Fantastyka · 27 min czytania
Rachel: Więzy Krwi (Rozdział III)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ TRZECI
Jechały raźno przed siebie. Po pewnym czasie zarys murów Północnej częsci Aerár zniknął im z oczu, ginąc we mgle. Znalazły się na otwartej, pagórzystej nizinie. Słońce rzucało blask na podmokły teren. Gdzieś przed nimi musiała płynąć rzeka; świadczył o tym szum wody i donośne pluskanie. Na otwartym, niezabudowanym terenie wiatr szczypał dotkliwiej, więc otuliły się szczelniej ubraniami. Miecze wetknęły za pas i przykryły kurtami; dopóki były w Aefár nic im nie groziło. Oprócz wiatru, gdyż ten nieustępliwie dął im po oczach. Rachel zastanawiała się, czy starczy im prowiantu. Obciążyła konia jukami na tyle, ile mogła, nie obciążając go zbytnio. Koń to koń – musiał szybko biegać. Przy oszczędnym gospodarowaniu, powinno go starczyć na trzy tygodnie. Ale czy do tego czasu uda się im wrócić? Na to pytanie Rachel odpowiedzi nie znała. Musiała też brać pod uwagę fakt, że może dojechać za późno nad Lodowe Jezioro. Zaklęcie może wygasnąć przed jej przyjazdem. Co wtedy? Powinna zostać i ponownie zatopić Dusze? Czy popędzić do Aerfár by oznajmić, że jest za późno na jakąkolwiek obronę? Bo nie ulegało wątpliwości, że to Aerfár zostanie najpierw zaatakowane. Stawiało opór ponad sto trzydzieści lat. Ta podróż miała więcej znaków zapytania niż celów; właściwie to cel był jeden: ponowić zaklęcie Christial. Tylko Wielki Mag mógł to zrobić. Dręczyły ją wyrzuty sumienia, że ma ze sobą towarzysza. Gdyby Dusze uwolniły się, to tylko ona byłaby skazana na niebezpieczeństwo, bez jej przyjaciółki. Możliwe, że jechała za nią na pewną śmierć; niezbadane były bowiem Pustkowia. A gdyby tylko Amalia zginęła, nie ona? Nie wytrzymałaby tego. Lecz Amalia zdawała się tryskać humorem i nie przejmować się nadciągającymi niebezpieczeństwami. Jechała zdecydowanie pewniej od Rachel. Rachel przypomniała sobie, jak z zawiązanymi oczyma omal nie rozpłatała jej gardła, a jednak wiedziała co robi. Zdawała się być lepsza od niej w posługiwaniu się Mieczem. I poraz kolejny Rachel uznała, że to Amalia powinna zostać Wielkim Magiem. „Jedzie z własnej woli” – pomyślała Rachel. – „Musi wiedzieć co wyrabia.” Jednakże widząc obok siebie przyjaciółkę czuła się raźniej. Dwa lata samotnych podróży odbiły się na jej psychice nieodwracalnie.
W końcu dojechały do przecinającej ziemię rzeki. Była bardzo rwąca i, ku rozpaczy Rachel, dość szeroka. Jeżeli ona mogłaby ją przeskoczyć, to nie przeprowadzi przez nią konia; w dodatku objuczonego. Promienie słoneczne odbijały się w krystalicznie czystej wodzie. Rachel podjechała jak najbliżej mogła i zeskoczyła z siodła. - Nie przejedziemy – oświadczyła smętnie, badając wzrokiem prędkość wody. – Żadnych kamieni, bali i tym podobnych rzeczy, które pozwalały by nam się z tym problemem uporać. Wielki Mag zdąża by zapobiec rozprzestrzenieniu się Dusz, a zatrzymuje go rzeka, w dodatku w jego własnym kraju! Przykucnęła wściekła, wpatrując się w drogę przed nimi. Na horyzoncie nie pojawiło się nic; wszędzie był tylko otwarty teren. Amalia zeskoczyła lekko z konia, i podchodząc do brzegu, zanurzyła ręke w wodzie. - Au, zimna! – zawołała, wyciągając błyskawicznie dłoń i owijając ją w kurtę. – Zabiłaby nas sama temperatura tej wody, a nie prąd. Bo, nie wiem, czy pamiętasz, ale