Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 20 min czytania

Regni Subterranei

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Krzyk rozdarł ciszę, mroźnej, mimo września, nocy. W tym czasie, wszystkie gwiazdy, a nawet księżyc pochowały się w całun czerni tak, że nic nie oświetlało nadmorskiego i otoczonego górami miasteczka. Znane było jako Corpsocity. Tej nocy panowały kompletne ciemności. Naftowe latarnie, które paląc się, ociężale i niemrawo oświetlały nieprzeniknione mroki głównych ulic i alei. Przeraźliwy i przeszywający wrzask rozległ się po raz drugi. Samotna postać przemierzająca zawszone zaułki, zlękła się. Tajemniczy jegomość pod wpływem okropnych krzyków, zapalił olejną latarenkę. Ciepły i nikły blask niósł ukojenie dla duszy i ciała. Postacią włóczącą się po nocy był szanowany dżentelmen którego imię dumnie brzmiało William Bleckcher. Był on podstarzałym, ale zamożnym wdowcem, pochodzącym ze znamienitego rodu, który przybył do Ameryki wraz z pierwszymi kolonizatorami. Jego żona Izabela zmarła zeszłego lata w niezbyt jasnych okolicznościach. Pewnego popołudnia wyszła, jak to ona miała w zwyczaju chadzać , do lasu. Niestety, tego feralnego wieczora, nie wróciła. Znaleźli ją tydzień później leśnicy, w miejscy zwanym rzeźnicką polaną. Było to niewielkie pastwisko pośrodku lasu. Miejsce to zawdzięczało nazwę pewnej ohydnej sprawie, której jednak tu nie opowiem. Ofiarę znaleziono na sześciennym głazie, po środku polany. Była do pasa obdarta z ubrań, a na jej skórze wyrżnięty bardzo dziwny znak. Jak później dowiedziono, był to znak lokalnej sekty. Sprawę zamknięto zaraz po tym, gdy detektyw zajmujący się tą sprawą zaginął i do dziś nie znaleziono jego ciała. William mocno kochał swoją żonę, więc oczywiste jest, że bardzo mocno ,całą tą sprawę, przeżył. Smutek i żal wyżłobiły głęboka ranę w jego psychice. Mimo leczenia psychiatrycznego, szaleństwo i opętanie, zakiełkowało w nim.

