Fantasy · 2 godz. 21 min czytania
Pustka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Szpital Psychiatryczny na wyspie Thanate, obecnie pod patronatem świętego Haethana, na początku swojego istnienia nie miał zupełnie nic wspólnego z Evarielitami. Został założony w 1112 roku przez bogatego arystokratę z Highshrub, Dyslema Croflyer’a. Cała opinia publiczna była zadziwiona tym nagłym przypływem dobroci i miłosierdzia Croflyer’a. Arystokraci bowiem, jakkolwiek szanowani i poważani przez wszystkich, uważani byli za egoistów, bufonów i ksenofobów, toteż zachowanie Croflyer’a uznano albo za szaleństwo, albo za (Evarielowi niech będą dzięki) cud. Prawdziwy powód wyszedł na jaw, zanim jeszcze rozpoczęto budowę. Jak się okazało, chorobą psychiczną została dotknięta córka arystokraty, Nadia. Niespełna dwunastoletnia dziewczynka, oczko w głowie tatusia, (należy dodać, że Croflyer był wdowcem, żona zmarła przy porodzie) zwykle cicha, spokojna, ale zawsze uśmiechnięta i pozytywnie nastawiona do życia (kto by nie był, z takim bogactwem, drwili niektórzy) nagle przeszła całkowitą przemianę. Przestała, na przykład odnosić się z szacunkiem do licznych służących, ale także do ojca. Używała przy nim plugawych słów, czasem do uszu Croflyer’a docierały takie przekleństwa, o których on nawet nie śmiał pomyśleć. Potem było jeszcze gorzej. Nadia zaczęła miewać napady szału, w trakcie których gryzła, kopała, a przede wszystkim niszczyła. Potłukła pradawne wazy, nie oparła się jej zbroja pradziada, jeszcze z czasów Pierwszej Wojny Wintyjskiej. Co bardziej skąpi i wrażliwi dorzucali jeszcze zastawy stołowe, czy lustra, które też przecież nie były tanie. Dziewczynie zdarzało się pluć na wpół przeżutym jedzeniem, aż w końcu trzeba było karmić ją siłą. Przytrzymywało ją wtedy trzech służących, zaś czwarty wpychał jej do ust wcześniej zmielone pożywienie. Następnie przyszedł okres, ironicznie zwany przez specjalistów czasem nauki. Wtedy to pacjent, ni stąd, ni zowąd zaczyna prowadzić konwersację w zapomnianych dialektach, zaś swoimi przemyśleniami wprawia w zakłopotanie każdego filozofa. U Nadii trwał on dosyć krótko. Swój głód wiedzy zaspokajała dwojako. Najpierw czytała dzieła najwybitniejszych myślicieli, natomiast potem, już całkiem dosłownie je pożerała. Wtedy miarka się przebrała. Coś, co Croflyer brał początkowo za efekty wychowania bez matki, czy nadwrażliwość okazało się być czymś znacznie poważniejszym. Kazał zamknąć córkę we własnym pokoju i zaryglować drzwi. Akurat na ten moment przypadł napad szału. Nadia wyła i płakała, równocześnie bezskutecznie waląc sobą w drzwi, starając się je wyważyć. Na podstawie hałasu, jaki rozległ się później, Croflyer wywnioskował, że córka jakimś nadludzkim wysiłkiem przewróciła szafę. Wycie ustąpiło, ale nasilił się płacz. Arystokrata dał się trochę tym zmiękczyć, zamierzał wypuścić córkę, ale szybko przypomniał sobie klęskę, jaką poniósł przez nią w towarzystwie, więc zrezygnował z tego pomysłu. Powiedział dwukrotnie przez drzwi, że robi to dla jej dobra (choć, prawdę mówiąc wątpił, czy spazmatycznie szlochająca dziewczyna go usłyszała) i odszedł. Nazajutrz rozesłał przez posłańców listy, w których pokrótce streszczał swój problem, do rozmaitych specjalistów, znachorów, nawet do jednego Maga. Nie zwrócił się po pomoc jedynie do kapłanów Evariela, co oni wykorzystali do oczernienia Croflyer’a. Głosili mianowicie, że to sam Pan pokarał ojca za grzechy, zsyłając chorobę na Nadię. A jeśli chodzi o lekarzy, którzy tłumnie stawili się przed rezydencją, bywało różnie. Większość była po prostu wietrzącymi zarobek oszustami, ale chłosty aplikowane takim delikwentom skutecznie odstraszały kolejnych kłamców. Mag, w którym pokładano największe nadzieje, także zawiódł (a jego imię nie warte było pamięci potomnych). Kiedy Croflyer był na skraju załamania, zjawił się czarnoskóry przybysz ze spieczonej słońcem Winty, Orias Vent. Cudzoziemiec powiedział, że wprawdzie nie potrafi wyleczyć Nadii, ale wie jak ulżyć rodzinom psychicznie chorych (oraz zapobiec zniszczeniom zabytków). Rzekł, że w jego kraju jest miasto, Caerium, otoczone szczelnie wysokimi murami, gdzie zwozi się szaleńców. Z początku arystokrata uważał, że to dopiero jest szaleństwo, stworzyć cos takiego. Potem jednak pomyślał o możliwości odwiedzin, opiece pielęgniarzy i badaniami nad chorobą. Nikt nie zgodzi się na oddanie miasta? Co z tego? Nieopodal Highshrub jest niezamieszkała, skalista wyspa. Niech tam mieści się ten ośrodek! Zapłacił Ventowi, ten jednak oddał mu pieniądze na budowę. W zamian za tą wspaniałomyślność Croflyer uczynił go współwłaścicielem, a po śmierci arystokraty sam Vent stał się współwłaścicielem placówki. Według legendy, kiedy Croflyer wyłożył swój pomysł ówczesnemu burmistrzowi, ten tak się ucieszył, że nie dość, że sam objął pieczę nad budową, to jeszcze chciał dorzucić mu swoje najlepsze panienki (w legendzie odmówił, ale mało kto w to wierzy). Naprawdę, w zamian za wsparcie burmistrz wymógł na Croflyerze obowiązek przyjmowania seryjnych morderców, zwyrodnialców i homoseksualistów. Arystokrata myślał bardziej o rodzinnej atmosferze, ale zgodził się. Budowę rozpoczęto w 1109 roku i ukończono w trzy lata. Na początku lekarzy nie było prawie wcale, a pielęgniarzami byli głównie ochotnicy, młodzi i pełni ideałów. Układ z burmistrzem, choć znacznie przyspieszył czas budowy, okazał się być mało korzystny. Nad psychicznie chorymi (także ze slumsów, Croflyer w gruncie rzeczy naprawdę okazał się być dobrym człowiekiem) przewagę mieli mordercy i gwałciciele. Trzeba przyznać, że wielu faktycznie było szaleńcami, ale były też przypadki zwykłego symulowania. Homoseksualistów natomiast wypuszczano po kilku miesiącach, ze względu na nieszkodliwość. Za rządów Croflyer’a Szpital nie cieszył się tak złą sławą, jak obecnie. Po śmierci arystokraty w 1123 roku, drugim dyrektorem zgodnie z wolą zmarłego został Orias Vent. Brązowoskóry mężczyzna zdecydowanie większy nacisk położył na badania nad pacjentami. Urządzał kontrole raz na tydzień. Vent zaczął stosować również rozmaite środki i lekarstwa. Podawał chorym specyfiki wytworzone z naturalnych składników, głównie pochodzących z Winty. Te narkotyki znacznie osłabiały pacjentów. Stawali się oni bezwolni, niewrażliwi na otoczenie, otępiali. Na pewno pozwoliło to zaprowadzić w Szpitalu porządek, ale w leczeniu nie pomogło (innym plusem było zmniejszenie liczby symulantów). Vent prowadził zakład najdłużej ze wszystkich zarządców, bowiem ponad dwadzieścia lat. U schyłku swojego życia zacieśnił związek z Highshrub, czyniąc Szpital własnością miasta. Znacznie zwiększyło to koszty przyjęcia, ale personel nie musiał się bać o zarobek (wcześniej korzystano z fortuny Croflyer’a i datków), bo wypłacał go burmistrz Highshrub. Kolejny dyrektor pełnił urząd przez pięć lat, następny przez dziewięć. Szpital Psychiatryczny Miasta Highshrub przez cały ten czas zyskiwał renomę. Rodziny pacjentów miały względny spokój, u niektórych nafaszerowanych narkotykami chorych pojawiły się oznaki umiejętności psychokinetycznych, co zainteresowało Gildię Magów. Jedynie czciciele Evariela nie mieli powodów do radości. Próba oczernienia dzieła życia Croflyer’a nie odniosła należytego skutku. Nie stracili oczywiście wyznawców, ale większość oceniała Szpital pozytywnie. Kapłani jednak nie rezygnowali, a w końcu przeszli samych siebie. W drugiej połowie trzynastego wieku nastąpił w mieście znaczny odsetek nawróceń, głównie spowodowany nadzwyczajną w tamtym okresie aktywnością morderców z Czarnej Śmierci. Evarielici zaczęli odgrywać rolę nawet w polityce, jeden z kapłanów został nieoczekiwanie ministrem. Niestety dla Szpitala, zajmował się administracją miejską. Nie obyło się bez fałszerstw, łapówek, przekupstw, ale wyznawcy hojne wspierali swoich kapłanów. Podobno skorzystali także z usług Czarnej Śmierci, ale to jeden z najbardziej tajemniczych epizodów w historii sekty. Tak, czy inaczej, Szpital przeszedł w ręce Evarielitów. Szpital zmienił personel (na mnichów), dyrektora (Aev’lac, Mewa) i nazwę (dodano patrona, świętego Haethana). W sumie, to zmieniło się wszystko. Sanitarium stało się miejscem, którym straszono dzieci. Miast narkotykami uspokajano pięścią i batem, zamiast medycyny (co prawda w tej dziedzinie jeszcze raczkującej) leczono modlitwą. W tamtym właśnie czasie Szpital obrósł w złowrogie legendy. Każdy, kto tam wkraczał, wychodził odmieniony. Sporo plotek o popełniających samobójstwo wizytatorach krążyło wówczas po Highshrub. Dwadzieścia lat po wykupieniu Szpitala od miasta, w 1297 roku Evarielici podpisali konkordat z Gildią Magów. Na jego mocy pacjentami słynnego sanitarium stać się mieli tak zwani Widzący – prościej, media. Widzieli oni duchy, oraz inny, niematerialny wymiar, zwany Pustką. O ile Widzący w opisach duchów byli raczej zgodni (niewyraźne, rozmyte postacie), to ową Pustkę każdy odbierał inaczej. To właśnie interesowało i fascynowało Magów. Niektórzy byli nawet o ten dar zazdrośni. Dzięki konkordatowi mogli badać ich bez przeszkód, a sama atmosfera Szpitala wyzwalała największe lęki, więc i Pustka przybierała wyraźniejsze, wręcz cielesne formy. Gildia nie uznała za stosowne dzielić się wynikami badań, ale wzbogaciła panteon legend wyspy Thanate. Wskutek licznego nagromadzenia mediów w jednym miejscu, wszyscy, nawet osoby niemagiczne mogły zobaczyć duchy. Stąd mity o rzekomym nawiedzeniu placówki świętego Haethana. W końcu nadszedł krwawy rok 1315. Wtedy to miejsce miał atak nekromantów w całym Regionie Północnym, zwany później Atakiem Larw. Nazwa wzięła się stąd, że ta akcja nie była zatwierdzona przez starszyznę Sług Czerwia, była wynikiem spontaniczności młodszych, ambitnych, ale i niedoświadczonych Akolitów. Przywódcę, imieniem Sevan więziono, a następnie stracono w cytadeli Ulmar. Interesujący jest fakt, że nekromantom pomagali Widzący. Same media, wzburzone traktowaniem przez Gildię, podjudzane dodatkowo przez Sevana, chętnie pomagały Czarnym Magom. Po zdławieniu Małego Czarnego Marszu, co zajęło Magom około pięciu tygodni, wzięto odwet na pacjentach Szpitala w Highshrub. Zmasakrowano wtedy wszystkich przebywających tam Widzących, ale badań nie zaprzestano do dziś. W 1442 roku Szpital gościł w swych murach największą z Widzących, Oko. Tą, która miała zmienić świat.
