Fantastyka · 22 min czytania
Pył
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pył “THIS dust was once the Man, Gentle, plain, just and resolute—under whose cautious hand, Against the foulest crime in history known in any land or age, Was saved the Union of These States.” Walt Whitman.
Galen Hiix spazmatycznie przechadzał się w tą i z powrotem po ciasnej, kilkumetrowej klitce służącej mu za biuro. Mało co nie robiąc dziury w i tak zarysowanych już deskach. Cisza, choć zagłuszana przez stuk wywoływany przez gorączkowe zderzenia oficerek z podłogą, była dobijająca. Przebywał w starym domu, będącym częścią opuszczonego gospodarstwa. Ze stolicy trafił do jakiejś dziury... W jego głowie panował istny kocioł. Głośny, jakby napełniony wrzącą, bliską wykipienia, obrzydliwą trucizną. Taką, którą prędzej czy później będzie musiał spożyć. Trucizną tą były plany, mówiące, a raczej pytające - co dalej? Nie był co do nich przekonany, ale one musiały być. I były, choć nie mógł przewidzieć jak złe będą ich skutki. To najbardziej go bolało. Nie zwalniał tempa, doprowadzając stare i zmęczone nogi do jeszcze większego dyskomfortu, a podłogę do jeszcze większego zniszczenia. Zacisnął mocniej splecione z tyłu ręce, których ułożenie mogłoby świadczyć o próbie zamaskowania ciężaru, nie tylko psychicznego, ale też fizycznego. Mogłoby, ale on nic nie maskował, przecież nie musiał i to bynajmniej nie dlatego, że był w pokoju sam. Ból fizyczny. O nim przypomniały mu palce, które po silniejszym ściśnięciu wysłały do mózgu impuls, jakiego nawet on nie mógł zignorować. Na jego twarzy praktycznie od razu pojawił się grymas bólu, a z ust uroniło się ciche, ale jakże wymowne stęknięcie. W końcu się zatrzymał. Wziął kilka głębszych wdechów i przybliżył przed swoje oblicze bolące, zabandażowane dłonie. - To już dwa dni - pomyślał, wpatrując się w najbardziej namacalny dowód swojego cierpienia. Chciał przylizać resztkę siwych włosów na skroni – nie mógł przez te palce. Chciał dokręcić sumiastego wąsa - nie mógł, również przez te diabelne palce. Sam nie wiedział co się z nim dzieje. Nie potrafił nazwać tego co czuje. Nie był to ani typowy gniew, ani typowe zmartwienie, ani typowy ból. - To przez te tortury? Przecież to nie było nic takiego. Co one na mnie? - mówił cicho, nie zwracając uwagi, że robi to nieświadomie. Słowa te miały pozostać w jego strapionej głowie. A może same z siebie wyleciały, wypchane przez inne, nie mieszczące się myśli? Chciał zapomnieć o swoim bólu. Miał na głowie coś dużo większego, a przede wszystkim liczniejszego niż on sam. To dziwne. Gdy pod Evenną musiał decydować o losie znacznie większej grupy, a raczej zbieraniny, nie przychodziło mu to z takim trudem jak teraz, gdy do komenderowania ma znacznie mniejszą formację. Teraz odczuwał to dużo bardziej bezpośrednio. Po opuszczeniu okaleczonych dłoni jego wzrok powędrował na obraz zdobiący wieloletnią - drewnianą jak cały ten dobytek - ścianę. Przedstawiał on dom, namalowany jakby z lotu ptaka. Otaczało go pole pełne zlewających się, złotych kłosów zboża, gotowych do skoszenia. Niebo jest błękitne, wolne nawet od najmniejszej chmurki. Cały ten krajobraz zatopiony w letnim słońcu, tworzy słodkie marzenie idyllicznej rzeczywistości, tak dalekiej od tej, panującej za oknem. Marzenie tak uniwersalne ale i odległe, że pasuje nawet do Hiixa – człowieka, na którym takie pierdoły zwykle nie robiły żadnego wrażenia. Kontemplację tą podsumował kolejnym mglistym westchnieniem. Kolejnym przedmiotem, który przykuł jego uwagę, była brązowo-czarna fajka, chroniona