Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 15 min czytania

rak nieborak

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

SCENA I Typowy gabinet lekarski, w którym czuć zapach sterylnych środków do czyszczenia. Przy biurku siedzi przystojny mężczyzna przed czterdziestką (JANUSZ) na krześle naprzeciwko siedzi młoda, dwudziestoczteroletnia kobieta (MARTA).

JANUSZ [sucho] Rak.

MARTA Rak?

JANUSZ Tak.

Milczenie.

MARTA Jak to?

JANUSZ A tak. Rak nieborak.

MARTA Gdzie mam tego raka?

JANUSZ W szyjce macicy.

MARTA [zbulwersowana] Mojej macicy?!

JANUSZ [ironicznie] Nie, w mojej!

Milczenie.

MARTA [z nadzieją] A da się go wyleczyć?

JANUSZ Hm! Spróbujemy. Ale nie daję pani wielkich szans.

MARTA Dlaczego?!

JANUSZ A trzeba było tak zwlekać z wizytą?!

MARTA No...ale...

JANUSZ No, właśnie!

Milczenie.

MARTA [łamiącym się głosem] Ale może...jednak...może jednak uda się wypędzić tego raka?!

JANUSZ [łagodnieje] Jak już mówiłem- spróbujemy. W piątek zacznie pani chemioterapię.

MARTA zaczyna płakać.

JANUSZ Na moje oko, zostało pani około trzy miesiące życia.

MARTA [płacze, wrzeszczy] I to mnie miało, kurwa, pocieszyć?!

Krępujące milczenie.

MARTA, nie żegnając się, wychodzi z gabinetu trzaskając drzwiami.

SCENA II Małe mieszkanie, całe w ciemnościach. W jednym z pokoi siedzi MARTA i płacze. Trzask drzwi. Do mieszkania wchodzi dwudziestoośmioletni mężczyzna (JUREK).

JUREK Kotku, jestem!

Cisza.

JUREK Kooootkuuuu!

JUREK wchodzi po kolei do każdego z pokoi. W końcu natrafia na MARTĘ.

JUREK Martusia! Dlaczego płaczesz, co się stało?

MARTA Rak.

JUREK Co?

MARTA Rak nieborak. Przyszedł i wpełzł do mojej macicy.

JUREK milczy.

MARTA Mój kochany ginekolog uważa, że zostały mi trzy miesiące życia.

JUREK Trzy...?

MARTA Od piątku zaczynam chemioterapię.

JUREK milczy. Wolno obejmuje MARTĘ.

MARTA Kurwa. Kurwa, kurwa mać.

JUREK Ciiicho, ciichoo.

MARTA Będziesz przy mnie, kiedy będę umierać? Będziesz?

JUREK Nie myśl o tym.

MARTA Nie! Pytam- będziesz?

JUREK Martuś...oczywiście.

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

SCENA III To samo mieszkanie. Lekko zabałaganione. Wściekła MARTA właśnie weszła do mieszkania. Kiedy tylko zamyka drzwi, sięga po komórkę.

MARTA [wściekła] Jurek?! Gdzie ty, do cholery, jesteś?! Miałeś odebrać mnie z chemii!

JUREK [cicho] Martuś...wybacz.

MARTA Co?

JUREK Właśnie wprowadziłem się do Iwony.

Milczenie.

MARTA Co?! Kurwa, do jakiej Iwony?!

JUREK Wziąłem swoje rzeczy i pojechałem. Planowaliśmy to już od jakiegoś czasu...Po resztę rzeczy wpadnę jutro. Klucze zostawiłem na półce obok łóżka.

MARTA Ty gnoju! Zwyczajnie uciekłeś! Nie potrafiłeś powiedzieć mi tego w twarz!

JUREK ...uważałem...uważałem, że tak będzie lepiej...

MARTA Kurwa! Mam gdzieś to, co uważałeś! [próbuje powstrzymać łzy, ale głos się jej łamie] Ty kretynie ostatni, ty draniu, ty skurczybyku cholerny!

JUREK Marta...

MARTA A pierdol się, kurczę! Nie potrzebuję cię! W ogóle!

Rozłącza się. Stoi chwilę w milczeniu. Opiera się o drzwi i wolno zsuwa na podłogę.

MARTA [do siebie] Zostaliśmy sami. Sami, Raku, wiesz? Samiusieńcy. Nikt nas nie chce.

SCENA IV Łazienka. MARTA podnosi się znad toalety, gdzie właśnie wymiotowała. Opłukuje twarz w zimnej wodzie z kranu. Patrzy w lustro, zawieszone nad umywalką. Krzywi się. Nagle chwyta z wściekłością swoje włosy, jakby chciała je wyrwać. Ciągnie. W dłoniach zostaje jej spora kępka włosów.