Dwójka Magów zatrzymała się przy kolejnym zakręcie wijącej się w górę drogi. Jeden z nich, młodszy, o krótkich, ciemnobrązowych włosach odwrócił się w siodle i spojrzał na Highshrub. Z oddali, w mrokach nocy światła płonące w mieście przywodziły na myśl chmarę świetlików. Starszy członek Gildii zauważył spojrzenie towarzysza.
- Pewnie chcielibyście być teraz tam, w jakiejś karczmie, co? – zapytał z uśmiechem, poprawiając spadające okulary.
- Proszę? Ach, nie, nie – odparł młodszy, ale bez większego entuzjazmu.
- Dajcie spokój, panie Morrigan – rzucił ostro stary – Wiem, że Widzący gówno was obchodzą, a jesteście tu tylko dlatego, że doktor Frederick zachorował. Mam rację?
Morrigan westchnął.
- Ma pan rację, doktorze Crane. Moją specjalnością jest walka i czary ofensywne, mogę być co najwyżej ochroniarzem, a nie pomocnikiem.
- Będziecie obserwatorem – powiedział Crane.
Popędzili konie i pięli się wężowym szlakiem ku Szpitalowi. Przez chwile słyszeli tylko stukot podkutych kopyt, oraz szum rzeki, z której wyrastała Thanate.
- Jak się nazywa ta rzeka? – zagadnął Morrigan.
- Myriad – odrzekł Crane.
Znów chwile milczeli. Nie pasowali do siebie, obaj tak naprawdę nie byli zadowoleni ze swojego towarzystwa. Zajmowali się różnymi dziedzinami magii, pochodzili z różnych środowisk. Doktor Crane opływał w luksusy w rodzinie szlacheckiej od dziecka, zaś asystujący mu Mag był po prostu zwykłym adeptem Akademii w Gilothavii. Crane wcale nie chciał podróżować z niekompetentnym Magiem, ale wyznaczono mu Morrigana ze względów bezpieczeństwa. Doktor szczerze przeklinał swojego kolegę po fachu, Fredericka Hooda za chorobę akurat w takim czasie. Dzień (a raczej noc) wcześniej Hood zatrzymał się w karczmie „Pod Rączym Rumakiem”. Doktor znany był powszechnie ze swojej słabości do rozmaitych trunków i jadła, nie powinno więc dziwić, że ostro zabalował. Rankiem rzygał jak kot, nie był w stanie nawet wstać z łóżka. Raczył tylko przekazać przez karczmarza, że nie będzie w stanie pojechać na Thanate. Crane musiał zacisnąć zęby.
- Swoja drogą, nie tylko pan Hood jest nieobecny – powiedział.
- Widzę, że wie pan o moim uczniu – uśmiechnął się Morrigan – Jerome dopiero ukończył Akademię, ma dwadzieścia trzy lata. Niech ma trochę wolności, niedługo i tak do mnie dołączy.
- Radziłbym trzymać go krótko. Zbyt duża wolność rodzi bunt. Wspomni pan moje słowa, zobaczy pan.
Młodszy Mag nie zdążył odpowiedzieć, pewnie wywołując kłótnię, bowiem ujrzeli bramę zakładu dla obłąkanych.
- Witamy w domu – mruknął Crane, tak by Morrigan go nie usłyszał.
Kiedy tylko Magowie podjechali bliżej, czarna, okratowana brama rozwarła się, a ze środka wybiegło dwóch mnichów. Pomogli Magom zejść z siodeł i odprowadzili konie. Morrigan był pod wrażeniem. Budynki mieszkalne, sam Szpital, nawet stajnia. Szybko jednak otrzeźwiał. To jak więzienie. Zanim wszedł do kompleksu szpitalnego, zauważył napis nad bramą. WIARA CZYNI WOLNYM Nie miał czasu na refleksje, ponieważ cicho niczym duch zjawił się przy nich dyrektor. Aev’Raith. Gniew Boży. Mimo tak potężnego imienia, dyrektor nie budził grozy swoim wyglądem. Był w wieku Crane’a, to znaczy miał ponad czterdzieści lat, ale o ile doktor nie narzekał na ilość (co prawda przyprószonych lekko siwizną) włosów, to kapłan był prawie łysy. Mógł się za to pochwalić wąsami i kozią bródką.
- Witajcie, panowie. Pierwszy raz? – zapytał przyjaźnie.
Crane pokręcił głową, Morrigan pokiwał.
- Pierwsza wizyta zawsze robi wrażenie – rzekł Aev’Raith, na co Crane zareagował rechotem – Zaś każda kolejna jest inna – zwrócił się kapłan właśnie do niego.
Dyrektor wymieniał jeszcze uprzejmości z doktorem, ale Morrigan ich nie słuchał. Zajął się oglądaniem zakładu. Wszystko, jak w Caerium otoczone było murem. Część zachodnia stanowił sam Szpital. Był naprawdę ogromny, jego trzon zbudowany w starym stylu bardziej przypominał katedrę, niż placówkę dla umysłowo chorych i Widzących. Były też liczne dobudówki, z okresów późniejszych, po Croflyerze. Często były stawiane jak najmniejszym nakładem sił i finansów, więc wyraźnie odcinały się od posępnej, ale majestatycznej bryły Szpitala. Wyglądały jak pijawki, bytujące na słynnym żywicielu, które zamiast krwią odżywiały się jego sławą. Wschodnie skrzydło składało się z takich samych, bliźniaczych domów dla pracujących tu mnichów. Gdyby Mag odwrócił się w prawo, zobaczyłby niewielką stajnię. Popatrzył raz jeszcze na rząd domków. Uważał, że dyrektor raczej nie mieszka w takich warunkach. Mógł się tylko domyślać, że za Szpitalem znajduje się całkiem przyjemna, niewielka rezydencja.
- I jak się panu podoba? – zapytał go Aev’Raith. Głos kapłana dochodził z daleka. Zawsze miał takie odczucie, kiedy ktoś wyrywał go z własnego umysłu.
- Uważam, że to prawie jak więzienie – rzekł zgodnie z prawdą. Nic sobie nie zrobił z morderczego spojrzenia Crane’a.
- Każdemu przysługuje jeden dzień wolny, może wtedy odwiedzić miasto – odparł zimno dyrektor – Chyba, że warunki nie sprzyjają – dodał po namyśle.
- Kiedy Myriad się podnosi? – strzelił Morrigan.
- Dokładnie. Szlag by trafił tą rzekę! Ogłoszą zagrożenie powodziowe, jesteśmy odcięci – uniósł się kapłan – Na szczęście mamy spiżarnię, jesteśmy przygotowani na każdą ewentualność.
- Przepraszam najmocniej – wtrącił się Crane – To wszystko jest bardzo ciekawe, ale w innym celu tu przybyliśmy.
- Oczywiście
Poprowadził ich do drzwi Szpitala. Załomotał w nie trzykrotnie, po chwili prostokątne okienko w drzwiach przesunęło się, a wyjrzały przez nie zielone oczy. Odźwierny spuścił wzrok, wszyscy usłyszeli szczęk zamka, potem rygla. Do środka pierwszy, nieuprzejmie w stosunku do gości wszedł Aev’Raith. Za nim postąpił Crane, nie zaszczycając odźwiernego choćby spojrzeniem, na końcu Morrigan. Mag uprzejmie kiwnął klucznikowi głową. Tamten, trochę zdziwiony kulturą Morrigana odkłonił się, chowając pęk kluczy w fałdach szarego habitu.
- Trzymacie ją na ogólnym? – zapytał ściszonym głosem Crane.
- Nie, w izolatce. Była zbyt agresywna – odparł dyrektor.
Sekundy później znaleźli się na słynnym korytarzu, zwanym Ścieżką. Po prostu Ścieżka. Kiedy raz się ją przejdzie, nie trzeba dodawać do jej slangowej nazwy żadnych przysłówków. Wspomnienia i tak zostaną. Po obu stronach korytarza znajdowały się drzwi, niemal takie same jak te wejściowe. Małe okienka były pootwierane, aby widzieć, co dzieje się z pacjentami. Szli dosyć szybko, ale Morriganowi tak chwila wydała się wiecznością. Zauważał coraz więcej szczegółów. Ściany były gdzieniegdzie schlapane krwią bitych pacjentów. Mag prawie słyszał ich wrzaski, widział jak osuwali się na posadzkę. Spod jednych drzwi wypływała uryna. Jednak najbardziej przerażająca była cisza. Nikt nie bełkotał, nikt (przynajmniej teraz) nie krzyczał, cisza była przytłaczają i wszechobecna. Tak jakby wszyscy pacjenci spali. Morrigan wiedział, że to nieprawda. Czuł na sobie ich spojrzenia, spojrzenia zeszklonych, cielęcych oczu. Widział rękę kurczowo uchwyconą prowizorycznego wizjera w drzwiach. Zanim zdołał sobie wyobrazić zasuwę gruchoczącą kości, czy ucinającą palce skręcili w prawo, na schody. Crane po Ścieżce był całkiem spokojny, natomiast jego towarzysz rękawem czerwonej szaty wycierał pot z czoła. Drzwi do izolatki były niedomknięte, jakby zapraszały do wejścia.
- Zaniedbanie środków bezpieczeństwa? – zadrwił Crane.
- Izolatka może być otwarta na oścież, a nic nie będzie nam grozić. Sami się panowie przekonacie. Jest tam sama. Iść z panami?
- Dziękujemy, poradzimy sobie.
Dyrektor kiwnął głową i odszedł, pozostawiając Magów samych.
