Komedia · 1 godz. 20 min czytania
REHABILITACJA: seria pierwsza - Rehabilitacja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
{c:navy}{font:courier}{u}seria pierwsza {b}REHABILITACJA{/b} - kontynuacja{/u}
{u}rozdział 7{/u} będzie, co ma być
Środa. Bezmasażowa środa. Mimo to, obudziłam się z uśmiechem na ustach, tak pozytywnie naładowana jeszcze po swoim wczorajszym koncercie. Czułam, że znajduję się w stanie nieopisanej harmonii z całym światem, a to nieczęsto mi się dotychczas zdarzało. Muzyka grała przez całą noc i pomagała mi podtrzymać wysoki poziom fantastycznego nastroju. Postanowiłam nie rozstawać się ze sprzętem grającym nawet pod prysznicem. Miałam rano na tyle czasu, by przed korkami wybrać się na laser. Jakby na to nie patrzeć, chciałam mieć te zabiegi z głowy jak najszybciej. Pośpiesznie udałam się więc do odpowiedniego gabinetu. - Dzień dobry! – uśmiechnęłam się na powitanie. - Ach, dzień dobry! – odparła uprzejmie kobieta od laserów. – Miło znów panią widzieć. - Panią również. I, rzeczywiście, muszę przyznać, że z rana jest więcej pacjentów – stwierdziłam, jako że dziś przyszło mi jednak trochę w kolejce odczekać. - Mówiłam – odrzekła zadowolona. – Widzę, że dobry humor się utrzymuje. - Tak, utrzymuje – przyznałam. – Raz jest lepiej, raz gorzej, ale zawsze warto podchodzić do wszystkiego z uśmiechem. Kobitka dała już sobie zupełnie spokój z rozmowami na temat masażysty; w ciągu całego zabiegu nie wspomniała o nim ani raz. Podzieliła się za to ze mną przepisem na podobno przepyszną francuską tartę z truskawkami „Pewnie widzisz, że i tak ode mnie niczego konkretnego nie wyciągniesz”, pomyślałam sobie usatysfakcjonowana.. I, o dziwo, w takim stanie rzeczy czułam, że rzeczywiście zaczynam ją lubić. - Pani jest taką niepoprawną optymistką, jak to się czasami mówi – rzuciła mi na pożegnanie. - Hmmm, całkiem możliwe – przyznałam. – Po angielsku to fajnie brzmi: an incurable optimist. Czyli nieuleczalna optymistka – wyjaśniłam i pomyślałam, że warto by spróbować przyjąć tak wręcz nieprzyzwoicie pozytywne nastawienie do całego świata. Wbrew wszystkiemu. Przecież to takie proste… - Do jutra! - Do jutra! – odpowiedziała i wróciła do swoich zajęć. Mój optymizm został jednak jeszcze dziś wystawiony na dość ciężką próbę. Można wprawdzie uwielbiać swoją pracę, lecz są takie chwile, gdy poważnie myśli się o zmianie wykonywanego zawodu. Albo o zaopatrzeniu się w karabin maszynowy. Lub kocioł z wrzącą oliwą… Na początek, korki zaczęły się z dwugodzinnym opóźnieniem, ponieważ moja klientka musiała wcześniej pilnie pozałatwiać parę spraw na mieście. Nigdy nie lubiłam sama się spóźniać, a wszelkie spóźnienia w wykonaniu innych ludzi działały na mnie jak płachta na byka. Jak można tak nie szanować cudzego czasu! Gdyby z łaski swojej raczyła do mnie zadzwonić i poinformować choćby dziś rano, że będzie później, nie musiałabym rezygnować ze swojego dzisiejszego masażu… Jednak jakoś udało mi się zdławić w sobie pierwsze ukłucie irytacji. Gdy klientka już w końcu dojechała, okazało się, że calusieńki projekt trzeba było robić od samego początku. Powód prosty: to, co zrobiła dotychczas, najzwyczajniej w świecie gdzieś zgubiła. Wciąż starałam się podejść do tego z dystansem - dłuższa praca to w końcu wyższe wynagrodzenie. Hmmm, moja klientka niestety okazała się być również wyjątkowo kapryśnym i mało przyjemnym materiałem we współpracy. Nie dość, że wszystko musiałam ostatecznie zrobić za nią, bo bladego pojęcia nie miała, jak cała praca powinna wyglądać, to na sam już koniec jeszcze mnie wyzywała od niekompetentnych naciągaczek, oskarżając mnie… MNIE!... o celową zwłokę! Gdy próbowałam wejść z nią w jakąkolwiek dyskusję, dowiedziałam się tylko, że może mnie w każdej chwili podać do prokuratora. Z takim tupetem trzeba się po prostu urodzić, nie ma co. Gdy w końcu sobie poszła, miałam już tylko ochotę zakopać się pod kołdrę i płakać. Byłam zdruzgotana jak rzadko kiedy; nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś podobnym. Późnym wieczorem, a dokładniej ciemną nocą, gdy już zaczął działać zaserwowany kilkadziesiąt minut wcześniej ziołowy środek na uspokojenie, podwójna dawka, byłam w stanie przestać kląć na czym świat stoi. Wyzywałam raz klientkę - za to wszystko, co mi zafundowała - a raz siebie, że sobie w ogóle na coś takiego pozwoliłam. „Jestem za dobra dla tych wszystkich buraków”, syczałam pod nosem. „Spakuję się i wyjadę na Alaskę. I będę miała absolutny spokój”. W chwilach takich, jak ta, zawsze w pierwszej chwili miałam ochotę po prostu zostawić wszystko i uciec, byle jak najdalej. Wzięłam głęboki wdech i mój wzrok padł na odtwarzacz CD. „A co mi tam, niech sobie pogra”, pomyślałam zrezygnowana, „Chociaż to mi jeszcze zostało”. Podeszłam do swojego sprzętu i nacisnęłam „play.” Do moich uszu doszły spokojne dźwięki fortepianu. Usiadłam na podłodze i wsłuchiwałam się w dobrze znane mi słowa:
„When I find myself in times of trouble, mother Mary comes to me, Speaking words of wisdom: let it be. And in my hour of darkness she is standing right in front of me, Speaking words of wisdom: let it be. Let it be, let it be, let it be, let it be Whisper words of wisdom, let it be…”
Zaczęłam się kołysać w rytm muzyki i śpiewać tą piosenkę. Momentalnie poczułam się lepiej, tak więc ją zapętliłam. „Nie dam ci się, ty franco niemiła”, postanowiłam sobie, mając przed oczami wyobraźni moją dzisiejszą klientkę. „Los ci za to wynagrodzi z nawiązką, patafianie jeden.” Zatapiając się w kojących dźwiękach, wstałam z podłogi. Najgorszy nastrój już mi minął. Powtarzając w kółko tak pozytywne słowa piosenki, odnalazłam w sobie siłę, by przestać maltretować swoje myśli dzisiejszą klientką. Chciałam zająć się czymś przyjemnym, czymś, co zaabsorbuje moją uwagę w znacznym stopniu. Włączyłam więc komputer i weszłam na skrzynkę mailową. Uśmiechnęłam się. Była wiadomość! Od siostry.
