Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 53 min czytania

REHABILITACJA: seria pierwsza - Rehabilitacja

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{c:navy}{font:courier}{u}seria pierwsza {b}REHABILITACJA{/b} - kontynuacja{/u}

{u}rozdział 10{/u} teraz, albo nigdy

Wtorkowy poranek przywitał świat opadami śniegu. Ja natomiast, zaabsorbowana kontynuowaniem moich sennych majaków, nie spieszyłam się zbytnio z opuszczaniem cieplutkiego łóżeczka. Oh, jak mi było dobrze! Czemuż niby miałabym nie urzeczywistnić swoich sennych marzeń? Jaka siła, moralna lub nie, mogłaby mnie przed tym powstrzymać? „Ależ ja mam dylematy…”, jęknęłam sama do siebie. „Która inna kobieta by się tyle nad tym zastanawiała…”, pomyślałam, mając w pamięci niedzielną rozmowę z kumpelą. „Przecież to takie proste i oczywiste. Po co ja to tak komplikuję?” Byłam tak podkręcona, że najdrobniejsze wspomnienie chociażby samego zapachu oliwki malowało na mojej twarzy szeroki uśmiech. W końcu, wprawdzie niechętnie, ale wypełzłam z łóżka. Przygotowując się do wyjścia z domu, zaaplikowałam sąsiadom końską dawkę Elvisa. Momentami musieli mnie wręcz nienawidzić. Idąc na przystanek, wyposażona w MP3, wciąż wsłuchiwałam się w te stare, lecz jakże aktualne melodie. Płatki śniegu wirowały w powietrzu, ludzie opatuleni po uszy wlekli się w sobie tylko znanym kierunku, a moje myśli wciąż wędrowały do salki z leżanką. I do tego ten Elvis… Rozejrzałam się wokoło, a gdy stwierdziłam, że nikt nie patrzy, dałam się ponieść urokowi tej klimatycznej chwili i zanuciłam sobie po nosem kilka wersów piosenki. W powietrzu zawirowały obłoczki pary mojego oddechu. Przeszedł mnie przyjemny, ciepły dreszcz. „ … now I know that life without you has been too lonely too long! One night with you is what I’m now praying for…” Było mi po prostu cudownie! Po drodze zahaczyłam jeszcze tylko o punkt ksero, zostawiając w nim książkę mojego masażysty, po odbiór której miałam się zgłosić za kilka godzin. Co jak co, ale z taką wiedzą nie miałam zamiaru się rozstawać. Pierwszym miejscem, do którego się udałam, był gabinet laseru. Odrobiwszy się najpierw tutaj, pozostawiałam sobie dość sporo czasu na ćwiczenia na sali gimnastycznej, gdzie zamierzałam dać ujście mojej całej energii. - Dzień dobry! – przywitałam się radośnie z panią od laseru, sięgając po zielone okularki. – No, i w końcu mamy śnieg! - A idź pani z tym śniegiem – nachmurzyła się. – Mogłoby już przestać sypać. - Przynajmniej nie będzie tak szaro i smutno – przypomniałam jej jej własne słowa. Nic nie było mnie dziś w stanie sprowadzić na ziemię. - Ta cała zima mogłaby już minąć – westchnęła, przystawiając mi laser do szyi. – Byle do Świąt, a potem od razu lato by się przydało. - Zima dopiero się zaczyna – uprzedziłam ją. – Poza tym, każda pora roku ma swoje plusy i minusy. Teraz przynajmniej nie ma komarów. - Ale jest zimno i ślisko – odparowała zdegustowana. - To minie – pocieszyłam ją i dodałam. – Zna pani legendę o królu Salomonie? - A co król Salomon ma wspólnego z polską zimą? – zdziwiła się, nie wiedząc za bardzo, do czego zmierzam. - Król Salomon nosił na palcu pierścień z napisem zwróconym do wewnątrz tak, że nikt nie mógł go dostrzec. Kiedy króla spotykało jakieś nieszczęście, lub musiał uporać się z ciężkim problemem, odwracał pierścień i czytał następujące słowa: „To minie”. – wyjaśniłam jej. Dodałam też ciekawostkę, by wprowadzić ją w lepszy nastrój. – Aczkolwiek, zgodnie z pozabiblijną legendą, ten napis tylko pierwotnie znajdował się na pierścieniu. Kiedyś, w przypływie czarnej rozpaczy, król podobno zdjął pierścień z palca i rzucił nim o ścianę. Pierścień odbił się jednak od ściany i potoczył z powrotem pod nogi Salomona. Kiedy ten go podniósł, nie było już na nim poprzedniego napisu. Pojawił się za to inny – zawiesiłam na chwilę głos i uśmiechnęłam się – Brzmiał: „To także minie”. - Dobre! – przyznała, a jej oczy się ożywiły. - Zima także minie – dodałam, by już nie miała wątpliwości, po co opowiedziałam jej tą legendę. – Wcześniej, czy później. - Czasem mam wrażenie, że postawiła sobie pani za zadanie poprawianie wszystkim humoru – stwierdziła przyjaźnie. - Eh – westchnęłam i wyjaśniłam. – Po prostu nie widzę potrzeby przejmowania się rzeczami, na które nie ma się wpływu. Na pogodę na pewno nie mamy wpływu, to po co sobie psuć nią humor. - Skąd pani bierze tyle… hmmm – nie wiedziała najwyraźniej jak to nazwać – pogody ducha? Pani wręcz promienieje! - Samo się tak jakoś generuje – odrzekłam skromnie. – Taki mam po prostu charakter. Zabieg dobiegł końca. Pożegnałyśmy się i mogłam na totalnym luzie udać się na salę gimnastyczną. Czekając na ławce, aż zwolni się miejsce, nakręcałam się dodatkowo, słuchając muzyki. „Let’s rock! Everybody, let’s rock!” , śpiewałam w myślach, kołysząc się dodatkowo w rytm słyszanych dźwięków. Energia mnie roznosiła! Mało brakowało, a zaczęłabym pstrykać palcami… W końcu przyszła moja kolej na wejście na salę. Przywitawszy się ze wszystkimi obecnymi, szybko wcisnęłam się w strój do ćwiczeń. - To od czego dziś zaczynamy? – spytałam ochoczo moją rehabilitantkę. - Materac jest wolny – oznajmiła. – Zaczniemy więc od ćwiczeń na brzuch. - Czyli hardcore – podsumowałam. - Widzę, że czujemy tego samego bluesa – uśmiechnęła się. Zrewanżowałam się tym samym i już leżałam na swoim ręczniku. Na początek miałam zrobić zwykłe podnoszenie bioder, potem „Batmanki” i „żołnierzyka” dla relaksu. Gdy się odrobiłam, czekała na mnie pewna nowość. - A teraz coś takiego – poinstruowała mnie. – Leżymy, ręce wzdłuż tułowia, jedna noga zgięta w kolanie, druga prosta, i podnosimy tą prostą nogę z pupą do wysokości kolana. Najpierw jedna noga, potem druga, po osiem razy na każdą nogę. Spróbowałam to zrobić i… się przewróciłam! Takie proste, a takie trudne… Spojrzałam na pacjentkę na sąsiednim materacu, młodą i sympatyczną kobitkę. Ona akurat leżała na boku i robiła wymachy nogą. Parsknęłam śmiechem. Leżałam i się trzęsłam. Nie czekałam długo, by do mnie dołączyła; po chwili obie pokładałyśmy się ze śmiechu. Dołączyła do nas też jeszcze trzecia pacjentka, starsza pani, robiąca jaskółkę łapaną na innym materacu. Jakież to było zaraźliwe! Trwało trochę, zanim się uspokoiłyśmy. Jak już zebrałam się w sobie, wykonałam całe ćwiczenie, a potem jeszcze alternatywną wersję „rowerka”, która polegała na tym, że miałam dać ręce za głowę, głowę w górę i przyciągać na przemian kolana do brzucha. Ledwo dałam radę… Chwilowo wykończona, leżałam i trzęsłam się ze śmiechu, co było moją naturalną reakcją na ból mięśni brzucha. Nagle usłyszałam lekko poirytowany głos jednej z pacjentek na wyciągu: - I z czego się pani tak cały czas cieszy? - A