Inne · 8 min czytania
Randka w ciemno
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Aaaa....Piękny upalny wieczór. Powietrze pachnie tą niepowtarzalną wonią majowego zmierzchu. Człowiek czuje, że żyje! To znaczy, kto czuje ten żyje....eee....znaczy, kto czuje ten czuje...eh nieważne w sumie. Dookoła widzowie, którzy tak jak ich wielki poprzednik wiedzą tylko jedno - Scio że się dobrze bawię. Tłum niczego nie rozumiejącej tłuszczy klaszczącej i ryczącej z zachwytu na każde zawołanie. Aplauz! Pomijając moją sylwetkę atlety wagi lekko pół średniej jest całkiem jak w Koloseum. Tam tłum wydający wyroki wiwatami, a tu na honorowym miejscu swatka - Cezar wydający wyrok ostateczny. No tak właściwie to Cezarowa( ? )...Dumna pani rzucająca na około wszystko wiedzące spojrzenia. To ona słowami wypluwanymi jak pociski z karabinu albo pośle cię na dno albo oszczędzi, jeśli taki będzie jej kaprys, bo to ona wybiera. Nie ta laska zza płota, która rozumie tyle samo co ci dwaj obok mnie. Ooo! Zaczynamy! Proszę państwa, proszę wsiadać! To już ostatni gwizdek! Hahaha!!! Proszę bardzo! Reflektory już się palą. Raczej płoną! Jezu Chryste! Nie widzę własnych rąk! Nie wiem nawet czy moje oczy są otwarte! Ludzie! Dajcie spokój. Już to czuję. Parę tysięcy luksusów to za dużo jak dla mnie. Jeden to za dużo. Czuje jak kilogramy tapety nałożone na mnie przez te nimfy o wdzięku nubijskich bogiń ( Boże! Skąd oni je biorą?! ) spływają po mnie strumieniami. Jezu jak tu gorąco. Niech ktoś wyłączy to słońce! Co? To kolej na mnie? Hahaha!!! No to jedziemy. Jakie było pytanie? Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie pytam dlatego, że nie słuchałem. Bynajmniej nie. Nic z tych rzeczy. Pytam, bo chciałem jeszcze raz usłyszeć twój głos. Jest naprawdę piękny. Nie dziwię się, że syreny gubiły marynarzy swym śpiewem. Mogłabyś? Proszę. -No dobrze. Gdzie zabrałbyś mnie na pierwszą randkę? -Oczywiście mógłbym odpowiedzieć „ nooooo niee wiem” tak jak moi koledzy. Ale nie. Wiem to doskonale. Przypomnij sobie tą małą knajpkę, gdzieś na uboczu zatłoczonego miasta tam gdzie samochody docierają rzadko, a autobusy nigdy. Tak - przypomnij - bo czujesz się tam jak w domu i masz wrażenie, że juz nigdzie na świecie nie będzie Ci tak dobrze. Dookoła drewno koloru ciemnej wiśni. Wygodne kanapy wykończone zielona skórą, półmrok i lekki gwar, potęgujący atmosferę prywatności, heh, żeby nie powiedzieć intymności. Na scenę właśnie wchodzi zespół. Trio. Szczupły chłopak ze wzrokiem wbitym w instrument jak w obrazek zajmuje miejsce przy perkusji, wokalista łapie za mikrofon w stylu retro trzymając w ręku dwustrunową basową gitarę, a trzeci ustawia się w rogu dźwigając masywny saksofon. Muzyka duszy. Cudowne pomruki saksofonu wypełnione zmysłowym basem i pieszczotliwą perkusją. A przy stoliku my i dwa kieliszki najlepszego w mieście grzanego wina podawanego z tymi wszystkimi egzotycznymi przyprawami. Przed nami długi i ciekawy wieczór. Hahaha!!! Nie wierzę, że to powiedziałem! Hahaha! Ojojoj! Cezar! Patrzcie na niego! Stoję na arenie. Właśnie pokonałem lwa, tłum szaleje, nie ważne, że na znak. A on, opus pardon, ona - czyste przejęzyczenie...nic więcej...naprawdę... ona wygląda jakby postawiła na lwa! Uprzejmy gest w jej stronę powinien załagodzić sytuację. Uśmiechnę się, chociaż moich rodziców zawsze drażnił drwiący wyraz mego uśmiechu. Cóż.... Nie moja wina. Hahaha!!! Ojojoj... A nie mówiłem. Ja wiedziałem, że tak będzie. A tak się starałem. Ja naprawdę ich bin dobry catolico! Z tym, że zaraz.... Przecież na arenie to lwy zjadały ich. W sumie to tłumaczy wyraz jej twarzy. Hahaha!!! -Przy drugim pytaniu chciałabym posłużyć się swatką.…