Horror · 10 min czytania
Realne urojenie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
REALNE UROJENIE
Nawet nie zauważyłem, kiedy się ściemniło. Czas tak szybko mijał w miłym towarzystwie. A towarzystwo coraz bardziej się rozkręcało. Normalna sprawa, gdy piwo i wódka leje się strumieniami. Marcin zaprosił na urodzinowe ognisko całą naszą paczkę. Wszyscy się zjawili, i po niezbędnych formalnościach, typu życzenia i prezenty, zasiedli do kiełbasek i trunków. Alkoholowa mieszanka zrobiła swoje. Po początkowo spokojnej i sensownej rozmowie rychło języki zaczęły się plątać. Minuty płynęły leniwie, nie minęły dwie godziny, a my już wszystko sobie opowiedzieliśmy. Po kolei przysypaliśmy, od czasu do czasu mamrocząc niewyraźnie pod nosem, gdy Marek postanowił ożywić senną atmosferę: - Trzymałem to na koniec- mruknął konfidencjonalnie potrząsając plastikową torebką z zieloną zawartością- Nie pytam nawet czy macie ochotę, bo nie wypada przecież odmawiać staremu kumplowi, co ? - No nie wiem, ja już mam lekki helikopter, a Gosia już chyba odpadła- Marcin potrząsnął ramieniem swojej dziewczyny i nie widząc reakcji uniósł brwi w stylu: „a nie mówiłem..” - No dobra, to kto mnie wspomoże ? Nie bądźcie świnie- Marek, jak już sobie wbił coś do głowy, to nie było zmiłuj się. - O.k. Mi tam wszystko jedno, byleby fajnie było- nie miałem jeszcze helikoptera, do domu rzut beretem, więc nie widziałem przeciwwskazań. - Ja tam mam ochotę się dziś zajebać, dawno film mi się nie urwał- Jacek był jak zwykle rzeczowy i chętny na wszystko. - Dobra, to odpalamy. Ku lepszej świadomości- Marek aż zatarł ręce z podniecenia. Wyciągnął z kieszeni już mocno osmaloną lufkę i rozpoczął rytuał, który tak dobrze znaliśmy, niestety. Moja mamuśka nie byłaby zadowolona, wiedząc jak spędzam wolny czas z kumplami. No cóż, pewnych rzeczy lepiej nie mówić. Tak naprawdę było mi obojętne, czy zapalę, czy zapiję, była to tylko jedna z dróg, by zapomnieć o szarości tego świata. A mieszanka obu tych dróg była potężnym skrótem. A poza tym kumpelstwo kosztuje, dostosować się trzeba, nie można być odludkiem i czarną owcą, tym bardziej, że cena nie była wygórowana. Kumple często mi wypominali, że za bardzo się zastanawiam, analizuję, dopatrywali się w tym nieszczerości, przekonani, że coś przed nimi ukrywam. Ale to było kiedyś, zwykłe koleżeństwo wyewoluowało w przywiązanie, a stąd już bardzo blisko było do przyjaźni, dzięki której zaczęliśmy lepiej się rozumieć i czuć naprawdę dobrze w swoim towarzystwie. - Grzesiek, no co ty ? Znowu ? Zawiesił się…- najczęściej Marek sprowadzał mnie na ziemię- pal, bo zaraz zgaśnie, ile mamy czekać ?- czasem wkurwiał mnie ten jego krzywy, kpiący uśmieszek. - Bo wy to…, zresztą nieważne. Dawaj ognia, psia mordo !- Nie lubiłem opóźniać nieuniknionego. Ledwo pociągnąłem bucha, a już Jacek wyrywał mi fifkę, zawsze był niecierpliwy. - Dawaj, bo mój helikopter zwalnia obroty, a chyba nie chcesz, żeby spadł, co ? - Ja bym się już dawno porzygał, mój ty idolu- naprawdę zazdrościłem mu twardego łba. - Dawaj, nie pierdol- u niego z kolei denerwowała mnie obcesowość i słaba chęć do bycia choć odrobinę milszym. - Przestańcie, chłopaki ! Wypalimy i idziemy spać. Ja mam dość, Gosia najwyraźniej też- chrapała w najlepsze, mamrocząc od czasu do czasu- Jutro rano śmigam do Wrocławia, a wy chyba śpicie u mnie, co ? – tu wskazał na Jacka i Marka, którzy zgodnie kiwnęli głowami. To Marcin był naszym nieformalnym szefem, dowódcą. Zwał jak zwał, ale jak już powiedział coś tym swoim kategorycznym tonem, to jakoś przechodziła nam ochota na jakiekolwiek dyskusje, nie będące po jego myśli. Pasowało nam to, nie wiedzieć czemu. Wyglądało na to, że to już koniec ogniska. Chłopaki grzecznie się pozbierali, machnęli niemrawo rękoma na pożegnanie i wężykiem, jeden po drugim, zniknęli w rażącej bieli, sączącej się zza drzwi przedpokoju domu Marcina. Pochód zamykał Marcin, niosąc na rękach śpiącą Gosię. Na odchodnym rzucił: - Widzę, że się trzymasz na nogach, więc nie proponowałem noclegu, wiesz jak u mnie ciasno. Wiedziałem. - Fajnie, że przyszedłeś, na ciebie zawsze można liczyć.. Jak będziesz już sam, w lesie, to nie rozglądaj się za bardzo na boki i idź jak najszybciej, bo słyszałem, że Czupakabra grasuje- często starał się mnie przestraszyć, wiedząc jaką bujną mam wyobraźnię. - A to nie przypadkiem w Meksyku ona grasuje ? - Najwidoczniej nie służy jej meksykańskie mięso, pewnie za ostre. Widziałem krew.. - Dobra, przestań, za stary jestem na takie bajeczki. Dobranoc. - Dobranoc. Tylko nie płacz mi później, że nie ostrzegałem- zanim poszedł, mrugnął jeszcze znacząco. Księżyc gdzieś się schował; chyba już zaszedł, bo nigdzie nie było widać choćby poświaty, a przecież był prawie, że w pełni. Toteż przyszło mi wracać ten niespełna kilometr do domu w całkowitych ciemnościach. Biała, piaszczysta nitka drogi za dnia była teraz szarawym…