co? – odparowałam bezczelnie. – Mam płakać? Jeszcze czego! Pokręciła tylko głową z dezaprobatą. „Ty możesz sobie płakać, jak ci tak lepiej”, pomyślałam sobie, wciąż szczerząc zęby w szaleńczym uśmiechu. W tej chwili moja rehabilitantka spostrzegła, że leżę i się obijam. - To teraz „orzełka” dla relaksu – zarządziła. - A to jak się robi? – zdziwiłam się, znając do tej pory tylko „żołnierzyka”. - Leżymy na plecach, ręce przy tułowiu, nogi zgięte w kolanach i zataczamy duże koła raz jedną nogą, raz drugą. Na początek po pięć takich kół w prawo i w lewo. - Dla relaksu wszystko! – ucieszyłam się. Po relaksacyjnym „orzełku” mogłam przejść do czegoś następnego. - To teraz nogi zginamy w kolanach – instruowała mnie – ręce pod pupę, nogi prostujemy w kolanach, unosząc je do góry. Ma być czuć napięty brzuch. Wytrzymujemy cztery sekundy i zgięte nogi opuszczamy na materac. Dziesięć razy. - Tak to się mogę bawić i cały dzień – odparłam z entuzjazmem, gdyż ćwiczenie, nawet jak na mięśnie brzucha, nie należało do specjalnie ciężkich. Odrobiwszy się z wszystkimi powtórzeniami, przyszedł czas na kolejne. - Zrobimy coś na skośne – zaproponowała. – Ręce za głowę, lewa stopa na prawą nogę i ciągniemy prawy łokieć do lewego kolana. Potem zmiana. Po dziesięć na każdą stronę. - Niech będzie i tak – zgodziłam się. Znałam to ćwiczenie, więc poszło bezproblemowo. – I co dalej? - Ręce wzdłuż tułowia, głowa leży i przyciągamy jedną nogę rękami do brzucha, a potem drugą. Gdy przyciągamy jedną, to ta druga wtedy jest prosta – wyjaśniła. - Ale fajne! – byłam zachwycona. Wszystkie ćwiczenia wykonywałam z uśmiechem, mimo, że czułam każdy pojedynczy mięsień. Leżąc tu i starając się skoncentrować na ćwiczeniach, życie zdawało się być takie nieskomplikowane i lekkie. Żadnego pośpiechu, żadnych nerwów, czy wybujałych oczekiwań ze strony otoczenia. Mogłam po prostu być sobą, nie odgrywać żadnej oczekiwanej społecznie roli. To było piękne. Po przyciąganiu nóg do brzucha, miałam zrobić jeszcze dwa inne typy cięższych ćwiczeń, po których nastał czas na ostatnie relaksacyjne, kończące serię na brzuch. - Padam – wymamrotałam pod koniec. Byłam jednak szczęśliwa. - To teraz przewracamy się na brzuch – odrzekła zachęcająco. - I ten sam zestaw, co wczoraj, od naszych „pompeczek” zaczynając. Po dziesięć razy. Posłusznie obróciłam się na brzuch, dłonie położyłam na wysokości barków i wyprostowałam ręce, unosząc tułów. - Tylko nie unosimy pupki – upomniała mnie moja rehabilitantka. - Czuję się jak robak – skomentowałam. – Ale dobrze mi z tym. Po odrobieniu się z całym zestawem na mięśnie pleców, czekał na mnie bonus: ćwiczenia z leżeniem na boku. Nie było tego wczoraj. Położyłam się więc na prawym boku i stosowałam się do wszelkich instrukcji mojej rehabilitantki. - Śmiga mi tu pani jak prawdziwa kozica górska – uśmiechnęła się. - Jak wrócę do formy, to dopiero zacznę śmigać – obiecałam. Czas bardzo szybko mi płynął na sali gimnastycznej. Czegóż mi więcej było do szczęścia potrzeba? Mogłam koncentrować się na wykonywaniu przyjemnych ćwiczeń w sympatyczniej atmosferze. Swoją rehabilitantkę po prostu uwielbiałam! Rozmawiałyśmy o muzyce, ciuchach, imprezach, książkach… Miałam wrażenie, że znamy się o wiele dłużej niż dopiero od wczoraj, tak więc bardzo szybko przeszłyśmy na „ty”. Nie spieszyło mi się też jakoś specjalnie stamtąd