{i}“Re: Twist of Fate… hello Co do pracy mojego to baba mu powiedziala ze nie ma przyjsc w poniedziałek tylko ze zadzwonią do niego tagze jak chodzi o dzwonienie to wiadoma sprawa jest ze pewnie nie zrobią tego :( ale puki co to poszed na nocki i ma je do czwartku tak wiec luzzzzz byle tak dalej a moze kiedy indziej sie nadarzy inna szansa :) Inna sprawa ze z tego co widze jak to sama nazwałas romans z piwem ciagle trwa :( prosilam go żeby przestal to mnie wysmial :( stwierdzil ze zarabia to ma prawo robic ze swoja kasa co mu się podoba a podoba mu się zrzucic stres po robocie to to będzie robil :( ostatnio się nawet troche poszarpalismy mam siniaka na rece :( i co ja mam zrobic??? przeciez sie znim nie rozwiode!!!!! Co do masazow to co ci ten koles masuje plecy tylko czy jak??? bo ja wiesz nigdy nie bylam na takim masazu po pierwsze bo pewnie mnie niestac bylo a po drugie to nie wpadlam na taki pomysl :) wiec ile taka przyjemnosc kosztuje ??? i co cie tak na masaze wzielo ??? moze ja tez bym se poszla :) A co do rzeczy naprawde masakrycznych musze ci powiedziec ze mnie wmurowalo nienazarty nie wiem czy ci o tym pisac zeby ci chumoru nie popsuc na amen ale jak nie tobie to niewiem komu :(a wiadomosc wstrzasnela cala okolica :(chlopak takiej jednej mojej przyjaciolki się zabil przedwczoraj nikt niewie czemu przeciez zachowywal sie normalnie nic niewskazywalo ze jest coś nietak czy cos i wszyscy jestesmy w szoku i nierozumiemy co i jak masakra jednym slowem taki mlody chlopak a tu taka akcja :( szkoda mi tylko tej mojej przyjaciolki bo bardzo to biedactwo przezywa ma jutro wizyte u psychologa i wogole jest w szoku :( Co do sprawy mojego zasilku to bylam w poniedzialek i powiem ci ze zostalam pozytywnie zaskoczona bo juz mi nic nikt nie kazal chodzic zalatwiac przynosic poprostu skompletowali moje papiery juz do konca:) i czekal na mnie czek u nich bez zadnego ale wystawiony od daty mojego przyjscia tam do daty dzisiejszego dnia a jutro juz mam drugi odebrac jeszcze u nich a puzniej co tydzien na poczte z karteczką i tak przez pol roku tak wiec juz prawie 2 miechy siedze na zasilku i się dowiedzialam dopiero wczoraj ale sie ciesze tak to mam czas na znalezienie jakiejs normalnej pracy czego sobie zycze bo w tym wieku co mam chciala bym się już z pracą ustatkowac :)i wiedziec na czym stoje :) ale sie rospisalam Dobra juz naprawde koncze buziole”{/i}
Część 22 / 3
Nie miałam siły już tego dnia jej odpisywać. List natomiast wywołał w mojej głowie cały łańcuszek myślowy. Nagle poczułam przypływ olśnienia; po raz kolejny, lecz tym razem z większą determinacją, doszłam do wniosku, że muszę coś postanowić i ze sobą zrobić. Koniec jęczenia, jak to mi źle, i gonienia za mirażami! Całkowicie przetrzeźwiałam po dzisiejszej klientce; zdawała się być już tylko minionym koszmarnym snem, z którego po przebudzeniu pozostaje zaledwie nieprzyjemny posmak goryczy. Miałam dość niezłą bazę do przemyśleń, a kontrast stworzony przez zestawienie problemów mojej siostry i jej przyjaciółki z moimi, uświadomił mi parę spraw. „Przypadek męża mojej siostry, a także chłopaka jej przyjaciółki jest wprawdzie przykry, ale pokazuje mi, jakie życie jest krótkie. I jakie naprawdę może być do bani. I jakie potrafi być kruche”, zaczęłam kombinować w myślach. „Co z życia wyciągnę, to moje. Czego teraz nie wezmę, tego po śmierci już na pewno nie dostanę. Mam wpływ na swoje życie dopóki żyję, i będzie ono wyglądało dokładnie tak, jak sama będę na nie patrzeć”, tłumaczyłam sobie. „Jeśli będę je postrzegać jako szare i smutne, takie będzie. Jeśli będę je postrzegać jako piękne i radosne, też takie właśnie będzie. Dość stwarzania sobie sztucznych problemów”, postanowiłam. Wprawdzie punkt wyjściowy tych rozważań był makabryczny, ale może właśnie takiego impulsu było mi trzeba, by w końcu powziąć jakieś konkretne postanowienia, dotyczące mojego własnego życia… „Po pierwsze, nie myślę już dłużej o Panu P., bo wracanie do niego myślami nie ma najmniejszego sensu i tylko mnie dodatkowo dołuje. Poza tym, co mi po facecie, który boi się mnie dotknąć?”, zaczęłam szukać plusów obecnego stanu rzeczy. „Wychodzi na to, że nawet dobrze się stało, że nic z tego nie wyszło, bo mam przynajmniej szansę znaleźć sobie kogoś, kto będzie mnie dopieszczał nie tylko intelektualnie, ale i fizycznie”, przedstawiałam sobie sytuację tak szczerze, jak tylko potrafiłam. Spojrzałam na swój telefon. Odszukałam go na liście kontaktów. „Miło było, ale się skończyło”, mruknęłam pod nosem. „Wywalaj z mojego życia raz na zawsze.” To rzekłszy, skasowałam jego numer. Byłam pewna, że nie czuję już do niego tego samego, co wcześniej. Co zatem czułam? Ciężko było mi to ustalić, ale też nie