Komedia · 1 godz. 7 min czytania
REHABILITACJA, seria pierwsza - Rehabilitacja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b}{u}{c:navy}{font:courier}REHABILITACJA{/b}
od autorki{/u}
Drogi Czytelniku! Oddając w Twoje ręce niniejsze opowiadanie wierzę, że będziesz mieć tyle samo radości z czytania, co ja miałam z jego tworzenia. Chcąc sprawić, by lektura była dla Ciebie lżejsza do przetrawienia i bardziej zrozumiała, postanowiłam przybliżyć Ci pokrótce proces jej powstawania. Zaczynając pisanie, moim pierwotnym zamierzeniem było zaledwie stworzenie sobie niecodziennej pamiątki po pierwszej serii wypraw do przychodni, które odbyłam w ramach swojej własnej rehabilitacji. Szczególnie rozmowy z masażystą, który stał się tym samym moją główną Inspiracją, wydały mi się na tyle interesujące, że zapragnęłam je jakoś w pamięci zachować. Zdając sobie sprawę, że pamięć ludzka bywa krótkotrwała, postanowiłam tym naszym pogawędkom nadać kształt słowa pisanego. Aczkolwiek, w miarę pisania pomysł ewoluował; dialogi wplotłam więc w szerszy, fikcyjny kontekst, w mojej głowie powstała fabuła, wyklarowali się dodatkowi bohaterowie… i nim się obejrzałam, powstało całe opowiadanie, nie będące już jednak moimi wspomnieniami. Z wersji pierwotnej tak na dobrą sprawę zachowały się tylko fragmenty rozmów głównej bohaterki (która nie może już dłużej w żaden sposób być identyfikowana ze mną) z jej masażystą, i opowieść z rzeczywistego zapisu wymiany zdań zmieniła się w fikcyjną historię. Większość postaci ma swoje źródło w świecie rzeczywistym; są one jednakże zakamuflowane w taki sposób, by mogły pozostać w pełni anonimowe. Od razu po naskrobaniu serii pierwszej, wpadłam na pomysł, by celowo wybrać się na zabiegi raz jeszcze po to, aby móc kontynuować tak dobrze zapowiadające się dzieło. Zaowocowało to powstaniem serii drugiej. Fabułę właściwie już miałam naszkicowaną w mojej głowie, potrzebne mi było jeszcze tylko wprowadzenie pomysłu w życie i, przede wszystkim, zdobycie dialogów ze świata rzeczywistego. Gdy było już po wszystkim, a nagimnastykowałam się przy tym nieziemsko, walcząc czasem ze stanami porównywalnymi z rozdwojeniem osobowości (raz byłam sobą, innym razem czynem i słowem musiałam wcielać się w moją bohaterkę), zaświtało mi w głowie, że bardzo ładnie całe opowiadanie by wyglądało, gdyby miało trzy części. Myśl więc zamieniłam w czyn raz jeszcze. I tak oto powstała całość, którą właśnie masz przed oczami. Każdą część postanowiłam dodatkowo opatrzyć innym hasłem przewodnim, jako że każda z nich (mimo że wszystkie tworzą logiczny ciąg zdarzeń) jednocześnie porusza inną tematykę i jest utrzymana w trochę innym klimacie. Odsłoniwszy kulisy tworzenia „Rehabilitacji”, pozostaje mi już tylko życzyć Ci przyjemnej lektury. Weź więc głęboki oddech, rozłóż się wygodnie w fotelu i UŚMIECHNIJ SIĘ :D AgnieszkaQ
{u}seria pierwsza {b}REHABILITACJA{/b}{/u}
{i}„Kobiety sobie doskonale wszystko wyobrażają, a tak mało rozumieją.”{/i} L. Tyrmand
{u}prolog do serii pierwszej{/u}
Część 22 / 2
{i}“Re: Never give up Hello Moze zaczne od pana p no to rzeczywiscie chamowa zeby nie odpisac zwyklego dziekuje za pamiec i tyle masakra po tym wszyskim co was łączylo od poczotku wiedzialam ze ten koles jest jakis dziwny i tajemniczy gorzej niz z baba nic nie powie caly skryty wyrywac czebaby bylo cos o nim mozna by rzec ze jaki psychopata czy cos :P tak wiec dobrze ze kontakt sie urwal bo zaslugujesz na kogos normalnego a nie jakis dziwolągow ktorzy to nawet nie umieja sie z twoimi znajomymi zintegrowac :) Taaa ja ci doradzam a sama nie lepsza!!!! Wiem ze poziom mojej guoty siegnąl zenitu już chyba tak sobą dac pomiatac no ale co zrobie skoro tylko on ma robote i to ciezką w dodatku wiec choc tyle mogę zrobic co te objadki i sprzątanie i podawanie tego przkletego piwska przed tv :( choc tyle ze siniaki już poschodzily bo do ludzi za cholere się tak pokazac nie mozna :(ja juz chce do pracy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :(wiesz socjal socjalem ale to nie to samo co stala robota. Ale obiecuje ze jeśli tylko cos zlego będzie się dzialo to dam ci znac. Prosil mnie ostatnio o szanse mowil ze się zmieni wiec sproboje mu uwiezyc a na razie