku nocnych godzin spędzonych w chacie wiedźmy jakby przybyło lat. W każdym razie, dopiero nad ranem wychodząca ze zrujnowanego domostwa Toja nie przypominała już beztroskiego dziecka, które wyśpiewując niezrozumiałe dla niego samego słowa bawiło się rankiem na plaży. Niedługo miała stać się wiedźmą. I było to widać w jej spojrzeniu i ruchach. Miało się wrażenie, że staruszka i dziewczynka wymieniły się, albo może tylko trochę upodobniły do siebie – Toja wydawała się teraz starsza, Mariam jakby nieco odmłodniała – jej twarz wygładziła się nieco, sylwetka stała się smuklejsza, ruchy płynniejsze. Przeszedłszy kilkadziesiąt kroków Toja odwróciła się i po raz ostatni spojrzała na samotną chatę. Przez jedno mgnienie wydało jej się, że na progu widzi smukłą postać, z czarnymi, zwieszającymi się do samej ziemi warkoczami i wężem owiniętym wokół bioder, szerokimi, płynnymi ruchami rąk kreślącą w powietrzu magiczne znaki. Spojrzała jeszcze raz. Na progu nie było nikogo. Na pewno jej się tylko zdawało, w końcu wciąż jeszcze było dość ciemno, jej oczy były zmęczone brakiem snu i długim patrzeniem w ogień, a wyobraźnia przepełniona postaciami z zamierzchłych czasów, o których jeszcze przed chwilą opowiadała jej stara wiedźma. Tak rozpoczęła się wędrówka małej dziewczynki z zawieszonym na szyi tajemniczym kamieniem, którego prawdziwe znaczenie i moc miały się dopiero przed nią odkryć. Z głową wciąż pełną niesamowitych opowieści, niedopowiedzeń i niewypowiedzianych pytań Toja posłusznie ruszyła w ostry chłód poranka. Nie wiedziała, w jakim kierunku ma iść, poszła więc przed siebie. Nie spodziewała się niczego dobrego od ludzi – skierowała się w więc w stronę, gdzie drzewa rosły coraz gęściej, gdzie coraz trudniej było brnąć do przodu, skierowała się w największą głąb, w samo serce puszczy.
Część 22 / 3
***
Nie wiadomo jak długo trwała jej wędrówka zanim znalazła się w mieście, w którym mieszkała Kalia. Równie dobrze mogło to być kilka tygodni, jak i parę setek czy nawet tysięcy lat, bo dla wiedźm czas płynie zupełnie inaczej niż dla nas. Nie wiadomo, dlaczego właśnie Kalię wybrała, czy też może, w jaki sposób ją odnalazła. Jedni opowiadali, że prowadził ją kamień, inni – że serce. Jeszcze inni, że dziewczynka po prostu szła, nie żeby bez celu, bo cel miała przecież określony dość jasno, choć jeszcze inni utrzymują że właśnie bez celu, i kładą na to szczególny nacisk. Być może to Kalia, zupełnie nieświadomie, wezwała Toję do siebie, i ta, prowadzona jej głosem, odnalazła ją w końcu, tak jak wcześniej odnalazła swój talizman na plaży. To zresztą zupełnie nieważne i nawet sama Toja, gdyby tylko ktoś ośmielił się zadać jej to pytanie, odpowiedziałaby z pewnością, że nie wie. Na pewno wiele do tego czasu zwiedziła krain, przeczytała wiele magicznych ksiąg, spotkała wiele wiedźm i zdobyła niezbędną czarnoksięską wiedzę, choć, pamiętając przestrogę Mariam, nigdy nie zatrzymywała się w jednym miejscu dłużej niż do świtu następnego dnia. Gdy wchodziła do mieszkania, gdzie żyła jej mała przyjaciółka, jej długie warkocze sięgały już ziemi. Pomimo że zachowała wygląd dziecka była już prawdziwą wiedźmą, taką, której może służyć skrzydlaty wąż.
KROK W CIEMNOŚĆ
Na dworze szybko zapadał zmrok. Rodzice Kalii ciągle nie wracali. Ostatnie słowo opowieści dawno wybrzmiało i dziewczynki siedziały teraz w milczeniu, wsłuchując się w monotonne uderzanie kropel, nieustannie, uparcie drążących swoje wąskie ścieżki w tajemnych mrokach pieczary. Kalia zwróciła na nieznajomą swoje wielkie, niebieskie oczy. Toja zrozumiała tę niemą prośbę. Podała jej kamień. Dookoła rozlało się bladoniebieskie światło. Leżące na podłodze papierowe pająki powoli, jakby z trudem zaczęły się podnosić na włochatych nóżkach i wspinać na kolana swojej pani, wyciągając w jej stronę małe pyszczki. Dziewczynka zacisnęła pięść i znowu zapanowała ciemność. Tylko ze szczelin pomiędzy jej małymi palcami palcami sączyły się wąskie strużki światła. Wszystko to trwało tylko jedną chwilę, było jak krok w sen, w baśń, na drugą stronę lustra. - Pójdziesz ze mną? – zapytała Toja. - Rodzice na pewno mi nie pozwolą. Na wspomnienie rodziców poczuła bolesne i nieprzyjemne jak zastrzyk ukłucie smutku. - Rodzice bardzo mnie kochają, ale wiem, że mi nie pozwolą – Kalia ponownie spojrzała na Toję swoimi granatowymi w wieczornym świetle oczami. Lśniły w nich dwie wielkie łzy. – Kochają mnie, przecież jestem ich dzieckiem – dodała jeszcze, jakby chciała za wszelką cenę przekonać przyjaciółkę, wmusić w nią kolejną wyuczoną regułkę. - Mylisz się – powiedziała łagodnie Toja. – Mylisz się, jeśli sądzisz, że wszyscy rodzice kochają swoje dzieci. Są tacy, którzy je krzywdzą. Biją, kopią, obrzucają wyzwiskami, straszą, na długie godziny zamykają w pokoju albo zostawiają same w domu. Po prostu nie chcą ich mieć. - I czy oni nigdy nie będą kochać swojego dziecka? - Nigdy. Jeśli nie kochają go, kiedy jest małe, to tym bardziej nie będą kochać osoby, która z niego wyrośnie. Kalia jeszcze mocniej ścisnęła kamień. Jego blask przeświecał teraz przez jej palce, jakby były zupełnie przezroczyste. - Ale przecież dziecko musi kochać swoich rodziców i się ich