chciałam poświęcać na niego więcej swoich myśli. „Po drugie, przestaję się zapominać i patrzeć na mojego masażystę jak na kogoś więcej niż tylko i wyłącznie na osobę, której pracą jest pomaganie ludziom w dojściu do zdrowia”, kontynuowałam swój wewnętrzny monolog. „Pomógł mi wprawdzie nie tylko z plecami, to fakt. Gdyby nie te zabiegi, nie przypuszczałabym nawet, jak wiele mi brakowało podczas związku z Panem P., i że tak na dobrą sprawę nie było sensu się przy nim upierać tyle czasu. Teraz już wiem, jakiego faceta tak naprawdę szukam, jaki będzie dla mnie najodpowiedniejszy. Eh, gdyby tylko był wolny, nie zastanawiałabym się ani chwili…” Nagle odniosłam wrażenie, że znowu się zapominam, więc szybko się zdyscyplinowałam. „Muszę go sobie odpuścić. Ale też koniec z jęczeniem.” „Po trzecie, tak naprawdę przecież, poza facetem, niczego mi do szczęścia w życiu nie brakuje. Wolę zresztą być sama, niż związać się na przykład z takim drugim mężem mojej siostry, brrr…”, uświadomiłam sobie, jak ciężko musi jej być. W życiu nie chciałabym znaleźć się na jej miejscu! Sama zaczęłam się sobie dziwić, na co ja tak właściwie ostatnio narzekałam. „Przecież mam co jeść, mam gdzie spać, mam wspaniałą, wymarzoną pracę, jestem inteligentną, wykształconą i jeszcze w miarę młodą i atrakcyjną kobietą”, prezentowałam się sama przed sobą w przecudownych barwach. „Staram się być dobrym człowiekiem. Jeśli miłość będzie miała przyjść, to i tak przyjdzie. A póki co, będę się cieszyć życiem, bo życie nie ogranicza się przecież do samych facetów.” Postanowiłam, że już zawsze będę ze sobą tak rozmawiać i nie będę uciekać przed stawianiem sprawy tak jasno i dobitnie. I, kołysana dźwiękami, dochodzącymi z odtwarzacza CD, poszłam spać. Byłam przekonana, że właśnie rozwiązałam swoje wszystkie problemy i nic nie zepsuje mi nastroju. Moja podświadomość jednak postanowiła w środku nocy spłatać mi figla - przyśnił mi się Pan P. Ja byłam w czarnym gorsecie, a on w białym wdzianku mojego masażysty. Piliśmy czerwone wino w jakimś drogim apartamencie, oboje zajęci rozmową tak, że reszta świata zdawała się nie istnieć. W pewnym momencie kazał mi się położyć na brzuchu i zaczął powoli rozpinać mój gorset… Spytałam, dlaczego to robi, czy się nie boi mnie dotknąć. Odmruknął aksamitną barwą głosu, przygryzając moje ucho: „Nie bój się, kochanie, rozluźnij się i pozwól mi się tobą zająć. Majtki przecież mam…” Obudziłam się gwałtownie i dotarło do mnie, że siedzę na łóżku i przyciskam kołdrę do ust, by nie krzyczeć… Położyłam się z powrotem i zamknęłam oczy. W mojej głowie wirowały jeszcze ostatnie klatki snu, które rozbujana wyobraźnia zaczęła płynnie przekształcać w kontrolowaną przez moją świadomość wizję. W wizji Pan P. znów stał pod moimi drzwiami z bukietem róż i czekał, aż mu otworzę. Ja, ubrana w pidżamę, otworzyłam mu po kilkunastu minutach dopiero, wpuszczając go do środka. Nie dałam mu jednak nawet dojść do słowa i wygarnęłam dziadowi ze łzami w oczach, cudnie histerycznym tonem wszystko: jak przez niego cierpiałam, co przez niego przeszłam, co się ze mną działo przez tych kilka miesięcy, gdy nie dawał znaku życia. Chciałam, by go zabolał mój własny ból, żeby dręczyły go wyrzuty sumienia za to, jak ze mną postąpił. Gdy już się wykrzyczałam, połamałam mu te jego róże i wywaliłam go za drzwi, jak psa. Odtworzyłam wizję jeszcze raz, tym razem z większą dawką dramatyzmu, i udało mi się z powrotem zatopić w sen. Czwartek. Obudziłam się z silnym postanowieniem, że cokolwiek by się nie działo, będę cieszyć się życiem. I że w każdej, nawet najbardziej paskudnej sytuacji, doszukam się czegoś dobrego. Pozostał mi wprawdzie jeszcze niesmak po tym, co mi się przyśniło, lecz miałam także dziwaczne wrażenie, że mój świat się zmienił w jakiś specyficzny sposób - jakby ktoś niepostrzeżenie w ciągu tej jednej nocy wyczarował inną dekorację do starego wnętrza. Jeszcze lekko oszołomiona tą zmianą, szybko się zebrałam i popędziłam do przychodni. Z uśmiechem na twarzy wkroczyłam dziś do gabinetu zabiegowego na swój laser. Poczułam się, jak w domu. - Dzień dobry! – przywitałam się radośnie. - Dzień dobry! – odpowiedziała mi kobitka od laseru. – A pani znów w świetnym nastroju. - Oczywiście! – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. - Życie jest piękne. - Cóż za optymizm – zauważyła. – Nieuleczalna optymistka, tak? - Staram się, jak mogę – odparłam z zapałem. Zauważyłam, że takie radosne nastawienie i uśmiech są nieocenioną pomocą w utrzymywaniu zdrowego dystansu, posiadając przy tym właściwości wręcz lecznicze. „Świat będzie taki, jakim sama go będę widzieć”, powtórzyłam kilkakrotnie w myślach. - Mogę prosić o te cudne okularki? – zażartowałam. - Proszę