przez welurowy pokrowiec o podobnej kolorystyce. Na cybuchu widniały wojskowe – co najważniejsze ludzkie – insygnia. Kusiła go. Była jak zakazany owoc, noszący słodką obietnicę wytchnienia. Z przyjemnością by ją teraz zapalił, ale – rzecz jasna – utrudniały mu to palce. Leżała na stole, blisko wyświetlonej, holograficznej mapy. Ją widział jednak tak często, że w tej chwili nie musiał do niej wracać. Potem spojrzał na rękojeść lasera wystającego z głębokiej czarnej kabury. Pogładził ją tak delikatnie jak tylko mógł, próbując zacisnąć na niej dłoń. Przeczuwał coś. Nie wiedział do końca co. Dotyk bolał, ale przecież nie planował używać broni, w takim stanie. A przynajmniej nie chciał, bo w obecnej sytuacji trudno było cokolwiek zaplanować. Trwanie w tym marazmie przerwał mu odgłos pukania do drzwi gabinetu. Nie wiedział przez kilka sekund co robić, ale w końcu wyszedł z amoku, rozejrzał wokół siebie i wyprostował. Po tym powiedział pewnym – jak na jego stan – głosem: - Proszę wejść. – drzwi otworzyły się z szorstkim skrzypnięciem. Do gabinetu wszedł żołnierz w średnim wieku. W ręku trzymał czapkę, jeszcze kilka chwil temu przysłaniającą jego rudą, niepełną fryzurę. Naszywka na piersi zdradzała jego nazwisko – „Q. Kruk”. - Panie generale. - zaczął, salutując – melduję, że nawiązaliśmy kontakt z dowództwem w Deauville. Kosmici zajęli większość okręgu administracyjnego. Teraz zbliżają się do stolicy. Choć jest ich mniej niż naszych żołnierzy, to jednak dowództwo apeluje o wycofanie się z południa i powrót do stolicy możliwie jak największej ilości oddziałów. Trwa mobilizacja wszystkich z terenów zza Ynnenkein. - Czyli my się jeszcze zaliczamy. – stwierdził fakt, Hiix, tym razem ze wzrokiem wędrującym za okno. – Przekornie płynie ta nasza rzeka. Przekornie. Ehh... – zrobił kolejny głęboki wdech i wydech - Ruszamy więc na północny-wschód. Do Deauville. Jaki macie plan, majorze? - Nakazałem żołnierzom spakowanie całego sprzętu, zanim tu przyszedłem. W kilkanaście minut zrobią co należy. Wtedy wyruszymy. - Doskonale. – stwierdził generał, przecierając czoło chusteczką, podniesioną z niemałym trudem. – Teraz nasuwa się pytanie, którędy ruszamy. Co pan proponuje majorze? - To chciałem uzgodnić z panem. Moja propozycja to lot na wschód przez lasy Garncarskie, aż do Gebii. Stamtąd ruszymy już na północ, do stolicy. Ryzyko natrafienia na kosmitów w początkowej fazie podróży jest duże, ale lecąc odpowiednio szybko i na odpowiedniej wysokości, powinniśmy uniknąć ich systemów balistycznych i pojedynczych statków. - To nie jest dobry pomysł majorze. Nie ominiemy ich. Te systemy balistyczne o których pan wspomniał są kradzione nam. To nasze systemy. Nie muszę panu przecież mówić jak świetna jest nasza balistyka. – jego głos wreszcie się ożył. Było słychać w nim manierę godną oficera. - Jeśli będziemy lecieć wystarczająco ostrożnie ominiemy je. Nie ma ich dużo. Póki co. – mówił sugerując, że w przyszłości może być ich więcej - Nas też jest mało, raptem 4 rakiety. - Niemniej ryzyko jest duże. – Hiix pozostawał na swoim. - Więc co pan proponuje generalne? – spytał hardo major Hiix przeczesał wzorkiem mapę i po chwili zastanawiania się zdecydował: - Lecimy na północ. Za góry Enot. Przeprawa zajmie nam około trzy doby, a jak się streścimy to nawet sporo poniżej tego. Tą drogą ryzyko trafienia na kosmitów jest najniższe, choć sama droga się wydłuża. Potem na wschód. Zajmie nam to dwa dni i już będziemy w stolicy. Jeśli cokolwiek z niej pozostanie – to powiedział bardzo cicho, niemal szeptem. - Panie generale, ośmielę się