Komedia · 22 min czytania
REHABILITACJA: seria druga - Powrót na leżankę
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria druga - Powrót na leżankę{/b} - kontynuacja{/u}
{u}rozdział 9{/u} syndrom sztokholmski
Zdecydowanie za krótko w nocy spałam. Mało brakowało, a spóźniłabym się z tego wszystkiego na korki, na których też niespecjalnie chciało mi się siedzieć i myśleć. O tak, z myśleniem miałam tego wtorkowego poranka straszne problemy; byłam zupełnie nieprzytomna. Do tego dochodziła pogoda, która zaczynała się psuć. Jednakże śmiać mi się chciało ze wszystkiego niemiłosiernie, przez co moja kursantka uznała, że zachowuję się już normalnie. Normalnie – jak na mnie, oczywiście sprzed znajomości z Czarnym Ksienciem. Najwyraźniej nocna sesja z pośladkami zrobiła swoje. Uwielbiałam ten stan! Idąc do przychodni, dopadła mnie faza na „Pomarańcze i mandarynki.” Mogłabym zasłuchiwać się w dźwięki instrumentów smyczkowych i fortepianu całymi godzinami, a przede wszystkim w słowa utworu, śpiewane tym niesamowitym głosem. Piosenka, wespół z nieprzespaną nocą, wprawiła mnie w stan zbliżony do utraty kontaktu z rzeczywistością. Całą swoją drogę do przychodni zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój ostatni masaż z tym chłopakiem. „Lubił mnie?”, wciąż się zadręczałam idiotycznymi pytaniami. Wszystko na to wskazywało. Ciekawe tylko, do jakiego stopnia… Eh, nie chciałam o tym za dużo myśleć, żeby nie znaleźć się na oucie. Ale samo się myślało. Miałam przeczucie, że moja nakrętka mówiła prawdę: nie zapomnę o nim. Jeśli nie nigdy, to na pewno nie z łatwością. A tak chciałam uniknąć jakichkolwiek rozterek… Dopiero co, cudem chyba jakimś, udało mi się wykaraskać, w miarę bez szwanku, z poprzedniego koszmaru, a tu z taką łatwością potrafiłabym rzucić się w wir czegoś następnego. I gdzie tu logika!? Tego ranka moją logikę najwyraźniej jednak wysłałam do stu diabłów. Tak błądząc myślami, nim się spostrzegłam, znalazłam się pod gabinetem laseru. Musiałam tu się odrobić najpierw, bo gabinet był otwarty tylko do pierwszej. - A co to za zmęczona minka? – zmartwiła się na widok mojej twarzy kobitka od laseru. - Ach, nie wyspałam się – odrzekłam zmęczonym głosem i weszłam do środka. – W dodatku jestem już po jednych zajęciach, a po południu idę na następne i tak do dziesiątej wieczorem. - To pani bardzo ciężko pracuje – przyznała, podając mi okularki ochronne. - Nie przeczę – uśmiechnęłam się, zakładając na nos ten cudaczny przedmiot. - I plecak znowu jaki ciężki – oceniła i przystawiła mi do szyi urządzenie. – Nic dziwnego, że tu pani z powrotem trafiła. - Wiele osób mi o tym mówi – powiedziałam z westchnieniem. – Będę coś musiała z tym zrobić, tylko jeszcze nie wiem, co. Na razie przy życiu trzyma mnie wiosna. - Coś pochmurna ta wiosna dzisiaj – zauważyła. - Deszcz jest w przyrodzie potrzebny. – odparłam. – Zwłaszcza wczesną wiosną. Byle tylko nie było go za dużo. - Zgadza się – zamyśliła się. – Może padać, ale bez przesady. Słońce też jest bardzo potrzebne. - To prawda – przytaknęłam. – Kocham słońce. Dziś to ona wiodła prym w rozmowie. Mnie się za bardzo nie chciało rozmawiać; nawet kilka razy mi się samo tak jakoś ziewnęło. Postanowiłam sobie, że zacznę się wysypiać. Cóż, nie zawsze się da, zwłaszcza, kiedy po łbie tłucze się tysiąc cudacznych myśli… Widziała, że jestem przyklapnięta, więc też za bardzo mnie nie dręczyła. A to mogło oznaczać, że wyglądam naprawdę koszmarnie i żałośnie. Po zabiegu, mając jeszcze kilka minut do masażu, odwiedziłam przychodniany sklepik, gdzie zaopatrzyłam się w jogurcik i soczek. Nie zabawiłam tam zbyt długo; nie chciałam