Komedia · 25 min czytania
REHABILITACJA: seria druga - Powrót na leżankę
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria druga - Powrót na leżankę{/b} - kontynuacja{/u}
{u}rozdział 5{/u} spotkanie z katem
Środa. Obudziłam się z nieśmiałym przeczuciem, że nowy dzień szykuje dla mnie większe zmiany, niż z pozoru mogło się wydawać. Do moich uszu wciąż docierała grająca przez całą noc muzyka, która zdawała się przenosić mnie w czasy, w których na pewno żyć bym nie chciała. Leżałam tak sobie w łóżku i puściłam swoje myśli w samopas. Dotarło do mnie w pewnym momencie, jak bardzo stałam się przewrażliwiona. „W porównaniu z tym, z czym przyszło się mierzyć ludziom, którzy żyli w czasie wojen światowych, lub tym, którzy byli trzymani w obozach, czy też po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce musieli uciekać za granicę, moje dylematy to śmieszne błahostki”, wydedukowałam i zdziwiłam się moim pierwszym wnioskiem. Lecz spodobał mi się ten zaczątek łańcuszka myślowego, więc pozwoliłam sobie na więcej: „Czym ja się teraz w ogóle przejmuję!? Żyję przecież w wolnym kraju. Odzyskałam także osobistą wolność i mogę robić, co mi się rzewnie podoba! Nikt mi już chyba nie zagraża, mam absolutny spokój”, dostałam olśnienia i aż otwarłam usta w zachwyconym uśmiechu. „Czarny Ksionżę przyzwyczaił mnie wprawdzie do odczuwania ciągłego poczucia winy z byle powodu, ale stosował to na mnie tylko po to, by mnie przy sobie trzymać, po nic więcej. Tak naprawdę nigdy z żadnego powodu nie powinnam czuć się winna. A w jego przypadku to już na pewno!”, tłumaczyłam sobie. „Owszem, podjęłam działania, którymi mogłam sprawić przykrość życzliwej mi osobie, ale przecież miałam powody, by podjąć takie, a nie inne decyzje”, klarowałam sobie, myśląc o moim masażyście. „Zresztą, i tak się okazało, że moje przeczucia były trafne, gdyż zarówno Czarny Ksionżę, jak i nad wyraz inteligentne kumpele dały mi kiedyś nieźle popalić…” Zaczęłam się sama sobie teraz dziwić, dlaczego w ogóle zależało mi na tym, co oni wszyscy sobie o mnie myślą. „Czarnego Ksiencia się bałam, fakt, tu byłam jak najbardziej usprawiedliwiona. Ale koleżanki?”, pokręciłam głową, śmiejąc się z własnej głupoty. „Najważniejsze dla mnie powinno być to, co ja sama chcę, oraz to, co ja wiem na swój temat. Na Ziemi żyje prawie siedem miliardów ludzi; gdybym się chciała przejmować opiniami ich wszystkich to kaftanik i dom bez klamek mnie czeka. Dość tych bredni i rozczulania się nad sobą”, postanowiłam w końcu twardo. „Będę robić swoje, a inni niech sobie o tym myślą, co chcą, chromolę ich. Nikt nie ma prawa mnie oceniać. A z masażystą pogadam, kiedy wróci z kursu”, planowałam już ze spokojem. „Jeśli powie, że rozumie, i że jest ok., to super; jeśli nie – trudno. Zresztą, czemu miałoby nie być ok., skoro cały czas i tak dawał mi odczuć, że ciągle bardzo mnie lubi?”, przekonywałam sama siebie. Tak, miałam zamiar wrzucić w końcu na totalny luz i przestać doszukiwać się problemów tam, gdzie rzeczywiście ich nie było. I znów, czas po temu był już najwyższy, zacząć uwielbiać siebie i swoje życie. Uśmiech wrócił mi na twarz. W końcu zaczynało się układać. Przynajmniej tak to wyglądało. Zachciało mi się posłuchać czegoś weselszego. Namierzyłam więc wszystkie piosenki prześmiewcze mojej najnowszej muzycznej miłości i oddawałam się temu radosnemu nastrojowi przez cały poranek. Jakże lżej mi się zrobiło! W takim dziwnym nastroju nieograniczonej niczym swobody zdecydowałam się jeszcze przed wyjściem z domu naskrobać maila do mojej siostry. Weszłam na skrzynkę i odszukałam ją w moich kontaktach.