słuchać, bo inaczej... - Inaczej co? - Nie wiem. Zostanie samo. Albo umrze. I pójdzie do piekła. Toja roześmiała się. - To nieprawda. W naszym świecie, jeśli ktoś nie zasługuje na miłość jaką został obdarzony, znak go niszczy, jeśli tylko ta osoba ośmieli się wyciągnąć po niego rękę. W świecie, w którym ty żyjesz jest odwrotnie – to przeciw tobie samej obróci się cała siła twojego nieodwzajemnionego uczucia. Będziesz cierpieć podwójnie. To właśnie jest piekło. Nieporównywalnie straszniejsze niż wszystko czym mogą cię straszyć by wymusić na tobie miłość czy może tylko posłuszeństwo. Kalia podniosła głowę. - Pójdę z tobą – powiedziała. Toja wyjęła grzebień. W milczeniu rozczesała włosy dziewczynki, a potem splotła je w dwa długie, świecące gdzieniegdzie złocistymi nitkami warkocze. - Bardzo długo cię szukałam. Nie urodziłaś się jeszcze, kiedy wyruszałam w swoją wędrówkę. - Nie jesteś przecież dużo starsza ode mnie! – zaprotestowała Kalia ze śmiechem. Zaśmiała się zupełnie szczerze po raz pierwszy od momentu w którym się spotkały. - Niedużo starsza od ciebie? – Toja też się zaśmiała. – Jestem wiedźmą skarbie. A to oznacza, że upływ czasu nie ma dla mnie żadnego znaczenia. To jak wyglądam zależy wyłącznie ode mnie. Czas ma wpływ tylko na ludzi. I tylko dlatego, że są śmiertelni. - Ale mówiłaś, że Mariam była staruszką... - Tak. To tylko jedna z wielu spraw, których w tej historii nie rozumiem. Choć kiedy to teraz powiedziałaś, kiedy tak zwyczajnie nazwałaś ją „staruszką” zabrzmiało to tak jakoś słabo i bezbronnie, a ona była przecież naprawdę potężna, jak tysiącletnie drzewo. Dziwne, bo kiedy o niej teraz pomyślałam, przypomniała mi się jej jabłonka. Pokrzywiona, zgarbiona, ale gdybyś zobaczyła choć jedno z tych owoców, których rodziła przecież całe kosze. Dziewczynki podeszły do okna. Za nim czekał na nie skrzydlaty wąż. Kalię znowu ogarnął niepokój. Toja puściła jej rękę. - Ten jeden krok musisz zrobić sama – usłyszała za sobą jej głos. Posłusznie wspięła się na parapet. Wstała. Odwróciła na chwilę głowę. Za nią stała smukła młoda kobieta, z czarnymi, sięgającymi ziemi warkoczami. Uśmiechała się. Tak ciepło, że oczy Kalii zaszły łzami. Z powrotem odwróciła się w stronę okna. Cisza i ciemność. Jakby nagle zgasły wszystkie latarnie, zatrzymał się ruch uliczny. Ogarnęło ją przerażenie. Jeszcze raz obejrzała się za siebie. Ta sama ciemność. Spojrzała w dół, ale nie mogła dostrzec nawet własnych rąk. Za oknem coś się chyba poruszyło. Czy to wąż? Ostrożnie wysunęła nogę. Kapeć zsunął się z trzęsącej się stopy, za chwilę usłyszała jak uderza o chodnik. Kalia mieszkała na najwyższym piętrze. Wiedziała, że nie powinna patrzeć w dół. Wiedziała, że nie przeżyłaby upadku. Jeszcze mogła zawrócić. Ale czy rzeczywiście miała jakiś wybór. Rozkładając ręce na boki, jakby szła po cienkiej linie dziewczynka wysuwa nogę bardziej do przodu. Bosą powierzchnią stopy wyczuwa tylko pustkę. Przez chwilę niespokojnie balansuje na parapecie okiennym na palcach lewej stopy. I nagle rozumie. Znikają wątpliwości. Strach znika. Mocno zaciska powieki i odrywa stopę od parapetu. Całym ciałem przywiera do śliskich czarnych łusek i opiera główkę na płaskim łbie gada. - Myślałam zawsze, że czarownice latają na miotłach – powiedziała odwracając się do Toi. - Na miotłach? Czego to ludzie nie są w stanie wymyślić, żeby wyśmiać albo wzbudzić niechęć do tych, którzy są inni. Ale w zasadzie można i na miotłach. Kiedyś nosiły nas gałęzie świętych drzew. Słyszałaś o świętych drzewach? - Nie – smutno szepnęła Kalia. - Nie martw się, wszystkiego się dowiesz. W swoim czasie. W każdym razie myślę, że stąd to się właśnie wzięło. Choć teraz, kiedy prawie wszystkie magiczne drzewa umarły lub zostały wycięte, wiedźmy używają tych samych środków transportu co ludzie. Zrobiły się bardzo wygodne. Wątpię, czy którakolwiek z nich umiałaby je rozpoznać lub wiedziała, jak przygotować gałąź. - A skrzydlate węże? Toja znowu się zaśmiała. - Trudno mi sobie wyobrazić, żeby którejkolwiek z nich służył wąż. To bardzo stare i bardzo rzadkie stworzenia. Zjawiają się tylko na wezwanie wyjątkowych osób. - To znaczy jakich? - Mądrych, które dużo cierpiały. Kalia jeszcze mocniej przytuliła się do węża. Była mu wdzięczna, że pozwolił jej znaleźć się na swoim grzbiecie i szczęśliwa, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu. Gad odwrócił łeb i przez chwilę popatrzył na nią swoimi mądrymi oczami. Kalia poczuła, jak to spojrzenie wlewa w jej ciało spokój, jak wszystkie rany się goją, strachy i obawy odchodzą. Na pewno jeszcze wrócą, ale wiedziała, że będzie umiała stawić im czoło. Wiedziała, że pomoże Toi w odnalezieniu braci. Że istnieje znak, który ktoś pozostawił tylko dla niej jednej. I że wodna czarownica miała rację. Że jest kimś zupełnie innym, niż wszyscy dorośli i wszystkie inne dzieci, a ich niechęć i brak akceptacji były tylko potwierdzeniem tego faktu. Zamknęła oczy i ułożyła się wygodniej. Zdążyła jeszcze tylko pomyśleć, jak przyjemnie będzie obudzić się i zacząć nowy dzień w zupełnie innym świecie, w otoczeniu przyjaciół. Jak miło będzie rankiem powitać uśmiechniętą twarz Toi i znowu popatrzeć w mądre oczy węża.
