Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 15 min czytania

Pyronomicon, cz. I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

The sun is down and don't you know? All the world is growing cold. tool - No Quarter

Słońce chyliło się ku zachodowi. Wykręcone konary dębu rzucały długie cienie na porośniętą bujną trawą ziemię. O tej porze wszystko przybierało niebieskawy odcień; świat tracił nawet pozory realności. Samotna postać siedziała na dużym głazie pod konarami drzewa. Opierała się na długim i przyzdobionym niezwykłym piórem kiju. Postać podniosła się i obróciła w strone krwistoczerwonej tarczy słońca. Pomarańczowe światło zdobiło jej twarz; był to młody mężczyzna o długich włosach i czarnych jak noc oczach. Przez chwilę uważnie obserwował otoczenie, jego spojrzenie bacznie badało każdą kępke trawy i krzak. Gdy już poczuł się bezpieczny, stanął wyprostowany i odrzucił kij. Zaczął nucić dziwną melodię, która zdawała się płynąć wśród pobliskiej roślinności, zagłuszać wszystkie stworzenia i odgłosy natury, mimo, że śpiewał ciszej od szeptu. Przez chwilę zdać by się mogło, że słońce rozbłysło w odpowiedzi piekielnym, nieludzkim światłem oślepiając świat i starając się go zalać pomarańczowym blaskiem rozgrzanej pustyni. Człowiek przestał nucić; rozłożył ręce na wznak i zamknął oczy w skupieniu. - Słońce, usłysz me słowa. Oto wznoszę mój hymn ku twej chwale. Płaczę, gdyż twa moc ustąpi wiecznej ciemności nocy. Niech moc twego dobrego światła nie opuści mnie w chwili mroku. Dopomóż mnie i wesprzyj na ścieżce mego życia. Świat milczał w odpowiedzi. Mężczyzna schylił się i podniosł kij. Pewnym krokiem ruszył przed siebie, w stronę odległych świateł wioski. Z każdym jego krokiem cienie stawały się coraz dłuższe, aż zapadła całkowita ciemność. Wędrowiec jednak kroczył pewnie; jego laskę otaczała dziwna poświata, prawie niewidoczna dla postronnego obserwatora. Dla niego była ona jednak wręcz paradoksalnie jasna, oświetląc drogę w paranoicznych, stroboskopowych rozbłyskach. Starając się zbytnio nie wpatrywać w ciemne poszycie lasu, wędrowiec szedł przed siebie. Tylko wiatr wył wśród starych drzew.