- Pan przodem, Morrigan
Wewnątrz zrozumieli słowa kapłana. Izolatka była po prostu lochem z czterema wnękami. W każdej z nich, ze ścian zwieszały się na łańcuchach kajdany, w których więziono co bardziej agresywnych pacjentów. Dziewczyna była w ostatniej wnęce. Jej ręce i nogi były zakute w kajdany, niemal wisiała, rozkrzyżowana, w bardzo niewygodnej pozycji. Miała spuszczoną głowę, widzieli tylko jej brudne, potargane blond włosy. W rogu leżało przewrócone krzesło, które Crane gestem postawił, po czym przesunął przed dziewczynę, a Morrigan w tym czasie, wypowiadając zaklęcie zapalił pochodnię. Wtedy dopiero, jakby pod wpływem światła uniosła głowę. Jej niegdyś piękna twarz teraz przypominała bardziej czaszkę, obciągnięta skórą. Miała podbite oko i złamany nos. Na ustach zaschła jej strużka krwi. Jedynie oczy pozostały jak dawniej. Wciąż tliła się w nich nadzieja, zawziętość i waleczność. Crane usiadł naprzeciw niej.
- Nazywam się Edward Crane. Doktor Crane. A to jest pan Liam Morrigan.
- Znasz moje imię – wyszeptała dziewczyna.
- Owszem, Faylinn. Wiesz po co tu jestem?
Część 22 / 6
Kiwnęła głową. - Doskonale. Pan Morrigan – popatrzył na opartego o ścianę Maga – jest tu tylko w zastępstwie doktora Hooda. Potem to on będzie cię odwiedzał.
Faylinn milczała. - Widujesz duchy?
Przytaknęła. - Często?
Oczywiście. Crane otworzył usta, ale blondynka go uprzedziła.
- Tylko cienie, niegroźne zjawy skupione na przeszłości. Pustkę też odwiedziłam. Nie masz pojęcia, jak bardziej przypomina to miejsce.
- To przez ból? Wyczerpanie? Omamy?
Faylinn chciała wzruszyć ramionami, ale nie mogła.
- Nie zamierzasz współpracować po dobroci?
- Co będę z tego miała?
Mag nie wahał się długo.
- Wolność.
- Ilu wypuściliście?
- Siedmiu. Siedmiu od początku badań.
- Ilu w tym roku?
- Żadnego. Możesz być pierwsza.
Kiedy pierwsze uderzenie spadło na jej plecy, była całkowicie nieprzygotowana. Bicz ojca kąsał ją już wiele razy, był to prawie rytuał, ale zawsze starała się być silna i nie okazywać słabości. Teraz krzyknęła. Jedna z ran na jej pooranych bliznami plecach otworzyła się, pojawiła się krew. Przy drugim uderzeniu krople krwi oderwały się od ciała, tworząc wzór na ścianie, przy okazji plamiąc ojcu koszulę. Uderzył trzeci raz. Milliani, oczywiście czuła ból, ale była przyzwyczajona. Miała przyspieszony puls i oddech, ale nie dawała po sobie poznać, że cierpi. Wiedziała, że jeśli nie będzie szlochać i błagać o litość, ojciec szybciej skończy. Trafiał ją jeszcze osiem razy. Kiedy skończył, chwycił ją za kark i rzucił na łóżko. Milliani wtuliła głowę w pościel. Krew spływała powoli po jej ciele. Nie było wiadomo, co czyni, bowiem nikt nigdy nie widział, jak płakała. Ojciec katował ją bardzo często, za każde, nawet najdrobniejsze przewinienie. Czasem nie wracał do domu, bowiem spędzał czas w miejscowej karczmie. Raz budził się na sianie w jakiejś stodole, raz w błocie przed karczmą. Wszystko jedno gdzie, najważniejsze to było się napić. To były tak zwane ciche dni w domu Milliani. Matka nigdy jej nie broniła. Od początku małżeństwa podporządkowała się mężowi. Przez obojętność można ją było uznać za współwinną znęcania się nad córką, ale choć całe Briarbone wiedziało o sytuacji w domu Milliani, nikt nie mówił o tym otwarcie. W wiejskiej społeczności funkcjonowało to jako tajemnica, choć lepiej byłoby to określić zmową milczenia. Dziewczyna, otulona kołdrą, dała się porwać wspomnieniom. Nie były to dobre wspomnienia. Każde z nich było bólem i cierpieniem. Każde było stratą. Po kolei traciła wszystko, co kochała.
Miała szesnaście lat, czas mijał jej na włóczeniu się z rodzeństwem po Briarbone. Ojciec był młodszy, więc bił mocniej, ale rozdzielał ciosy na całą trójkę. Czasem stać go było nawet na gest dobroci. Wtedy jeszcze pracował, więc rodzina nie wiązała końca z końcem. Pozwolił sobie nawet na kupno konia. Śliczna klacz, której Milliani nadała imię Brownie, szybko stała się także jej przyjaciółką. Brownie zjednała sobie także Eloiny i Davina, rodzeństwo Milliani. Dziewczyna bardzo mocno związała się z klaczą. Kiedy ojciec upojony alkoholem twardo spał w domu, ona wymykała się, wyprowadzała Brownie i wyjeżdżała. Nie miała celu, prowadziły ją marzenia. Gnała wtedy po okolicznych polanach i łąkach, a drogę oświetlał jej blask gwiazd. Dlaczego nie uciekła, kiedy miała okazję, zapyta każdy. Ze względu na rodzeństwo. Bez słowa pożegnania, uciec, tak po prostu? To zdrada, potworna zbrodnia, myślała. Nie robi się tego bratu i siostrze. Wielokrotnie myślała, czemu by nie pogalopować hen, daleko w las, czy nawet do Highshrub. Jednak wtedy, przed oczyma stawało jej rodzeństwo i na samą myśl o ucieczce gwiazdy, miast na niebie lśniły na jej policzkach. Poza tym, bito ją zawsze. To stanowiło część jej życia, nie było tak straszne, jak dla osoby z zewnątrz. Na drugi dzień była śpiąca, wręcz nieprzytomna, dostawała więcej razów. Nie żałowała tych nocnych eskapad, żyjąc marzeniami. Ciągle odwiedzała stodołę, pod byle jakim pretekstem, byleby zobaczyć Brownie. Ojciec nie oponował, przeciwnie. Milliani przy okazji czyściła stajnię i oporządzała klacz. Jedynie Davin dziwnie na nią patrzył, jakby wiedział, że jego młodsza siostra znika gdzieś po zmroku. Nic jednak nie mówił. Taka, można by rzecz sielanka trwała ponad rok, ale nic nie trwa wiecznie. Zabiorą ci wszystko, co kochasz, jak powie kiedyś Caleb. Milliani, jak zwykle była z Brownie w stodole. Nagle pojawił się ogień. Dziewczyna zajęta była klaczą, nawet nie zauważyła, kiedy płomienie objęły drewniany budynek. Później mówiono, że było to podpalenie, ale nigdy nie odnaleziono winnego, lub winnych. Kiedy Milliani zorientowała się, co się dzieje, było już za późno. Ogień ogarnął już prawie całą stodołę. Chciała wyprowadzić Brownie, ale klacz ani myślała się gdziekolwiek ruszyć. Rżała i parskała, ale strach całkowicie ja sparaliżował. Panika zaczęła dawać się we znaki także Milliani, która zaczęła na nią krzyczeć. Brownie wierzgnęła, przewracając czarnowłosą dziewczynę. Wtedy też stodoła zaczęła się walić, jakby mało było szalejącego wokół piekła. Płonące deski i fragmenty dachu spadały niczym meteory na Milliani i Brownie. Dla Milliani zaczął się wtedy koszmar. Wszystko to widziała niezwykle wyraźnie. Kawał dachu nad boksem Brownie zaczął lecieć w dół. Klacz stała. Płonące drewno spadło wprost na nią. Koń, przygnieciony ciężarem, upadł. Milliani widziała słomę oraz ziemie, wypryskującą spod kopyt, ale nie to zapamiętała najlepiej. Brownie toczyła wtedy pianę z pyska, upiornie wtedy wyraźną. Najgorsze było jednak jej spojrzenie. Wyraz jej błyszczących, czarnych oczu. Jakby przepraszała i błagała o pomoc jednocześnie. O pomoc, na którą było za późno. Milliani, zszokowana, mogła już tylko patrzeć. Niemal w tej samej chwili trawione przez ogień drwo spadło na nią. Trafiło w bark, dotykając jeszcze ręki dziewczyny. Jej koszula szybko zajęła się ogniem. Na początku nic nie czuła, przerażona losem Brownie. Do stodoły wpadł jej ojciec. Nie zważając na płomienie schwycił ją i wybiegł z płonącego budynku. Nie był wtedy pijany, był to największy czyn ojcowskiej miłości, na jaki kiedykolwiek się zdobył. Mimo tego, że biegł szybko, Milliani ujrzała jeszcze coś. Lśniącą sierść Brownie zajmującą się ogniem. Brownie, rżąc przeraźliwie, niemal ludzko, szarpnęła się jeszcze kilka razy. Nadaremnie. Ogień obejmował ją całą, czego dziewczyna już nie widziała. Stodoła zawaliła się chwile po ucieczce, grzebiąc największą radość Milliani. Ojciec wrócił z pełnym wody wiadrem i chlusnął na córkę. Milliani wrzasnęła dopiero wtedy. Sama zastanawiała się, czy dlatego, że usłyszała syk i skwierczenie własnego ciała, czy dlatego, że uświadomiła sobie, co się właściwie stało. Ponad miesiąc powracała do zdrowia, tak fizycznego, jak i psychicznego. Po tym czasie ból minął, zostały tylko ślady po oparzeniach. To wydarzenie zostawiło Milliani paniczny strach przed ogniem. Nienawidziła go, na początku mówiła nawet, że wolałaby zamarznąć, niż się nim ogrzać.