{i}„Ballada Pozytywna Hej, Piękna!
Mam nadzieję, że Twoje problemy z wodą należą już do historii. Wiesz, zawsze było tak, że jak się wali, to wszystko. Najwyraźniej u Ciebie ma to w tym momencie zastosowanie. ALE: nic nie trwa wiecznie, tak więc to także minie :) Mam również nadzieję, że w końcu skończą się Twoje problemy z szukaniem pracy. Wiem, ile nerwów Cię to kosztuje i naprawdę nie zazdroszczę Ci tej sytuacji. Cóż, czas pokaże, co z tego wszystkiego wyjdzie. Nie ma się co nastawiać ani na pozytywne, ani tym bardziej na negatywne scenariusze wydarzeń. Tak, czy owak, będę trzymać kciuki, żeby było jak najlepiej. Coraz bardziej martwi mnie postawa Twojego męża. Mogłabym Ci napisać na ten temat cały elaborat, ale prawda jest taka, że jeśli on sam nic nie będzie chciał z tym zrobić, to i tak nie zrobi. Tak samo, jak i Ty… Nie chcę Cię podburzać, ale przecież wcale nie musisz tego wszystkiego znosić! Kobieto, nie daj sobie marnować życia!
Część 22 / 2
Co do CK, kurde, on jest jakiś psychiczny po prostu. Szkoda tego nawet komentować... Zafundował mi wyjątkowo makabryczne święta, musiałam go nawet postraszyć policją, bo naprawdę mógł komuś, czyli mnie, krzywdę jakąś zrobić. Ale spotkałam go wczoraj i w końcu chyba dał sobie ze mną spokój ostatecznie. Podobno wyjeżdża z powrotem za granicę i już go nie zobaczę :) Tyle nerwów mnie kosztował i paranoicznych sytuacji, i w końcu mój koszmar się kończy :D Jestem WOLNAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!! I w najbliższym czasie wcale to, a wcale nie mam zamiaru podobać się facetom. Mam ich powyżej dziurek w nosie. Jak tak dalej pójdzie, to chyba obiorę kierunek -> klasztor.
Fakt, trafiłam na leżankę do mojego ulubionego masażysty. Cóż, mój problem polegał na tym, że chciałam wcześniej iść do kobitki masażystki, głównie dlatego, że wiedziałam, jak ten psychopata może zareagować, jeszcze by komuś krzywdę zrobił. Inny powód to taki, żeby kumpele sobie wątków nie dorabiały i nie wyobrażały niestworzonych historii, co jest cholernie męczące. Ha ha ha, MM dowiedział się w piątek przed świętami, że chciałam iść do tej jego koleżanki masażystki, a nie do niego. Oberwało mi się paroma aluzjami, ale cały czas, mimo to, był dla mnie miły i życzliwy i jeszcze próbował mnie rozśmieszać! Postrzegałam to nawet czasem, kretynka, w kategoriach kary… Chciałam wczoraj z nim pogadać i wyjaśnić sytuację, ale tak jakoś wyszło, że nie pogadałam, bo się tak jakoś nie złożyło i teraz mam kolejny tydzień na przemyślenia, co konkretnie mu powiem kiedy wróci, bo jest teraz na jakimś szkoleniu gdzieś tam i będę mieć zastępstwo z jego kolegą przez 4 kolejne wizyty. Staram się o tym nie myśleć, ale nie da się :) Śmieszne jest to, że tyle czasu chciałam być wredną zołzą, a kiedy już się zachowałam jak wredna zołza, bardzo mi się to nie spodobało i działało na mój nastrój wyjątkowo dobijająco. Ale już mi przeszło, mam bardzo skuteczną muzyczną skalę porównawczą, tak więc nie martw się. Cóż, we wtorek z nim pogadam, wiem, że jeszcze mnie lubi mimo wszystko, mam więc nadzieję, że będzie ok. Ale też nie chcę się nastawiać na nic, bo to nigdy nie wiesz, jak rozmowa przebiegnie. To facet przecież jest, z nimi nigdy nic nie wiadomo.
