Fantastyka · 14 min czytania
Pustynia piaszczysta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Pustynia piaszczysta
Ręka mi zdrętwiała. Muszę się ruszyć. Ja pierdolę. Ale mi się nie chce. Leżę. Na lewym boku. Czuję, jak serce z wysiłkiem obija mi się o żebra. Odkąd uświadomiłam sobie, że oddycham, czynność ta stała się problemem. Wciąganie jak najmniejszej ilości powietrza, tak, aby głowa nie pękła mi z bólu, pochłania większość mojej uwagi. Nie umyka jej jednak rosnąca siła imadła ściskającego moje skronie. Ja pierdolę. Wydaje mi się, że gorąco palące tył głowy jakby zelżało. Czyżby ten lejący żar z nieba potwór wreszcie odpływał razić zachodnią część globu? Odważam się otworzyć oczy. To znaczy, uchylić powieki na tyle, by dostrzec, czy w polu widzenia zaszła jakaś zmiana. A owszem, pojawił się mój cień. Powieki bezwładnie sklejają się z powrotem, odcinając znów mój umysł od czegokolwiek, co nie jest bezpośrednio związane z ciałem. No, dobra. Ruszę się, bo ta ręka boli coraz bardziej. Teraz? Nie, jeszcze chwilę... Bezsilność ciężka i słodka jak czekoladowa lawa, opływająca mnie i przygniatająca do ziemi, tak wszechogarniająca, że zostaje tylko szum w uszach. Może zasnę? Nie, kurwa, nie da się spać, jak ta ręka tak napierdala. Eksplozja złości dodaje mi sił do przebicia się przez kleisty bezwład. Obracam się na plecy i zdrową ręką przesuwam tę drugą w bardziej anatomiczną pozycję, w której krążenie krwi przestanie być pobożnym życzeniem i nabierze cech prawdopodobieństwa. Wysiłek przyprawia mnie o zawroty głowy. Zaciskam powieki i oddycham. Ogień dmucha teraz w mój prawy policzek. Długo tak nie wytrzymam. Hmm. Zasłaniam twarz mobilną ręką i otwieram oczy. To łatwe. Nade mną niebo. No tak, można się było domyślić. Jest niebieskie do bólu. Fajnie, że jest tak daleko. I że między nami nie ma nic. Można by się nawet odprężyć. Można. Można. No przecież mogę! Czemu nie?! Nie mogę się odprężyć, bo ono gdzieś tu jest. Dalej patrzę w niebo, ale już go właściwie nie widzę. Nie chcę NIC widzieć. Przychodzi mi do głowy, że trzymanie oczu otwartych nie jest bezpieczne. Incydent może się powtórzyć. Ale jestem już zbyt spięta i rozdrażniona, żebym mogła spokojnie leżeć, skryta za swymi powiekami. Mrużę oczy i decyduję się rozejrzeć. Powoli obracam głowę w lewo, bacząc, czy powietrze wciąż jest nieruchome. Widzę dokładnie to, czego się spodziewałam: piach po horyzont; jednym słowem – pustynia. Muszę je znaleźć. Muszę. Dobrze byłoby się podnieść. Oceniam swój stan: czucie w ręce wróciło, głowa przestała stwarzać problemy większe, niż nadmierne ciążenie, reszta ciała nie narzuca się uwadze. Diagnoza: może mi się udać. Teraz? Hmm. Leżę i udaję, że zbieram siły, ale tak naprawdę odwlekam tylko moment decydującego zrywu. Boję się, czy reszta ciała uniesie betonowy czerep, czy szyja wytrzyma przeciążenie. Koncentruję się i napinam kontrolnie poszczególne mięśnie. Obmyślam plan. Nienawidzę przegrywać. Wreszcie dociera do mnie, że większa ilość czasu już mi nie pomoże, a wręcz przeciwnie. Teraz albo nigdy. Biorę wdech, realizuję plan i siadam. Zawroty głowy. Mogło być gorzej. Siedzę. Gdzie ono może być? Jak mam szukać? Przez tyle godzin nie udało mi się go znaleźć, jak mam zrobić to teraz? Cholera. Ale przecież musi gdzieś tu być! Jeśli trafiłam na nie raz, może uda mi się ponownie. W końcu jest moje. Ty głupia kozo. Policz, ile rzeczy w życiu straciłaś. Bezpowrotnie. Spierdalaj! Nie mogę odejść stąd bez niego. Impuls energii popycha moje ciało do przyjęcia nowej pozycji. Na czworakach przesuwam się powoli, skanując podłoże. Wiem, że poznam je, jak tylko na nie spojrzę. Przypominam sobie wszystkie znane przypadki cudownego odnalezienia zgub i prawie zaczynam się cieszyć. Serce przyspiesza, wzrok staje się rozbiegany. Tylko czekam, kiedy będę mogła wydać okrzyk radości.