bardzo – odrzekła, podając mi wspomniany cudaczny gadżet. - Ależ ten czas leci – zagadnęłam ją znienacka. – Dopiero co tu przyszłam po raz pierwszy, a już ponad połowa zabiegów za nami. - A no, widzi pani, tak to już jest – zgodziła się. – Ale proszę się nie martwić, na pewno tu pani wróci jeszcze nie raz. - To obietnica, czy groźba? – spytałam, nie do końca wiedząc, jak do tego podejść. Ostatecznie zaczęłam się śmiać. - Och, źle zabrzmiało, przepraszam… - tłumaczyła się, spostrzegłszy, że strzeliła gafę. – Jak najbardziej, oczywiście, życzę pani zdrowia, i żeby nic panią nie bolało, ale zwykle ci sami pacjenci zjawiają się tu co jakiś czas. - Wiem, że jak będę dbać o siebie tak, jak dotychczas, to na pewno wcześniej, czy później, dane nam będzie znów się spotkać – stwierdziłam po chwili zastanowienia. – Proszę mnie też źle nie zrozumieć, ale nie spieszy mi się do tego jakoś specjalnie. - Wiem – szybko podchwyciła. – Nikt nie lubi chorować, ani żeby go coś bolało. Zdałam sobie sprawę, że już po skończeniu laserów, będzie mi ich w pewnym sensie brakowało. Przyzwyczaiłam się do nich, do dziwnych konfrontacji z tą kobietą, a nawet ostatecznie ją polubiłam.... Ale tak to już jest, że nic nie trwa wiecznie… Po zabiegu pożegnałam się i udałam w stronę sklepiku. Na mój widok sklepikarz znów się rozpromienił. „Czy ja ci się podobam, czy to tylko twoja strategia sprzedaży?”, przeszło mi przez myśl. Poprosiłam o sam soczek. Zapas jogurtów miałam w plecaku. - Ale nie ma już soczków tej samej firmy, co zawsze – zmartwił się. - Nic nie szkodzi, mogą być inne, byle owocowe – odparłam z uśmiechem, realizując swoje postanowienie, że nic mi nie zepsuje humoru. - Te mają napis pod nakrętką – rzekł zachęcająco i upewnił się – Może być? - Jasne! – odrzekłam z entuzjazmem. – Dla odmiany dziś poproszę jabłkowy. - Służę uprzejmie – odparł z uśmiechem. Odkręciłam nakrętkę, jak tylko zapłaciłam za soczek. Z ciekawości przeczytałam napis i szeroki uśmiech ozdobił moją twarz. - A to dobre! – nie mogłam się powstrzymać od komentarza i, rozradowana, pokazałam nakrętkę sklepikarzowi. – Proszę spojrzeć, wręcz idealne! - „DOSYĆ NARZEKANIA” – przeczytał ze zdumieniem. – Rzeczywiście, nieprawdopodobne! – nie mógł się nadziwić. - Ja to mam szczęście! – byłam wniebowzięta. „Wszelkie znaki na niebie i ziemi mi mówią, że powinnam podążać moim nowo obranym torem myślenia”, utwierdziłam się w decyzjach podjętych w przeciągu ostatniej doby. Przekoczowałam czas wolny przy moim stoliku obok sklepiku, wdając się nawet w dalszą dyskusję ze sklepikarzem, co najwyraźniej zdawało się go uszczęśliwiać. „A niech sobie facet pogada, ja na tym w końcu nic nie tracę”, pomyślałam sobie. Do gabinetu masażu szłam spokojna i wyluzowana. Prawą rękę trzymałam w kieszeni i obracałam w palcach swoją nakrętkę, której nie miałam najmniejszego zamiaru wyrzucać. „Zachowam sobie ciebie, a jak spotka mnie jakaś nieprzyjemna sytuacja, będę sobie na ciebie spoglądać, żeby nie dać się wytrącić z równowagi”, mówiłam w myślach do swojej nakrętki. - Witam po jednym dniu nieobecności! – odezwałam się w ramach radosnego „dzień dobry” do mojego masażysty. - Witam! – odparł luzacko. – Leżanka już czeka. Wyszedł z salki, bym mogła bez skrępowania przygotować się do swojego masażu. Zdjęłam więc kurtkę, rozsznurowałam buty, wyciągnęłam ręcznik z plecaka i rozłożyłam go na leżance, zdjęłam kolczyki i wisiorek… Nie spieszyło mi się zanadto, więc wrócił zanim jeszcze zdążyłam zdjąć sweter i położyć się na leżance. - No nie! – jęknął zaczepnie. – Ileż można się rozbierać!? Żaden facet by nie wytrzymał tak długiego czekania. - „DOSYĆ NARZEKANIA!” – uśmiechnęłam się z błyskiem w oku, bezwstydnie i ostentacyjnie zdejmując przy nim swój sweterek i rzucając go przez całą salkę na wieszak. – I tak nie mam się na razie dla kogo rozbierać, więc w chwili obecnej jakichkolwiek ofiar moich praktyk nie odnotowuje się. - Widzę, że dzisiaj w bojowym nastroju – skomentował, odwzajemniając uśmiech. Już dawno nie czułam się tak swobodnie! - A jak! – odrzekłam ochoczo, zajmując swoje miejsce na leżance. Od razu chciałam też coś sprawdzić. – Upominam się o książkę. - A, zaskoczę panią – ucieszył się. – Zabrałem ją dzisiaj. Może od razu włożę ją pani do plecaka, żeby później nie zapomnieć. - Nie ma sprawy! – zgodziłam się, widząc kątem oka, jak książka ląduje w moim plecaku. „Eh, co za aparat...”, samo mi się pomyślało z niedającym się zlekceważyć zadowoleniem. - A jak poszło na korkach? – spytał znienacka. - Ciężko było, trafiłam na wyjątkowo nieprzyjemną francę, egzemplarz wybitnie trudny w obsłudze – wyznałam szczerze. „Jednak pamiętałeś, skubany”, pomyślałam sobie i dodałam – Ale to nic takiego, jak