Niedługo potem, bo cztery miesiące później Milliani miała stracić rodzeństwo. Nie wszyscy nazwą to stratą, ale dla niej samej, tak właśnie było. Davin był starszy o rok. Był to dobrze zbudowany młodzieniec o ciemnych włosach. Jeśli można tak powiedzieć, to właśnie on, jako najstarszy przewodził rodzeństwu. Ostatnie słowo zawsze należało do niego, ale szanował także opinię sióstr. Nienawidził ojca i stosowanych przez niego kar. Eloiny miała blond włosy, zwykle wiązała je w długi kucyk. Doskonale rozumiała się ze swoja siostrą. No i była jeszcze ona, Milliani, z burzą kruczoczarnych loków, porcelanową cerą i ogromnymi, ciemnoniebieskimi oczami. Mała marzycielka, jak nazywał ją czasem brat. Pewnego dnia, przed domem, kiedy ojciec pił w tawernie, odbyli najważniejszą rozmowę w życiu. Davin popatrzył na Milliani. Przestraszyła się stanowczości jego spojrzenia. Powiedział, że wie o jej nocnych wycieczkach, co więcej nie ma jej tego za złe. Rzekł, że skoro jej się udało, mogą uciec wszyscy. Eloiny poparła go. Milliani początkowo, pamiętając, że ojciec ją uratował, opierała się, ale w końcu przystała na ten pomysł. Ucieczka miała odbyć się za trzy dni. Przez te trzy dni wszyscy zachowywali się niezwykle grzecznie i kurtuazyjnie, jakby przed nimi stał burmistrz, a nie ojciec alkoholik, w dodatku prosty, wiejski chłop. Ojciec zauważył zmianę, ale nie zdziwił się, nareszcie jego wychowanie dało efekty. W końcu nadeszła ta upragniona noc. Ojciec poszedł spać wcześnie, koło dwudziestej pierwszej. Rodzeństwo czekało jeszcze z niecierpliwością i narastającym podnieceniem dwie godziny. Byli pewni, że po upływie tego czasu ojciec będzie spał jak zabity. Matką nie przejmowali się zupełnie. Mieli wychodzić na podwórze w pięciominutowych odstępach. Pierwszy poszedł Davin. Szedł naprawdę cicho, zwinnie niczym kot i byłoby mu się udało. Jednak kiedy był już przy drzwiach, wyrósł za nim cień. Ojciec ich przechytrzył. Zamachnął się, chcąc uderzyć chłopaka w głowę, ale Davin instynktownie odskoczył. Kopnął ojca w kolano, ten klęknął. Wtedy kopnął go jeszcze raz, w twarz. Ojciec upadł. Chłopak krzyknął na siostry, każąc po prostu biec. Zanim wybiegł usłyszał jeszcze krzyk matki. Po nim, potykając się, wybiegła Eloiny. Do tej pory ojciec zdołał otrząsnąć się z szoku i podnieść. Złapał Milliani za koszulę, rozdzierając ją na plecach, ale dziewczynie udało się wyszarpnąć. Biegła, ale bliżej był ojciec, nie brat i siostra. Uciekali środkiem wsi, dopiero gdy Eloiny krzyknęła „W las” skręcili. Zanim znaleźć się mieli w nienazwanej kniei, musieli jeszcze przebiec łąkę. Tu ojciec zwolnił, a Milliani zmniejszyła dystans dzielący ją od rodzeństwa. Im bliżej lasu, tym większa była ich euforia. Gdy Davin znalazł się między drzewami ryknął triumfalnie. Dołączyła do niego Eloiny. Na tym ostatnim odcinku drogi Milliani przyspieszyła. Kiedy była na samej granicy łąki z lasem popatrzyła na biegnące rodzeństwo. Pomyślała wtedy, że długo będzie wspominać tę chwilę. Nie pomyliła się. Nie patrzyła pod nogi, nie zauważyła korzenia jednego z drzew. Natura bywa także okrutna. Potknęła się i upadła. Udało jej się zamortyzować upadek rękami, ale usłyszała chrupnięcie. Strach spłynął po niej, jak lodowata woda. Podniosła się, ale od razu upadła. Skręciła kostkę. Starała się wstać, nie dopuszczała do siebie myśli, że stało się coś złego, ale jej noga już to wiedziała. Dobiegł do niej ojciec i brutalnie poderwał z ziemi. Davin i Eloiny odwrócili się. Obiecali jej, że wrócą. Tej nocy ojciec po raz pierwszy użył bata.
Od tamtych wydarzeń minęły cztery lata. Widać, rodzeństwo trochę się spóźnia. Przez ten czas Milliani znalazła swoje powołanie. Była medyczką, niezwykle szanowaną i poważaną w Briarbone. Do leczenia i ratowania innym życia używała bowiem nie tylko ziół, ale i magii. Było to tylko proste zaklęcia uzdrawiające i uśmierzające ból, żadne potężne formuły, więc nie musiała obawiać się problemów, jakie groziły niezrzeszonym ze strony Gildii Magów. Nie miała wrodzonego talentu magicznego, daleko jej było do adeptów Akademii Magicznej, ale potrzebnej jej czary opanowała bardzo dobrze. Sama bita, ledwo uniknęła śmierci, przez te doświadczenia postanowiła, że będzie pomagać innym. Ojciec więcej pił, niż pracował, więc utrzymanie domu spadło na barki Milliani. Chciała być bezinteresowna, ale aby żyć, pobierała opłaty za swoją pomoc. Dziewczyna usłyszała trzask zamykanych drzwi. Ojciec wyszedł pić i nie ma zamiaru bić jej dalej. Wstała i narzuciła na siebie białą bluzkę, a na to jeszcze brązową kurtkę z obciętym, krótkim rękawem. Spodnie miała poszarpane, ale na wsi to uchodziło. Matka była w kuchni, pewnie coś gotowała. - Idę zobaczyć, co z młodym Steynem – oznajmiła jej Milliani. Matka kiwnęła głową. Milliani wyszła i skierowała się w lewo. Minęła miejsce, gdzie kiedyś znajdowała się stodoła. Gdy szła, mieszkańcy, którzy byli akurat na dworze, pozdrawiali ją. Przed jedna z chat bawiły się dzieci. Milliani zazdrościła im beztroski i braku jakiejkolwiek wiedzy o brutalności tego świata. Dom, do którego zmierzała znajdował się prawie na końcu wsi. Dalej była już tylko ulubiona karczma jej ojca. Steyn miał piętnaście lat, był synem drwala. Jego matka zmarła na zapalenie płuc, gdy miał lat osiem. Ojciec był analfabetą, ale starał się zapewnić synowi jak najlepsze warunki do życia, chciał być dla niego jak najlepszy. Często brał syna do lasu, aby, jak to określił, uczyć go zawodu. Z tej praktyki nie wynikło nic dobrego. Drzewo zmiażdżyło Steynowi nogę. Był to oczywiście przypadek, ale ojciec obarczał się za to winą. W obecności Milliani zalewał się łzami. Wyglądało to dziwnie, twardy, zarośnięty drwal, roniący dosłownie potoki łez. Konieczna była amputacja. Chłopiec zemdlał na widok siekiery, oszczędzając Milliani wielu niedogodności. Po zabiegu magicznie zatamowała krwawienie. Ojciec Steyna gotów był obwołać ją świętą. Obiecała, że zajrzy następnego dnia sprawdzić stan pacjenta. Drwal przywitał ją bardzo wylewnie, całując w oba policzki, po czym zaprowadził do łóżka, na którym leżał Steyn. Chłopak miał półprzymknięte powieki i mokre czoło, oraz włosy. Nawet pod kołdrą widać było brak jednej kończyny. Noga obcięta była trochę powyżej kolana. Na widok Milliani Steyn otworzył szerzej oczy.
- Dziękuję – wyszeptał.
- Nie ma za co. Pomaganie innym zawsze sprawiało mi radość – odrzekła uśmiechając się.
- Wiem, że to było konieczne – dodał, jakby chciał przekonać do tego stwierdzenia sam siebie.
- Mogę ci jeszcze jakoś pomóc? – zapytała Milliani.
- Swędzi…
Dziewczyna odkryła lekko kołdrę i dotknęła kikuta. Przy chwile unosiła się przy nich bladoniebieska poświata.
- Nie dziękuj – uprzedziła ze śmiechem Milliani – Poza tym, wszystko dobrze?
Chłopak przytaknął.
- Teraz wszystko zależy od jego organizmu. Proszę posłać po mnie, gdyby coś się działo, ale nie sądzę, aby to było konieczne – zwróciła się do ojca.
Ten jeszcze raz jej podziękował i pożegnał. Obiecał, że zapłaci za trzy dni. Jeszcze wtedy Milliani nie wiedziała, że za trzy dni, już jej tu nie będzie. Przed domem drwala czekało ją jedno z najprzyjemniejszych przeżyć, jakiego doświadczyła od czterech lat. Od zachodu jechał jeździec, prowadząc obok siebie luzaka. Nic nie było by w tym dziwnego, gdyby nie kilka szczegółów. Jeździec odziany był w ciemnoniebieska szatę, bliską kolorowi oczu Milliani. Nie ulegało wątpliwości, że był Magiem. Milliani bardzo ich szanowała, choć ten był pierwszym, jakiego w życiu widziała. Mimo błahości tego wydarzenia, bardzo cieszył ją ten splot okoliczności. Mag podjechał bliżej i zatrzymał się przy niej. Wtedy dostrzegła, że był niewiele starszy od niej. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia parę lat. Miał ciemnobrązowe, opadające na czoło włosy i zielone oczy.
- Witaj, czcigodny… - zaczęła Milliani.
- Hej, hej, spokojnie! – zaprotestował młodzieniec – jaki tam czcigodny, dopiero co opuściłem Gilothavię. Jeszcze Nowicjusz, nie mag!
- Ale… i tak jest pan członkiem Gildii Magów, któremu należy się szacunek.
- Nie pan. Jerome. Pan to może jest Morrigan, mój mistrz, ale nie ja.
Jerome zaskoczył trochę Milliani. Nie był poważny i arogancki, tylko całkiem sympatyczny.
- Ja jestem Milliani.
- Ładnie – odrzekł Jerome, po czym zawahał się. Wyczuł magię – nie myślałaś nigdy o szkole?
- Nie mam talentu…
- Ale magii używasz.
- Jestem uzdrowicielką, mam nadzieję, że…
- Mądrze czynisz. Przydałabyś się Gildii, naprawdę. Milliani zaczerwieniła się, miała nadzieję, że Jerome tego nie zauważył.
- Co…cię tu sprowadza?
- Mistrz. Dał mi trochę swobody, spóźniam się, prawdę mówiąc…ale tak, mam towarzyszyć mistrzowi w Highshrub. Byłaś tam kiedyś?
Część 33 / 6
- Nigdy.
Teraz Mag zamilkł.
- Zatrzymujesz się tu na noc? Z Briarbone do Highshrub jest prawie trzydzieści kilometrów.
- Tak, raczej tak. Jest tu jakaś gospoda?
- Jest, owszem, ale nie polecam – opowiedziała Milliani. Sama nie wie, co ją podkusiło, ale dodała – Ale ja mogę zaproponować ci gościnę.
Jerome na chwilę odwrócił głowę.
- Nie będę problemem?
- Nie skąd. Mam wolne łóżka po…rodzeństwie – Milliani nie pomyślała o ojcu. Zbagatelizowała go, myśląc, że Maga przyjmie z otwartymi ramionami.
- Więc, bardzo chętnie.
Jerome konia przywiązał do płotu, w ogóle nie pytając o poczerniały kawałek ziemi nieopodal. Otworzył dziewczynie drzwi i przepuścił, parodiując ukłon. Ojciec już na nią czekał, specjalnie wcześniej wyszedł z karczmy. Matka, jak zwykle w kuchni, będzie udawać, że nic nie słyszy.
- Gdzieżeś się szlajała?
- Byłam u Steyna, miał wypadek. – odparła Milliani, najspokojniej jak mogła.