bieg rzeki można bez problemu zatrzymać zaklęciem. Rachel wstała, wpatrując się zimnym wzrokiem w nurt. - Nie chciałam używać Magii na terenie Aerfár. Ale masz rację, nawet jak zatrzymamy jej bieg, nie zdołamy przez nią przejść, ze względu na temperaturę. A i nie wiadomo jak jest głęboka. Nie wspominam o koniach… - Możnaby ją zmrozić – podsunęła Amalia. – Z poślizgiem byśmy pokonały tę odległość. Rachel pokręciła głową. - Nie. A konie? Zresztą, kiedy ją zamrozimy, to nie tylko jej powierzchnia pokryje się lodem, ale cała zlodowacieje. Tego zrobić nie możemy. - Tylko jeśli będziemy roztargnione – wyjaśniła Amalia, dobywając Miecza. – Trzymaj kciuki. Podeszła do wody i ostrożnie zatopiła w niej Miecz. Nic się nie wydarzyło. Amalia zamkneła oczy, i zrobiła ruch palcami lewej ręki. Rachel, nie chcąc jej rozpraszać, zacisnęła bardziej juki na koniu. Robiło się coraz chłodniej, słońce skryło się za szarą chmurą. Zbierało się na deszcz, co nie poprwiło humoru Rachel. Minęło dużo czasu, a one nadal były w kraju. Amalia poruszyła się. Zacisnęła palce, trzymając Miecz nieruchomo w wodzie. Nagle, delikatny lód zaczął spowijać powierzchnie rzeki. - Pamiętaj, żeby wyciągnąć Miecz – przypomniała jej rozsądnie Rachel. Dobrze zrobiła, gdyż Amalia w ostatniej chwili wyszarpnęła Miecz z lodu. Rzekę pokrywała wartswa lodu. Amalia przyłożyła ucho do tafli, i wstała zadowolona. - Rzeka płynie. - Brawo – pochwaliła ją Rachel, stawiając delikatnie stopę na powierzchni. Pomimo dość cienkiej wartstwy, lód był mocny. - Najpierw przejdźmy my – zaproponowała Amalia, stając na lodzie. – Nie jestem pewna, jak jest mocny. Szczerze mówiąc, poszłam na szybkość, bo ręka mi zmarzła. Idę pierwsza. I zaczęła powoli i ostrożnie stąpać po tafli. Ślizgając się delikatnie, przeszły na drugą stronę. Gdy znalazły się za rzeką, Amalia gwizdnęła przeszywającym dźwiękiem. Rachel poczuła ból w bębenku usznym. Koń Amalii zareagował i żwawo, mocno stąpając, przeszedł rzekę. Amalia spojrzała na Rachel pytająco. - Zawołaj go – powiedziała wesoło. Rachel zarumieniła się. Nie nauczyła swego konia reagować na gwizd. Nawet nie wiedziała, że coś takiego jest możliwe. - Ale.. jak? – zająknęła się, patrząc niepewnie na swojego wierzchowca. - Nie wytresowałaś go? Rachel pokręciła głową z zażenowaniem. Przy przyjaciółce czuła się dziwnie mała. - No to będziesz musiała po niego pójść – oznajmiła smętnie Amalia, podnosząc Miecz. – Będę mieć cię na oku. Idź. Rachel skinęła i przeszła lekkim krokiem na drugą stronę. Chwyciła konia za grzywę i poprowadziła naprzód. W połowie drogi lód głośno zatrzeszczał pod jej stopami. Zawahała się. - Idź dalej! – krzyknęła Amalia z drugiego brzegu. Szła więc, słysząc coraz mocniejsze, złowieszcze trzeszczenie. - Biegnij, szybko! Już! – krzyknęła Amalia, wyciągając Miecz przed siebie. Rachel chwyciłą konia mocniej i zaczęła biec. Czuła i słyszała, jak lód za nią rozstępuje się. Nagle tafla przed nią rozerwała się; instynktownie cofnęła się. Koń rżąc rozpaczliwie, jednym susem przeskoczył na drugi brzeg. - Ty zdradziecki… - krzyknęła za nim Rachel, nie wiedząc co robić. - Skacz! Skacz, szybko! Już! – ponagliła ją Amalia, wyczarowując przed Rachel niebieską tarczę. Rachel, nie myśląc zbyt wiele, zrobiła krok do tyłu i odbiła się jak najwyżej mogła. Z rozpaczą stwierdziła, że skok jest za