każda trauma, było-minęło. - Przykro mi – trochę się zmartwił, widząc jak jednak mimochodem napinają się moje wszystkie mięśnie na wspomnienie wydarzeń dnia poprzedniego. - Eh, najwyraźniej miałam na taką trafić – odpowiedziałam z westchnieniem, czując jak rozpina mi stanik i smaruje mi plecy oliwką. „Oliwka… przecież miał być talk…”, pomyślałam sobie, ale zamiast tego powiedziałam – Nie lubię takich ludzi, ale klient to klient, a o pracę w dzisiejszych czasach ciężko. - Co do pracy, to rzeczywiście prawda – zgodził się ze mną, dodając jednak – Ale nie daje to prawa klientom zachowywać się w niekulturalny sposób. - To też prawda – nie mogłam zaprzeczyć. – Dobrze jest mieć dystans do tego, co się dzieje. Akurat mam świetną problemową skalę porównawczą i nie będę się przejmować jakąś wariatką. Ludzie naprawdę mają poważniejsze problemy. - Ok., w takim razie nie będę tego drążył – stwierdził, ku mojej uciesze. Rzeczywiście, nie chciałam koncentrować swoich myśli na rzeczach dla mnie przykrych. Nie ułatwiał mi tego. – Za to mam jedną złą wiadomość. - To znaczy? – przestraszyłam się trochę; jak tu być optymistką, gdy co chwila coś się chrzani!? - Nie spotkamy się w przyszły wtorek – powiedział poważnie. – Nie będzie mnie w pracy przez cały dzień. - To nie jest zła wiadomość – zaskoczyłam go. Wbrew temu, jak mogło to wyglądać, postanowiłam wykorzystać postanowienie, że w każdej sytuacji dostrzegę coś dobrego. – Co najwyżej będziemy się znać o jeden dzień dłużej, a to w żadnym wypadku nie jest dla mnie zła wiadomość. - Co za kobieta! – skomentował zupełnie zbity z tropu. A ja właśnie zrozumiałam, co udało mi się przed chwilą powiedzieć. Lecz musiałam jakoś teraz wybrnąć z tego z twarzą… - Wiem – przyznałam więc beztrosko. I dodałam z zadowoleniem – Jedyna w swoim rodzaju. - I w dodatku jaka skromna! – roześmiał się i znów zaczął żartować. – Po takiej pacjentce będę się musiał chyba na jakąś terapię wybrać. - Chyba na terapię odwykową, mającą na celu odzwyczajenie od niekontrolowanych napadów śmiechu – odbiłam piłeczkę. - Całkiem możliwe – podchwycił, lecz zaraz potem dodał – Eh, w środę rano nie chciało mi się nawet z łóżka wychodzić. Na samą myśl, ilu czeka mnie pacjentów do przemasowania, aż mnie ręce rozbolały. - To było inaczej – zaprzeczyłam, bo przyszła mi na myśl lepsza wersja wydarzeń tamtego poranka. – „Wstałem w środę rano i jak sobie pomyślałem, że nie przyjdzie dzisiaj ta śmiejąca się ze wszystkiego czarownica, to nie chciało mi się nawet z łóżka wychodzić.” - Tak świetnego humoru mogę co najwyżej pozazdrościć – przyznał, najwyraźniej nie mając siły tego dnia na jakąkolwiek słowną walkę ze mną. - Uprzedzam, że to się udziela – odparłam ostrzegawczym, ale też rozbawionym głosem. - Zabrzmiało jak obietnica – odrzekł zaczepnie; kątem oka dostrzegłam, jak się śmieje. - Zawsze warto się uśmiechać, bo bez względu na wszystko, życie jest piękne – oznajmiłam. Nie miałam zamiaru rozmawiać ani na temat klientek-wariatek, ani tym bardziej wracać do tematu oddania mnie we wtorek w ręce Żółtodzioba. Postanowiłam po prostu wrzucić na totalny luz i zobaczyć, co los przyniesie. Zdając sobie również sprawę, że każdy facet ma naturalną potrzebę, żeby się wykazać, pozwoliłam mojemu masażyście podzielić się dziś ze mną wiedzą z jego dziedziny. Zajmując się moimi plecami i szyją, tłumaczył mi różne rzeczy, posługując się słownictwem, którego wprawdzie nie byłam w stanie zapamiętać na dłużej niż kilka sekund, lecz widząc, ile mu to sprawia satysfakcji, nie miałam najmniejszej ochoty mu w tym przerywać. Wytarłszy mi już plecy papierowym ręczniczkiem, co oznaczało oczywiście koniec zabiegu, wyszedł umyć ręce. Miałam chwilę na ubranie się, lecz znów mi się za bardzo nie spieszyło. Wrócił kiedy akurat sznurowałam buty. - Robię postępy! – zauważyłam z uśmiechem. – Zakładam buty na siedząco. - Fanie, ale… - musiał się doczepić – znów widzę skrzyżowane nogi. - Och! – westchnęłam, wywracając oczami. – Przy wiązaniu butów jest mi tak wygodniej, ale obiecuję, że będę nad tym pracować. - Te obiecanki słyszę już i słyszę… - droczył się ze mną, po czym dodał – Mam nadzieję, że książka się spodoba. - No, ja też mam taką nadzieję – uśmiechnęłam się. – A kiedy mam ją oddać? - Nie spieszy się – odparł z błyskiem w oku. – Do końca zabiegów jest jeszcze trochę czasu. Na dobrą sprawę do ostatniej wizyty włącznie. - Obiecuję, że spędzę z nią weekend – powiedziałam zalotnie. - Kolejna obietnica – teraz to on wywrócił oczami. – Kiedyś pożyczyłem ją takiej jednej osiemnastce. Miałem potem spory kłopot, żeby ją odzyskać. - Nie chciała oddać? – zdziwiłam się. - Eh, w końcu oddała – westchnął. – Ale po kilku miesiącach proszenia się. No, ale