***

Minęło parę lat. Corpsocity rozrosło się i stało się znanym portem, jednym z wielu przystanków, do których zawijali kupcy i sprzedawali swoje towary na lokalnym targu. Przybyło mnóstwo nowych twarzy. Na statkach tychże kupców, przypływali marynarze i ludzie chcący się osiedlić w tym sławnym już miejscu. Miasto rozwijało się. Kwitło. Jednak miało ono swoja mroczną stroną, obrzydliwą tajemnicę. Krążyły pogłoski o jakimś Czarnoksiężniku Krwi, a także jego rozległych lochach, korytarzach i jamach, w których przeprowadzano koszmarne eksperymenty, rytuały, przywołania, składano ofiary i robiono inne makabryczne rzeczy. Podobno były one wydrążone w okolicznych górach, okalających miasto. Niektórzy ludzie mieszkający na przedmieściach, twierdzą, że po nocach słychać mrożące krew w żyłach, krzyki, zawodzenia, a nawet nieludzkie ryki. Parę osób, w tym leśnik, opowiadają o bardzo dziwnych kreaturach przypominających ludzi. Większość z nich była zgarbiona, ale niektóre osobniki miały oprócz tego, jeszcze inne szkaradne deformacje ciała. Dean Walter, miejscowy drwal, zmęczony po całym dniu w pracy, wrócił do domu. Siedząc i posilając się przy stole, usłyszał dziwny krzyk dochodzący z pod szopy. Zdziwiony poszedł sprawdzić, co się stało. Wziąwszy świecę, wyszedł zbadać dziwną sprawę. Gdy dotarł za dom, w pobliże szopy na narzędzia, spostrzegł, że misternie ułożony wcześniej, za dnia, stos bali drewna zawalił się. Dean, chcąc zobaczyć to z bliska, podszedł do kopy leżącą obok szopy. Dochodząc do zgromadzonego tam drzewa, zobaczył, że coś się wije. Po chwili, w słabym świetle świecy, dostrzegł co wydawało tak przeraźliwe wrzaski. To coś, wiło się i krzyczało, bo bale drewna przygniotły temu czemuś rękę. Nie zdążył się dokładnie przyglądnąć, bo usłyszał, że coś próbuje go zajść od tyłu. Momentalnie chwycił za trzonek wielkiej siekiery wbitej w pieniek zaraz obok niego, i machnął nią ile miał sił w rękach, przed siebie, tnąc mrok nocy, a także coś innego. Ciemno bordowa maź obryzgała mu twarz i ręce. Wtem usłyszał gardłowy syk, potem dźwięk, który nie sposób opisać i zapadła cisza. Schylił się, by zobaczyć co go zaatakowało. W kałuży dziwnej i lepkiej mazi, druga istota, podobna do tej leżącej pod belami drewna. Drwal trafił dokładnie w głowę i rozłupał ją na dwoje. Odwrócił się, bo ten drugi robił, o wiele za dużo hałasu. Trzonkiem siekiery ogłuszył to coś. W swoim życiu widział wiele potworności, bo blisko 10 lat służył w armii, ale to wstrząsnęło nim do głębi. Zgarbiona sylwetka, przypominała ludzką, jednak różniła się od niej. Krzywe i cienkie nogi, podpierały powykręcany, poobijany i porośnięty miejscami, dużymi krostami tułów, z którego przebijały się żebra. Ramiona nie miały łokci, a dłonie miały tylko po 4 palce, zakończone długimi, ząbkowanymi szponami. Z szyi wyrastały kościste wypustki, a na głowie miał może z tuzin małych sztywnych kolców, jakby zamiast włosów. W paszczy, w miejsce zębów, miał chaotycznie porozrzucane, ostre kły. Nie posiadał także nosa i oczu. Jego oczodoły były puste. Cały był porośnięty malutkimi włoskami. Po tym incydencie, stworów nie widziano tak długo, że niemal o nich zapomniano. Dały o sobie znać 10 lat później. Księżyc świecił tak mocno, że nie trzeba było lampy by było widno. Była pełnia. Stary Jim nie mógł zasnąć tej nocy. Coś nie dawało mu spokoju. Jego skromna chata stała tuż obok zarośniętego cmentarza. Jim opiekował się nim, a także był miejscowym grabarzem. Wyszedł na małą werandę, by zażyć świeżego powietrza. Gdy usiadł na przepróchniałym, bujanym fotelu, dostrzegł wielce dziwne sylwetki jakichś postaci. Nie wyglądały ludzko, ale mimo to poszedł sprawdzić co się dzieje. Wziął stary rewolwer, wsunął na pas i udał się w stronę tajemniczych osób. Między nagrobkami stało ich 3 czy 4, jednak gdy Stary Jim otworzył zardzewiałą bramę, sylwetek zrobiło się znacznie więcej. Zobaczył coś jeszcze. Wtedy osłupiał. Nie byli to ludzie, tylko dawno zapomniane istoty. W dodatku miały ze sobą sporych rozmiarów wóz, a na nim stos wykopanych ciał. Zaprzęgnięty był on w tuzin tych samych stworów. Grabarz postanowił schować się w wielkich paprociach rosnących pod płotem. Po tym co zobaczył, trafił na zawsze do szpitala psychiatrycznego. Na przesłuchaniach opowiadał o tym jak to one wykopywały zmarłych, stosując różne narzędzia, ładowały je na wóz, a niektóre... w tym momencie zawsze oblewały go zimne poty i nie mógł wydusić z siebie słowa. Opowieści jest znacznie więcej, lecz są one mniej wiarygodne lub całkowicie wyssane z palca. Jednak to wystarczało, żeby Corpsocity okryło się złą sławą. W skutek tego nie przyjeżdżało już tyle ludzi, nie przypływali kupcy. Miasto podupadło.