krótki i leci wprost w lodowatą toń. Usłyszała trzask, jak ktoś strzelił z bicza i uderzyła w ziemię. Była po drugiej stronie. Dysząc ciężko, podniosła się. - Dzięki. O mały włos. Gdyby nie ta tarcza… - Zapomnij o tym na moment. Mgła opadła, widać Mury. Faktycznie na horyzoncie pojawił się zarys Murów Aerfár. - Gdy patrzyłam z tamtego brzegu, nic nie było widać – stwierdziła z przekonaniem Rachel, wskakując na konia. Amalia zmarszczyła brwi. - Wydaje mi się, że to były czary. Jesteśmy już na Południu. W niezabudowanej części. Szybko, musimy się pospieszyć. Cwałowały przed siebie, słysząc trzepoczący wiatr koło uszu. Zatrzymały się przy bramie. Nie było żadnych wartowników. Dziewczyny jednak nie były zdziwione tym faktem. Jedyną strażniczką tej bramy, była Magia. - Jadę pierwsza, rób dokładnie to co ja – powiedziała Rachel, wysuwając się na czoło. Wyciągnęła Miecz przed siebie, i powoli poczęła jechać naprzód. Amalia była tuż za nią. Gdy przejeżdżała przez bramę, czuła się jakby przeszła przez strumień lodowatej wody. Miecze były ich przepustką. Podczas przenikania przez zaporę Magii, rozbłysły białym światłem. Rachel wstrząsnął dreszcz i po chwili znalazła się po drugiej stronie. Amalia stanęła przy niej. Nagle w okamgnieniu, dokoła nich zapadły ciemności. Ze zdumieniem ujrzały księżyc na niebie, upstrzonym gwiazdami. Rozległ się trzask łuczywa. Amalia trzymała dwie żagwie, jarzące się płomieniem. Podała jedną Rachel. Opuściły Aerfár.
- Zorganizujmy tutaj nocleg – szepnęła Rachel, wpatrując się nieufanie w ciemności. Ich oddechy zdawały się być hałasem, zdolnym zbudzić każdą istotę. – Nie jedźmy w ciemnościach. Twarz Amalii, oświetlana przez płomień na żagwi, była śmiertelnie poważna. Wraz z przekroczeniem granicy Aefár, rozpoczęła się ich walka o przetrwanie. - Słusznie – przyznała, zsiadając z konia. – Rozpal ognisko. To i tak nie ma znaczenia. Jeżeli miałoby nas coś zaatakować, to nie przez ognisko. Doskonale słyszy nasze oddechy. Rachel wykonała zgrabnie ruch palcami i przed nią pojawił się płomień, którego ruchem ręki posłała na ziemię. Po chwili przed nią palił się wesoło ogień. Wokoło rosły nieznane im rośliny, które konie rwały łapczywie. Rachel i Amalia usiadły przy ognisku, posilając się nieco. Zdawało się, że powietrze było tutaj znacznie cięższe. Cisza, przerywana tylko trzaskiem ogniska, była tak złowroga, że Rachel wolałaby widzieć przed sobą hordę Zniewolonych. - Wiesz, jak dotrzeć nad Lodowe Jezioro? – zapytała nagle Amalia. Nie dbała o to, że ktoś (lub coś) mógłby (lub mogłoby) usłyszeć. Rachel wiedziała, że stwory z Pustkowii i tak czują płynącą krew i słyszą ich oddechy. Nie wspominając o trzaskaniu ogniska. - Znajduje się za Górami Ostrymi. Musimy je obejść… - Co może potrwać nawet lata, z tego co słyszałam. – wtrąciła Amalia. - Później przejdziemy przez Przełęcz… - ciągnęła Rachel, nie zwracając uwagi na tą docinkę. - I przelecimy na skrzydłach ponad hordami Zniewolonych – dokończyła ironicznie Amalia. Rachel zniecierpliwiła się. - Ciesze się, że zaczynasz mi pomagać – rzuciła ze złością. - Ja po prostu staram ci uświadomić powagę tej wyprawy. To nie jest takie hop-siup jak ci się wydaje. – Już niejeden ruszył nad Lodowe Jezioro, by potem nie wrócić – wyjaśniła powoli, siadając po turecku. - Czego tam szukali? – zaciekawiła się Rachel. Amalia