Nic to, kończę i wychodzę na poznanie nowego kolegi masażysty. Buźki, Siostrzyczko :* Pa!!!”{/i}
Wysłałam wiadomość, zebrałam się z domu i skierowałam w stronę przychodni. Będąc już na miejscu, zahaczyłam o sklepik na dole; musiałam zaopatrzyć się w standardowy jogurcik i soczek. Pan ze sklepiku, jak to miał w zwyczaju, bardzo się na mój widok ucieszył. Pamiętał także bezbłędnie, co ma mi podać. Od razu zrobiło mi się raźniej. Spakowałam zakupy do plecaka i pożegnałam się uprzejmie z moim dobrodziejem. Akurat szłam schodami w górę, gdy jeden chłopak, schodzący po tychże schodach, zwrócił moją szczególną uwagę. Miał tak antypatyczną minę, jakby zabijał wzrokiem. Posłał mi chłodne spojrzenie, niczym bazyliszek; zrewanżowałam się więc tym samym. Wydało mi się, że skądś go znam… „Czy to czasem nie on ma mieć zastępstwo za mojego masażystę?”, zastanawiałam się, pokonując kolejne schodki. „Boże, broń!”, wzdrygnęłam się. Miałam cichą nadzieję, że mnie oczy po prostu mylą. Miałoby to sens, zwłaszcza, że ostatnio miałam coraz poważniejsze problemy ze wzrokiem. Dotarłszy pod gabinet, usiadłam sobie na ławeczce i spokojnie zjadłam swój jogurcik. Następnie odkręciłam butelkę i wypiłam kilka łyków soku. Nie potrafiąc opanować ciekawości, zerknęłam pod nakrętkę. Na mojej twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. Napis brzmiał: „NIGDY O TOBIE NIE ZAPOMNĘ”. Prychnęłam sama do siebie i wywróciłam oczami. „Pięknie po prostu. Mam nadzieję, że to nie żaden kolejny znak od niebios”, pomyślałam, wątpiąc w jakikolwiek sens przeczytanej właśnie treści. A jednak. W chwilę później zobaczyłam, jak ten sam chłopak, którego mijałam na schodach, wrócił na to piętro, podszedł pod drzwi, przed którymi czekałam ja, otworzył je, nie zaszczyciwszy mnie nawet jednym spojrzeniem, i wszedł do środka… „Zapowiadają się rzeczywiście niezapomniane chwile”, pomyślałam w pierwszym odruchu i przełknęłam ślinę. Moje usta wygięły się w nerwowym uśmiechu. Bo cóż innego mi pozostało? Moim najmocniejszym atutem, odkąd pamiętam, był właśnie ten uśmiech. Postanowiłam nie zniechęcać się po pierwszym fatalnym wrażeniu. „To w końcu zwykły facet, którego pracą w dodatku jest pomaganie ludziom, tak więc może nie będzie aż tak źle, jak by się mogło wydawać”, starałam się pocieszyć. W chwilę później drzwi się otwarły, chłopak wychylił głowę, a spostrzegłszy mnie, spytał niedbale, jakby mi robił łaskę, że w ogóle się do mnie odzywa: - Pani od pleców? - Chyba tak – odparłam z wahaniem. „Ty niemiły…”, pomyślałam sobie zniechęcona, ale w jednej chwili postanowiłam zgrywać niewrażliwą na uszczypliwości, niewinną dziewczynkę. A, jak się później okazało, nie było to wcale takie proste. Weszłam do gabinetu. Chłopak, zaczytany w moją kartę, nie odezwał się słowem, więc przygotowałam się do zabiegu tak, jak dotychczas; zdjęłam kurtkę, buty i sweter, rozłożyłam ręcznik i wgramoliłam się na moją leżankę, kładąc się na brzuchu. W końcu