zobaczymy co to dalej bedzie A co do twojego objektu no to szkoda ze zajety kij z tą żonom bo jak by sama byla to luz ale jak dzieci dochodza to szkoda rozwalac rodziny :( wiec jak to sie mowi faceci sa albo zajeci albo zasrani ciezko w tych czasach o facetow fajnych nie zajetych moze dlatego ze ludzie dobieraja sie w pary za czasow zóltodziobów i jak sobie nie dobierzesz za mlodu odpowiedniego kandydata to juz po dwudziestym roku zycia mozna sobie spiewac mężczyzni ktorych mam na mysli powychodzili za mąż juz :P nie przejmuj sie ja tez se tak czasami spiewam bo ci na ktorych mi najbardziej zalezalo jak bylam mloda i glupia bo uciekalam przed nimi sa już zajeci a jeden to ma juz syna a ja myslalam ze on wiecznie bedzie czekal na mnie no ale nasza klasa zmyla mi sen z powiek hehe Nie martw się pilnuje tej mojej przyjaciolki, chodzi na wizyty regularnie choc caly czas jest przybita trudno się zreszta dziwic ja nie wiem co ja bym na jej miejscu zrobila ale to musi byc trauma na cale zycie ale jakos bedzie musiala sobie z tym poradzic nie ma rady pozostaje nadzieja ze czas leczy rany i wsumie mamy się nawzajem ona mnie a ja ją i jakos to leci tak pozatym nic nowego u mnie sie ostatnio nie dzieje pozatym ze jak nie mam jakiegos konkretnego planu na dzien to spie do 13 masakra mozna by kobla dostac z nudow tak zle tak nie dobrze sama juz nie wiem czego chce masakra!!! dobra koncze moze zrobie co do jedzenia bo ile mozna lezec :P buziole”{/i}
Buziole, siostrzyczko. Moja siostra zawsze potrafiła mnie podnieść na duchu, wyjaśniwszy uprzednio całą zawiłość relacji damsko – męskich prostym do przyswojenia przez przeciętnego człowieka językiem. Eh, dlaczego musi mieć rację… Lecz jeszcze ciekawsze jest to, że nawet moi uczniowie wykazują się czasami większym rozsądkiem oraz instynktem samozachowawczym niż ja sama. - He is married - przypomina mi jedna z moich siedemnastoletnich uczennic podczas konwersacji. - I know - odpowiadam jej. - But he is MARRIED - dodaje z takim naciskiem, jakby rzeczywiście mówiła do mnie drukowanymi literami. - I KNOW - także odpowiadam drukowanymi, dodając głosem rozkapryszonego dziecka - but you know… Patrzy na mnie i kręci głową z niedowierzaniem. Spoglądam na nią karcącym wzrokiem, zwracając uwagę na sposób, w jaki siedzi, czyli z nogą założoną na nogę, i upominam: - Żylaks! Poprawia się i zaczynamy obie się śmiać. - You know - mówi po chwili, rozpromieniona, - you are a Good Fairy of this world. Really, I mean it . Przez moment nie wiem, co odpowiedzieć, lecz szybko odnajduję się w sytuacji: - I’m thought to be a witch, you know – zaśmiałam się. – Viva Rock’n’Roll! Kocham swoich uczniów. Kocham swoją pracę. Kocham swoje życie w każdym jego aspekcie, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Mimo wszystko i wbrew wszystkiemu.
{u}rozdział 1{/u} ze skrajności w skrajność
Naturalnym następstwem siedząco – stojącego trybu życia są dolegliwości wszelkiego rodzaju. Dzięki ślęczeniu nad książkami, ślepieniu w monitor komputera oraz wielogodzinnemu staniu podczas zajęć w szkole językowej, w końcu dały o sobie znać moje plecy i szyja. Jak każda dość zapracowana osoba, lekceważyłam sobie wszystko do momentu, w którym zaczęło to uniemożliwiać mi normalne funkcjonowanie oraz odbierać i tak już zachwianą w ostatnim czasie radość życia. W zdrowym ciele zdrowy duch, jak to się zwykło mawiać, dlatego też postanowiłam w końcu wybrać się do lekarza, od którego otrzymałam skierowanie na masaż, laser i gimnastykę. Nawet nie przypuszczałam, jak wielki wpływ to z pozoru niewinne doświadczenie będzie miało na moje życie. Wpływ na moje życie… Jak ono zatem wyglądało w chwili, gdy postanowiłam wybrać się z wizytą do lekarza? Popołudniami i w soboty pracowałam do upadłego, prowadząc kursy językowe i udzielając korepetycji, natomiast nocami i dopołudniami, podczas wszelkich możliwych czynności, namiętnie oddawałam się masochistycznym wręcz myślom o Panu P. - mojej utraconej kilka miesięcy wcześniej miłości. I tak, jak to czasami się zdarza, moja sfera emocjonalna, a jak się miało i później okazać – nie tylko ona, z chwilą przekroczenia drzwi przychodni, została poddana, można by rzec, swego rodzaju akupresurze. Ale