- Gówno prawda! Nie kłam, ty głupia…
- Trochę szacunku dla córki – wtrącił się Jerome. Milliani było wstyd za ojca. Gotowała się ze złości. - Przyprowadziłaś sobie kogo…
- Tato, proszę!
- Jego też trzeba nauczyć kultury.
Ojciec sięgnął po bat. Jerome, a wraz z nim Milliani, cofnął się pod drzwi. Pijany mężczyzna ruszył w ich kierunku. Szedł powoli.
- Niech się pan zatrzyma. Inaczej będę zmuszony użyć magii – poinformował go Jerome.
Szedł dalej.
- Tato, stój!
- Zatrzymaj się!
Jerome bał się. Wiedział, że ojciec Milliani nie zatrzyma się. Zdawał sobie sprawę, że jego przeciwnik jest świadomy jego strachu. Nie mógł jednak pozwolić, by strach zawładnął nim całkowicie.
- Ostatnie…
Stary zamachnął się. Mag błyskawicznie uniósł obie ręce przed siebie. Ojciec Milliani przeleciał przesz pokój i uderzył w ścianę. Jęknął i osunął się na podłogę. To samo uczyniła jego żona. Jerome zamknął oczy i ciężko odetchnął. Bardzo ciężko.
- Jedź z nim – rzekła matka – Tu nie ma dla ciebie… - ugryzła się w język, prawie nie powiedziała „Miejsca” – perspektyw. W mieście się rozwiniesz, tam naprawdę potrzebna jest twoja pomoc. A ojcem się nie martw.
Jej ojciec leżał w łóżku z poobijanych kręgosłupem. Miał szczęście, że w ogóle będzie mógł chodzić.
- Poza tym – dodała ciszej – Davin i El…
- Nic nie mów. Dobrze, pojadę.
- Idź już. Nie chcę ckliwych pożegnań.
- Bywaj, mamo.
Jerome wsiadł już na konia i sposobił się do odjazdu. Zobaczył idącą ku niemu Milliani.
- Ja naprawdę nie…
- Nie o to chodzi…to znaczy…
Jerome przyglądał się jej z uwagą.
- Chciałabym z tobą jechać do Highshrub.
Na twarzy chłopaka malowało się zdziwienie.
- Oczywiście, dobrze!
Siadła na karym luzaku.
- Witaj w drużynie – rzekł i uśmiechnął się. Oboje jechali do Highshrub marząc o sławie, oboje miało doścignąć przeznaczenie.
Frederick Hood, choć tytułował się doktorem, zupełnie nie zdawał sobie sprawy ze swojego stanu. Uważał, że to po prostu kac i zatrucie spowodowane pochłonięciem zbyt wielkiej ilości jedzenia. Miał wysoka gorączkę, a co kilka godzin brało go na wymioty. Bardzo mocno się pocił, ale z czego wielce się cieszył, ani razu go nie przeczyściło. Jedyne, co go bardziej niepokoiło, to fakt, iż czasem miał wrażenie, że jego serce na przemian przyspiesza i zwalnia, co było już niezbyt normalne, jak na zwykłą przypadłość. Może to tylko urojenie. Pozytywną stroną tej choroby była absencja w Szpitalu Psychiatrycznym na Thanate. Na samą myśl o tym miejscu Hooda przechodziły ciarki. Był tam dwa razy i nie miał ochoty na więcej wizyt. To miejsce napawało go strachem. Podziwiał pracowników zakładu, że wytrzymują w takiej atmosferze, nieświadom zupełnie tego, że oni sami są jej twórcami. Nie miał ochoty na wizytę tam, mimo, że Crane obiecywał, że będzie naprawdę niezwykła. Widząca o wielkiej mocy, znaleziona niedaleko fortu Ohdows, w dodatku nawet jeszcze niepełnoletnia. Crane mówił nawet o przełomie w badaniach. Więc skoro tak pochlebnie się o niej wyrażał, czemu, do cholery nie kazał przenieść jej do Ongii, lub w ostateczności do Gilothavii? Bo w szpitalu są lepsze warunki, dobre sobie! Na takich właśnie rozmyślaniach spędzał czas doktor Hood, przykuty do karczmiennego łóżka. Słyszał dochodzące z dołu dźwięki pijackiej zabawy, ale nie zazdrościł jej uczestnikom. Przekonał się przecież, że co za dużo, to niezdrowo. Wytarł ręką pot z czoła, potem przygładził rude włosy, też, nawiasem mówiąc mokre. Sapnął, aż zadrżał jego potężny podbródek. Splótł ręce pod kołdrą, na swoim olbrzymim brzuchu. Zapomniał już kiedy tak się roztył, natomiast doskonale pamiętał czasu, w których nie miał sobie nic do zarzucenia w kwestii wagi. Do Akademii Magii dostał się w wieku szesnastu lat, wcześniej dwukrotnie oblewał egzamin. Lenistwo i przesadny optymizm od dziecka były jego największymi wadami. Był miernym uczniem i takim samym Magiem. Na wykładach z historii usypiał, zaś jeśli chodzi o czary, raz nie potrafił wykrzesać choćby iskry, innym razem prawie spopielił salę. W Gilothavii spędził dziesięć bezowocnych lat. Jego nauczyciele zdali sobie w końcu sprawę, że nic z niego nie będzie i wysłali go do Uniwersytetu w Durill. Tam też miał się wykształcić na doktora, co mu się akurat udało. Zdobył dyplom i tytuł, ale nie można powiedzieć, żeby tylko nauka była mu w głowie. Już wtedy pił na umór, często w kolegami z Uniwersytetu. Po prostu przepił swój najlepszy wiek. Sprawiał kłopoty, więc najczęściej to on był delegatem Gildii, rzucano nim z miasta do miasta, każdy chciał się go jak najszybciej pozbyć. W każdym z miast zwykle obywał się wielki bankiet, w którym on musiał oczywiście uczestniczyć. Właśnie wtedy, choć nie chciał o tym pamiętać, zaczął rosnąć mu ogromny kałdun. Już przedtem nie budził swoja aparycją, ani zachowaniem szacunku. Twarz miał (i ma do teraz) pokrytą pryszczami, a ciemnopomarańczowe włosy nigdy nie grzeszyły czystością i świeżością. Na dodatek miał słabą głowę, a pił dużo, więc szybko zaczynał bełkotać i mówić kompletnie od rzeczy. Słynne też stały się jego zazwyczaj chamskie i sprośne żarty. Szczęście uśmiechnęło się do Hooda przed czterdziestką. Poznał wtedy Crane’a prawdziwego fanatyka i pasjonata, jeśli chodzi o Widzących. Eddie (bo tak Hood zawsze nazywał w myślach) z przejęciem snuł różne historie o duchach i nawiedzonych miejscach. W pewnym momencie rozmowy zaproponował Hoodowi współpracę. Już wtedy był słynny i rozpoznawalny w Gildii, więc Hood zgodził się bez zastanowienia. Większa pensja, no i nutka przygody. Jego wyobrażenia o asystowaniu charyzmatycznego doktorowi szybko zastały zweryfikowane przez brutalną rzeczywistość. Wszystko sprowadzało się do jeżdżenia po zapomnianych przez wszystkich wsiach i miasteczkach, oraz oglądania chłopców i dziewcząt w różnym wieku, podejrzewanych o możliwość Widzenia. Hood nie podzielał entuzjazmu Eddiego, bardzo go to nudziło, a od siodła miał odciski na dupie. Gówno, nie praca. Trzymały go tylko pieniądze, oraz szacunek, jaki mógł zyskać, współpracując z tak znaną w światku personą. To też się nie udało. Nigdy nie zyskał po swoich wcześniejszych ekscesach szacunku a Crane, mimo przebywania z nim, o dziwo nie stracił swojej reputacji), na którym tak mu zależało. Mimo swojej całkowitej, w stosunku do Crane’a inności, dogadywali się całkiem nieźle. Rozmowy nie urywały się tak, jak z Morriganem. Hood rozweselał Crane’a swoimi dowcipami i anegdotami ze szkoły, czasem przeklinał nauczycieli z Gilothavii (niezwykle to starszego doktora bawiło, bowiem kilku z nich znał osobiście). Crane mówił głównie o Widzących i polityce. Hood jednych uchem słuchał, drugim wyrzucał, ale to, co zapamiętał nie raz ratowało go od całkowitej kompromitacji w towarzystwie. Crane cenił sobie jeszcze, że Hood nigdy nie kwestionował jego rozkazów. Unikali przez to kłótni i nieporozumień. Hood był prawie jak niewolnik, całkowicie bezwolny i przyporządkowany panu. Taka symbioza trwała aż do teraz, przez pięć lat. Przez pięć długich lat, w trakcie których wespół z Crane’em wykrył sześć dziesięciu trzech Widzących, zamęczył na śmierć dwudziestu siedmiu, dwukrotnie odwiedził Szpital oraz wypił litry alkoholu (nie wspominając o kilogramach jedzenia). Teraz leżał w pokoju w karczmie. Myślał, jak na siebie bardzo głęboko, bowiem o czasie. Niesamowicie dziwiło go, jak ten czas leci. To pięć lat z Eddiem minęło jak pięć dni. Głównie dlatego, że niewiele z tego okresu pamięta. Naprawdę głębiej wryły mu się w pamięć dwie sceny, dwa straszne wspomnienia. W jednym sam wywlekał z domu ośmioletnią dziewczynkę, małe medium. Płakała, szarpała się i darła w niebogłosy, ale Hood nie puszczał. Bezwzględne posłuszeństwo. Słyszał też błagania rodziców, których powstrzymywał Crane. Hood nie uważał się za złego człowieka, taką miał po prostu pracę. Drugie wspomnienie dotyczyło czasów późniejszych, gdy służył już u boku Crane’a dwa lata. Działo się to w słynnej cytadeli Ulmar, gdzie lata wcześniej stracono nekromantę Sevana. Sytuacja nie dotyczyła bezpośrednio Widzących. Owszem, dwójka Magów znalazła się w cytadeli w ich sprawie, ale Hood miał jeszcze okazję uczestniczyć w innym przesłuchaniu. Przesłuchanie nie miało nic wspólnego z Gildią, tylko z państwem, więc odbywało się z użyciem tradycyjnych, wojskowych metod. Oskarżona o szpiegostwo kobieta wcale na szpiega nie wyglądała, ale zasada „pozory mylą” jest pierwszą, jaką poznają w armii rekruci. Miała rozbiegane oczy, jakby myślała, że to sen, jakby nie wiedziała do końca kim jest i co tu robi. Żołnierz tłukł ją pięściami po twarzy, potem przyszła pora na bardziej wyrafinowane tortury, na przykład wyrywanie paznokci. Hood dotarł do trzeciego, po czym szybko opuścił celę, zostawiając wojskowego z domniemanym szpiegiem. Reszta była już tylko rutyną. Hood zasnął, a spał trzy godziny. Po przebudzeniu wydawało mu się, że zapadł tylko w mała drzemkę, co najwyżej piętnaście minut, ale czas był nieubłagany. Trucizna działała. Hood powoli zaczął sobie zdawać z tego sprawę. Wyciągnął przed siebie prawą dłoń. Przez chwilę przyglądał się swoim krótkim, pulchnym palcom. Drżąc, odwrócił rękę, wewnętrzną częścią dłoni ku sobie. Nie interesowały go jednak linie papilarne. Żyły były czarne. Małe, świńskie oczy doktora rozszerzyły się z przerażenia. Dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko, bowiem doszedł jeszcze zawał.