***

W kilka lat, miasto trochę się wyludniło. Wiele domów stało pustych i niszczało, bo nikt o nie nie dbał. Na przedmieścia wkradła się bieda, bo obrót różnymi dobrami, w skutek pogłosek, zamarł. W tym czasie, nawet lato, było ciemne, ponure i mroczne. Słońce przysłaniały czarne chmury, które utrzymywały się od paru miesięcy. Noce były niezwykle ciemne, bo ani księżyc, ani gwiazdy, nie zdołały się przebić, przez ten dziwny rodzaj smogu. Ludzie posmutnieli, spochmurnieli tak samo jak niebo. Zaczynał panować głód. W tym czasie do miasta przybył tajemniczy poszukiwacz przygód. Kazał siebie nazywać John. Był to wysoki i szczupły mężczyzna. Zawsze miał na sobie czarny, skórzany płaszcz sięgający do kolan i kapelusz z szerokim rondem, tego samego koloru. Miał długie kręcone włosy. Przybył do Corpsocity, bo bardzo się zaciekawił miejscowymi legendami o Czarnoksiężniku krwi. Sprawę zaczął badać od przebadania i przestudiowania archiwów i innych dokumentów, jeśli takie były. Odwiedzał także rzekomych świadków i wypytywał o to co wiedzą na temat całej sprawy. Udało mu się ustalić, gdzie mniej więcej leży wejście do tego sekretnego, podziemnego kompleksu. Syn zmarłego tamtej zimy leśnika, opowiedział o pradawnej rzeźnickiej dolinie. Ponoć idąc na północ, można dojść do pionowej ściany w górze, w której jest wejście. John zebrał ze sobą zadbanego winchestera, ostrą maczetę i finkę (długi nóż) i udał się we wskazane miejsce. Wyruszył z pod domu drwala. Stał on tuz na skraju lasu i był on jednocześnie najbliższym budynkiem w sąsiedztwie lasu. Rodziło to wiele opowieści, takich jak wyżej przytoczona. Zza drewnianego, połamanego płotu, biegła droga. Zwyczajna piaskowa, wydeptana droga, wiodąca dokładnie w tą stronę, w którą John miał się udać. Szlakiem tym codziennie Dean jeździł kiedyś do pracy przy drewnie. Idąc tą ścieżką, doszedł do znanej miejscowymi, rzeźnickiej polany. Po starym ołtarzu z kamienia nie było śladu, jednak gdy podszedł bliżej, zobaczył, że na drodze leży kartka. Napis na niej brzmiał:

Uciekaj, bo umrzesz

Ostrzeżenie był sporządzone, z krwi, ale mimo to nie zrobiło to na nim wrażenia. Dostawał już gorsze w swoim życiu. Schował kartkę i poszedł dalej. Gdy wszedł w las po drugiej stronie polany, wydał on się podróżnikowi nieporównywalnie mroczniejszy niż z miejsc skąd przyszedł. Mimo, że było południe, gęste rozłożenie potężnych koron drzew, pochłaniały prawie całe światło, i tak już przytłumionego przez opary słońca. Przez to w lesie panował półmrok. Między omszałymi drzewami, rosły wielkie jeżyny i inne cierniste krzewy. Gdzieniegdzie dało się dostrzec schorzałe i karłowate drzewka pozbawione liści i porośnięte czym dziwnym, co przypominało druga korę, tyle, że koloru bordowego. Wszechobecna nisko unosząca się mgła dodawała grobowego klimatu. Co dziwne, nigdzie nie było żadnych zwierząt. Nawet owada. John nie bał się, bo był to człowiek silny na umyśle, lecz czuł coś złowrogiego i dogłębnie chorego w tej dziwnej puszczy. Poszukiwacz przygód przez wiele czasu szedł monotonnie prostą ścieżką, co zaczynało go bardzo nudzić. To uczucie prysnęło gdy polna droga skręcała, pozostawiając odnogę biegnącą prosto zapuszczoną i zarośniętą powszechnymi w tym lesie krzewami. Zgodnie z przykazaniem młodego leśnika, zdecydował pójść prostu, wycinając ciernie przed sobą, za pomocą maczety. Drążenie sobie drogi okazało się bardziej męczące niż…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%