W SAMOTNEJ CHACIE
Kalia z trudem otworzyła zaspane oczy. Od tamtego wieczoru minęło już kilkanaście dni, ale ona zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy. Większość tego czasu przespała, zwinięta w kłębek i przykryta brązowym kraciastym kocem. Spała podczas niedługich postojów i spała na grzbiecie niezmordowanie lecącego węża, przez cały czas troskliwie podtrzymywana dłońmi towarzyszki. Budziła się co kilkanaście godzin, ze zdziwieniem wyciągała z włosów zeschnięte liście i źdźbła trawy, jadła i zamieniała kilka słów z Toją. Ale zaraz zaczynały jej się kleić oczy, ciało stawało się bezsilne i bezwładne, jak po olbrzymim fizycznym wysiłku, głowa bezwolnie opadała i, chcąc czy nie chcąc, znowu zasypiała. Nigdy wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że można być aż tak zmęczonym, a teraz nagle stało się dla niej jasne, że przecież całe to olbrzymie wyczerpanie niosła ze sobą przez całe życie. Powoli dokonywała się w niej jakaś tajemnicza przemiana. Śpiąc nie tylko regenerowała siły, lecz również uwalniała tkwiące gdzieś głęboko w niej moc i wiedzę, z których istnienia nie zdawała sobie dotąd sprawy. Niezwykłe były również jej sny – pełne miejsc które dobrze znała, chociaż nigdy w nich nie była, witających ją radośnie ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkała. Rozejrzała się. Znajdowały się w głębi jakiegoś starego lasu. Korony wyniosłych drzew niemal zupełnie zasłaniały niebo, w panującym tu półmroku trudno było określić, czy był to zmierzch czy poranek. Niedaleko, oparta plecami o jedno z drzew, z kolanami podciągniętymi pod brodę siedziała Toja. Obok jej stóp leżał wąż, zmalały, ze złożonymi, niemal zrośniętymi z tułowiem skrzydłami. Pozycja w jakiej siedziała przyjaciółka, jej opuszczona głowa i niewidoczna, przysłonięta włosami twarz powinny wzbudzić niepokój. Ale Kalia nie zatrzymała na niej wzroku. Zapatrzyła się na lśniące łuski węża, podziwiała wijącą się łagodnie linię jego ciała. Widziała już, jak groźnie i majestatycznie wygląda podczas lotu, jak, zmalały, delikatnie owija się wokół bioder przyjaciółki, jak układa się do snu z głową ufnie opartą na jej stopach. Od samego początku, odkąd tylko o nich usłyszała, skrzydlate węże wzbudziły jej ciekawość i zachwyt. Od Toi dowiedziała się że są bardzo stare, starsze niż wszystkie inne ziemskie stworzenia i że również ich magia jest zupełnie inna, starsza i potężniejsza niż magia wiedźm. Na łbach tych przedziwnych stworzeń, tuż powyżej ślepiów znajdowały się wrośnięte w skórę małe, lśniące kamienie, podobne do górskich kryształów. Za każdym razem, kiedy Kalia patrzyła na lśniący kamień na łbie ich węża, przypominał jej się talizman przyjaciółki. Była pewna, że pomiędzy tymi dwoma przedmiotami istnieje jakaś więź. Ponoć to właśnie w tych kamieniach zaklęta była moc węży. Talizmany pochodziły prawdopodobnie z tego samego świata, w którym żyły węże zanim jeszcze zaczęły służyć wiedźmom. Nie była do końca pewna, czy powinna użyć tego właśnie słowa. Właściwie nigdy nie widziała, żeby Toja wydawała swojemu wężowi jakieś polecenia, wydawało jej się, że porozumiewają się na jakimś zupełnie innym poziomie, może na tym gdzie rodzi się wola, albo może jeszcze głębszym, może nawet kierowała nimi ta sama wola, w każdym razie w ich działaniach nie widać było żadnego rozdźwięku. Z drugiej strony, również z opowieści Toi Kalia dowiedziała się także, że węże przyłączają się do wiedźm zupełnie niespodziewanie, i tak samo niespodziewanie mogą je opuścić. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że mała dziewczynka, taka jak ona, nie może posiadać tak potężnego sprzymierzeńca. A jednak często przed zaśnięciem wyobrażała sobie jak przylatuje na jej wezwanie. A potem w snach słyszała potężny trzepot przesłaniających słońce skrzydeł. Wpatrywała się w swoje odbicie w nieruchomej, pionowej źrenicy. Marzyła, że jak żywe, bezustannie wijące się bransolety oplata jej ramiona. Malujący się przed jej oczyma obraz był coraz wyraźniejszy, przymknęła powieki, by nie uronić ani jednego szczegółu. Nagle poczuła na sobie wzrok Toi. Widziadło rozmyło się natychmiast. Oczy przyjaciółki były czerwone od łez. Jednym skokiem znalazła się obok niej. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Poznała las w którym się znajdowały, zrozumiała dlaczego Toja tak się spieszyła i niepokoiła przez całą drogę. - Chciałam cię do niej zabrać – zaczęła się cicho tłumaczyć i Kalia chciała jej przerwać, powiedzieć że to zupełnie niepotrzebne, że sama już wszystko zrozumiała, że gdzieś w głębi doskonale wiedziała dokąd lecą. Ale wiedźma już na nią nie patrzyła, umilkła i zamknęła oczy. I Kalia nie powiedziała ani słowa. – Przez wszystkie lata mojej wędrówki zawsze wracałam myślami do tej chaty – podjęła Toja po chwili. – Zawsze zastanawiałam się dlaczego uparła się żeby tu żyć. Co ją tu trzymało, co się tu stało. Chciałam ją zabrać, ocalić. Nie braci, tylko właśnie ją. Tak naprawdę w ogóle nie myślałam o braciach. I kiedy cię wreszcie znalazłam, kiedy tylko poczułam, że to już ta chwila, że posiadam pełnię mocy! To trwało długo, za długo, czułam że coś nas powstrzymuje, próbuje zmylić węża. I jesteśmy za późno. Za późno, rozumiesz? Kalia delikatnie gładziła włosy przyjaciółki. - Zostaw mnie – szarpnęła się nagle Toja. Nie chodziło przecież o to, żeby ją pocieszać. Dziewczynka wzdrygnęła się. Nie pokazała tego po sobie, ale poczuła się oszukana, odrzucona. W tej samej chwili zawstydziła się jednak i szybko zdusiła w sobie te uczucia, wiedziała przecież, jak bardzo cierpi jej przyjaciółka. Oglądając się kilka razy odeszła w stronę chaty. Ani razu nie wspomniała o tym Toi, ale podczas podróży wielokrotnie śniła o tym miejscu, w jakiś niejasny sposób zdając sobie sprawę że to właśnie tu niesie ją skrzydlaty wąż. W tych snach spacerowała plażą, na której Toja znalazła swój kamień, wędrowała przez las, słuchała nabrzmiałego smutkiem wycia wilków. Czuła, że to miejsce, pełne czegoś nierozwiązanego, niedokończonego, czeka właśnie na nią. Pewnie szła przez bagno, a przecież Toja nigdy wcześniej nie wspomniała, że chata Mariam znajduje się pośrodku bagien. Nie była tym jednak zaskoczona, wszystko było tak jak powinno, jej stopy dobrze znały drogę, jakby już tędy szły i dokładnie zapamiętały każde drzewo, każdy kamień, każdą grudkę błota. Ciało Mariam leżało przed otwartymi drzwiami jej domu. Rozrzucone na boki ręce wyglądały jak rozłożone w geście powitania. W łagodnych rysach malował się spokój, oczy odbijały ciemny granat nieba. Usta delikatnie rozchylały się w uśmiechu. Kalia uklękła obok wiedźmy i położyła dłoń na jej twarzy. Skóra była chłodna, miękka, miła w dotyku. Przeciągnęła palcami po włosach, tak samo lśniących i czarnych jak włosy Toi. Może i nie jest możliwe określenie wieku wiedźmy, ale co do samego faktu pokrewieństwa, przynajmniej w tym wypadku, nie mogło być wątpliwości. Dziwne, że Toja nigdy wcześniej o tym nie wspominała. Czyżby nie wiedziała? Czy jej opiekunka ukrywała przed nią prawdę? Kalii zrobiło się nagle strasznie żal przyjaciółki. Jedną wizytą, kilkoma godzinami rozmowy odwróciła bieg jej życia, nie zawahała się przeciąć je, jak nożem, na dwie części i na zawsze związać swój los z jej losem. Kalia czuła się jej dłużniczką. I jednocześnie wiedziała, że nie potrafi jej pomóc, że może odciąć jej od tych wszystkich tajemnic i śmierci, wyplątać z potwornej pajęczyny, w której tkwiły teraz obie. Jej wzrok zatrzymał się na małym czarnym woreczku bezwładnie spoczywającym na piersiach martwej czarownicy. Podniosła go. Wyjęła znak. Był chłodny, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że przypomina w dotyku skórę martwej kobiety. Jeszcze raz popatrzyła na Mariam, przez chwilę wydało jej się, że czarownica się uśmiecha. Jak echo powróciły do niej słowa Toi: „podobno posiada wielką moc. Taka moc nie powinna się dostać w niepowołane ręce.” Smutno patrzyła na kwiat, wciąż tak samo piękny, mamiący kolorem i blaskiem, choć nie żyła już ta, której przez tyle dziesiątek lat służył. Choć chłodny, kwiat zdawał się jednak płonąć amarantowym blaskiem, dokładnie jak w opowieści Toi. Przełożyła tasiemkę przez głowę i zawiesiła go na własnej szyi. I nagle poczuła niezwykłe ciepło, wypełniające ją aż po końce włosów. Zdecydowanie odwróciła się i pobiegła po przyjaciółkę. Ułożyły ciało w cieniu starej jabłonki. Kalia chciała opuścić powieki wiedźmy, ale Toja powstrzymała ją ze zniecierpliwieniem. Po co zamykać oczy ślepej kobiety? I Mariam wyglądała teraz jakby spała wsparta plecami o swojego pień drzewa, jak wąż, z otwartymi oczami. Weszły do chaty. Nie mogły oprzeć się wrażeniu, że wszystko zostało przygotowane na ich przyjęcie. Posypany pachnącym igliwiem wzgórek ogniska. Taca świeżych, czerwonych jabłek. Niemal niezauważalnym ruchem palców Toja rozpaliła ogień. Kalia zamyśliła się. Przez chwilę ważyła swój talizman w dłoni, jeszcze raz przyglądając mu się dokładnie, po czym rzuciła go w płomienie. Z kolanami podciągniętymi pod brodę, bez zmrużenia powiek patrzyła w ogień. Jeszcze bardziej uporczywie wpatrywała się siedząca obok Toja. Siedziały tak długo, coraz bardziej