może zacznę od początku. Pana P. jeszcze do niedawna postrzegałam jako swój dar od niebios. Jak to się mówi, najlepszym lekarstwem na starą miłość jest nowa miłość, tak więc Pan P. również był moim prawie, że natychmiastowym lekarstwem na poprzedni, dość chory związek. Z ex – chłopakiem, moją pierwszą pierwotną miłością, spotykałam się przez prawie cały okres mojego liceum i na samym początku podjętych przeze mnie studiów. Nie mieliśmy jednak zbyt wielu wspólnych tematów do rozmowy, a sposób, w jaki chcieliśmy spędzać nasz wolny czas, dość znacznie różnił się od siebie. Skoro moja praca umysłowa polegała głównie na siedzeniu na moich czterech literach i zakuwaniu, ewentualnie uczeniu ludzi mniej zdolnych językowo, to w ramach czynnego odpoczynku, chciałam chodzić na spacery, jeździć na rowerze, a nawet grać w piłkę. Wszystko, byle tylko nie musieć znowu siedzieć! Wszystko, by móc się choć trochę poruszać… On natomiast, jako że ciężko pracował fizycznie, dorabiając sobie na stanowisku łopatologa w szemranej firmie budowlanej swojego wójka, po powrocie do domu lubił zalegać przed telewizorem. A że był niewybrednym widzem, oglądał wszystko jak leci. Jedyną alternatywą dla telewizji była zadymiona knajpa w towarzystwie ludzi, których maniery często najwyraźniej zostały pominięte podczas procesu wychowania. W pewnym momencie już sam widok takiego przybytku, czy odgłos włączonego telewizora, zaczęły wywoływać u mnie zgrzytanie zębów. Muzyki też słuchaliśmy zupełnie różnej. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie ten drobny szczegół, że jak tylko wracał do domu, wyłączał moją i albo puszczał swoją, albo włączał telewizję. Hmmmm… jedyne, co nam jeszcze w miarę wychodziło, to kontakty w sypialni. Choć i te czynności, szczerze powiedziawszy, pozostawiały, delikatnie rzecz ujmując, wiele do życzenia, zwykle stanowiąc zaledwie przerywnik między jednym filmem, a drugim, lub próbę wyrażenia uczuć, świeżo odkrytych po zaaplikowaniu dość sporej dawki alkoholu. Czułam się zbędna, niepotrzebna. Męczyło mnie to wszystko. Dobijało wręcz. Bardzo. Czułam się przyduszona do granic możliwości. Próbowałam jakoś na niego wpłynąć, sprawić, żeby się zmienił. Chciałam na siłę utrzymać przy życiu ten związek. Głównie dlatego, że szkoda mi było zainwestowanego w niego czasu i wysiłku. Jednak po kolejnej już, nieudanej próbie, poddałam się i pozwoliłam, by w końcu zaczęła we mnie dojrzewać stara jak świat prawda: FACECI SIĘ NIE ZMIENIAJĄ. Nigdy. Choćbym nie wiem, jak chciała. Doszłam ostatecznie do wniosku, że jeżeli facet nie podoba mi się taki, jaki jest, to najzwyczajniej nie powinnam z nim być. On najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, ponieważ wkrótce jeden z tak zwanych „życzliwych” skwapliwie podzielił się ze mną świeżuśką nowinką – cała okolica wiedziała już o kiełkujących na mojej nieświadomej niczego główce rogach… Doniesienia się dość szybko potwierdziły, aż namacalnie wręcz odczułam, jak rysowałam sobie nimi po suficie. Poczułam się gorzej niż zero. Nawet dla takiego mało ambitnego kogoś nie przedstawiałam sobą na tyle wartości, by mnie uszanował! Nie zastanawiając się przesadnie długo, rzuciłam go, zanim on zdążył rzucić mnie. Choć tyle mogłam zrobić dla ratowania resztek poczucia własnej wartości. A patrząc później z perspektywy czasu stwierdziłam, że pojęcia nie mam, dlaczego w ogóle byliśmy razem. Jakby sam diabeł przewiązał mi oczy jakąś magiczną chustką. Pan P. natomiast, będąc zupełnym przeciwieństwem mojego ex - niewypału, zaspokajał moje wszelkie potrzeby intelektualne. To tak, jakby z poniżonej przed całym światem maszkary nagle ktoś zmienił mnie w cudowną księżniczkę! Na samym początku znajomości byłam oczarowana… Rozmawialiśmy ze sobą godzinami i zawsze był temat do rozmowy. Jako lingwistka kochałam się w słowach, a on potrafił tak słowa dobierać, że doprowadzał mnie często do stanów graniczących z platoniczną ekstazą. Odżyłam emocjonalnie, a własny rozwój intelektualny dodatkowo mnie uskrzydlał. Poza tym, chodziliśmy na długie spacery, na koncerty, mogliśmy nawet jeździć na całodniowe wycieczki rowerowe. Najwidoczniej, również będąc człowiekiem pracującym umysłowo, potrzebował tak