rozejrzała się. Niczego jednak nie udało jej się dostrzec wśród ciemności. Wystawiła ręce nad ognisko, ogrzewając je. - Słyszałaś… o Samotnej Nimfie? Rachel zmarszczyła brwi. Nie kojarzyła takiej nazwy, więc pokręciła głową. - No więc – powiedziała Amalia teatralnym szeptem. – Istnieje pewna legenda… - Och, daj spokój – przerwała jej Rachel, czując rozczarowanie. – Wierzysz w coś takiego? Amalia spojrzała na nią ze zdumieniem. W jej jasnych oczach odbijały się płomienie. - Każda legenda musi się opierać na jakiejś podstawie. Nie powstała znikąd. Poza tym – dodała z wyrzutem. – Niszczysz nastrój. - Dobrze, opowiadaj – poddała się Rachel, opierając głowę na łokciu. Amalia, wyraźnie zadowolona z inicjatywy opowiedzenia strasznej historii w gęstniejących ciemnościach, ułożyła się wygodnie na ziemi i wzięła głęboki oddech. - Dawno temu, gdy istniał trzy… nie, zaraz… trzyd-dziesty piąty? Amalia spojrzała na nią pytająco. Rachel podniosła brwi z politowaniem. - Ah, trzydziesty trzeci! No więc, od początku. Dawno temu, gdy istniał trzydziesty trzeci Wielki Mag, pewna dziewczyna uciekła z rodzinnego miasteczka wraz ze swoim chłopakiem. Podobno ich ojcowie nie godzili się na ich związek. Skryli się nad Jeziorem. Postanowili, że zrobią tam swój „pierwszy raz”. - I przyszła Samotna Nimfa, która okazała się matką dziewczyny… - zaczęła ironicznie Rachel, z lekkim uśmiechem na ustach. Amalia spijrzała na nią z wyrzutem. - Milknę – dodała szybko Rachel, widząc jej oczy. – Opowiadaj. - No więc, zaczęli się obejmować i w ogóle. Wiesz o czym mówię, nie? Lecz nagle księżyc przeszedł w pełnię. Gdy dziewczyna zasnęła w ramionach chłopaka, ogarnął go szał i wepchnął jej nóż w klatkę. Rachel gwzidnęła cicho. Amalia nie zwróciła na to uwagi i ciągnęła: - Walczyła o życie, lecz ten bezlitośnie wepchnął ją pod wodę i utopił. Wtenczas woda zmieniła się w jej krew i chłopak utonął w jej czeluści. Jego ciało wypłynęło na powierzchnię, lecz zwłoki dziewczyny nie. Nie odnaleziono ich. Legenda głosi, że od tamtego czasu czyha tam Samotna Nimfa, która uwodzi każdego człowieka, wchodzącego tam. Poddaje go próbie. Gdy jej zapragnie, Nimfa znika, rzucając na niego swą Wolę. Po dobie, człowiek popełnia samobójstwo. Rachel patrzyła na Amalię, nie wiedząc co zrobić. Nie wierzyła w tą legendę, lecz nie chciała się kłócić z przyjaciółką. Przytaknęła. - Legenda wymagająca przemyśleń – skłamała, z udawanym zainteresowaniem. Amalia podniosła wymownie oczy i chrząknęła wymijająco. Nie dała się nabrać. Nagle wyprostowała się, jakby nasłuchując. Rachel przebiegł dreszcz. Czuła na plecach czyjeś spojrzenie. - Słyszysz coś? Po dłuższej chwili, Amalia drżącą dłonią poprawiła włosy i spojrzała na konie; stały jak wryte, widzące najwyraźniej coś strasznego. - Cokolwiek to było, oddaliło się – szepnęła ochryple. – Lepiej rzucę zaklęcia ochronne. Patrz na konie. Rachel! Rachel stała kilka kroków od niej i wpatrywała się w ciemność swymi zielonymi oczyma. Zdawało jej się, że widzi jakiś ruch. Amalia szarpnęła ją za ramię. - Nie ociągaj się – szepnęła. – Musimy się pospieszyć. Patrz na konie, a ja rzucę zaklęcia ochronne. Rachel przytaknęła i odwróciła wzrok. Wierzchowce nadal wpatrywały się w jeden punkt, nie śmiąc się poruszyć. Czas jakby się zatrzymał. Amalia cicho podeszła do ogniska i dobyła Miecza. Zalśnił czerwonym…