smutne, ogarnięte dziwnym bezwładem, rozczarowane. Nic nie pojawiało się w płomieniach. - Mariam nie powiedziała mi wtedy wszystkiego – odezwała się w końcu Toja. - Obiecała, że odpowie na wszystkie pytania kiedy się znowu spotkamy. Ale to nie jest odpowiedź – dodała z goryczą w głosie, wzgardliwie wskazując na ognisko. Kalia siedziała bez ruchu, z brodą wciąż opartą o kolana. Ona również była zła i rozczarowana. Spodziewała się po swoim znaku czegoś wielkiego, wyjątkowego, wizji, tajemnego przekazu, wskazówki przeznaczonej tylko dla niej jednej. - Ale to prawda, że widziałaś wtedy w płomieniach tych chłopców? I nadal chcesz im pomóc? – zapytała w końcu. Toja skinęła głową, choć myślami była daleko. Zupełnie zapomniała o braciach. Myślała o Mariam. O tym, że nigdy nie chciała powiedzieć jej prawdy. Czuła się jak małe, oszukane dziecko. - Musimy ruszać – powiedziała Kalia. – Nie wiem, czy w ogóle powinnyśmy tu przychodzić. Ona miała rację, to miejsce nie jest bezpieczne. Jest tu coś takiego. Nie wiem, jak to nazwać. Coś, co obezwładnia. Coś złego. Toja nie zareagowała. Czuła jak zaczyna ją ogarniać bezsilna wściekłość. Może rzeczywiście nie warto było się tak spieszyć. „Nie powinnyśmy tu przychodzić.” Może nie warto pomagać tym, których się kocha. Miłość to straszna rzecz, zwłaszcza jeśli ukochany człowiek na końcu i tak decyduje się... tak jak Mariam. Może nie warto kochać, może nie warto szukać odpowiedzi. Po co uwolniła Kalię, po co ma szukać braci? Po co całymi nocami przesiadywała nad tysiącletnimi księgami? Samo opanowanie języków, w których zostały spisane kosztowało ją lata trudu. Może rzeczywiście nie są nikomu potrzebne, może nie należało brudzić sobie rąk pokrywającym je kurzem? Po co stare, pełne wilków lasy, szalejące z nieznanych przyczyn morza, rozwalające się, opuszczone chaty? Po co to wszystko? Po co? Czego tu szuka? Prawdy? Po co? Co dobrego mogło być w prawdzie, jeżeli całymi latami ukrywał ją przed nią jedyny, najbliższy na świecie człowiek? Może lepiej o tym wszystkim zapomnieć. Może i ona też powinna zostać w którymś z wielkich miast, zrobić cokolwiek, stworzyć sobie bezpieczną makietę świata, gdzie można się zamknąć i zapomnieć, że istnieje wyjście. Że istnieje magia. A może to jest właśnie najlepszy sposób przejścia przez życie, z pustymi oczami i kretyńskim uśmiechem na twarzy. Może tego właśnie, gdzieś w głębi, może nawet nieświadomie, chciała dla niej Mariam. Może to właśnie miała na myśli, kiedy mówiła, z tym swoim smutnym uśmiechem, że kiedyś Toja wszystko zrozumie. Może właśnie to to miała zrozumieć. Że nie warto iść dalej. Że lepiej jest nie znać prawdy. A może, że prawda w ogóle nie istnieje. Może dalej jest już tylko ból. Spojrzała na Kalię. Na ocalone przez siebie dziecko. Do tej pory była z siebie taka dumna, myślała tylko o miejscu, z którego ją zabrała, o losie, od którego ją uchroniła. Ale co zamierzała dać jej w zamian? Czy miała cokolwiek do zaoferowania? Cokolwiek poza swoimi własnymi, nierozwiązanymi problemami? Choć opiekowała się nią już od wielu dni, dopiero teraz poczuła cały ciężar odpowiedzialności za cudzy los, odpowiedzialności, którą wzięła na siebie tak lekko, tak pochopnie. Myśląc bardziej o zrealizowaniu własnych celów niż o dziecku. Dziewczynka jest już w połowie wiedźmą, za późno żeby odesłać ją z powrotem. Co jej powie? Czy zdradzi, oszuka ją, tak jak sama została oszukana? Co to dziecko będzie myśleć o niej jutro, za rok, za dziesięć, za sto lat? Kalia wciąż siedziała bez ruchu, obejmując rękami kolana, skulona i jakby zmarznięta, zapatrzona w przygasający ogień. Poczuwszy na sobie intensywne spojrzenie przyjaciółki skuliła się jeszcze bardziej, jeszcze żałośniej. - Musimy ruszać – powtórzyła słabo. – Zanim wydarzy się coś złego. Jak najszybciej. Toja wstała. Podniosła spoczywający w kącie mały pakunek. Tak jak się spodziewała były tam amarantowe spodnie i sweter. Podała je Kalii. Dziewczynka mogła wreszcie zrzucić z siebie starą, wyświechtaną koszulę, ostatni przedmiot, który łączył ją jeszcze z dotychczasowym życiem. Toja mocno ją przytuliła. - Jesteś już prawdziwą wiedźmą, masz i strój i znak, brakuje ci tylko węża – zażartowała. Tak, musiały iść dalej. I pójdą, jeśli to jest właśnie to, czego Kalia chce, jeśli Kalia tak postanowiła. - Mariam cię kochała – niespodziewanie odezwała się dziewczynka. – Próbowała cię chronić. Musiała mieć jakiś ważny powód, żeby ukrywać prawdę. Nie była tchórzem. Musiała być bardzo nieszczęśliwa. Toja nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko, próbując zdusić w sobie ból.
