Inne · 8 min czytania
Raj
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Raj
Słabe światło Księżyca rozjaśniało noc. Dookoła słychać było tylko cichy szelest drzew. Wysoka, męska postać z zasłoniętą twarzą powolnym, ciężkim krokiem zbliżała się do stojącego samotnie domu.
Gdzieś pomiędzy Paryżem, a mitycznym piekłem Feng Du, po starych torach kolejowych, przecinających puste, zielone pole, szło trzech młodych mężczyzn. Wszyscy ubrani byli w długie, czarne płaszcze. Nie rozmawiali, szli bardzo szybko, dużymi, zdecydowanymi krokami, zdawali się być lekko zdenerwowani. Nie podziwiali wschodzącego Słońca, ani cudownie wyglądających w jego świetle widoków. Nie zajmowała ich też stojąca daleko, na linii horyzontu wielka, ale sprawiająca wrażenie nie większej od paznokcia świątynia. Zresztą, ona nie zajmowała nikogo.
Mężczyzna wiedział jak wiele ryzykuje. Nie czuł jednak stresu, a raczej podniecenie. Spojrzał na stojący przed nim dom. Wydał mu się niesamowicie piękny.
Nagle najmłodszy z chłopców chwycił dłoń jednego ze swoich towarzyszy. Obaj zwolnili kroku, pozwalając, by trzeci mężczyzna oddalił się. -Nie wytrzymam - szepnął -To jest nasza przyszłość, nasze Kanaan! Wytrzymaj, a będziesz szczęśliwy. Wreszcie będziesz szczęśliwy - odpowiedział mu przyjaciel, przyspieszając krok, by dogonić trzeciego chłopaka. -Słyszałem, że po wejściu każdemu zakładają kajdanki - jęknął cicho najmłodszy, raz jeszcze łapiąc rękę kompana. -Niemożliwe! Kto ci to powiedział? Twoja matka? A może ksiądz na kazaniu? Oni zawsze to samo. Nie możecie być szczęśliwi, bo to złe. Nie spełniajcie swoich marzeń, bo założą wam kajdanki! - powiedział niezwykle wzburzony. Zdawało się, że wypluł z siebie skrywaną nienawiść, lub urazę z przeszłości - Uwierz mi, chcę twojego szczęścia - dodał po chwili. -Ruszcie się! Mamy niewiele czasu! - przerwał im nagle nastarszy mężczyzna. Jego głos był niezwykle władczy. Czuć w nim było pogardę. Chłopcy zaraz dobiegli do niego.
Część 22 / 2
Wszyscy domownicy już spali. Byli narażeni na atak i bezbronni jak dzieci.
-Nareszcie! - zawołał najstarszy, widząc nadjeżdżający pociąg. Zamknął oczy i zaczął wyobrażać sobie jak, jadąca z olbrzymią prędkością maszyna, muska jego ciało. W tym momencie z otchłani podświadomości najmłodszego mężczyzny wydostała się niezwykła myśl. Tak oczywista, a jednak rewolucyjna. Nienawidził go. Nienawidził tego obrzydliwego fetyszysty, który od zawsze było jego przewodnikiem. -Zejdźcie z szyn!- odezwał się nagle donośny, przywódczy głos. Najmłodszy z chłopców stanął po jednej, a dwaj pozostali po drugiej stronie, wszyscy bardzo blisko torów. Widzieli już dobrze zbliżającą się ogromną lokomotywę. Przyjęli stabilne pozycje. Byli już przygotowani, czekali. Nagle poczuli potężne uderzenie. Pęd powietrza niemal ich przewrócił. Kolejne wagony przejeżdżały obok z zawrotną prędkością, wytrącając chłopców z równowagi i zdzierając z nich ubrania. Najstarszy z wędrowców wydał z siebie głośny, ekstatyczny jęk. Wreszcie był zadowolony. Kilkanaście sekund, a może minut potem ostatni wagon przejechał obok chłopców. Dopiero po chwili zorientowali się, że najmłodszego z nich brakuje.
Ekspres Tar-Tartar, jedyny zawsze punktualny środek transportu publicznego, mknął przez zielone, bezkresne pola. Wszystkie wagony wyglądały tak samo, jednak niemożliwe było ich opisanie. W żadnym z nich nie było już miejsca, także nowy pasażer musiał jechać na zewnątrz.
Postać stanęła dziesięć metrów przed domem. Zdawała się oceniać sytuację. Gdzieś w okolicy z drzewa spadło jabłko, wydając przy tym dźwięk głośniejszy od wystrzału armatniego. Mężczyzna obrócił nerwowo głowę w kierunku, z którego dotarł do niego odgłos, po czym zrobił ciężki krok naprzód.
Coś trzymało go mocno za ręce, za nogi, za klatkę piersiową, za tułów. Coś potrząsało głową i ściągało brania, których nie zerwał z niego przejeżdżający pociąg. Kiedy tylko otrząsnął się z szoku i zauważył, że jedzie na gapę, na zewnętrznym miejscu jakimś upiornym ekspresem, najmłodszy z podróżników chwycił instynktownie kratę