Karczmarz znalazł ciało pół godziny później, gdy chciał sprawdzić, czy z Hoodem wszystko w porządku (nie było w porządku) i czy czegoś nie potrzebuje. Kiedy zobaczył zwłoki, udało mu się zachować zimną krew. Nie panikował, że to w jego lokalu otruto bądź co bądź Maga, nie myślał o możliwej karze. Przecież nie było powodów do ukarania go, nie on jest trucicielem. Natychmiast wybiegł z karczmy, w poszukiwaniu strażnika, lub chociaż żołnierza.
Caleb płatnym mordercą był od osiemnastego roku życia. Był sierotą, uważał, że żebranie i kradzież uwłaczają jego godności. Zarabianie odbieraniem ludziom życia było czymś zupełnie innym. Bycie panem czyjegoś życia, niemal bogiem z kazań kapłanów. Zmiana ludzkich losów jednym pchnięciem sztyletu, czy cięciem miecza. Do tego pieniądze i niebywała satysfakcja z dobrze wykonanej pracy. Był w zawodzie już osiem lat, ale nie był zrzeszony w Czarnej Śmierci. Jego zdaniem, najlepsi działają w pojedynkę, nie ma powodów do niepokoju, że ktoś cię wyda. Jeśli już, to zleceniodawca, czyli krąg podejrzanych mniejszy, niż w przypadku starożytnej organizacji. Nie mógł powiedzieć, że w swojej karierze nie zetknął się z Czarną Śmiercią. Czasem zdarzało się, że dostawał zlecenie na osobę naznaczoną już Czarnym Piętnem. Zawsze wyprzedzał tamtego mordercę, potem zajmował się również nim. Albo ścierali się od razu, albo tamten okazywał się tchórzem i rozpoczynała się pogoń. Caleb był doskonałym atletą, więc żaden nie miał szans, niemniej pojedynki z kolegami po fachu zawsze dostarczały mu najwięcej adrenaliny. Swój ekwipunek zwykle kompletował z pancerzy i broni zabitych morderców, w jego ręce czasami trafiały naprawdę dobre przedmioty. Poza tym, był po prostu profesjonalistą. W zabijaniu miał jeszcze inny cel, który ukrywał przed wszystkimi. Czasem chciał się go pozbyć, ponieważ tajemnica ta reprezentowała resztki jego człowieczeństwa, moralności i skrupułów, których tak pragnął się pozbyć. Jednak to była część niego, nierozerwalna całość.
Część 44 / 6
Siedział przy ladzie, na pozór znudzonym wzrokiem obrzucając lokal „Pod Rączym Rumakiem”. Tak naprawdę, jego ciemnoniebieskie oczy, niczym oczy sokoła szukały jakichkolwiek śladów…zmiany. Zmiana była zauważalna, mianowicie zwiększyła się irytacja gości. Kelnerki nie nadążały z obsługą, a goście klęli, bo nie było karczmarza. Caleb wiedział gdzie poszedł. Na górę, do doktora Hooda. Pewnie znalazł już trupa. Pozostaje pytanie, czy wywoła panikę, czy nie. Morderca zapiął guziki w jasnej kamizelce, którą założył na prostą, trochę brudną koszulę. Wtopić się w otoczenie. Spodnie miał przydługie, niemal czyścił nimi podłogę. W cholewie wysokich butów schowany miał sztylet, wolał nie ryzykować zdemaskowania, w zamian lekko się brudząc. Chwilę później zobaczył wracającego karczmarza. Niski, łysiejący mężczyzna w fartuchu. Tylko pozornie wydawał się być spokojny. Caleb zauważył, że podczas rozmowy z jednym z klientów bardzo gestykuluje, ponadto wyraźnie się śpieszy. Wąskie usta mordercy rozchyliły się w uśmiechu, ukazując drobne, białe zęby. Faktycznie, zaraz potem karczmarz co rusz wybiegł z tawerny. Caleb odczekał trzy minuty, licząc w myślach. Po tym czasie on również wyszedł. Zagarnął przydługawe czarne włosy na twarz, aby choć trochę się maskować. Na ulicy najpierw się rozejrzał, ani śladu karczmarza. Najprawdopodobniej szuka straży. Caleb schował ręce w kieszenie i żwawym krokiem poszedł w lewo. Ulice Highshrub były puste, jak to bywa nocą. Caleb kochał przechadzać się tymi ulicami, skrytymi w blasku księżyca, kiedy to noc rzuca na nie swój czar. Przede wszystkim nie było tłumów hałasu, ani smrodu. Tylko prawdziwa dusza miasta. No i to nocą najlepiej jest polować. Ulica była dosyć szeroka, ale z obu stron ograniczały ją domy i kamienice. W kilku paliło się światło, ale większość mieszkańców spała, a światło dawały tylko latarnie. Caleb przeszedł dwie ulice, potem zszedł schodami w dół, na nadbrzeże. Na nadbrzeżu śmierdziało zawsze. Tutaj, przy rzece Myriad gromadziła się biedota, tu załatwiano najbrudniejsze interesy. Tak samo postępował i on. Wszedł na drewniane, zbutwiałe molo. Wpatrywał się w rzekę, wsłuchując się w jej szum, oczekując dręczących go szeptów przeszłości. Nic. Zupełna cisza. Jednak niezupełnie, to znaczy kroki butów uderzających w drewno nie miały nic wspólnego z przeszłością. Caleb błyskawicznie odwrócił się, przyklękając, będąc gotowym wyciągnąć sztylet w ułamkach sekund. Stojąca przed nim zakapturzona postać uniosła ręce do góry.
- Zrzuć kaptur – rozkazał morderca.
Klient usłuchał. Był łysy. Caleb nie widział go zbyt wyraźnie, ale mały rozstaw oczu i długi nos upodobniały go do orła.
- Nie żyje? – zapytał Orzeł.
- Oczywiście. Gdzie moja zapłata?
Orzeł rzucił sakiewkę, morderca złapał ją. Caleb zauważył, że jego klient dawno nie obcinał paznokci, jego ręce przypominały szpony.
- Dobra, koniec pogawędki. Nie jest tu aż tak bezpiecznie – powiedział Caleb.
- To nie koniec rozmowy. Znam lepsze miejsce.
Lepsze miejsce było całkiem niedaleko. Drzwi do jednego z drewnianych domów otworzyły się same, a Orzeł zaprosił Caleba do środka. Wewnątrz mag czynił honory gospodarza. Położył rękę na głowie śpiącego właściciela. Otuliła go fioletowa mgła, która szybko zniknęła, wchłaniana przez śpiącego z każdym oddechem. Potem mag usiadł do stołu, podsuwając magicznie krzesło również Calebowi.
- On nie żyje? – zapytał.
Orzeł pokręcił głową.
- Pośpi trochę głębiej. I dłużej.
- Widzę, że nie mam do czynienia z byle kim? – połechtał ego maga morderca.
- Ano tak, na to wychodzi. Pomaga pan zmieniać świat, jeśli to pana interesuje.
- Miło wiedzieć. Lecz i tak miast konsekwencji, wolę samo zabójstwo. Bo moja specjalność to śmierć.
- Rozumiem. Powiedzmy, że chciałbym kontynuować współpracę.
Caleb nie odpowiadał. Podparł się na łokciach. Czuł na twarzy delikatny puch, mimo wieku nie miał jeszcze prawdziwego zarostu.
- Tym razem dwa cele, dużo bardziej wymagające. Też magowie.
- Mag zlecający… - zaczął Caleb, ale szybko pojął z kim ma do czynienia.
- Nazwiska.
- Edward Crane i Liam Morrigan.
- Też związani z tą dziewczyną?
- Owszem, nawet ważniejsi. Sam się przekonasz, morderco, jak bardzo zmieni się świat, po dokonaniu się twojego…i jej dzieła.
- Co o nich wiadomo?
- Pierwszy to przełożony Hooda. Słynny, szanowany, jego śmierć będzie szeroko komentowana nie tylko w środowiskach magów. Porusza się bez ochrony, ale jest całkiem dobry w magii...no i w zadawaniu bólu czymś ostrym też. Ma wielką znajomość anatomii i psychi…
- Nieważne. Jedyna cenna informacja to ta, że nie ma ochrony. Choć po śmierci Hooda pewnie będzie ją mieć. A ten drugi?
- Czary ofensywne, rzuca ludźmi po ścianach, podpala, takie tam…typowy mag. Żadnych cech szczególnych. szczególnych nie, ma ucznia, imieniem Jerome. Mogą poruszać się razem, ale ucznia nie ma jeszcze w mieście. Jego też możesz wyeliminować, jednak nie jest to konieczne, priorytetem jest tamta dwójka.
- Mogę to zrobić po swojemu?
Orzeł uniósł brwi.
- Ostrzem, a nie zdradziecką trucizną.
- To całkiem niebezpieczni…
- Mag też człowiek. Da się go zabić w moim stylu.
- Nie spierdol tego.
- Nigdy nie zawodzę.
Obyś się nie mylił, myślał Dortheil, zwany Orłem. Nekromanta. Głównodowodzący operacji „Zaćmienie”. Widząca jest kluczem do zwycięstwa. Mordercę też trzeba będzie usunąć, jeszcze nie teraz, kiedy jest tylko narzędziem. Jest zbyt sprytny. On też zginie.
Potem nawiedziły go sny.
Tak jak resztę wybranych przez przeznaczenie.