samo potężnej dawki ruchu, co i ja. Nie zdarzyło mi się wcześniej być z kimś tak idealnym… No, może poza jednym szczegółem, nie dającym się nijak przeoczyć, i kłócącym się trochę z moim naszkicowanym pośpiesznie w psychice autoportretem chodzącego ideału: panicznie bał się mnie dotknąć. W jakikolwiek sposób. Zawsze tłumaczył to jakimś tajemniczym zdarzeniem z dzieciństwa, o którym nikomu, w tym także i mnie, nigdy nie opowiadał. Szybko się zorientowałam, że woli uciekać od swojego problemu, niż się z nim skonfrontować. „To tak, jakby zamieść śmieci pod łóżko, zamiast wyrzucić je do kosza”, tłumaczyłam mu, nie popierając tego podejścia, i chcąc też jakoś mu pomóc uporać się z jego problemem. Najwyraźniej jednak tego nie potrzebował, tak więc postanowiłam ostatecznie, że nie będę go na siłę uszczęśliwiać. Zdawałam sobie również sprawę, że niektórzy ludzie mogą mieć dość rozbudowane poczucie przestrzeni osobistej. Ale nie przypuszczałam wtedy, że można ją rozbudować aż do takiego stopnia: żadnego trzymania się za ręce, przytulania, czy nawet siedzenia obok siebie na tyle blisko, by stykać się jakąkolwiek częścią ciała! Czasami czułam się wręcz jak dziewica… A za każdym razem, kiedy udało mi się podejść „za blisko”, widziałam, jak robił się niespokojny i się odsuwał. „Dobra, są jeszcze na świecie faceci, którzy szanują kobiety”, zaczęłam tłumaczyć to sobie na wszelkie możliwe sposoby, „ale czemu to tak długo trwa, do cholery!? Zawsze ten fizyczny dystans…” Fizyczny dystans się przedłużał i nie zanosiło się, żeby kiedykolwiek miał się zmniejszyć. Pewnego dnia, po kilku miesiącach bycia razem, jeszcze przed obroną mojej pracy magisterskiej, mój Pan P. po prostu stwierdził, że musi sobie wszystko na spokojnie przemyśleć, dlatego tymczasowo musimy przestać się widywać. Poczułam się, jakby mój dar od niebios przedzielił mnie przez twarz mokrą, brudną szmatą… Ale czekałam. Od utraty zmysłów powstrzymywała mnie perspektywa ukończenia edukacji z jak najlepszym wynikiem, tak więc (naprawdę, to głównie po to, by nie zwariować od nadmiaru myśli, co nie zawsze wychodziło mi tak, jakbym tego chciała) cały swój świat postanowiłam podporządkować obronie magisterki, po której od razu znalazłam zatrudnienie na stanowisku lektora w jednej ze szkół językowych. Do Pana P. się nie odzywałam – nie chciałam mu się narzucać. „Jak będzie chciał się spotkać, to sam się zgłosi”, powtarzałam sobie. Czas jednak mijał, a wiadomość od niego nie nadchodziła. Dotarło do mnie w końcu, że pod słowami: „tymczasowo musimy przestać się widywać”, krył się zupełnie inny przekaz: „nie spotkamy się już więcej.” Eh, szczerze powiedziawszy, przez pierwszy okres po rozstaniu noc w noc ryczałam w poduszkę, nie mogąc zrozumieć, co się z nami właściwie stało. Cały świat nagle się zmienił tak drastycznie! Moja radość życia gdzieś wyparowała. „Cóż, ten przynajmniej mnie uszanował”, próbowałam się jakoś pocieszyć. Ciągle jednak, mimo wszystko, bardziej lub mniej świadomie, miałam nadzieję, że do mnie wróci. Choć z każdym dniem, tygodniem i miesiącem coraz mniejszą. Zarzuciłam wszelkie formy aktywności fizycznej. Nie miałam na to sił; wszystkie zużywałam na pielęgnowanie w pamięci wspomnień minionych chwil, bezlitośnie dopadających mnie w momentach pozbawionych nauki, czy pracy. Przestałam słuchać jakiejkolwiek muzyki – wystarczyła jedna „nasza” piosenka, by wyoutować mnie na pół dnia. W miarę upływu czasu zaczęłam, o ironio, snuć się od jednej zakrapianej imprezy do następnej, starając się odnaleźć jakieś swoje szczęście. Koniecznie potrzebowałam obecności innych ludzi, by poczuć się lepiej. Wszystko wydawało się wracać do normy, gdy byłam wśród nich. Oh, nic bardziej mylnego! Moje życie towarzyskie wprawdzie rozkwitło, jak jeszcze nigdy przedtem, lecz wewnętrzne szczęście, oczywiście, nie pojawiało się. A nadmiar alkoholu dodatkowo potęgował moje poczucie samotności i zwykle, zniknąwszy już z pola widzenia moich znajomych, kończyłam imprezę z powrotem samotnie rycząc w poduszkę i jęcząc: „Kocham cię, wróć do mnie…”. W takich chwilach sumienie ruszało nawet mojego kota, który mrucząc, ocierał się o mnie i trącał łbem, jakby chciał mi powiedzieć: „Uszy do góry, masz