wychodzić, gdyż pracę zaczynałam dziś dość późno. Koniec końców, na sali spędziłam około dwóch godzin. Tak, dwie godzinki okraszanej chichraniem się rekreacji. Życie jest proste i przecudowne! Pod koniec dnia natomiast, odrobiwszy się już ze wszystkimi swoimi zawodowymi obowiązkami, które nie pozwalały mi skupiać myśli na rzeczach innych niż praca, mogłam nareszcie zająć się sobą. Puściłam cicho muzykę i przebrałam się w piżamę. Weszłam na swoją skrzynkę mailową i przeczytałam wiadomość od siostry. Zaległam w fotelu i wzięłam kota na ręce. Jego mruczenie sprawiło, że poczułam się zrelaksowana i bezpieczna. Miałam parę rzeczy do przemyślenia. Zaczęłam analizować całą znajomość z moim masażystą, od samego początku. Obiecałam sobie przecież, i to całkiem niedawno, że będę już zawsze szczerze rozmawiać sama ze sobą. Miałam teraz idealną wręcz okazję, by sprawdzić, jak to wygląda w praktyce. „Ok., jest fajnie i często się śmiejemy, jest dla mnie bardzo miły, ale to o niczym nie świadczy, bo taki może być dla wszystkich”, wysnułam pierwszy wniosek i kontynuowałam: „Hmmm, ale kiedy powiedziałam, że za zajętych się nie biorę, to stwierdził przecież, że zasady są po to, żeby je łamać. I nic mi nie wspomniał o tym, że żonę jednak ma…”, zagalopowałam się, lecz szybko także zdołałam wyhamować: „No dobra, ale trzeba wziąć poprawkę, że kobiety mają tendencję do doszukiwania się ukrytych znaczeń tam, gdzie ich nie ma; o żonie nic nie wspominał, bo co jego pacjentów może interesować jego życie prywatne.” Do tej pory dobrze mi szło; logiczne myślenie zaczęło się powoli rozkręcać. Podążałam więc za ciosem: „A dlaczego zatem pokazał mi ten fajny punkt na dłoni, na pobudzanie kobiet? Nie musiał przecież tego robić… Pewnie chciał się najzwyczajniej w świecie pochwalić i już, to też o niczym nie świadczy.” Byłam dumna ze swojej inteligencji, tak więc pozwoliłam sobie na trochę luźniejsze interpretacje: „Albo mi się wydawało, albo zależało mu na moim dobrym samopoczuciu; zawsze, gdy miałam gorszy nastrój, starał się mi go poprawić…” Spostrzegłam, że taki tor myślenia szybko może sprowadzić mnie na manowce, tak więc z powrotem przyhamowałam: „… ale to mogło być z czystej sympatii, i też o niczym nie świadczy. Co dalej, pożyczył mi swoją książkę… Lecz innym pacjentom też ją przecież pożyczał, tak więc to też nic nadzwyczajnego”, tłumaczyłam sobie. „Zależy mu natomiast na mojej opinii na jego temat, inaczej by z tym imieniem nie wyskoczył. Też w sumie nic to nie znaczy, wszyscy ludzie chcą być lubiani przez innych, a w szczególności przez tych przeciwnej płci.” Do tej pory analiza szła mi jak po maśle, lecz nagle zderzyłam się z poniedziałkowymi wydarzeniami, które stanowiły dla mnie prawdziwe wyzwanie: „Ale w takim razie, jak mam tłumaczyć to, co było wczoraj? Przecież to niemożliwe, że traktuje tak WSZYSTKICH pacjentów! Chciał mi tylko zademonstrować, jak przyjemna może być pierwsza, masażowa faza gry wstępnej? Ale po co? Po co rozbudzać apetyt, jeśli nie ma się go później zamiaru zaspokoić? Albo może chciał mi zrekompensować przegrany zakład? Ale w taki sposób!? Co za bzdura! A może jednak to coś więcej…? Czy ja naprawdę za dużo sobie wyobrażam? Nie mogę powiedzieć, że nie mam podstaw sobie czegoś pomyśleć. I co dalej?”, zastanawiałam się. Nie mogąc jednak znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, postanowiłam