Kiedy Milliani przekroczyła wraz z Jerome bramy miasta, pomyślała, że śni. Nawet w najśmielszych marzeniach nie podejrzewała, że kiedykolwiek dotrze do Highshrub. Ojciec, kiedy był w dobrym nastroju (to znaczy trzeźwy) opowiadał o mieście i jego wspaniałościach, zaś kiedy był pijany wyzywał i pomstował na jego mieszkańców i zaniedbana część, slumsy, choć w żadnej ze swoich wypowiedzi nie zbliżył się do ukazania prawdziwego, odartego z pozornego dobra i życzliwości obrazu niemal żywego miasta, żywego trupa, którego smród zatruwał powoli obywateli, zmieniając ich w najokrutniejsze, bo obojętne stworzenia. Drewniane domy rozsypywały się, w powietrzu unosił się fetor fekaliów. Niektórzy mieszkali w niewielkich lepiankach, niektórzy na słomie, złożonej na brudnej ziemi. Tylko dzieci zdawały się nie przejmować tragiczną sytuacją. Bawiły się, podśpiewywały wesoło. Nie znały lepszego życia, dla nich to była codzienność, nic dziwnego. Dorośli na pewno zazdrościli im tego, tego, że cieszą się nawet drobnymi rzeczami, zwykła zabawą, podczas gdy ich rodziny głodują, skazane są na wieczny żywot nędzarzy. Milliani była tym wszystkim oszołomiona. Jej marzenie się spełniło, jest w największym mieście w Regionie, z drugiej strony, na razie spotyka ją rozczarowanie. Zamiast pięknych kamienic, dumnych strażników miejskich i arystokratów widzi biedę w najgorszej postaci. Boi się pomyśleć, co mogło czekać Davina i Eloiny, jeśli nie spotkał ich łut szczęścia. Jechała trochę w tyle za Jerome, młody mag zwolnił i zrównał się z nią. Zauważył pożądliwe spojrzenia biedaków, bezzębnych dziadów w obszarpanych szatach, niektórych zżerał trąd, innym nie dolegały tak straszne choroby, ale ich cera nie sprawiała wrażenia najzdrowszej. Nie wiedział, czy chodzi im o dziewczynę, czy pieniądze, ale wolał zapewnić jej jakieś poczucie bezpieczeństwa.
- Prawdę mówiąc, nie chciałem, żebyś to widziała.
- To nie twoja wina, tylko… - Milliani zastanowiła się chwilę.
- Sama widzisz. Tak, przecież współpracujemy z burmistrzami, z urzędnikami, mamy wpływy. Ale nikt z tym nic nie robi, zajmują się tylko reprezentacyjną częścią miasta, jeśli chodzi o biedotę, żadnych reform. Gildia nic nie robi. Uwierz mi, chcę im pomóc, ale nie mam pozycji, nic.
Milliani tylko patrzyła. Na łysego jegomościa, drapiącego się po całym ciele, najpewniej chorego na świerzb, na ludzi z krzywo poskładanymi kończynami, wyglądającymi i chodzącymi jak zabawki nieudolnego lalkarza. Ilu chorych!
Część 55 / 6
- Oni wszyscy potrzebują pomocy medycznej. Oni tu poumierają bez opieki.
- O to chodzi, czyż nie – odrzekł Jerome ze smutkiem w głosie – miasto pozbędzie się śmierdzących włóczęgów raz na zawsze.
Jerome pospieszył konia, żeby wydostać się z tego nieprzyjemnego miejsca. Milliani najchętniej zeszłaby z wierzchowca i zaczęła pomagać, ale żeby się nie zgubić pojechała za magiem. Niedługo później końskie kopyta uderzały o kamienne płyty, a nie w żwirowe podłoże.
- Oto i Highshrub o którym tyle słyszałaś.
Rzeczywiście wjechali w ciasne ulice, zewsząd otaczały ich wysokie domy z balkonami, po ścianach kilku z nich wspinał się bluszcz. Przed nimi tłoczyli się strażnicy, jakby miejsce miał jakiś wypadek, lub co gorsza morderstwo.
- Podjedziemy bliżej? – zapytał Jerome.
Milliani niepewnie kiwnęła głową. Czterech ubranych w pancerze ludzi stało wokół wejścia do karczmy, jakby byli jej ochroniarzami. Dwóch rozmawiało ze sobą półgłosem, natomiast pozostała dwójka zajęła się rzucaniem wokoło groźnych spojrzeń.
- Co tu się stało? – spytał brązowowłosy chłopak
- Co cię to obcho… - niemiły strażnik zamilkł, kiedy zobaczył, z kim ma do czynienia. Stłukłby dzieciaka z zawiązanymi rękami, ale widział, że tacy mają wysoko postawionych mentorów. Trzydziestokilkuletni mężczyzna, któremu zlepione czarne włosy opadały na jedno oko zasalutował magowi, ale bardzo lekko, od niechcenia.
- Tak, tak spocznij, mówcie w końcu.
- Morderstwo, otruto faceta, maga zresztą.
- Jak się nazywał? – wykrzyknął niemal Jerome.
- Eee… chyba Hood. Tak, Hood.
Jerome współczuł Hoodowi, ale przede wszystkich odczuwał radość i ulgę, że to nie Morrigan. - Dobra, wchodzimy. Przepuście mnie. Strażnik ani drgnął, za to paskudnie się uśmiechnął.
- Liam Morrigan, mówi ci to coś?
Uśmiech zamarł mu na ustach, owszem mówiło mu to. Morrigan już się tu kręcił, był przecież chwilowym zastępcą Hooda, równie dobrze to on mógł być celem. Pokręcił się, powiedział, że wszystko wie i poszedł, pewnie skontaktować się z górą. Teraz ma do czynienia z jego uczniem. Jerome zszedł z konia i pomógł zejść Milliani. Mogła być przydatna, przecież jest, jak by nie było medyczką. We wnętrzu karczmy było, tak jak oboje się spodziewali, pusto. Od razu skierowali się na górę, do pokoju Hooda. Jerome przezornie wyczarował lekki, fiołkowy zapach, spodziewając się odoru zwłok. Postąpił słusznie, ale nie przesadził, więc zapach kwiatów mieszał się ze smrodem ciała.
- To może neutralizować zapach trucizny – zwróciła mu uwagę Milliani.
- Daj spokój, magów nie morduje się byle śmierdzącym gównem.
Dziewczyna umilkła, poczuła się nieswojo. Po raz pierwszy ktoś ubliżył jej umiejętnościom i podważył jej kompetencje. Najpierw sam zaproponował jej wyprawę do miasta, teraz ją wyśmiewa. Milliani wręcz nienawidziła zmiennych nastrojów maga, ale będzie musiała się do nich przyzwyczaić. Hood leżał na łóżku. Jego ciało miało blady, białawy kolor, niebawem miał zszarzeć jeszcze bardziej. Ręce leżały bezwładnie wzdłuż ciała. Dziewczyna starała się nie myśleć, jakich rozmiarów będzie jego brzuch, kiedy rozedmą go pośmiertne gazy. Odwróciła jedną z jego rąk do wewnętrznej strony, zobaczyła czarne żyły. Wracały do już normalnego koloru, ale oczy Milliani nie mogły tego przegapić.
- Cholera, jak na to wpadłaś? – zdziwił się Jerome.
- Maga nie mordują byle gównem, sam mówiłeś. – odparła, wielce z siebie zadowolona.
Myślała o strasznych truciznach, których nie użyje byle zdradzona żona. Przyszedł jej na myśl Pajęczy Nektar. Trucizna ta nie miała smaku, była właściwie niewykrywalna. Objawy też nie były poważne, jedynie zawroty głowy, czasem nudności i biegunka. Idealna na takiego pijaka jak Hood. Podczas gdy leczył kaca Nektar powoli zajmował jego krwioobieg.
- Pewnie mamy do czynienia z Czarną Śmiercią. – orzekła czarnowłosa dziewczyna.
Trucizna ta istotnie była ulubionym zabójczym napojem morderców, przez czarny kolor, jaki przyjmują żyły podczas jej działania (krążyły przerażające historie o czarnych, zaropiałych oczach, czy krtani, przy większych dawkach, które ponoć dawano szpiclom i donosicielom, bardzo wymowne). Milliani nie miała oczywiście żadnych uczonych ksiąg na wsi, ale ta trucizna pojawiała się w wielu historiach, jakimi raczył ją brat, lub ojciec. Z tego co pamiętała, w którejś z dziecinnych bajek, jakie opowiadała jej matka, podła wiedźma także użyła tej trucizny by zabić królewicza. Liczył się fakt, że pamiętała.
- Lub tylko miało to na to wyglądać – myślał Jerome.
- Słuszna uwaga, chłopcze – Milliani i Jerome drgnęli i odwrócili się w stronę drzwi, skąd dochodził głos.
Należał do mężczyzny dochodzącego pod czterdziestkę, ubranemu w pancerz straży, ale wyróżniał go duży, srebrny łańcuch z insygniami.
- Kapitan Skelliser, do usług. – profesjonalnie zasalutował kapitan. Był bez hełmu. Miał krótko ścięte ciemnoblond włosy i przyjazny, choć nieco zmęczony wyraz twarzy. Ten człowiek bez wątpienia wiele już widział na służbie. Przez jego nos przechodziła wąska blizna, jednak nie szpeciła go, przeciwnie, dodawała męskości. Milliani skłoniła się lekko, wedle obyczaju, zaś Jerome kiwnął tylko głową. Nie pałał do służb porządkowych sympatią. Co się tyczy dziewczyny z Briarbone, z nią sprawa miała się zupełnie inaczej. Mimo, iż wyglądał na trochę nieokrzesanego, Skelliser od razu wzbudził w Milliani zaufanie.
- Uczeń Morrigana, tak?
- Owszem.
- Panienka?
- Nazywam się Milliani, jestem medyczką z Briarbone.
Skelliser zawahał się na chwilę.
- Jest ze mną, wszystkiego by się dowiedziała.
- Ależ ty jesteś domyślny. Dobrze, ale uważaj, nie wszyscy są tu tak wyrozumiali jak ja. Pilnuj go, dziewczyno.
Milliani, wyróżniona zaczerwieniła się, miała nadzieję, że nikt tego nie dostrzeże. Jerome prychnął.
- Możliwe, że to Morrigan był celem, był chwilowym zastępcą Hooda, więc…
- Rozumiem! – krzyknął nagle, nie mogąc się powstrzymać Jerome – to może mieć związek z… - tu przypomniał sobie, że przecież nie ufa Skelliserowi – z tą sprawą w Szpitalu na Thanate.
- Aha. – zwrócił się kapitan do Jerome, a potem do podwładnych stojących za drzwiami – Weźcie go, tylko uważajcie, go cholernie ciężki.
Strażnicy podeszli, Milliani przezornie odsunęła się. Czterech strażników dźwignęło trupa doktora, i to z wyraźnym wysiłkiem. Młody strażnik skrzywił się, jak gdyby poza ciężarem doskwierało mu jeszcze obrzydzenie.
- Zrobicie autopsję? – zapytała zaciekawiona Milliani.
- Tak. – odpowiedział Skelliser.
Część 66 / 6
- To Pajęczy Nektar. – powiedziała Milliani. Nie wiedziała nic o miejskich patologach, wolała podać przyczynę.
- Żyły?
- Tak. Boję się, że mogą wrócić do normalnego koloru, zanim zajmiecie się przeprowadzeniem autopsji, więc…wolałam nie ryzykować błędu.
- Dziękuję, może oszczędzasz nam pracy. Trupa nie ma, was też nie powinno tub już być, zbadaliście co było do zbadania…
- Hej, nawet nie zdążyliśmy się rozglądnąć – zaprotestował Jerome.
- Nie baw się w prywatnego detektywa dzieciaku. Ja od tego jestem. Powiadomię Morrigana. Idźcie już.