przecież jeszcze mnie.” I tak mijały kolejne dni. Aż pod koniec listopada ból pleców i szyi stał się już naprawdę nie do zniesienia. Swoją wielką przygodę z rehabilitacją miałam rozpocząć w poniedziałek, zgłaszając się najpierw do gabinetu masażu. Lecz ostatnie ogniwo łańcuszka przyczynowo-skutkowego, będącego odzwierciedleniem mojego bujnego życia towarzyskiego, przyniosło ze sobą wizytę u dentysty. Wtorek. Obudziłam się dość wcześnie rano, lecz nie chciało mi się wychodzić z łóżka. Lubiłam poleżeć sobie z godzinkę, lub dwie, układając w głowie historyjki ze mną i Panem P. w roli głównej. Tego dnia akurat po raz kolejny widziałam oczami swojej wyobraźni, jak z czerwoną różą w zębach błaga mnie na kolanach o wybaczenie i pragnie, bym do niego wróciła. Zawsze wracałam, jak w filmie z przesłodzonym happy-endem. W końcu jednak otwarłam oczy. Były jeszcze trochę wilgotne – nawet najpiękniejsze wyobrażenie zawsze kiedyś musi się skończyć konfrontacją z brutalną rzeczywistością. Automatycznie naszykowałam sobie śniadanie i nakarmiłam kota. Następnie poszłam pod prysznic. Lubiłam czuć na swoim ciele dotyk płynącej ciepłej wody, z którą zwykle łączyły się moje kolejne słone łzy. Tak, musiałam sobie jeszcze trochę popłakać, by mieć zapas na cały dzień; w końcu w pracy, czy na imprezie, musiałam jakoś trzymać fason. Poza standardem zawodowo-imprezowym pamiętałam jednak, że mam jeszcze w rozpisce na dziś zupełnie nowe doświadczenie – rehabilitację w przychodni. Odrobiwszy się w łazience, zaczęłam się ubierać. Dedukując, że będę się musiała przynajmniej częściowo rozebrać, włożyłam jeden ze swoich lepszych kompletów bielizny w kolorze ecru: stringi oraz stanik, przewiązywany z przodu ślicznym dodatkiem po postacią koronkowej tasiemki. „Aż chce się rozwiązać”, pomyślałam sobie, patrząc na siebie w lustrze. Lecz w chwilę później dodałam: „Nie wszyscy są jednak tego samego zdania.” Westchnęłam i uzupełniłam strój o dżinsy i sweter. Spakowałam do plecaka książki, ręcznik i zapas żywności na cały dzień. Zarzuciwszy jeszcze na siebie moją ulubioną skórzaną kurtkę, wyszłam z domu. Koniec końców, w przychodni znalazłam się w okolicach południa. Dopiero miałam się umówić na laser i ćwiczenia na sali gimnastycznej, natomiast miałam już wcześniej wyznaczoną godzinę na masaż. Modląc się w myślach, by mi nie przepadła cała seria z powodu mojej wczorajszej nieobecności, skierowałam się w stronę wskazanego mi w recepcji gabinetu. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu. Nigdy wcześniej nie miałam też robionego masażu profesjonalnie i pojęcia nie miałam, jak to wszystko ma się odbywać; mogłam się tego co najwyżej podomyślać. Wolałam jednak nie nastawiać się na nic konkretnego. Zresztą, sama myśl, że ma mnie dotykać jakiś zupełnie obcy facet, mogłaby wywołać pierwsze objawy paniki, której mimo wszystko chciałam uniknąć. Jeśli w ogóle zgodził by się mnie przyjąć, oczywiście… Raz się żyje, sama się o to prosiłam, tak więc wzięłam głęboki wdech i odnalazłam odpowiednie pomieszczenie. Zupełnie obcym facetem okazał się być młody chłopak w białym wdzianku. Nie widziałam go tu wcześniej, ale nie dziwiło mnie to zbytnio; na to piętro przychodni nieczęsto się przedtem zapuszczałam. Nie oszczędziwszy mi nagany za 24-godzinne spóźnienie, skierował mnie do salki i poprosił, żebym się przygotowała. „Czyli co zrobiła…?”, zapytałam się w duchu. Odczucie świeżo doznanej ulgi zmieszało się nagle z niezbyt komfortową dezorientacją. Zdążyłam tylko coś wyjęczeć pod nosem, a on już wyszedł i zamknął drzwi. „No, wielkie dzięki za pomoc…”, mruknęłam do siebie, czując nadchodzącą falę paniki. Wzięłam bardzo głęboki wdech, by się uspokoić. Miałam ze sobą ręcznik, tylko bladego pojęcia nie miałam, co z tym ręcznikiem mam zrobić. Wszelkie wersje odpowiedzi na to pytanie wydawały mi się tak prawdopodobne, jak i niedorzeczne. Jedyne, czego byłam pewna, to tego, że skoro mam mieć masaż pleców, powinnam ściągnąć z siebie sweter. I tylko sweter? Spodni chyba się nie ściąga… A jeśli się ściąga, a potem, jak na filmach, owija tym ręcznikiem? Panika. „Nie, nie wolno panikować”, starałam się uspokoić. „W końcu mam prawo po raz pierwszy być w takiej sytuacji i nie