SNY
- I gdzie pójdziemy? – bezradnie spytała Toja. - A pamiętasz gdzie ty poszłaś, tamtej nocy? – odpowiedziała pytaniem Kalia. - W głąb – Toja wskazała narastającą ciemność. - I to jest właściwy kierunek – zdecydowała mała wiedźma. Toja nie odpowiedziała. Zdziwiła ją pewność w głosie dziecka. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo zmieniła się jej mała towarzyszka. Czy możliwe, żeby dokonało się to tak szybko, kiedy siedziały w tej starej chacie, w ciągu tych kilku smutnych, spędzonych w niemal zupełnym bezruchu godzin. A może już wcześniej, kiedy spała na grzebie węża. Patrząc na końce potarganych, sięgających już daleko za pas warkoczy dziewczynki uświadomiła sobie, że była dotąd tak zajęta sobą, że prawie nie zauważała przyjaciółki. Przyrzekła sobie, że od tej chwili będzie inaczej. Skrzydlaty wąż spał, jak zwykle owinięty wokół jej bioder. Na czole poczuła chłodny powiew wiatru. I niespodziewanie Toja zaczęła czerpać przyjemność z tej nocnej wędrówki, pewności własnych ruchów, sprężystości ciała, szybkiego tempa marszu. Odwróciła się, żeby ostatni raz popatrzeć na samotną chatę, miejsce do którego zawsze będzie tęsknić i gdzie teraz już na pewno nigdy nie powróci. Przez chwilę wydało jej się, że w progu dostrzega dobrze sobie znaną smukłą postać. Spojrzała jeszcze raz. W progu nie było nikogo. Mocniej ścisnęła rękę Kalii. Przyjaciółka uśmiechnęła się: - Wszystko się zmieniło, a jednak wszystko pozostało takie samo. Znów ruszamy. I znów nie wolno nam się zatrzymać. I wyjęła Kwiat. Noc wokół nich rozjaśniła się amarantowym światłem. Toja bezwiednie dotknęła woreczka ukrytego pod swetrem. Na rozświetlonych twarzach dziewczynek zakwitły uśmiechy. Nie były już dwójką porzuconych dzieci, przygniecionych tajemnicą i śmiercią, uciekających przed nimi w ciemność i chłód nocy. Las witał je jak stare znajome, tu były bezpieczne. Silniejsze o moc podarowanego Kalii talizmanu, o potęgę zachodzącej w niej przemiany, zdecydowane nie ustać w wędrówce, dokądkolwiek miałaby je doprowadzić. Gdzieś spośród drzew doleciało pohukiwanie puszczyka. Ruda kulka kilka razy śmignęła nad ich głowami i Kalia pobiegła za nią, śmiejąc się głośno i skacząc. Wyglądała teraz jak mała, rozbawiona, zwyczajna dziewczynka. Toja przypomniała sobie jak dawno temu po raz pierwszy sama wchodziła w głąb tej puszczy. Przypomniała sobie własną samotność, rozjaśnianą błękitnym światłem, troską pochylających nad nią powyginane konary starych drzew. |I choć wiedziała, że radosny pląs przyjaciółki jest tylko kruchą przykrywką, pod którą są ukryte tak dobrze znane wszystkim wiedźmom rozpacz i lęk, poczuła ukłucie zazdrości. A potem przypomniała sobie jeszcze, jak ją odnalazła, małą, przestraszoną, wycinającą pod stołem swoje pająki. Zbyt głęboko pogrążyła się w labiryntach swoich emocji i wspomnień, żeby zauważyć, że nie są same. Już kilka razy obok przemknął czarny cień, zza pni raz po raz błyskały czujne ślepia. Miękkie łapy niemal bezszelestnie stąpały po leśnym poszyciu. A wśród gałęzi, tuż nad ich głowami, równie bezszelestnie pełzł wąż. Jego pionowe źrenice uważnie śledziły każdy ruch dziewczynek. Nie zauważyła nawet dziwnego zachowania własnego węża, który już jakiś czas temu przebudził się i syczał cicho, jakby rozmawiał z drzewami i ciemnością w swojej niezrozumiałej mowie, szybko wysuwając i chowając rozdwojony język.
Część 33 / 3
***
Nie zdawały sobie sprawy na jak trudną i niebezpieczną wkroczyły ścieżkę. Dawno straciły poczucie kierunku i czasu. Były pewne, że wielokrotnie już widziały na swojej drodze te same drzewa, mijały te same miejsca. Las szumiał nad ich głowami wciąż tak samo gościnnie i przyjaźnie, ale też wciąż nie odkrywał przed nimi swoich tajemnic. Chronił je, ale wciąż odmawiał odpowiedzi. Momentami ogarniało je zwątpienie. I już, już miały wzbić się ponad korony drzew, choćby tylko po to, by omieść wzrokiem horyzont, poszukać jakiegoś znaku, drogowskazu, ale jednak wciąż uparcie szły, zdecydowane spędzić w ten sposób kolejne tygodnie, miesiące czy lata. Wędrowały głównie nocami, wydawało się, że blask księżyca i gwiazd dodaje im sił. W nocy też najpiękniej lśniły ich talizmany. Dni zwykle przesypiały, tuląc się do siebie w olbrzymich dziuplach drzew albo wprost na ziemi. Nie czuły głodu ani zimna. Toja powtarzała ze śmiechem, że bycie wiedźmą jest trochę jak bycie duchem, Kalia żartowała, że jej skóra powoli staje się chłodna jak skóra węża. Niepokoiły je tylko powtarzające się uporczywie, dziwne sny. Sen Toi zaczynał się zupełnie normalnie – szła trzymając za rękę Kalię, która, choć od dawna już była wiedźmą, ciągle zachowywała postać małej dziewczynki. Toja czuła jednak w rzucanych spod jej długich rzęs spojrzeniach jakiś dziwny niepokój, coś starego, coś, co przywodziło na pamięć nieobecne smutne spojrzenie Mariam, coś co było niewątpliwym wpływem noszonego przez dziewczynkę talizmanu. W tym śnie, choć początkowo wydawało jej się, że jak zwykle to ona opiekuje się młodszą towarzyszką, powoli, bardzo powoli docierała do niej świadomość, że tak naprawdę jest jak bezwolna, pusta skorupa, jak przebierająca nogami wielka lalka, którą ciągnie za sobą brnące gdzieś tylko w sobie znanym celu dziecko. Kalia łagodnie, lecz zdecydowanie prowadziła ją brzegiem morza, w stronę rybackiej wioski. Od razu poznała to miejsce. Zatrzymała się na chwilę. Podniosła głowę. Patrzyła jak szybko, nienaturalnie szybko napływają czarne chmury, przesłaniające słońce, niosące burzę. Pomyślała że należałoby poszukać schronienia, ale w tej samej chwili zrozumiała, że jest już za późno. Jej ubranie było mokre, przestrzeń wypełniał łoskot gromów i potężniejący z każdą chwilą huk fal. Stojąc w strugach deszczu, z głową wciąż uniesioną w górę, ścisnęła mocniej dłoń przyjaciółki, i w tej samej chwili poczuła, że ściska tylko odrobinę wody i powietrza. Odwróciła się gwałtownie. Kalia była w wiosce. Pomimo rozszalałej wichury spokojnie i pewnie szła środkiem osady, jakby powietrze wokół niej zamarło albo jakby jej włosy, szaty i ciało były z jakiejś niezwykłej materii, subtelnej, ale zarazem niebywale ciężkiej i twardej. Dziwnie złowrogo brzmiał w rybackiej wiosce głośny śmiech małej dziewczynki, mieszający się z szaleństwem burzy, wyciem wiatru i hukiem fal. To był zupełnie inny śmiech niż ten, który Toja dotąd znała, był też inny niż śmiech Mariam, nie miał w sobie nic z szemrania, dzwonienia, szelestów. Można go było porównać do syreniego śpiewu, nabrzmiałego rozkosznymi, kłamliwymi obietnicami. Wielkie, niebieskie oczy dziecka ciskały błyskawice. Kalia po kolei wchodziła do każdej chaty. Jakby się mściła, sprawiedliwie, systematycznie, po kolei. Nie, to tylko Toja myślała o zemście. Kalia czegoś szukała. Czego? Kogo? Toja nie wiedziała. Ale musiało to być coś bardzo, bardzo ważnego, bo wyczuwała olbrzymie napięcie, jakby od wyniku tych poszukiwań zależało jej życie. Nagle usłyszała przerażający, dobrze znany dźwięk. Spojrzała na morze. Jak wygłodniałe, dzikie zwierzę, długo zaczajone w swojej kryjówce otwierało spienioną paszczę chcąc ją pożreć, pochłonąć. Ją, Kalię, wioskę i jej mieszkańców, razem z ich łodziami i chałupami, wszystko i wszystkich, bez wyjątku. Nagle poczuła przenikliwe zimno i ból, ostry metal rozdarł jej twarz. Ogarnęła ją ciemność. Otworzyła oczy. Natychmiast otulił ją łagodny szum drzew, uspokajający szelest liści. Popatrzyła na śpiącą obok dziewczynkę. Nie, zagrożenie nie pochodziło z zewnątrz, to musiał być jej prywatny koszmar. Uczuła głęboką ulgę.