zwrócił na mnie swoją uwagę, co w efekcie wywołało pytające spojrzenie w jego oczach. - A spodnie? – usłyszałam jego zdziwiony głos. - Że jak!? – o mało się nie zakrztusiłam. - Proszę rozpiąć spodnie – powiedział, lecz zabrzmiało to raczej jak pytanie, gdyż sam był nie mniej zaskoczony moją reakcją, niż ja sama. - Ale po co? – przestraszyłam się. Moja wyobraźnia w momencie się uaktywniła. „Co to za koleś!?”, myślałam spanikowana. „Czego on ode mnie chce!? Rozpiąć spodnie!? A potem co…?” Postanowiłam się bronić. – Do tej pory nigdy tego nie robiłam. I teraz też tego nie zrobię – oświadczyłam z naciskiem. - Wie pani – zdawał się być zdegustowany moim oporem. – Im więcej pani odsłoni, tym więcej będzie pani mieć przemasowane. - Ale ja tu przyszłam tylko na masaż pleców! – uczepiłam się swego, jak tonący brzytwy. Byłam gotowa nawet uciec z gabinetu, gdyby nie dawał za wygraną. - Jak tam pani chce – na szczęście odpuścił. Podszedł do mnie i rozpiął mi stanik. Następnie roztarł sobie na dłoniach oliwkę i wziął się za moje plecy. „Oliwka… Choć tyle dobrze, że nie ten koszmarny talk. A jakie cieplutkie rączki…”, pomyślałam, trochę się uspokajając. On znów spytał – Czy to pani pierwszy masaż? - Nie – odrzekłam, starając się, mimo wszystko, zachować uprzejmie; moja kultura osobista to w końcu moja sprawa. Nie miałam zamiaru z niej rezygnować, nawet mając do czynienia z aroganckim zarozumialcem. – Po raz pierwszy trafiłam tu pod koniec listopada zeszłego roku. Miałam wtedy masaż, laser i salę gimnastyczną. Zresztą, ćwiczę sobie w domu do dzisiaj. Rozpoznałam na plecach pierwszy etap masażu klasycznego. Tak, moje dotychczasowe doświadczenie dodało mi trochę pewności siebie; przynajmniej wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Lecz, tak, jak w przypadku mojego masażysty, pod wpływem dotyku dłoni i tego chłopaka, wrażliwość mojej skóry również dała o sobie znać. Mogłam się tego spodziewać… Zaczęłam się chichrać. - Skądś panią kojarzę – przyznał już trochę przyjemniejszym głosem. - Na pewno z sali gimnastycznej – odparłam bez namysłu, ciągle się sama do siebie uśmiechając. – Jestem dość charakterystyczną, niecodzienną pacjentką. - Możliwe. Bywam na sali czasami – przyznał, a mnie udało się do pewnego stopnia rozluźnić. Może nawet trochę za bardzo jak na nasz pierwszy raz. Zamruczało mi się, całkiem automatycznie, na co najwyraźniej nie był przygotowany, gdyż stwierdził, trochę zmieszany – Pani chyba jest niedopieszczona. - Ja? Jak to? Dlaczego? – nagle przypomniałam sobie, z kim jestem w salce. - Stęka pani jak sześćdziesiątka i krzywi się pani jak sześćdziesiątka – wyjaśnił, co odebrałam za wyjątkowo złośliwy komentarz. Zrobiło mi się przykro. Chyba to wyczuł, bo w chwilę później dodał pośpiesznie – Ale w ogóle nie wygląda pani na swoje lata. Gdybym nie wiedział z karty, ile ma pani lat, nigdy bym pani tylu nie dał. - Zawsze wyglądałam młodo – odparłam chłodno, ignorując tą próbę…