zauważyć, że to niemal dwukrotnie wydłuża całą trasę. – rzekł Kruk z przejęciem. - Wiem. Naprawdę wiem. Ale w tej sytuacji musimy unikać wroga jak ognia. – zmieszał się i odwrócił wzrok od oczu majora. - Panie generale, proszę wybaczyć bezpośredniość, ale czy to ma związek z tym co się działo w niewoli? - spojrzał na pokaleczone ręce zwierzchnika. Hiix odwrócił się powoli, mając dziwne wrażenie, że się wygłupił i odpowiedział z pełną szczerością: - Ma. Ale tyczy się to bardziej pańskiego oddziału aniżeli mnie. Ja tam straciłem tylko paznokcie i niektóre palce. Pan stracił ludzi majorze. Dużo ludzi. Przez to nie jesteśmy teraz gotowi do walki z tak gęsto porozmieszczanymi grupami wroga. Musimy wybrać bezpieczniejsze wyjście. Powiadomcie o tym oddział majorze. Za chwilę zejdę na dół. - Tak jest. – zasalutował major, jednak bez przekonania. Po tym udał się w stronę drzwi. - Panie majorze. – zatrzymał go Hiix. - Tak jest! – mechanicznie odwrócił się Kruk. - Dziękuję. Jak człowiek człowiekowi. - Wykonywałem tylko rozkazy. – jeszcze bardziej mechanicznie odpowiedział. Popatrzyli się na siebie jeszcze przez sekundę i major opuścił gabinet. Major był dobrym człowiekiem, bo choć jego twarz nie była szczególnie wylewna w ukazywaniu emocji, to serce... Ono po tych podziękowaniach znacznie rozpromieniało. Przynajmniej na chwilę. Kto wie, może jedną z ostatnich? Generał na krótką chwilę powrócił do swoich myśli. Choć uspokoił się nieco, kolejne refleksje również nie były łatwe do udźwignięcia. - Przynajmniej opuszczamy to piekiełko – pomyślał, obserwując jak żołnierze zbierają się do powrotu. Odwrócił się by wziąć fajkę i schować ją do kieszeni obolałymi palcami. Wiedział ile wysiłku będzie to kosztowało. Zrobił to. Cholerny ból... Czy będzie mu towarzyszył do śmierci? Nie wiadomo. Być może zależy kiedy nadejdzie śmierć, a nadejść może w każdej chwili. Zbierając się ku wyjściu zatrzymał się jeszcze przy obrazie. Widział go tylko przez chwilę - nic się nie zmienił. Z resztą, jak miałby się zmienić? – Potem cały obraz jakby się zamglił. Zamgliły go wspomnienia. Generał przypomniał sobie jak kosmici porwali go i katowali. Nie trwało to długo – w końcu zatrzymali się na tak pospolitych członkach jak ręce. Dokładniej – dłoniach. I choć trwało to tylko dwa dni aż do udanej akcji i odbicia go, to wyryło w nim to jakąś zadziwiającą, paradoksalnie niespodziewaną traumę. Z resztą jaka ta akcja udana? Dla jednego człowieka zginęło kilkudziesięciu. I po co to wszystko? Po co cały ten trud? Czy bez niego coś by się zmieniło? – zastanawiał się. Koniec. Trzeba wrócić do żywych. Już miał chwycić za klamkę – szybko i pewnie, aby impuls do mózgu przyszedł jak najszybciej i jak najszybciej poszedł do cholery – gdy usłyszał strzały i krzyki. Do tego jeszcze jakiś dziwny huk. Wybuch? Czym prędzej napomknął do okna i ujrzał światło laserów przeszywające tych kilkunastu żołnierzy – głównie młodych chłopców. Nie wszyscy byli pełnoletni. Ogień otworzyli - rzecz jasna - kosmici. Niektórzy ludzie jeszcze walczyli, choć szanse ich były niewielkie. Dramatyzmu dodawała jedna z rakiet, którą mieli udać się do stolicy. Zajęły ją płomienie. I nie tylko ją, bo obok niej jakiś szeregowiec smażył się żywcem, wyjąc w nieprawdopodobnej agonii. Czołgał się, tarzał – efekt był wiadomy. Kosmici nie dobili go. Byli zajęci tymi, którzy mieli jakiekolwiek szanse. Krzyczeli dziko, bezcześcili zwłok, prawie nie umierali. Byli jak zwierzęta, a nie formy, intelektem prawie tak samo rozwinięte jak ludzie. Hiix odwrócił się by niemal instynktownie wybiec do…