odłożyć to na później i cieszyć się chwilą. Do jutra miałam czas na filozofowanie, a póki co, motylki trzepotały się w moim wnętrzu jak oszalałe; mimo wszelkich dylematów czułam się przeszczęśliwa. Kołysana do snu głosem Elvisa, z błogim uśmiechem na ustach, zatopiłam się we wspomnieniu zapachu oliwki i ciepłych rąk. I usnęłam. Pierwszą rzeczą, jaka do mnie dotarła w środowy poranek, było miałczenie mojego kota – zwierz domagał się śniadania. Wysokie dźwięki, które z siebie wydawał, skutecznie rozpraszały każdą tworzoną przeze mnie wizję, więc po kilku minutach dałam za wygraną i wylazłam z łóżka. Podkręciłam głośność na odtwarzaczu CD i nakarmiłam moje skrzypiące Słoneczko. Sama również się posiliłam. Z jednej strony dziwnie się czułam wiedząc, że dziś po raz ostatni idę na masaż, i że ta niezwykła znajomość się skończy; z drugiej dziwnie się czułam, bo tak naprawdę nie byłam na sto procent pewna, czy rzeczywiście się skończy... „Ok, dziewczyno, wyobraźnia wyobraźnią, a rzeczywistość rzeczywistością. W swojej głowie możesz sobie z nim robić, co tylko ci się podoba, ale nie bądź naiwna. Ten facet jest już zajęty. ZAJĘTY. To jest tak proste, że aż szkoda nad tym tyle myśleć”, klarowałam sobie przez całe śniadanie. Uzbrojona w odtwarzać CD, udałam się do łazienki. Nastawiłam moją maszynkę szczęścia na cały regulator i, wchodząc pod prysznic, włączyłam płytę i wyregulowałam wodę. Uwielbiałam tą łazienkową akustykę; co jak co, ale pokój nie dawał takiego brzmienia. Czując płynące po moim ciele gorące strumyki, mruczałam sobie pod nosem melodię piosenki, której słów nie znałam za dobrze. Łazienka powoli wypełniała się parą, a ja sięgnęłam po swój żel do twarzy, co zmusiło mnie na kilka chwil do przerwania mruczenia. Spłukawszy żel, nałożyłam na twarz maseczkę. Następnie namierzyłam żel pod prysznic i wylałam trochę na gąbkę. Gdy już piana otulała moją skórę, do moich uszu doszła charakterystyczna melodia - pstrykanie palcami i nie dająca się z niczym pomylić gitarka basowa... O, tak! Odruchowo zakołysałam się w rytm dźwięków i mój koncert się zaczął: ”Never know how much I love you, never know how much I care, when you put your arms around me I get a fever that's so hard to bear, you give me fever…” , zaśpiewałam do mojego szamponu. Choć raczej znów przypominało to bardziej mruczenie, niż śpiewanie. Zamknęłam oczy i kontynuowałam: “…when you kiss me, fever when you hold me tight… Fever…” zarzuciłam mokrą głową, aż ochlapałam całą ścianę. „… in the morning… Fever all through the night.” Wzięłam głębszy wdech: “Sun lights up the daytime, moon lights up the night, I light up when you call my name and you know I'm gonna treat you right… you give me fever!”, zaczęłam rozmaswywać szampon na włosach, cały czas się kołysząc do muzyki, “…when you kiss me, fever when you hold me tight… Fever!”, osunęłam się po ścianie jak wąż, przejeżdżając palcami po kafelkach, „… in the morning, fever all through the night.” Podniosłam się i nakierowałam strumień prysznica na tyle nisko, by nie spłukiwał szamponu z moich włosów. „Everybody's got the fever, that is something you all know. Fever isn't such a new thing, fever started long ago…” Nie chcąc przerywać tej chwili, wylałam jeszcze jedną porcję żelu pod prysznic na gąbkę; znów niesamowicie zapachniało, a ja mogłam zapomnieć