Nie ma.
Nie ma.
Część 22 / 2
Kurwa, ile jeszcze?! Całą pustynię mam przeleźć?! A jak przysypał je piach, to nawet to nic nie da! Moja cierpliwość jest na wykończeniu, irytacja sięga zenitu, ale pojebana nadzieja jakimś dziwnym sposobem pcha mnie do przodu. W końcu dociera do mnie, jaka jestem zmęczona. I że już prawie ciemno. Oczy bolą od wypatrywania, szyja od nietypowej pozycji, całe ciało z miliona różnych przyczyn. Zatrzymuję się, zdruzgotana. Powoli kładę się na lewym boku, zamykam oczy. Głowa pulsuje, ściśnięta imadłem, serce obija się z wysiłkiem o żebra. Leżę. Jestem głodna i spragniona, ale to może poczekać. Robi mi się zimno, ale to można znieść. Myślę. Najbardziej osłabia mnie fakt, że nie mam pojęcia, jak moje obecne położenie ma się do miejsca, w którym znalazłam je rano. A może po prostu znów znajdę je rano? Co za absurd! No co, cuda się zdarzają...
Ręka mi zdrętwiała. Muszę coś z tym zrobić. Ja pierdolę, ale zimno. Obracam się na prawy bok, przekładam lewą rękę w wygodniejszą pozycję, zwijam się w kłębek i momentalnie zasypiam.
Pali. To pierwsze, co do mnie dociera. Ogień pożera lewą część mojego ciała. A więc złoty potwór powrócił. Zasłaniam twarz ręką i otwieram oczy. Co robić? Chyba czas pogodzić się z niefartem i wynosić stąd. Tak, tak będzie rozsądnie. Przecież już go nie znajdę. Nie ma szans. Hmm. Jestem dziś jakoś mało przekonująca. Chcę spróbować jeszcze raz. Dopóki będzie mi się chciało, będę szukać, a jak się wkurwię, spadam stąd. Umowa stoi. Nie bez trudu podnoszę się na czworaki. Całe ciało mam zesztywniałe, usta i gardło suche i chropowate, żołądek zwinięty w supeł, łeb jak... a, szkoda słów. Pełznę i szukam. Zalany żarem piach razi w oczy, staram się patrzeć tam, gdzie pada mój cień. W pewnym momencie zdaję sobie sprawę, jak nieuważna jestem w szukaniu, skupiając się na głowie, której tył boli jak przypiekany, skronie pulsują, a czoło ciąży ku ziemi. Muszę odpocząć. Intencje to ja mam dobre. Gorzej z realizacją – możliwości są naprawdę żadne. Siadam na piętach, czoło opieram o kolana, a głowę nakrywam rękami. Cudowna pozycja, żeby zachciało się rzygać. Trwam w niej kilkadziesiąt sekund, po czym obiecuję solennie ograniczyć własną pomysłowość i ruszam szukać dalej, wzbogacona o nowe dolegliwości fizyczne. Mrugam raz po raz, by podtrzymać zdolność ogniskowania wzroku, ale coraz częściej wszystko się rozmazuje. Zatrzymuję się. To już nie ma sensu. Nic nie mogę zrobić. Podnoszę głowę przed podjęciem ostatecznej decyzji o kapitulacji. Chcę... Jest. Cała się ożywiam. Widzę je. Jest tuż przede mną. Hej, spokojnie. Może to fatamorgana? Patrzę. Nie odrywam od niego wzroku. Chcę podejść bliżej, żeby upewnić się, nacieszyć, dotknąć i uspokoić. Przy pierwszym ruchu ręki moją twarz trąca lekki powiew. NIE!! Zatrzymuję się jak sparaliżowana. Ono wciąż tam leży. Boję się choćby drgnąć. Boję się, że znów je stracę. Powietrze jest nieruchome. Ja też. Nie odrywam od niego wzroku. Nie wiem, co zrobić. Może ten wiatr to