MARTA [myśli] No, świetnie! Po prostu lepiej być nie mogło. Rzygam od rana do wieczora i od wieczora do rana i na dodatek wypadają mi włosy. Może to całe leczenie było bez sensu? I tak umrę. Ginekolog nadal nie daje mi wielkich szans. Mogłabym umrzeć z długimi włosami i piękną cerą. Kazałabym zostawić otwartą trumnę, żeby wszyscy mogli patrzeć na mnie, tam, w trumnie i wzdychać: ‘taka piękna, taka młoda! Czy ta śmierć była potrzebna?’. No jasne, że nie potrzebna. Ale Rak, mój Rak ubzdurał sobie, żeby przyjść właśnie do mnie. Krzywdzi mnie tymi swoimi szczypcami i próbuje wykończyć. Dlaczego ta choroba w ogóle nazywa się rak? Co ma wspólnego z tymi morskimi stworzonkami? Widziałam kiedyś raka! Tata pokazywał mi go przecież, kiedy byliśmy dawno temu na wakacjach...Tata...Szkoda, że nie może go być teraz przy mnie. Potrafiłby wesprzeć mnie na duchu. Zawsze to robił. Nieważne, jak wielką chandrę miałam, wystarczyło, że pojawiał się on i nagle zza deszczowych chmur widać było słońce... Tata. Pierdolony kierowca ciężarówki! Dawno nie byłam u mamy. Choć te moje wizyty nie mają żadnego sensu. Do niej i tak nic nie dociera. Mam nadzieję, że nigdy nie pokocham kogoś tak mocno, jak ona tatę, choć jednocześnie chciałabym. Tak, chciałabym. Ale zostały mi trzy miesiące życia. A przynajmniej tak twierdzi doktor Janusz. W trzy miesiące nie zdołam przecież kogoś pokochać.

SCENA V Gabinet lekarski. JANUSZ pisze coś szybko. Nagle do gabinetu wchodzi MARTA.

MARTA Dzień dobry.

JANUSZ Hm, witam.

MARTA milczy. JANUSZ patrzy na nią podejrzliwie.

JANUSZ Tak? Co panią do mnie sprowadza?

MARTA Nie pani. Marta jestem.

JANUSZ Wiem.

Milczenie.

MARTA Wie pan co, jest pan jedynym normalnym facetem, którego znam.

JANUSZ Normalnym?

MARTA No, może nie całkiem. Nikt normalny nie lubuje się chyba w zaglądaniu całymi dniami do często chorych pochew w różnym wieku.

JANUSZ milczy zaskoczony.

MARTA Ale to tylko moje zdanie. Nigdy nie chciałabym zaglądać nikomu do pochwy.

Milczenie.

MARTA Ale pan przynajmniej nie jest skurwysynem. Pańska żona musi być z pana dumna.

JANUSZ Nie mam żony.

Milczenie.

MARTA Porozmawia pan ze mną?

Przerywa na chwilę, ale nie pozwala powiedzieć czegokolwiek JANUSZOWI, tylko znów zaczyna mówić.

MARTA Ja przepraszam, ale czuję się taka samotna! Jestem tylko ja i mój rak, mój chłopak wyprowadził się do Iwony. Wie pan, kim jest Iwona? Pewnie nie. Iwona to głupia suka, która była kiedyś moją przyjaciółką. Ale to było dawno. Teraz jest moim najgorszym wrogiem, ale może wszystko jej wybaczę, bo w końcu umieram. Nie mogę odejść z tego świata z nieczystą duszą. Bo wie pan, ja jednak w Boga wierzę. Mimo wszystko. Cały świat działa na zasadzie Boga.

JANUSZ Była dziś pani na chemii?

MARTA Tak. Na szczęście wymioty chwilowo ustąpiły, bo, jak pan widzi, jeszcze nie zarzygałam panu biurka.

Milczą. Po chwili MARTA robi się na twarzy jakaś niewyraźna. Kilkanaście sekund później wymiotuje na biurko JANUSZA, zanieczyszczając mu wszystkie papiery oraz dłonie.

SCENA VI Wewnątrz samochodu, Reno Clio. Prowadzi JANUSZ, MARTA siedzi na miejscu pasażera.

MARTA Przepraszam, przepraszam!

JANUSZ Nic się nie stało, spokojnie.

MARTA Zawracam tylko panu głowę.

JANUSZ Lepiej będzie, jeśli odwiozę panią do domu.

MARTA Pani, pani! Dlaczego nie może mówić mi pan zwyczajnie: Marta?

JANUSZ No dobrze, Marto.

MARTA Świetnie. Może jednak odda mi pan swój fartuch, zaniosę go do pralni chemicznej...

JANUSZ Pralni chemicznej?

MARTA Hm. W amerykańskich filmach nigdy niczego nie piorą w domu, tylko zanoszą do pralni chemicznej. Nie wie pan, dlaczego?

JANUSZ [rozbawiony] Może nie mają pralek?

MARTA Wydaje mi się jednak, że są zbyt leniwi. JANUSZ Też jestem leniwy.

MARTA Może ma pan amerykańskie korzenie?

JANUSZ Mów mi Janusz [uśmiecha się do MARTY].

MARTA Super! O, jesteśmy prawie na miejscu. Niech pan skręci i jedzie prosto. Mieszkam w tym niebiesko- żółtym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
rak nieborak — czytnik · opowiadania