Na zewnątrz zrobiło się już tłoczno. Mieszczanie wylęgli na ulice, a przed karczmą stał spory tłumek żądnych wrażeń gapiów. Większość stanowili poważani mieszkańcy, piekarze, kupcy, karczmarze z konkurencji, cieszący się na myśl o chwilowym zamknięciu lokalu, był również i kapłan z pasją głoszący o bluźnierczej magii i obłudnikom, którzy się nią posługują. Jednak, każdego dosięgnie ręka sprawiedliwości, tak jak i tego niegodziwca, krzyczał z emfazą. Wszyscy ci ludzie, na co dzień mili, uśmiechnięci, rozdający czasem dzieciom łakocie, stawiający darmową kolejkę z okazji urodzin, czy ożenku jakiegoś klienta, teraz zmienili się w sępy. Śmierć bywa fascynująca, wystarczy spojrzeć na nekromantów. Nekromantów, którymi ci ludzie gardzili, nazywali ich odszczepieńcami, chorymi potworami. Pierwotne zamierzenia Czarnych Magów były szlachetne. Chcieli jedynie zrozumieć tajemnicę śmierci, tak, by móc z czasem wskrzeszać zmarłych – nie same ciała, bezwolnych niewolników woli swego pana, nie okaleczone, opętane wściekłością dusze, tylko prawdziwych bliskich, przyjaciół, kochanków, czy wielkich ludzi. Chcieli uczynić świat lepszym, ofiarować ludziom niemal życie wieczne, o którym tyle opowiadali kapłani. Dopiero potem mrok zawładnął ich umysłami i stali się takimi magami, jakich znamy. Czasem wstąpi w ich szeregi ktoś z wizją, jak ci pierwsi Czarni Magowie, jednak prędzej czy później każdy ulega degeneracji, traci całe dobro, zaś w sercu pozostaje tylko pustka. Czym owi zacni ludzie różnili się od nekromantów? Oni nigdy nie mieli wielkich celów. Domagali się przedstawienia, chcieli widzieć śmierć. Przyszli zobaczyć trupa, zdechłego maga. Będzie przednie widowisko, w końcu to wyższe sfery. Niecierpliwili się, okazali nawet brzydkimi gestami i jeszcze brzydszymi słowa swoje niezadowolenie, kiedy zamiast szarego truchła Hooda ich oczom najpierw ukazał się chłopak w sukience i wiejska dziewka. Jerome nie omieszkał im się odpłacić, posyłając w ich stronę wiązankę, jednak nie polemizował z nimi zbyt długo, bowiem Milliani zaczęła go ponaglać, ciągnąc za rękaw szaty. Tym razem prowadzili konie, trzymając je za uzdy, jeździć było niewygodnie, przez coraz większą liczbę obywateli załatwiających swoje codzienne sprawy. Milliani przyglądała się każdemu, szukając wśród nich twarzy Davina lub Eloiny. Nie zobaczyła nawet podobnych twarzy.
- Wydaje mi się, że jesteśmy na miejscu – oznajmi Jerome i wskazał w lewo. Stał tam okazały budynek, jak głosił szyld, hotel. Był zdecydowanie najbardziej zadbany, już z daleka wyglądał na bardzo przytulne miejsce.
Kiedy podjechali bliżej, Jerome bez słowa oddał konia stajennemu, Milliani, ucieleśnienie dobroci dała mu trochę złota. Mag otworzył Milliani jedno skrzydło pięknie rzeźbionych w rozmaite sceny drzwi Podeszli do recepcjonistki. Miała kręcone rude włosy i, co natychmiast zauważył Jerome, obfity biust. Chłopak wyszczerzył zęby, na co Milliani demonstracyjnie odwróciła głowę. Recepcjonistka w końcu uniosła głowę, widząc uśmiechniętego od ucha do ucha maga.
- Zaprawdę, po tylu dniach podróży widok tego miasta napawa mnie radością – powiedział, chcąc usprawiedliwić zbytnią wesołość.
- Tak, nie wątpię – odrzekła znudzonym głosem dziewczyna. – Rezerwacja?
- Nie, odwiedziny. Morrigan, Liam.
- Jedenaście.
Jerome wzruszył ramionami. Przeszli po schodach, oglądając przy okazji wiszący na ścianie obraz. Przedstawiał widok na Highshrub z wyspy Thanate. Malarz musiał brać narkotyki, lub po prostu być wielkim wizjonerem. Światła w oknach wypływały w górę, jakby kierowały się do nieba, by je oświetlić w miejsce gwiazd, skrytych za szaroniebieskimi chmurami, kłębiącymi się w górze. Może było to inne ujęcie wniebowstąpienia mieszkańców świętego miasta, lub kataklizm, jaki miał kiedyś je nawiedzić? Milliani zastanawiała się nad tym przez chwilę, zawsze będąc miłośniczką sztuki, tak pisanej, jak i malowanej.
- Trent – rzucił Jerome.
- Proszę?
- Marcus Trent, artysta malarz. Z pewnością to jego. Chodź już, zostaw ten bohomaz.
Milliani poszła za nim.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Podobał ci się? Trzy kolory, niby miasto.
- Tak, podobał mi się.
Jerome trochę się speszył. Nie chciał urazić dziewczyny, a zawsze swoją opinię wypowiadał dosadnie.
- No… w każdym razie to bardzo wyrafinowana sztuka. Wiesz, on ćpał. Był podobno wrażliwy na wszystko, a nie żył w dobrych czasach. Wojna z Wintą. Podobno przez jego miasto trzy razy przejeżdżała armia. Najpierw nasi, pogwałcili, pojedli, dostali w dupę od Ciemnych, potem czarnoskórzy, honorowo wyrżnęli pięć rodzin. Mają świra na punkcie honoru, z jednej strony bezbronnym dają miecz, z drugiej nienawidzą partyzantki. Mieszkańcy Aberamy próbowali ich tam coś mordować, ale niehonorowo, bez wyzwania na pojedynek, więc mścili się na całych rodzinach. Ale przeszli spokojniej, nie pili, nie spalili karczmy, a nic z tych rzeczy. Potem jeszcze raz nasze wojsko, dosłownie przebiegło przez miasto kradnąc co się da. On, pełen ideałów artysta tego nie wytrzymywał, więc ćpał, a potem wychodziło coś takiego.
Mijali pokój z numerem siedem, Milliani chciała, żeby droga się wydłużyła, ponieważ była zaciekawiona historią, którą opowiadał brunet.
- Co się z nim stało?
- Powiesili go za antywojenne hasła, zdradę ojczyzny oficjalnie. Generała Allana nazwał niewyżytym impotentem, wojsko nazwał legionami piekieł, a króla, którego przydomku sobie nie mogę przypomnieć – naprawdę było mu Heinrich – starym skurwysynem, który grzeje się w zamku, kiedy młodzi ludzie muszą ginąć za jego złoto.
Dziewiątka nie miała złotej cyfry. Była wydrapana nożem. Milliani coraz mniej podobał się ten nowy, wielki świat. Z perspektywy wsi to wszystko było wielkie, piękne, epickie bitwy, bohaterowie, tak naprawdę nikt nie jest czysty, wszyscy noszą w sobie zło. Chciała wrócić, wrócić do marzeń, do Brownie, do swojego dawnego, naiwnego świata, ale nie mogła. Z chwilą, gdy jej ojciec trzasnął plecami o ścianę wszystko się zmieniło. Nie mogła cofnąć czasu. Musi tylko walczyć by pozostać sobą, jak ten malarz, nie stać się zepsutym, przeżutym przez machinę zła odpadem.
- W Gilothavii wisi zresztą jeden jego obraz pokazujący ostatnią bitwę w czasie Drugiej Wintyjskiej. – gadał dalej Jerome, który na dobre się rozkręcił – Zajmuje całą ścianę, przedstawia Aev’Eisieg, Wielkie Zwycięstwo. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale to nie jest zwykła scena batalistyczna. Koalicja wyobrażona jest jako trupy i szkielety w zbrojach – Rycerze Śmierci – a Wintyjczycy jako czerwone demony. Uwierz mi, nie chciałabyś widzieć żadnej ze stron jako zwycięzców – te słowa wypowiedział otwierając drzwi oznaczone numerem jedenaście.
Pokój był pusty, na środku stał niewielki stół i cztery krzesła. Od razu naprzeciw drzwi znajdowało się wielkie okno, skąd jasne światło omiatało izbę. Po prawej znajdowała się sypialnia, pomyślał Jerome. Milliani zauważyła kolejny obraz, na pewno nie autorstwa Trenta, była to tylko zwykła martwa natura.
- Konwersujesz z bytami astralnymi, Jerome? – zapytał ironicznie Morrigan, wchodząc do salonu swojego pokoju.
Był ubrany w swoją charakterystyczną czerwoną szatę, ale jego wygląd nie był reprezentatywny. Był nieogolony i nieuczesany, poza tym pozwolił sobie na przeciągłe ziewnięcie.
- O cholera, przepraszam najmocniej, pani – powiedział ze skruchą, zupełnie szczerze. – Nie spodziewałem się. Liam Morrigan, mag i mistrz Jerome.
- Milliani. Jestem medyczką z Briarbone, towarzyszę Jerome.
- Jest świetna, w parę sekund wydała trafną diagnozę na temat Hooda.
- Nic dziwnego. Dobry medyk wie o wielu truciznach i nie przyjmuje do wiadomości, że coś jest niemożliwe, bo zdarza się tylko w opowieściach, prawda?
- Tak. – powiedziała Milliani. Nie wiedziała co jeszcze powiedzieć, więc po prostu splotła ręce za plecami i zajęła się oglądaniem obrazu.
- Siadajcie, co tak stoicie? – zaprosił ich Morrigan. Był zupełnie inny, niż w Szpitalu, gdzie przytłoczyła go atmosfera i złe stosunki z Crane’em.
- Wybaczcie mi wygląd, ale ciągle myślę o tym morderstwie. Ja na pewno nie byłem celem, jak podejrzewa straż, ale nie dawałbym im wglądu w tą sprawę, im więcej osób będzie zamieszanych, tym gorsze będą skutki. Byłem w zastępstwie, właśnie przez fakt, że Hood, jak się okaże został otruty. Pytanie, komu na tym zależało? Nie wiemy tego. Hood miał informacje. Wydaje mi się, że jest pewne, że chodzi o tą dziewczynę z sanitarium. Hood był już w to wtajemniczony wraz z Crane’em. Jeśli ktoś, za pomocą, jak sądzimy Czarnej Śmierci chce pozbyć się świadków, to on, lub ja jesteśmy następni.
- Co w niej wyjątkowego? – zapytała Milliani.
- To Widząca – wyjaśnił Morrigan.
Milliani westchnęła z zachwytu. Ileż słyszała o tych niesamowitych ludziach.
- Ponoć jedna z najpotężniejszych. Dlatego jest taka interesująca. Jutro mam ją z Crane’em przebadać, wtedy dowiem się więcej. więcej ile dożyję – zaśmiał się, ale nie wyszedł mu dowcip. – Kapłani mają ją ograniczać, nie pozwolić na