się bez reszty, mrucząc: „ Romeo loved Juliet, Juliet she felt the same. When he put his arms around her he said 'Julie, baby, you're my flame, thou giv-est fever…” Znów zarzuciłam głową, tym razem to piana z szamponu znalazła się na ścianach łazienki. „…when we kisseth, fever with thy flaming youth… Fever… I'm on fire, fever, yea I burn for sooth.'” Nakierowałam strumień prysznica tak, by spłukiwał ze mnie wszystkie zastosowane substancje myjące i mruczałam kilka następnych wersów, gdyż zmywanie maseczki z twarzy skutecznie uniemożliwiało mi wydawanie z siebie jakichkolwiek zrozumiałych dźwięków. Woda wciąż płynęła po moim ciele, a ja nie potrafiłam przestać kołysać się w rytm muzyki, z zamkniętymi oczami. Uporawszy się ze spłukiwaniem maseczki i szamponu, mogłam wrócić do swoich mruczanek: „Now you've listened to my story, here's the point that I have made, cats were born to give chicks fever, be it Fahrenheit or centigrade, then we give you the fever…” Dotarło do mnie, że piosenka już powoli się kończy, zakręciłam więc wodę i zaczęłam wycierać się ręcznikiem, nie przestając wydawać z siebie dźwięków: „…when we kiss you, fever if you live and learn… Fever… Till you sizzle… What a lovely way to burn… What a lovely way to burn… What a lovely way to burn…” Nastała cisza. Owinięta ręcznikiem, podeszłam do odtwarzacza i puściłam tą piosenkę jeszcze raz. I jeszcze. Zawładnęła mną po prostu, tak idealnie pasowała do mojego nastroju… Wróciwszy do pokoju, puściłam ją jeszcze raz i zapętliłam. Ubieranie się tego dnia zajęło mi wyjątkowo dużo czasu. Muzyka towarzyszyła mi również, jak i każdego dnia ostatnimi czasy, podczas jazdy tramwajem. Z ustami wygiętymi w łagodnym uśmiechu, obserwowałam pozostałych pasażerów. Wszyscy zdawali mi się być niesamowitą abstrakcją, jakbyśmy pochodzili z zupełnie różnych planet. Byli tacy ponurzy, poważni i smutni. Niektórzy posyłali mi tylko zdziwione spojrzenia; najwyraźniej ktoś, kto wykazuje jakiekolwiek przejawy zadowolenia, nie jest zbyt częstym zjawiskiem w środkach transportu publicznego. A cóż ja mogłam poradzić na to, że uczucie wszechogarniającej radości przepełniało mnie na wskroś? Naprawdę miałam się do nich dostosować i z powrotem stać się smutnym, szarym tworem, niezdolnym z siebie wykrzesać najmniejszej chociażby iskierki pozytywnej energii? Mowy nie ma! Znalazłszy się już na terenie przychodni, skierowałam swoje kroki w stronę gabinetu laseru. „Dziwnie uczucie, przyjść tu już po raz ostatni”, przeszło mi przez myśl. Chcąc, nie chcąc, przyzwyczaiłam się do tego miejsca. - Dzień dobry! – przywitałam się z kobietką od zabiegów. – Dzisiaj już ostatni laser. - Dzień dobry! – odpowiedziała. – I widzi pani, jak to szybko zleciało. - Ano – przytaknęłam, ubierając zielone okularki i zajmując swoje miejsce na krzesełku. – Muszę przyznać, że będę tęsknić za tym miejscem – wyznałam, dodając – I za tymi okularkami też. - My tutaj też będziemy za panią tęsknić – przyznała. – Przyzwyczajamy się do naszych pacjentów, a dodatkowo rzadko kiedy się spotyka tak otwartą i optymistyczną osobę, jak pani. - Dziękuję – nie spodziewałam się tego usłyszeć. Jak ja w ogóle mogłam jej na początku nie polubić? Może była po prostu za wścibska, jak na pierwsze spotkanie? – Nie wiem, co odpowiedzieć. Przyzwyczaiłam się do codziennych wizyt w przychodni. - I to wszystko