wiedzieć, co, gdzie i jak…”, tłumaczyłam sobie. Rzut oka na leżankę i kolejna myśl: „Na to ustrojstwo pewnie włazi się bez butów.” Zdjęłam więc buty i sweter. I zgłupiałam. Stałam w spodniach, skarpetkach oraz staniku obok tajemniczej leżanki, trzymając w ręku ręcznik, na przemian czerwieniąc się i blednąc. Po chwili wszedł mój masażysta. Spojrzał na mnie i szeroki, promienny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Nawet nie chcę wiedzieć, co sobie o mnie wtedy pomyślał… - Widać, że rzeczywiście jest pani tu po raz pierwszy - powiedział, ciągle się uśmiechając. „Jak nic - nabija się ze mnie! Co za…”, pomyślałam zawstydzona. Nerwowo zamrugałam oczami. - Jestem zupełnie zielona, zupełnie nie wiem, co mam robić - odrzekłam przepraszająco. Postanowiłam jednak zachować zimną krew i odnaleźć w sobie choć odrobinę „profesjonalnej pacjentki”. Zdobyłam się na nieśmiały uśmiech. – No, dobra, co mam robić? Jak ma to wyglądać? - kontynuowałam, mając nadzieję, że spokojnym głosem. - Ręcznik kładziemy na leżance, a siebie na ręczniku - odparł, ciągle się uśmiechając. Pocieszający wydał mi się fakt, że choć jednemu z nas było w tym momencie naprawdę do śmiechu. Pomógł mi z tym całym ręcznikiem i wkrótce znalazłam się na owej leżance. Czułam się skrępowana i niespokojna, leżąc tak na brzuchu i czekając, co będzie dalej. Serce biło mi jak oszalałe. „Tylko bez paniki”, uspokajałam sama siebie po raz kolejny, „Nie ty pierwsza, i nie ostatnia.” - Jeszcze dajemy wałeczek pod nogi – rzucił swobodnie, kładąc mi pod nogi walcowaty przedmiot. - A to po co? – chciałam wiedzieć. - Odciąża odcinek lędźwiowy kręgosłupa – odpowiedział z uśmiechem. Poczułam następnie jak rozpina mi stanik i rozprowadza na plecach oliwkę… Zapach oliwki wydawał mi się znajomy – przynajmniej jedna rzecz, którą kojarzyłam, będąc w tej nowej sytuacji. Ciarki mnie przeszły. Od tak dawna nikt nie dotykał moich pleców, ani żadnej innej części mojego ciała. Od tak dawna żaden chłopak nie rozpinał mi stanika… „Ile to już miesięcy samotności?”, mimochodem spytałam się w myślach. - Nie podoba mi się prawa strona pani pleców – poinformował mnie po chwili, wyrzucając mnie tym samym na ląd ze strumienia moich pokrętnych myśli. – Trzeba będzie nad nią popracować. - Niech się dzieje, co chce – odrzekłam z westchnieniem. – Byle tylko przestały mnie boleć. Plecy i oczywiście szyja…- jęknęłam żałośnie, gdyż szyja niesamowicie dawała mi się we znaki. - Coś zaradzimy – obiecał luzacko. Wtedy też zauważyłam, że miał taką pocieszną barwę głosu… – Wiele osób trafia tu z bólami pleców i szyi właśnie. W tym momencie poczułam na swoich plecach posuwiste, okrężne ruchy jego ciepłych dłoni. Przypominało to raczej głaskanie o niezbyt silnym nacisku niż to, z czym masaż mi się do tej pory kojarzył. Zrobiło mi się przyjemnie, a nawet w pewnym sensie zaczęłam czuć się bezpieczniej. Miałam wrażenie, że się powoli uspokajam. - Siedzący tryb życia robi swoje – zgodziłam się. – Do tego komputer… - A także problemy ze wzrokiem – wtrącił. „Dziwne… Aż tak to widać?”, zdziwiłam się trochę. Ostatnio miałam nieodparte wrażenie, że gorzej widzę. Nie zdawałam sobie natomiast sprawy, że da się to aż tak szybko zaobserwować komuś z zewnątrz. Chłopak szybko zaspokoił moją ciekawość, wyjaśniwszy – Ludzie, którzy słabo widzą, mają tendencję do wysuwania głowy do przodu. - Rzeczywiście! – podłapałam. „Trzeba będzie popracować nad swoją prawidłową postawą…”, westchnęłam w myślach, lecz spróbowałam także się wyluzować i palnęłam – Tak zwany „żółwik”. - Niesamowite – zaśmiał się. – Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze używa tego określenia. - Oni tak fanie wyglądają – nie mogłam się powstrzymać i kontynuowałam wypowiedź. – Dokładnie jak żółwie. Są bardzo charakterystyczni… - Nie widząc wyraźnie podczas wykonywania czynności dnia codziennego myślą, że będzie im wygodniej jeśli się pochylą – przyznał z zapałem. – Pochylają się podczas chociażby mycia naczyń. Powoduje to napięcie mięśni właśnie w okolicach karku, bardzo bolesnych, co sama pani zresztą wie. - Wstyd się przyznać, ale rzeczywiście mi się to zdarza – wyznałam. A zaraz potem dodałam, nie chcąc wyjść na całkowitą ignorantkę – Ale