Akcja · 12 min czytania
Rara Avis- Przygotowania
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przygotowania
-Gotowe panie Baker.- odparł jeden z robotników. Nowa tafla szyby momentalnie została zastąpiona po niedawnym incydencie. Baker podziękował pracownikom i usiadł za biurkiem. Odesłał Martini i Annę do domu, nie chciał z nikim rozmawiać. Chciał przemyśleć zaistniałą sytuację. Stracił mapę i plany Bursztynowej Komnaty, miał Vitsa na talerzu, Orzeł sam przyszedł do niego, i obaj go wystrychnęli. Na dodatek był posiniaczony i miał kilka ran od szkła. Teoretycznie został odsunięty. Nie miał już nic, czym mógłby dysponować. Vits z pewnością znajdzie sposób, by ominąć jego ludzi w Krasnoburgu i dostać się do Komnaty. -W zupełności się z panem zgadzam, panie Baker.- Mycroft podniósł wzrok, dotychczas utkwiony w ciemnobrązowym blacie biurka. Na środku pokoju, na wprost Bakera, stał mężczyzna. Nieskazitelnie czarny garnitur, wypastowane buty. Idealnie wyprostowany, z laską w ręku. -Pan Troublemaker.- odparł Baker. Na jego twarzy malowała się komiczna mieszanka przerażenia i zdumienia. -We własnej osobie. Słyszałem, że ostatnimi czasu, źle się u pana dzieje. Czy to prawda? -Proszę pana, ja... -Czy to prawda?- powtórzył pytanie mężczyzna. Baker zmieszał się i wbił wzrok w podłogę. -Tak. -Poprawna odpowiedź. Następne pytanie. Czy chciałby pan jeszcze jedną szansę?- nie czekając na odpowiedź, Troublemaker podszedł do biurka. Baker poczuł, jak jakaś niewidzialna siła podnosi go z krzesła, unosi go nad biurkiem i stawia przed mężczyzną w garniturze. Stał nim twarzą w twarz. Mógł teraz lepiej mu się przyjrzeć. Troublemaker miał na oko sześćdziesiąt lat. Niewysoki, z licznymi siwymi włosami. Jego przenikliwe, szare oczy świdrowały Bakera. Czuł, jak coś wchodzi mu do myśli, analizuje jego poczynania. -Czy chce pan jeszcze jedną szansę? Proszę odpowiedzieć panie Baker.- tym razem, głos mężczyzny był głębszy, bardziej szorstki. -Tak.-wydukał Baker. Troublemaker zadowolony z odpowiedzi, uśmiechnął się, po czym położył prawą rękę na lewym ramieniu Bakera. Po chwili, ku zdziwieniu filantropa, druga ręka wylądowała na jego prawym ramieniu. Gdy Baker spojrzał na niego, Troublemaker ponownie się uśmiechnął. Tym razem szerzej, pokazując szereg śnieżnobiałych zębów, z dwoma nadnaturalnie wielkimi kłami. I wtedy, z niebywałą łatwością, Troublemaker oddzielił dusze Bakera od ciała. Dusza mężczyzny wisiała w lewym ręku Troublemaker. Ciało natomiast bezwładnie opadło na ziemię. Dusza wyglądała identycznie jak sam Baker, z taka różnicą, że wyglądała jak wycięta z negatywu. Skóra nabrała dziwnej niebieskawej barwy, włosy były jasnoszare. Dusza Bakera spojrzała na Trublemakera. Ten położył ja na ziemi. Powoli, z kieszeni marynarki wyjął kilka gwoździ, z innej młotek. -Spokojnie panie Baker. Za kilka minut wsadzę pana z powrotem do ciała. Do tego czasu, proszę rozkoszować się rekonstrukcja zdarzeń które miały miejsce około dwóch tysięcy lat temu. Jako że nie mam przy sobie krzyża, przybiję pana do podłogi.- w każdym słowie Trublemakera dało się wyczuć sarkazm, szaleńczy sarkazm. Widząc przerażone spojrzenie Bakera, Troublemaker odpowiedział.- Och, proszę się nie martwić. Pan od tego nie umrze. Ale będzie pan wszystko czuł. To co najpierw, ręka czy noga? Entliczek, pentliczek...- Troublemaker wziął gwóźdź do ręki i podniósł młotek.
***
-Jak to już są?- zapytał Lis, pomagając Serenie dojść do łóżka. -Ludzie Bakera zjawili się szybciej niż się spodziewałem. Możliwe, że mój informator za późno dowiedział się o nich. W każdym razie, prawdopodobnie jutro zaczną kopać. -Po moim trupie.- wycedził przez zęby Lis. Zdjął z wieszaka kurtkę i zaczął się ubierać.- Dimitrij, zostań z Serena. Skoczę się rozejrzeć jak wygląda sytuacja. Nie otwieraj schowka.- po tych słowach Lis spojrzał na dziewczynę i wyszedł z domku. Niedźwiedź, trochę zmieszany, zajrzał do garnka z gulaszem. Postanowił sobie podgrzać resztki jedzenia na wciąż palącym się ogniu. Pomieszczenie wypełniała trochę krępująca cisza. W końcu Serena postanowiła nawiązać rozmowę. -Jestem Serena. A pan?- Dimitrij podrapał się po głowie. -Eee... Dimitrij Volski, panienko. Ale panienka może mnie nazywać Niedźwiedziem. -Nie, Dymitrij to ładne imię.- stwierdziła Serena. Mężczyzna poczerwieniał, jednak nie było tego widać przez jego gęstą brodę. Gdy odwrócił siew kierunku paleniska, Serena zapytała, czemu Lis tak się zdenerwował. -Hm... Pewien czas temu, do Krasnoburga przyjechał pewien bogaty Anglik, Mycroft Baker. Razem z nim przyjechała kobieta i dwóch mężczyzn. Panienka również z nimi przyjechała. -Wybacz, ale nie nic pamiętam. Mógłby mi pan cos więcej o nich powiedzieć? -Hm... Skoro tak.- Dymitrij zdjął z paleniska garnuszek z gulaszem, nalał go sobie i Serenie, która trochę była głodna. Mężczyzna podsunął krzesło bliżej łóżka Sereny i gdy usiadł, powoli, jak małemu dziecku zaczął opowiadać o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy.- Dziewczyna miała kasztanowe, długie włosy. Była miła i rozmowna. Tak jak pani towarzysz, taki młodzik. Facet który z wami przyjechał, był wysoki i miał takie dziwne spojrzenie, jakby wszystko wiedział. Gdy przybyliście tutaj, po zameldowaniu się w naszym hoteliku, od razu poszliście do Lisa. Baker i ten młody chłopak, Albert, chcieli go przekonać, by poszedł z nimi do domku na odludzi. Jakiegoś skarbu szukali czy czegoś. Nie wiem w jaki sposób namówili Lisa, ale poszedł z nimi. Moją ciężarówką ich podwiozłem, kazali się wysadzić kilometr przed tym domem. No to ich wysadziłem, i odjechałem w stronę miasteczka. Godzinę później usłyszeliśmy głośny huk, potem błysk, niebo pociemniało. Krzyczeć zaczęli, że to kara boska, że to już koniec świata jest. Ja tam panienko w takie rzeczy nie wieżę, ale zmartwiłem się, czy aby wam się co nie stało. Podjechałem…