*

Wioska przywitała mężczyznę ogniem. Chaty płonęły wielkim płomieniem. Nieliczni mieszkańcy uciekali w panice, niosąc w rękach cały swoj dobytek. Kilku ludzi niosło długie, żelazne miecze; krzyczeli złowrogo, rozpaczliwie. W ciągu kilku chwil z czarnego nieba spadła na nich kula roztańczonego ognia, a oni sami rozbiegli się wrzeszcząc w agonii, ogarnięci płomieniami. Mężczyzna pobiegł w stronę niewielkiej świątyni, która jako jedyny budynek w wiosce nie paliła się. Na drzwiach znajdował się znak słońca otoczonego trójkątem. Pospiesznie wbiegł po kilku stopniach i rozchylił skrzypiące wrota. Wnętrze pełne było ciał. Otwierając usta w geście zdziwienia i rozpaczy mężczyzna wstąpił w progi zbezczeszczonej świątyni. Przy ołtarzu, zwrócony plecami do drzwi stała wysoka postać. Była odziana w karmazynowe, zdobione niezwykłymi symbolami szaty. Słysząc kroki postać odwróciła się. Był to demon. Na jego nieludzko oszpeconej twarzy znajdowały się nieskończone liczby oczu, które zamieniały się miejscami, tworząc nieustającą mozaikę kolorów i błysków. Twarz była zwieńczona parą wykrzywionych rogów. Wędrowiec potknął się na śliskiej od krwi posadzce. Widząc zbliżającego się potwora uniósł kij w geście obrony. Z jego czubka wystrzeliła niewielka iskra, która zaraz zanikła. Demon zbliżył się na odległość kroku i przyglądał się swymi oczami lężącemu mężczyźnie z ciekawością, jak drapieżca bawiący się z swoją ofiarą. Człowiek poczuł niezmierzony strach; w tych oczach kryła się czerń wieczności. Poczuł, że zaczyna odpływać w nieświadomośc. W głębi jego mózgu rozległ się ogłuszający, władczy głos. - CIEKAWE. PASTERZ I KOCHANEK BEZ DOMU. TWOJE ŻYCIE NIC NIE ZNACZY, NIC ZNACZYĆ NIE BĘDZIE PO TWOICH NARODZINACH. ŻYŁEŚ KRÓTKO I BEZWOLNIE, WYPEŁNIAJĄC SWOJE OBOWIĄZKI. BYŁEŚ ZNANY PRZEZ NIEWIELU I ZMARŁEŚ W ZAPOMNIENIU. NIE POZNAŁEŚ SAMEGO SIEBIE. Mężczyzna starał się nie zwymiotować. Ten głos wypełniał go całego, mimo, że tak naprawdę nie padło żadne słowo. Wszystkie jego mięśnie były napięte, targały nimi dreszcze zimna. - TERAZ ZAŚ SIĘ BUDZISZ. Głos ustał tak gwałtownie, jak się rozpoczął. Kreatura nadal z ciekawością wpatrywała się w zwiniętego w kłębek człowieka, który kwilił jak niemowlę. Długo jęczął z bólu, na przemian zaciskając, to otwierając dłonie. Po dłuższej chwili oddech mu się uspokoił, on sam zaś z wysiłkiem powstał na nogi. Wydawałoby się, że postarzał się o kilkanaście lat. Drżącym głosem przemówił do demona. -Podła istoto, czemu nawiedzasz świat żywych? Świat istnienia nie jest przeznaczony dla ciebie! Idź precz, wróć do swojej sfery! Oczy demona utworzyły kształt uśmiechniętej, pełnej wygiętych kłów paszczy. - BAWISZ MNIE. POZWOLĘ CI ŻYĆ, ŻAŁOSNY ŚMIERTELNIKU - mężczyzna ponownie upadł na ziemię w spaźmie bólu - BAWIĆ MNIE BĘDZIE TAKŻE TWOJE CIERPIENIE. Bolesne uczucie zrozumienia ukłuło jak ostrze włóczni. - Co jej zrobiłeś? Zapłacisz za to, podła kreaturo! Świątynia rozbrzmiała stłumionym bulgotem, przypominającym kipienie wrzącej wody. Demon się śmiał, a od tego śmiechu zadrżały osmolone szyby, a zaprawa lepiąca cegły zaczęła się topić. Zwłoki leżące na podłodze zajęły się ogniem - musieli być to mieszkańcy wioski szukający schronienia w murach świątyni - krew zaś zamieniła się w zaschnięte skrzepy. - BĘDE CIĘ OBSERWOWAŁ Z UCIECHĄ. Demon zniknął w wybuchu czarnego płomienia. Na posadzce, w miejscu gdzie stał cegły stopiły się na kilka metrów głąb ziemi. Zapanowała niezmącona cisza, cisza sprawiająca ból, cisza nieludzka, gdzie dudnienie krwi w uszach przyprawiało o mdłości. Czas zatrzymał swój bieg, a świat eksplodował. Cała świątynia wybuchła w blasku piekielnego światła. Cegły zmieniły się w krople rozpalonego kamienia, które odleciały kilkadziesiąt metrów wokół. Dach świątyni zwinął się jak kawałek nadpalonego papieru i zamienił się w proch w ciągu sekundy. Zbezczeszczony ołtarz pofrunął w górę, a dewocjonalia zmieniły się w czarny pył. Wszystko zostało unicestwione. Wszystko oprócz wąskiego skrawka posadzki, na którym leżał mężczyzna. Leżał on teraz na kilkumetrowej iglicy mającej początek kilka metrów w dole; cała ziemia i fundamenty także zostały wyrwane z posad i rozrzucone w przestrzeń. Cienka kolumna zbudowana z ziemi i pyłu zaczęła się chwiać, by ostatecznie runąć. Meżczyzna z jękiem wylądował na gorących, poszarpanych eksplozją kamieniach. Ostrożnie podniosł się i zaczął wspinać się po ścianach w stronę brzegu jaru. W chwilę potem był już na powierzchni. Wioska już nie istniała. Z nielicznych chat pozostały zwęglone szczątki. Inne rozpadły się w stosy poczerniałych odpadków. Z nieba padał popiół; świat był okryty przypominającym śnieżną pokrywę węglem. Czasami spod warstwy gruzów było widać zmasakrowaną kończynę, wyciągniętą w geście błagania i rozpaczy. Mężczyzna zaczął spazmatycznie szlochać i zataczając się szedł na kraniec wioski. Jej chata wciąż stała. Wędrowiec podszedł do spalonych drzwi. Wciąż znajdował się na nich wianek z białych kwiatków na których w ogóle nie było widać śladu ognia. Ostrożnie popchnął drzwi, które wypadły z framugi i rozpadły się w szczapy. Wszedł do środka.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pyronomicon, cz. I — czytnik · opowiadania