wiadomo, młode to takie, to ma jeszcze siano w głowie. - Piękny wiek… - rozmarzyłam się. Nagle przyszła mi ochota się podroczyć. – A co jeśli ja jej nie oddam, he? To co wtedy? - Co wtedy? – nie spodziewał się tego. Spojrzał na mnie zdziwiony, lecz szybko oberwałam ripostą. – Poskarżę się pani mamie i ktoś dostanie lanie. - Aż się trzęsę ze strrrrrrachu – zażartowałam. – Ok., obiecuję, że oddam. Słowo. A teraz muszę już lecieć, kolejni pacjenci czekają i pewnie już zgrzytają zębami, co tak długo. - W takim razie do jutra! – pożegnał się ze mną ciepło. - Do jutra! – odpowiedziałam radośnie, i już mnie nie było. Książkę zaczęłam przeglądać już podczas drogi do domu. W środkach transportu publicznego wchłonęłam całą część teoretyczną, natomiast praktykę zostawiłam sobie na wieczór. Eksperymentowanie z przeróżnymi punktami na moim ciele okazało się być niezwykle wciągające. Przestudiowałam przebieg meridianów, położenie punktów chińskich oraz ich wskazania terapeutyczne. Co ciekawe, nie spodziewałam się, że ci cali Chińczycy odkryli punkty odpowiedzialne dosłownie za wszystko, między innymi pomocne w leczeniu przeziębień, depresji, zapalenia nerek, czy migreny… A to dopiero początek! Byłam wręcz zachwycona. Odkryłam także na końcu książki zapisaną ołówkiem lokalizację mojego „magicznego punktu” na dłoni. Nie mogłam się powstrzymać i odmówić sobie tej przyjemności. Chińczycy są WIELCY! Cóż to była za noc…
{u}rozdział 8{/u} zakład
Piątek. Będąc rano pod jeszcze dość intensywnym urokiem minionej nocy, czułam się niezwykle atrakcyjna. Idąc pod prysznic, znów wzięłam ze sobą sprzęt grający. I tak już wszystko we mnie śpiewało, nie było najmniejszego sensu się ograniczać, czy powstrzymywać tego w jakikolwiek sposób. „Sąsiedzi, przyzwyczajajcie się do tych porannych koncertów, bo na dniu dzisiejszym się to raczej nie skończy”, myślałam z zadowoleniem, nie szczędząc swoich zdolności wokalnych. Energia mnie wręcz roznosiła. Wyszalawszy się pod prysznicem, czułam się jak nowo narodzona. Taka wolna! Mogłam wszystko! Rozruszana prysznicem, nie mogłam się oprzeć i zaczęłam przymierzać po kolei wszystkie moje mniej grzeczne komplety bielizny. „Ileż można w kółko zakładać to samo. Chodzę w tych samych trzech stanikach na krzyż, trzeba sobie jakoś odmienić. Dzisiaj będzie sexy czerń”, myślałam sobie, sprawdzając przed lustrem, jak wyglądam. Założyłam pierwszy. „Nie, ten za bardzo wyzywający, same sznurki i koronki. W dodatku prześwitujący”, kaprysiłam w myślach. Zdjęłam z siebie tą propozycję i sięgnęłam po następną - gorset z tej samej linii. „To też nie, choć dziś jest trochę chłodniej… Ale musiałabym go całkowicie z siebie ściągnąć, a poza tym, do niego trzeba doczepić pończochy… Zbyt wyzywający i niepraktyczny, odpada”, kontynuowałam selekcję. Przymierzyłam kolejny, tym razem utrafiłam idealnie. „Ok., super jest, niezłe ciacho”, uśmiechnęłam się do siebie. „Nie jest ani zbyt wyzywająco, ani zbyt skromnie. Są wprawdzie sznurki, ale nic nie prześwituje.” Nie chciałam za bardzo się rozpędzać z tą całą bielizną, mając w perspektywie swój masaż. Myśląc, że już sobie odżałowałam mojego masażystę, nie chciałam w żaden sposób za bardzo zwracać na siebie jego uwagi. „Jeszcze sobie coś pomyśli, nie mogę przesadzić.” Uporawszy się z wyborem stroju, natchnęło mnie, by w końcu odpisać siostrze na maila. Nie zrobiłam tego dnia poprzedniego, gdyż za bardzo byłam zajęta swoimi chińskimi badaniami. Miałam jej jednak tyle do powiedzenia, że dłużej już z tym zwlekać nie mogłam. Mail brzmiał następująco:
{i}“Never give up Hej,
Cieszę się, że się tak fajnie ułożyło z Twoim socjalem, przynajmniej możesz mieć spokojną głowę przez tych kilka miesięcy :) Szkoda natomiast, że nie za fajnie wyszło Twojemu… Ale jak nie ta robota, to inna. Coś się na pewno znajdzie, trzeba być dobrej myśli. Martwi mnie natomiast bardzo jego zauroczenie alkoholem i skłonności do rozdawania siniaków… :/ Jesteś pewna, że będziesz w stanie to wszystko wytrzymać? Gdyby coś się działo to wiesz, zawsze możesz do mnie tu przyjechać… I w ogóle nie pozwól mu, żeby tak Tobą pomiatał! Nikt nie ma prawa traktować ludzi w taki sposób! A już na pewno nie kogoś, komu mówił, że go kocha i przysięgał o niego dbać!!!
Przykro mi z powodu Twojej przyjaciółki i jej chłopaka. Przecież miał przed sobą całe życie! To wydarzenie uświadomiło mi kilka rzeczy, a mianowicie, jak krótkie jest życie. I że ma się je tylko jedno i jak się je przeżyje, takie się będzie je miało. Może to dziwny wniosek, ale do takiego właśnie doszłam. A co do Twojej przyjaciółki, mam nadzieję, że szybko dojdzie do siebie, choć to nie będzie łatwe. Pilnuj jej, by chodziła do tego psychologa, nie powinna teraz być sama.