***
Kilka dni później Kalia odezwała się nagle: - Wciąż o tym myślę i ciągle nie mogę zrozumieć dlaczego Mariam mieszkała tak blisko tej okropnej wioski. Choć z drugiej strony miałaś sporo szczęścia, że akurat tam zamieszkała, inaczej pewnie nigdy by się tobą nie zajęła. Dziwne to wszystko. My, nasze decyzje i życia. Nigdy o tym nie mówiła? Nie wspominała, co ją tam trzymało? - Kalia... – zaczęła Toja ze smutkiem, prawie z płaczem. – Musisz zrozumieć, że byłam dzieckiem, niczego nieświadomym, jej obecność była dla mnie czymś zupełnie naturalnym, oczywistym, bardziej mnie interesowały muszelki i kamyki niż to, co ona sobie tam mamrocze. Tylko raz tak naprawdę rozmawiałyśmy. Tej nocy kiedy splotła moje włosy. Coś się w tym momencie zmieniło. Nie tylko we mnie. Również w niej. Ale przecież mówiłyśmy już o tym już kilka razy. Powiedziałam ci wszystko, naprawdę. Wszystko co pamiętam, co zdarzyło się i zostało powiedziane tamtej nocy. Powtarzała kilka razy, że nie powinnam wyruszać sama, że jestem za mała, że potrzebuję opiekuna, że, choć powinna, nie może iść ze mną, że ma tu jakieś sprawy do załatwienia, trochę o tych starych drzewach, że nie wszystko jeszcze skończone... - Jakie mogła mieć sprawy? Poza tobą. Myślisz, że... – Kalia nagle zamilkła. - Że co? – Toja spojrzała na nią uważnie, tknięta niepokojem. - Ci chłopcy. Ci, których widziałaś w płomieniach. Oni musieli być w wiosce. Przypomnij sobie. Nic o nich mówiła? - Mówiła jeszcze, powiedziała jeszcze o tej wiosce, że... że następnym razem nie zdoła powstrzymać swoich fal – wyrzuciła z siebie Toja. – Musimy tam wrócić. Zaraz. Zanim będzie za późno. - Do wioski? - Tak! Oni mogą umrzeć! To było ostrzeżenie! Mariam nie kontrolowała swoich mocy. A może po prostu nie chciała z nich korzystać. Dopiero teraz to rozumiem. Ona nie chciała. Nie jestem w stanie, nie potrafię powiedzieć, do czego to mogło doprowadzić. Teraz rozumiem, kiedy odeszła, już nic... Ale żeby morze? Kiedyś najpotężniejsze z nas potrafiły wywoływać wichury, burze, pożary, nawet lawiny i trzęsienia ziemi, ale żeby morze miało wystąpić z brzegów? Czytałam kiedyś w jednej z tych starych ksiąg, że zdarzyło się raz, że grupa niezwykle silnych wiedźm sprawiła, że morze rozstąpiło się, żeby przepuścić, żeby przepuścić, nie pamiętam już kogo, a potem, kiedy ci którzy mieli przejść, znaleźli się na drugim brzegu, z powrotem zwarło swoje fale, zatapiając ich prześladowców. W jednej z tych starych opowieści, wiesz, tych spoza... – Toja bezradnie popatrzyła na przyjaciółkę, Kalia nie mogła przecież wiedzieć. - Miałam sen – dodała. - Tak naprawdę zupełnie nic o niej nie wiemy, albo, w każdym razie, bardzo niewiele. Mogła być nawet jedną z tamtych wiedźm. O ile oczywiście ta historia ma w sobie choćby odrobinę prawdy. Wiesz, ludzie z reguły wszystko strasznie wykrzywiają i po swojemu interpretują, trzeba czytać między wierszami, a żadna z naszych ksiąg o podobnym zdarzeniu nie wspomina. Ale to wciąż tylko jakieś luźne strzępy informacji... które, wciąż od nowa i od nowa próbuję ułożyć w jakąś, w jakąkolwiek całość, choć w zasadzie nie wiem nawet, po co to robię. Kalia uspokajająco przytrzymała jej rękę. - Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej? O tym śnie? – zapytała po prostu.