się spóźnić na kolejny punkt programu. Nie mogłam jednak sobie odżałować zerknięcia pod nakrętkę soczku. Dziwny napis: „WSZYSTKO W PORZĄDKU”. Uśmiechnęłam się krzywo. Co to miało być? Wzruszyłam ramionami, napiłam się łyka i pożegnałam z panem ze sklepiku. Dotarłszy pod gabinet masażu, usiadłam i przywitałam się z pacjentką, która siedziała pod drzwiami. - Pani też na dwunastą trzydzieści? – spytała nieśmiało. - Tak – odpowiedziałam półprzytomnie. – A pani też teraz ma mieć zabieg? - Tak, z tym młodym chłopakiem – odparła. – A pani? - No, ja też właśnie – spojrzałam na nią, nie mogąc ocenić, czy to wszystko czasem jeszcze mi się nie śniło. – Ale jaja. - Chyba się pomylili – zamyśliła się, po czym się zdenerwowała – Ale burdel tu mają. Zadzwonili do mnie wczoraj, że jest wolna ta godzina, to się nawet ucieszyłam, że wcześniej się tu odrobię. - Niech się pani tym nie przejmuje, bo nie ma czym – starałam się ją uspokoić. – Mają teraz taką sytuację, że chłopak, który tu normalnie pracuje, na kurs jakiś pojechał, i zastępuje go inny. Wie pani jak to jest na zastępstwach. - No, niby tak, ale co teraz zrobimy? – spytała zniesmaczona. - Mnie się nie spieszy, mam dzisiaj dużo czasu – przyznałam i zaproponowałam – Jeśli pani się spieszy, proszę wejść przede mną. - Jest pani pewna? – zdawała się mi nie ufać. - Ja się w międzyczasie zdrzemnę, bo coś się nie wyspałam – odrzekłam zmęczonym głosem. Siedziałyśmy tak kilka minut w milczeniu. Zwykle bardzo się cieszyłam na możliwość poznania nowej osoby, lecz brak snu za bardzo dawał mi się we znaki. A nie chciałam wyglądać koszmarnie. Choć teraz to i tak już większej różnicy by nie zrobiło. Nagle z gabinetu wyszła jakaś inna pacjentka. Po chwili w drzwiach pojawił się i chłopak. Zauważył mnie i spytał zaskoczony: - A ty co tu robisz? - Ja? – wstrząsnęło mną do tego stopnia, że w momencie się obudziłam. Nie byłam w stanie jednak stwierdzić, czy był bardziej zdziwiony, czy zły na mój widok. „O co, mu, do cholery, chodzi!? I dlaczego mówi mi po imieniu?”, pytałam się w myślach w pierwszym odruchu, choć tak naprawdę odpowiedź znałam doskonale: pomyliły mu się godziny. Odparłam więc z nieukrywanym zaskoczeniem – Jest dwunasta trzydzieści, tak się umawialiśmy przecież. - Na jedenastą – mierzył mnie wzrokiem, trochę zbity z tropu. - Przecież uprzedzałam wczoraj, że na jedenastą nie dam rady, bo pracuję – wyjaśniłam, wciąż w wielkim szoku. Jednak byłam pewna swojej racji, więc udało mi się zachować względny spokój. - No dobra – powiedział z nieskrywanym niezadowoleniem. – Jakoś to musimy rozwiązać. Która z pań przyszła pierwsza? Pacjentka spojrzała na mnie nieśmiało, a ja na nią. Nie miałam zamiaru okazać się gołosłowna, ani tym bardziej dać się wysłać na pierwszy ogień, więc tylko wskazałam na nią dłonią. Zaprosił ją zatem do gabinetu i zamknął za nimi drzwi. Miałam trochę czasu na kilka przemyśleń. Cóż, nie zapowiadało się zbyt przyjemnie. „A miało być tak miło…”, westchnęłam w myślach. Wczoraj odniosłam nieodparte wrażenie, że też bardzo chciał, żebym dzisiaj przyszła. No bo skąd nagle to desperackie poszukiwanie wolnej godziny? Mógł sobie przecież odżałować. A tu nagle taki rozdrażniony… „Pewnie, jak nie zapisał sobie tej zmiany, zapomniało mu się i myślał, że mam być na jedenastą, jak poprzednio”, szukałam wytłumaczenia. „ A mnie na jedenastą nie było, no to się wkurzył, bo się poobijał przez te pół godzinki, a teraz ma dwie pacjentki na raz. Szkoda, że tak wyszło. Ale to przecież nie moja wina”, uspokajałam się w myślach. Tak, przykro mi było, że tak to wyszło, lecz w chwilę później doszłam do pocieszającego stwierdzenia: „A może to i lepiej, przynajmniej nie zdążę go sobie wyidealizować, jak to miewam w zwyczaju.” Po tym, jak przed chwilą na mnie wyskoczył, wszelka ochota na kontakt z nim przeszła mi jak ręką odjął. Siedziałam pod gabinetem krócej, niż bym się mogła spodziewać. Już po około piętnastu minutach pacjentka wyszła, a ja mogłam wejść na swój ostatni zabieg z tym chłopakiem. Przekraczając próg, powiedziałam zmartwiona: - Na pewno umawialiśmy się na tą godzinę, mam zapisane w kalendarzu. - Tak, wiem – przyznał niechętnie. Najwyraźniej głupio mu było i nie chciał więcej o tym rozmawiać. – Proszę się przygotować. To rzekłszy, wyszedł na chwilę, a ja w tym czasie rozłożyłam ręcznik, zdjęłam buty i bluzkę i położyłam się na leżance. Wrócił i podszedł do mnie. Rozpiął mi stanik i już miał rozprowadzić sobie oliwkę na dłoniach, gdy nagle stwierdził poirytowany: - Jeszcze wyższe spodnie. Co ja mam pani masować, tylko tą szyję i łopatki? - No, a nie? – zdziwiłam się jego tonem. Potrafiłam zrozumieć, że jest na siebie zły o pomylenie godziny, ale dlaczego wyładowuje się na mnie!? Tak, byłabym nie utrudniała, gdyby był dla mnie mniej brutalny. - Nie – zaczął marudzić i wybrzydzać. – Nie będę pani masować w takich warunkach. - Jak to nie? – teraz to dopiero mnie zaskoczył. „Czym sobie na to zasłużyłam?”, w panice zaczęłam szukać przyczyny jego zachowania, choćby najbardziej głupiej; winna przecież niczemu nie byłam. On natomiast zapiął mi stanik z powrotem… Przestraszyłam się, że jeszcze gotów wywalić mnie z gabinetu! - Nie i już – oberwałam bezpodstawnym fochem. Tylko dlaczego!? Ależ byłam skołowana. Dlaczego mi to robił!? Po chwili otrzymałam ultimatum – Chyba, że rozepnie pani te spodnie. W jednej chwili udało mi się zapomnieć nawet, jak się nazywam, a co tu dopiero mówić o jakichś tam spodniach. Było mi przykro. I głupio. I żałowałam, że tu dzisiaj przyszłam. I bardzo, ale to bardzo, zatęskniłam za moim masażystą; on by mnie w życiu tak nie potraktował. - Widzę, że nie może się pani zdecydować – wyrwał mnie z zamyślenia. – To nie ma sensu. - No, dobra – przełamałam się. Wzięłam głęboki wdech i wyszeptałam – Niech będzie, poddaję się. - Co takiego? – musiałam mówić tak cicho, że pewnie mnie nie usłyszał. Lub może raczej udawał. Powiedział z nieskrywanym tryumfem w głosie – Nie słyszę… - Poddaję się – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Tak się dać urabiać! Tresować! Zdenerwowałam się. Moje spojrzenie wręcz ciskało błyskawice. Warknęłam więc jeszcze, patrząc na niego spode łba – Zadowolony? - Czyli jak będzie? – spytał już dużo łagodniej i w momencie dotarło do mnie, że to był najzwyklejszy w świecie blef. Tylko co mi chciał tym udowodnić? Że potrafi ze mną wyrabiać, co mu się rzewnie podoba? Że akurat on potrafi nade mną zapanować? Coś na kształt poskromienia złośnicy? Ale słowo się rzekło… W dodatku prawie całą noc nie spałam, wyobrażając sobie ten moment, tak wiec koniec końców, mam to, o co sama się prosiłam. Z tą drobną różnicą, że rzeczywistość miała się nijak do wyobraźni. - Czyli – odrzekłam pogodzona już z sytuacją – można ze mną robić, co się chce. - No to rozpinamy spodnie – powiedział już zupełnie normalnym, wręcz radosnym głosem. - Ja? – zagrałam na zwłokę. Wyszło raczej jak niezły dowcip, bo się roześmiał. - Przecież nie ja. Starałam się na niego w ogóle nie patrzeć. Nie podnosząc się z leżanki, rozpięłam te przeklęte spodnie i troszkę osunęłam je w dół. Nie miałam ani siły, ani ochoty mówić czegokolwiek. On ponownie rozpiął mi stanik, rozprowadził sobie oliwkę na dłoniach i, pogwizdując pod nosem radosną melodyjkę, zabrał się za masaż.