nagle się kończy – rozumiała mnie doskonale. - No, nie aż tak nagle – odparłam. – Dzisiaj po raz ostatni jestem tu i na masażu, ale salę gimnastyczną zaczęłam dopiero w ten poniedziałek, a też mam się tam stawić w sumie dziesięć razy. Wychodzi na to, że w miarę płynnie będzie się odbywać to moje pożegnanie z rehabilitacją. - Ciągle szyja i plecy? – chciała wiedzieć. - Dokładnie tak – odrzekłam z uśmiechem. – Po dwóch wizytach na gimnastyce bolą mnie jak na razie wszystkie mięśnie, ale mam nadzieję, że w miarę upływu czasu będzie już tylko lepiej. - Wielu pacjentów jęczy po pierwszych ćwiczeniach, to prawda – przyznała. – Wielu też po skończeniu ćwiczeń tutaj, nie kontynuuje ich w domu. Mija jakiś czas i wracają tu z powrotem z tymi samymi bólami. - Postaram się nie rezygnować z aktywności fizycznej, jak już będzie po wszystkim – obiecałam. – Nie to, że nie chcę tu wracać, po prostu nie chce, żeby ciągle mnie coś bolało. - Będę trzymać kciuki, ale wie pani, jak to czasem bywa z samodyscypliną – uświadomiła mi starą jak świat prawdę. – Mam nadzieję, że w pani przypadku nie będzie to tylko tak zwany słomiany zapał. - Ja też mam taką nadzieję – przytaknęłam. – Ale, idąc tropem sławnych cytatów, na dziś coś z kreskówek: „Każda chwila to szansa aby wszystko zmienić”. To chyba z „Kubusia Puchatka” pochodzi, jeśli się nie mylę. - Ładne – zgodziła się. - I jakże prawdziwe – dodałam. – Zasłyszałam jakiś czas temu i wryło mi się w pamięć niesamowicie. A odkąd zaczęłam to dość często cytować, to część moich znajomych nawet zaczęła mówić na mnie Kubuś. Ale proszę zwrócić uwagę, jaki bardzo pozytywny jest to przekaz. - Pani to chyba same takie zna – odrzekła. - Załóżmy, że większość – uśmiechnęłam się. Zabieg się skończył w akompaniamencie ostatniego piknięcia urządzenia. - Dziękuję serdecznie za te dziesięć wizyt – powiedziałam na pożegnanie. - Obiecuję, że jak tylko będę gdzieś w pobliżu, to wpadnę się przywitać - I wnieść trochę optymistycznego uśmiechu w te rejony przychodni – uzupełniła moją wypowiedź. Dostrzegłam, że jej też jest trochę żal, że to już koniec. - Nic to, nie tamuję ruchu innym pacjentom i zmykam – rzuciłam jeszcze na odchodnym. – Do widzenia! - Do widzenia! – odpowiedziała i wróciła do swojej pracy. Nieśpiesznie skierowałam swoje kroki w stronę sali gimnastycznej. Gdy już tam dotarłam, okazało się, że dziś akurat sala była wypełniona po brzegi, tak więc przyszło mi trochę poczekać aż zwolni się jakieś miejsce. Wyluzowana, ze słuchawkami w uszach, rozwaliłam się na ławeczce koło drzwi. Żeby zbyt wiele nie myśleć i nie oczekiwać niewiadomo czego po mającym mnie jeszcze dziś czekać ostatnim masażu, zatopiłam się w dźwiękach muzyki i obserwowałam innych czekających w kolejce pacjentów. Siedzieli tacy smutni i poskręcani… Istna kalka z tramwaju. Wszyscy praktycznie mieli założoną nogę na nogę, a większość dodatkowo krzyżowała ręce. Widać było, że czują się tu bardzo niekomfortowo. Stanowiłam do nich niezły kontrast, z rękami w kieszeniach i nogami nieprzyzwoicie wręcz szeroko opuszczonymi na podłogę. Nagle mignęło mi przed oczami coś białego. To był mój masażysta! Spojrzał na mnie, siedzącą w tej jakże pięknie luzackiej pozie, i szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy. Zdążyłam tylko odwzajemnić się takim samym uśmiechem, a on już otworzył drzwi i zniknął