staram się nad sobą pracować. Wiem, że robię coś nie tak. Nie jest jednak łatwo pozbyć się starych przyzwyczajeń… Zajęta rozmową, nie myślałam już o tym, że leżę półnaga przed nieznajomym chłopakiem. Chłopakiem z ciepłymi rękami, które przynosiły niewypowiedziany relaks moim obolałym plecom. Albo mi się wydawało, albo jakość tego, co czuły moje plecy, się w pewnym momencie zmieniła. Czy to tylko jego dłonie były takie ciepłe, czy moja skóra też się taka zaczynała robić? Ruchy jego dłoni wciąż były koliste, lecz teraz jakby szybsze, z dodatkowym uciskaniem skóry. „Ale fajnie! Tak to ja mogę i codziennie”, rozochociłam się w myślach. - Dlaczego akurat masaż? – spytałam nagle chłopaka. - Nie tylko masaż, ale i cała fizjoterapia – poprawił mnie. Dało się wyczuć wyraźną nutkę dumy w jego głosie. - Pytam, bo jestem ciekawa po prostu – wytłumaczyłam pospiesznie. - Chciałem pomagać ludziom – odpowiedział bez namysłu. - Zawsze można było zostać lekarzem – skomentowałam prowokacyjnie. – Żeby zostać lekarzem, trzeba się za dużo uczyć – odrzekł, śmiejąc się. – A w ten sposób też pomagam. Widzę przecież, jak pani mi się tu rozluźnia. - To też prawda – przytaknęłam, chyba się czerwieniąc. W każdym bądź razie poczułam, jak zrobiło mi się jeszcze goręcej. „Masz mnie tu jak na widelcu, widzisz każde napięcie mięśnia… Ok., dziewczyno, nie myśl o tym”, snułam swoje konwersacje z samą sobą. - Widzę plecak, uczy się pani jeszcze? – wyrwał mnie z zamyślenia. - Uczę, ale innych – odrzekłam, z niedającą się nijak przeoczyć satysfakcją. – W tym roku skończyłam studia, anglistyka, nauczycielskie. Obecnie pracuję w szkole językowej i daję korki – chwaliłam się. Nawet udało mi się zdobyć na żarcik. – Czasem się śmieję, że jestem specjalistką od języka. - No, ładnie – skomentował i miałam wrażenie, że się bezgłośnie roześmiał. „Ekstra, teraz pomyśli, że go podrywam”, dotarło do mnie. „Będę musiała bardziej uważać na to, co mówię. W końcu sytuacja jest niecodzienna”, postanowiłam sobie. Znowu poczułam, że na moich plecach dzieje się coś nowego. Tempo ruchów dłoni chłopaka zrobiło się wolniejsze, ale za to uciskanie moich mięśni stało się dużo silniejsze. Odkryłam też dość szybko, jak bardzo moja skóra jest wrażliwa na dotyk, a konkretniej, że mam niesamowite wręcz łaskotki. Majstrowanie przy niektórych partiach moich pleców kończyło się więc niekontrolowanymi napadami śmiechu. Moje poprzednie doświadczenia z facetami jeszcze nigdy nie były tak przyjemne od strony fizycznej. „Na jakich ignorantów i samolubów musiałam dotychczas trafiać!”, olśniło mnie. Ale postanowiłam zachować to spostrzeżenie dla siebie. Przynajmniej na razie. Znałam siebie na tyle, by wiedzieć, że jeśli nie będę się hamować, chłopak oberwie moją rozbrajającą szczerością. Nie byłam pewna, jak na taką osobliwość może zareagować; nie każdemu przypada to do gustu… - Uwielbiam swoją pracę – powiedziałam, chcąc skierować swoje myśli na bezpieczne tory. – Nie wyobrażam sobie robić cokolwiek innego. Poważnie. - Nauczyciel uwielbiający swoją pracę… Ciekawe zjawisko – zażartował. - Wiem, że może się to wydawać dziwne, ale tak jest – podkreśliłam. – Pewnie dlatego, że nie uczę w szkole państwowej, tylko prywatnie. Choć z dyscypliną na tych kursach też różnie bywa. Cóż, każdy zawód ma plusy i minusy. - To wiadomo – zgodził się. - Z dzieciakami na etapie gimnazjum jest czasem bardzo ciekawie – poczułam nieopanowaną potrzebę podzielenia się z nim jedną z najnowszych anegdot. – Wczoraj zajmowaliśmy się między innymi słówkiem „real ”. Zadaję pytanie jednemu synkowi: „Have you got a real friend? ” On spojrzał na swoją prawą dłoń, uśmiechnął się z satysfakcją, i odparł: „Yes, I have! " - Poważnie? – chłopak parsknął śmiechem. – No to wesoło jest na tych zajęciach. Ile lat mają te dzieciaki? - Tak około trzynastu, czternastu – odparłam, sama zanosząc się od śmiechu. Zdałam sobie natomiast sprawę, że właśnie poziom mojej samodyscypliny spadł niewybaczalnie. Po raz kolejny upomniałam sama siebie, że trzeba pilnować co i jak mówię. – Takie teksty są u nich na porządku dziennym. Idzie się przyzwyczaić. Wydawało mi się, że czas niesamowicie przyspieszył, gdy tak leżałam i poddawałam się