Część 33 / 3
A teraz wieść nieprzyjemna z mojej strony: już dawno na korkach nie miałam takiej wrednej i kapryśnej francy. Nie zdawałam sobie sprawy, jacy ludzie potrafią być powaleni, co za glizda niemiła to Ci mówię… I jeszcze pół dnia musiałam z nią spędzić. Przemądrzałe to takie, a zarozumiałe! Skoro wszystko tak wie najlepiej, to po kiego grzyba na korki przyłazi menda jedna!? Ale dość jęczenia ‘naukowego’. Teraz pojęczę ‘towarzysko’. Pamiętasz, jak wysyłałam w sobotę tego maila imieninowego Panu P.? Do tej pory mi nawet nie odpisał nic w stylu ‘dzięki za pamięć’, a wydaje mi się, że choć tyle to by wypadało. Cóż, i tak najważniejsze dla mnie jest to, że sama zachowałam się na poziomie, a brak kultury reszty świata nie jest już moim problemem i nie powinien mnie interesować. Ha ha ha, faceci… Kontynuując temat facetów… ‘zdrada’! Piszę w cudzysłowiu, bo to taka przenośna zdrada. Mój masażysta oddał mnie we wtorek w obce ręce, a dokładniej pozwolił, by się na mnie żółtodzioby szkoliły. W dodatku z zimnymi rękami! Było mi trochę przykro, ale i tak się śmiałam, dla zasady i żeby nie pokazać, że mnie to choć trochę ruszyło. Wiem, młodzi muszą mieć materiał do nauki. Gdyby normalnie masował mnie jakiś stary pryk, nie miałabym nic przeciwko takiemu młodzikowi. Wychodzi na to, że punkt widzenia zależy od punktu leżenia.
Będąc w temacie masażów, odpowiadam na Twoje pytania. Mam masowane tylko plecy, karczek, szyję itp., dlatego, że tak mam na skierowaniu. Nic za masaże nie płacę, bo są wykonywane na terenie przychodni, a ja załatwiłam sobie skierowanie od lekarza :-) Skąd pomysł? Jednej mojej znajomej lekarka wypisała te zabiegi po stwierdzeniu, że ma bardzo napięte mięśnie karku i pleców w ogóle. Pomyślałam sobie, że skoro ona może, to ja też, w końcu mnie też boli :D Nie wiem, ile taka przyjemność kosztuje w gabinecie prywatnym, ale jak chcesz, to się spytam mojego masażysty, może będzie wiedział. A tak swoją drogą, pożyczył mi wczoraj książkę do refleksoterapii, to jest to chińskie naciskanie na określone punkty na ciele człowieka. Zademonstrował mi w poniedziałek dwie fajne takie sztuczki, a resztę już przetestowywuję sobie sama. A ile radości mi to sprawia… Eh, szkoda, że bawię się sama, chętnie bym się pobawiła z kimś jeszcze, ale trudno, żona, dziecko… Muszę sobie odpuścić, ale nie ma tego złego, bo przynajmniej teraz wiem, jakiego faceta mi trzeba i czego powinnam wymagać od ewentualnych kandydatów. Pierwszym pytaniem na randce będzie: umiesz robić masaż? Nie? To spadaj :P Jak się doszkolisz, to możesz wrócić i spróbować swoich sił :D
Kończę, bo muszę się powoli zwijać z domu na moją dzisiejszą porcję zabiegów, a potem znów do pracy. Trzymaj się ciepło i dbaj o siebie! Dzióbki i pozdrawiam!
PS. Dowiedziałam się ostatnio od jednej z moich uczennic, która ma chomika, że istnieje coś takiego, jak trociny jabłkowe o smaku marchewkowym :D Czego to ludzie nie wymyślą :D”{/i}
Po wysłaniu maila, szybko się zebrałam i skierowałam w stronę przystanku. W drodze wciąż towarzyszył mi genialny humor i moja muzyka zgrana na MP3. Czułam się szczęśliwa. Spokojna i wolna. Pełna energii i atrakcyjna jak rzadko kiedy. I wydawało mi się, że skoro ja się tak czuję, dokładnie tak samo czują się wszyscy inni. Pomyliłam się jednak. Tego dnia padał deszcz, było pochmurno, wietrznie i zimno, czego jednak nie dostrzegałam do momentu, w którym pacjenci czekający w kolejce do laseru mi tego nie uświadomili. Jakoś jednak przetrwałam czekanie w „narzekalni” i znalazłam się ostatecznie w pokoju zabiegowym. - Dzień dobry! – przywitałam się radośnie. - Dzień dobry – odpowiedziała kobitka, trochę zmęczonym głosem. – Koszmarna ta pogoda. - Pogoda jak pogoda – odparłam, wzruszając ramionami. – W przyrodzie potrzebny jest i deszcz, i słońce. Wszystko ma swoje miejsce i swój czas. - Tak, ale mógłby już chociaż śnieg spaść – pożaliła się. – Nie byłoby tak szaro i smutno. - Przyjdzie zima, to na pewno spadnie – pocieszyłam ją. Nagle przypomniałam sobie o mojej nakrętce. – Dosyć narzekania, jak to głosi przysłowie ludowe. Od narzekania rzeczywistość wydaje się tylko jeszcze bardziej dobijająca niż naprawdę jest. - Może i racja… - zamyśliła się. – Ale narzekanie jest takie naturalne, przychodzi tak jakby samo z siebie. - Prawda – zgodziłam się z nią. – Ale: już jutro weekend. Odpocznie pani sobie, poogląda z mężem telewizję, pójdzie na spacer. Zobaczy pani, będzie dobrze. - To już jutro weekend! – zdawała się ożywić. – A tak na dobrą sprawę, już dzisiaj po pracy. - I widzi pani, od razu lepiej – stwierdziłam tryumfalnie. Cieszyłam się, że mogłam jej poprawić nastrój. Postrzegałam to nawet w kategoriach mojego prywatnego małego sukcesu. Wychodząc z pokoju zabiegowego, widziałam wyraźnie, że jej twarz ma bardziej radosny wyraz. „Punkt dla mnie”, ucieszyłam się. Pan ze sklepiku nie wykazywał większego entuzjazmu tego dnia niż kobitka od laserów, czy narzekający pacjenci. Starał się wprawdzie być miły, ale nawet nie musiałam udawać, że zajmuję się przygotowaniem do zajęć, by mieć go z głowy. Zatopiony w swoich rozmyślaniach, zdawał się wyjątkowo nie zauważać mojego istnienia. Gdy nastała odpowiednia pora, zebrałam swoje rzeczy ze stolika i skierowałam kroki w stronę mojego ulubionego gabinetu. Miałam