na sali gimnastycznej. „Więc przychodzisz tu czasami… Czyli jednak jest szansa, że jeszcze kilka razy się spotkamy”, ucieszyłam się odruchowo. Zanim doczekałam się na swoją kolej na wejście na salę, zdążył już jednak stamtąd wyjść i udać się na swoje piętro. Po kilku kolejnych minutach czekania, miejsce się zwolniło i mogłam opuścić swoją ławeczkę. Przywitałam się radośnie ze wszystkimi i udałam do „przebieralni”, gdzie założyłam swój strój do ćwiczeń. - Od czego zaczynamy dzisiejsze manewry? – spytałam mojej rehabilitantki. - Znów od materaca – usłyszałam w odpowiedzi. – Na początek zestaw z leżeniem na plecach, potem na brzuchu, a potem jeszcze na boku, jak wczoraj. - Tak jest! – rzuciłam radośnie. Wiedziałam, że to będą dosyć ciekawe dwie godzinki. Miałam jeszcze w końcu cały zestaw zakwasów z dnia poprzedniego. Mimo fizycznego, jak miałam nadzieję - tymczasowego dyskomfortu, błogi uśmiech wciąż gościł na mojej twarzy; nie dał go rady zmyć nawet udoskonalony „rowerek.” Zajęta koncentrowaniem się na wykonywanych ćwiczeniach i rozmowach z innymi pacjentami, ani się spostrzegłam, jak wykonałam wszystkie przyjemnostki na materacu z leżeniem na plecach i brzuchu. Po kilku chwilach bezczynnego leżenia w ramach relaksu po mojemu, nastał czas na ćwiczenia z leżeniem na boku. - Noga spod spodu zgięta, a tą z góry przyciągamy do brzucha i prostujemy – poinstruowała mnie moja rehabilitantka. – Osiem razy. - Banał – nie mogłam się oprzeć komentarzowi. Szybko mi poszło, więc chciałam więcej. - Noga spod spodu wciąż zgięta, a ta z góry prosta. Unosimy ją do góry prostą w kolanie i opuszczamy. Też osiem razy. - Też banał – ucieszyłam się. – Co dalej? - Noga spod spodu ciągle zgięta, tą z góry unosimy tylko lekko w górę i robimy wymachy do przodu i do tyłu. - Pewnie też osiem – zgadłam. Skończywszy wymachy, znów spytałam – A teraz? - Teraz tą z góry zataczamy małe kółeczka – odparła - po sześć w jedną stronę i sześć w drugą. - Ok. - byłam wyjątkowo przyjemnym materiałem na pacjenta na sali, niezwykle zgodnym i ochoczym. – I co dalej? - Teraz tą nogę z góry kładziemy zgiętą pod brzuch, a ta spod spodu prosta i unosimy ją do góry – poinstruowała mnie. - Utrzymujemy dwie sekundy i opuszczamy. Też osiem razy. A potem na drugi bok i to samo od początku. - Nie ma sprawy – odparłam energicznie, wykonując ćwiczenia. Mając odfajkowany materac, poszalałam jeszcze trochę przy drabinkach, głównie „zdobywając Mount Everest” i „pływając na Titanicu.” Czułam zmęczenie, ale było to takie błogie zmęczenie. - Gotowe – mogłam tryumfalnie oświadczyć mojej rehabilitantce. - To teraz nasza główka, a potem romans z kijaszkiem – odrzekła zadowolona. – Widzę, że czujesz się tu jak ryba w wodzie. - Trudno czuć się tu inaczej – posłałam jej uśmiech. – Klimacik jest po prostu bombowy. Zdążyłam już odrobić się z ćwiczeniami na szyję i wzięłam kij w dłonie, gdy nagle na salę wszedł jakiś młody chłopak, ubrany w takie samo przychodniane wdzianko, co reszta ekipy z rehabilitacji. - O, ktoś nowy – wyrwało mi się bezwiednie. - Nie nowy, pracuje tu już jakiś czas – odpowiedziała mi jedna z pacjentek, wywijających „orzełka” na materacu. – Kiedyś siedział na masażach, a teraz zajmuje się fizykoterapią…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
REHABILITACJA: seria pierwsza - Rehabilitacja — czytnik · opowiadania