zabiegowi. „Pamiętaj, jesteś tu tylko i wyłącznie w celach leczniczych”, musiałam już wkrótce upominać sama siebie, gdyż miałam wrażenie, że znajduję się na pogawędce towarzyskiej z dawno niewidzianym kumplem. Moje plecy także zaczęły wysyłać mi sygnały o zmianie techniki masażu. Nie był to już ucisk, jak wcześniej, lecz raczej ruchy o charakterze drgań o niedużej częstotliwości. Uczucie pobudzenia zaczęło ustępować miejsca uspokojeniu i rozluźnieniu. - Najważniejsze, by robić w życiu to, co się lubi – podsumowałam. – Wtedy praca przestaje być tylko pracą, a staje się czystą przyjemnością. Nawet studiując, nie miałam wrażenia, że się uczę, tylko relaksuję, bo uczyłam się tego, co mnie interesowało. Choć nie powiem, na każdym roku był jakiś jeden przedmiot, który stanowił prawdziwe wyzwanie. - To chyba na każdych studiach taki się znajdzie – przyznał. – Albo przedmiot, albo wykładowca. - Sama prawda – rozpromieniłam się. Oh, mogłabym tak leżeć i rozmawiać całymi godzinami! Tak łatwo przyszło mi zapomnieć o całej reszcie świata. Miałam wrażenie, że moja dotychczasowa rzeczywistość gdzieś zniknęła i została zastąpiona inną, jakże prostszą, bezproblemową… „W czasie wolnym od pracy można robić coś innego, niż tylko siedzieć i myśleć o Panu P.! Jakie to dziwne uczucie. A jakie ekscytujące!”, dotarło do mnie. I nagle czas zabiegu się skończył. Poczułam się, jakbym została wyrwana z pięknego snu. - To już!? - nie mogłam się nadziwić, jak szybko potrafi zlecieć całe pół godziny. - A co? – zaśmiał się. – Jeszcze? Co za dużo, to niezdrowo, choćbym nie wiem, jak chciał. Kolejni pacjenci czekają. Chłopak wytarł mi plecy z oliwki papierowym ręczniczkiem i zapiął stanik. Zanim wyszedł umyć ręce przed następnym pacjentem, otrzymałam krótki instruktarz, jak schodzi się z leżanki: - Odwracamy się na boczek i dopiero siadamy. Nie kręci się pani w głowie? – spytał, uważnie obserwując moje reakcje. Ależ miał oczy! Jasne i kojące, jak morze… Spojrzałam na niego chyba trochę nieprzytomnym wzrokiem i odmruknęłam, kręcąc głową. Odpowiedział mi serdecznym uśmiechem. – No, to powolutku schodzimy z leżanki. Postąpiłam zgodnie z instrukcją, a następnie ubrałam sweter, buty i schowałam swój ręcznik. Już chciałam wychodzić, gdy nagle wrócił do salki i poczęstował mnie cukierkiem. „Fajne miejsce, cukierki za free”, pomyślałam sobie, jeszcze trochę oszołomiona po dopiero co zaznanych wrażeniach. Rzuciłam tylko radośnie: „Dzięki!”, nawet nie pytając o przyczynę tego niecodziennego zjawiska, po czym udałam się na przystanek. Darowałam już sobie poszukiwania sali gimnastycznej i laseru, gdyż nagle zdałam sobie sprawę, jak bardzo spieszyło mi się do pracy! Tego dnia, wbiwszy się z powrotem w rytm dobrze mi znanej codzienności, nie czułam się już jakoś szczególnie inaczej. Na pewno nie tak, jak podczas masażu… Byłam może trochę bardziej wyluzowana niż zwykle, ale, zatopiona w rozmyślaniach o swoich obowiązkach i troskach, a w szczególności powróciwszy wieczorem do katowania się wspomnieniami minionych chwil z Panem P., nie byłam w stanie dostrzec, że jednak coś się we mnie zmieniło. „Tęsknię za tobą, czemu cię tu nie ma…”, powtarzałam w kółko w myślach, aż kojące nadejście snu zakończyło ten żałosny rytuał.
{u}rozdział 2{/u} kobieta w ciąży
Środa. Zaobserwowałam, że dziwnie lżej wstaje mi się z łóżka. Tak, jakby wstąpiła we mnie jakaś nowa energia. Zaskoczyło mnie zwłaszcza to, że łzy nie cisnęły mi się do oczu przez cały poranek, jak to było jeszcze wczoraj. Wręcz przeciwnie! Wykonałam wszystkie poranne czynności, nucąc sobie pod nosem jakiś zlepek melodii z kilku różnych piosenek. Wprawdzie nie miałam ochoty na żaden konkretny rodzaj muzyki, lecz w końcu, po raz pierwszy od kilku miesięcy, włączyłam sprzęt grający pod postacią radia. „To pewnie przez to słońce”, szukałam wytłumaczenia tego fenomenu. Czułam nieopanowaną potrzebę zmian. Zmian, lub może raczej – powrotu do stanu wyjściowego, sprzed znajomości z Panem P. oraz ex – niewypałem. Czułam się niezwykle świeżo i lekko na duchu wychodząc z domu. Nie mogłam się doczekać, co mnie dziś spotka w przychodni. Przez całą drogę układałam w głowie różne scenariusze mojego dzisiejszego zabiegu, a uśmiech uparcie…