***
Jeszcze tej samej nocy Kalia obudziła się zlana potem. Znowu przyśnił jej się jeden z tych dziwnych snów, które ostatnimi czasy nawiedzały ją coraz częściej. Były zupełnie inne niż sen, który niedawno opowiedziała jej Toja i Kalia nigdy, przenigdy nie zwierzyłaby się ze swoich koszmarów przyjaciółce. Na pewno by tego nie zrozumiała, nie mogła zrozumieć, była przecież prawdziwą wiedźmą, a ona, Kalia, nie. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Wszystkie te jej koszmary łączyło jedno – rozgrywały się w zupełnie innym świecie, w świecie, z którego przecież dawno odeszła, który odrzuciła, pozostawiła za sobą. Kalia nie miała pojęcia, ile może mieć lat, ile czasu upłynęło od tamtego momentu, kiedy postawiła stopę na grzbiecie węża, ile ludzkiego czasu. Czy już powinna umrzeć, czy już zakończyłoby się jej ludzkie życie, czy też wciąż by tam jeszcze siedziała, w tym smutnym pokoju, wciąż czekając. Kalia nigdy nie przyznałaby się przyjaciółce do tych rozmyślań. Wydawało jej się, że nie powinna w ogóle dopuszczać takiej możliwości, co by się stało gdyby pozostała, że w ogóle mogła pozostać. Za to w snach rosła i chodziła do szkoły, zmagała się z przeciwnościami, o których jako dziecko nie mogła mieć najmniejszego pojęcia. Wielokrotnie i na wiele sposobów, bardziej i mniej prawdopodobnych przeżywała swoje ludzkie życie, wcielając się nie w jedną, ale w wiele postaci, odgrywających różne role, realizujących różne losy. Prowadzone w snach życia zdawały się pochłaniać ją do tego stopnia, że momentami traciła pewność, co jest jawą, a co – tylko wytworem wyobraźni. Wędrówka przez puszczę. Gałęzie starych drzew. Światło księżyca. Wycie wilków i pohukiwania sów. I zaklęte w małej wędrowniczce tysiące żyć. Czy to prawda, że tym prawdziwym, tym jedynym było to niekończące się, a właściwie bezczasowe i bezcelowe wędrowanie. I właściwie dlaczego prawdziwe miało być tylko to jedno. Dlaczego wszystkie te osoby nie mogły żyć i dlaczego nie mogła być nimi wszystkimi jednocześnie.
Piękną kobietą około pięćdziesiątki o pięknym imieniu Sabah, co po arabsku znaczy poranek. Zajmującą najwyższe piętro pałacu, zbudowanego przez arabskiego biznesmena dla siebie i swojej rodziny. Czterech żon i dzieci. W sumie miał siedem żon, trzy z nich zmarły. Ale jednorazowo zawsze nie więcej niż cztery, bo na tyle pozwala jego religia. Nigdy nie zrobił nic, co sprzeciwiałoby się religii. Czemu miałby obrażać boga, który obdarzył go takim bogactwem, takim szczęściem. Czemu miałby ryzykować jego utratę. Pałac, w którym mieszkał nie był przecież tylko przejawem jego próżności. Tak naprawdę był zbyt bogaty, żeby mógł być próżny. Rodzina była naprawdę duża i to dla niej potrzebny mu był ten olbrzymi dom, ten ośmiopiętrowy pałac. Cztery żony, a przecież i po zmarłych żonach pozostawały dzieci, którymi opiekowały się żony żyjące. A przecież synowie zakładali własne rodziny i każdemu z nich marzyły się cztery żony i bogactwo równe bogactwu ojca, którego oczywiście, jak nakazuje religia, kochali i który ich kochał. Każda z żon zajmowała jedno piętro pałacu, tylko parter był do jego wyłącznej dyspozycji. Wszystkie żony traktował jednakowo, żadnej z nich nie wyróżniając, tak jak nakazywała religia. Dlatego ta olbrzymia rodzina mogła żyć w spokoju i szczęściu. Bo był dla nich wystarczająco hojny, by wszelkie problemy i konflikty, które czasem pojawiały się na drodze ich życia, rozwiązywały się same. Nigdy się nie kłócili. Tak jak nakazuje religia. Sabah była szczęśliwa. Była bardzo szczęśliwa. Sama się za taką uważała i tak też mówili o niej wszyscy, którzy ją znali. Tak zawsze mówiły o niej jej dzieci, a przecież dzieci ją kochały. Dzieci muszą kochać i szanować matkę, tak każe religia. Miała pięćdziesiąt lat. Mieszkała na najwyższym piętrze olbrzymiego pałacu, ponieważ była najstarszą z żon. Drugą. Ale teraz, kiedy pierwsza nie żyła, właściwie to ona była pierwszą. Młodość miała już za sobą i dlatego wiele rozumiała. Dni właściwie niewiele się od siebie różniły. Codziennie rano wyszukiwała w Internecie nowe przepisy kulinarne i gotowała, gotowała całymi dniami, uwielbiała gotować, gotowanie było jej pasją. Zwłaszcza lubiła kuchnię francuską. Gotowała. To był jej sposób na życie. Bo czy w życiu mogło chodzić o coś więcej niż wyjść dobrze za mąż, urodzić dzieci, a do tego jeszcze mieć to coś tylko, zupełnie swojego, jak na przykład gotowanie. Ci, którzy mają nieporównywalnie więcej niż inni, ci którzy mają wszystko, ci naprawdę bogaci wiedzą, że nie może chodzić o nic więcej, bo nic więcej po prostu nie ma. Sabah miała siedmioro dzieci. Jej mąż kochał ją i szanował. Była szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. I była dobrą matką. Dużą część dnia poświęcała swoim dzieciom. Te młodsze wciąż jeszcze mieszkały z nią. Jedna z córek wyszła za mąż i wyprowadziła się do męża ale czasem, kiedy jej mąż wyjeżdżał, na nowo wprowadzała się do matki, bo bała się samotności w swoim bogatym, pustym domu. I Sabah chętnie gościła ją u siebie. Wiedziała, że to u niej córka wciąż jeszcze czuje się najlepiej. I była szczęśliwa. Dwaj synowie mieszkali za granicą. Jeden studiował, drugi prowadził interesy w firmie ojca. Sabah bardzo często z nimi rozmawiała. Przynajmniej raz dziennie, a bardzo często nawet dwa razy. Po dwa razy na dzień z każdym z synów. Jeśli nie było ich na