nadzieję, że choć mój masażysta będzie w dobrym humorze. I znowu brutalne zderzenie z rzeczywistością. Nie przywitał mnie dziś ten tak uwielbiany przeze mnie uśmiech… „Co z nimi wszystkimi się dzisiaj dzieje!?”, pomyślałam zaskoczona, zdejmując z siebie ciuchy. Leżałam już grzecznie na leżance, czekając na początek zabiegu, gdy chłopak wszedł i bez słowa podłożył mi wałek pod nogi. „Oj, niedobrze się zapowiada”, odruchowo przeszło mi przez myśl, ale postanowiłam nie nastawiać się negatywnie i poczekać, jak się sytuacja rozwinie. On natomiast podszedł z boku do leżanki, rozpiął mi stanik i polał plecy oliwką. Doczekałam się też w końcu jakiejś reakcji. - To dzisiaj jakaś specjalna okazja? – zagaił, najwidoczniej zwracając uwagę na mój niecodzienny stanik. – Jakaś randka w planach? - Nie, potem idę jeszcze tylko na korki – odrzekłam, dodając – Do maturzystki mojej ukochanej. - Ciekawie się zapowiada – miałam wrażenie, że się uśmiechnął. „Tobie też się wszystko kojarzy?”, zastanawiałam się. „Ciekawe, czy tylko w mojej obecności…” – Ukochana maturzystka, seksowna bielizna… - Mam w domu jeszcze fajniejszą bieliznę… – odparłam z miejsca, śledząc w myślach moje poranne przymierzanie i próbując sobie wyobrazić wyraz jego twarzy – …ale jej tu nie zakładam. - Szkoda… A dlaczego? – spytał zaczepnie. Byłam już pewna, że się uśmiechnął. I że myśli dokładnie o tym samym, co ja… - Dlatego, że przychodzę tu przecież w celach czysto leczniczych – nagięłam trochę prawdę, zapuszczając się w myślach: „Nie jestem pewna, czy to terapia dotykiem, czy uśmiechem tak na mnie działa, ale jeszcze nigdy w życiu w czyjejkolwiek obecności nie czułam się tak dobrze, jak w twojej…” Dokończyłam jednak stanowczo – a nie towarzyskich. - No, patrząc na prawą stronę pani pleców, widzę znaczną poprawę – odrzekł dosadnie. Zrobiło mi się nad wyraz miło. - Cieszę się bardzo – odpowiedziałam, zastanawiając się, czy nie mówi tego tylko dlatego, że chciałabym to usłyszeć. Nie miałam pojęcia, co mogłabym jeszcze dodać, więc nie mówiłam już nic. Przez dłuższą chwilę masaż odbywał się więc w milczeniu. Cały czas jednak towarzyszyło mi przeświadczenia, że coś jest nie tak: było zdecydowanie za cicho i za spokojnie. W pewnym momencie moja ciekawość zwyciężyła. - Hej, co jest? – spytałam, trochę zmartwionym głosem. - Nie jestem dzisiaj w najlepszym nastroju, jak już pani zresztą zauważyła – powiedział poważnie. - Stało się coś, jeśli oczywiście mogę spytać? – drążyłam wątek. „Nie wiedzieć czemu, jednak zależy mi na twoim samopoczuciu”, pomyślałam sobie, lecz w chwilę później sprostowałam: „Niezła ściema, doskonale wiem, czemu mi na twoim samopoczuciu zależy, ale nic to. Spróbuję ci jakoś humor poprawić, na ile będę potrafiła”, postanowiłam sobie. - Proszę sobie przeczytać dzisiejszą gazetę – powiedział skwaszony. – Znajdzie tam pani odpowiedź. - Naprawdę muszę kupować gazetę? – propozycja nie przypadła mi do gustu. – Nie mogę dowiedzieć się tego tu i teraz? - No, dobra, powiem pani – zgodził się, lecz nie bez ociągania. – Wyczytaliśmy, że planują obciąć fundusze na rehabilitację. Jakiś czas temu chcieli zatrudnić jeszcze jednego masażystę, a teraz nie jesteśmy pewni, czy nas nie pozwalniają. - Rzeczywiście niefajnie – zgodziłam się, rozumiejąc już, że to nie tylko pogoda wywoływała tą dobijającą atmosferę na terenie całej placówki. Postanowiłam sobie, że dam z siebie wszystko, by jakoś go podnieść na duchu. – Ale może nie będzie tak źle. To, co wypisują w gazetach, niekoniecznie musi być wprowadzone w życie. - No, niby tak, ale moje doświadczenia z pracodawcami mnie nauczyły, że różnie to może być – odpowiedział sceptycznym głosem. - Nie wolno się koncentrować na złych scenariuszach wydarzeń, dopóki się nie zaczną spełniać – wyrwało mi się. – Może nikogo więcej nie zatrudnią, ale może też nikogo nie zwolnią. Trzeba mimo wszystko być dobrej myśli. - To nie tak – wyhamował mój łańcuszek myślowy. – Nie jestem typem, który siedzi i płacze, jak mu źle. Ale dziękuję za życzliwość. Teraz nie mam nastroju, bo dopiero się dowiedziałem. Jak to przetrawię przez weekend, powinien wrócić mi humor. - Mam nadzieję, że wróci – odrzekłam z nadzieją. – Nie ma sytuacji do końca dobrych, ani do końca złych. Zawsze się może okazać, że z pozoru zła sytuacja, tak naprawdę jest dobra. Były już takie przypadki, że na przykład ktoś spóźnił się na swój samolot i myślał, że ma pecha, a potem się okazało, że tenże samolot się rozbił. I nagle punkt widzenia się zmienia. - Ciekawe – przyznał. – Ale jak to się ma do mojej sytuacji? - Zakładając czysto teoretycznie najgorszy scenariusz, czyli zwolnienie – wyjaśniałam - warto by się zastanowić, czy nie jest to znak, że czas najwyższy założyć własną działalność. A poza tym, na całej rehabilitacji jest dość sporo osób. Jeżeli już mieliby kogokolwiek zwalniać, zawsze może być to ktoś inny. - W sumie to myślałem już nawet o założeniu własnej działalności – przyznał, trochę ożywiony. – Są tu puste pomieszczenia, można by je wynająć, skombinowałoby się jaką własną leżankę... - I to chciałam usłyszeć – stwierdziłam z zadowoleniem. – Z każdej sytuacji trzeba wycisnąć, ile tylko się da. - No, ale co z tego wyjdzie, czas pokaże – przyznał, znów trochę bardziej przygaszony. Wyczułam, że samo pokazanie…