Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 47 min czytania

REHABILITACJA: seria trzecia - Dotykoterapia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria trzecia - Dotykoterapia{/b} - część ostatnia{/u} {i}motto: Opór kobiety nie zawsze jest dowedem jej cnoty, częściej - jej doświadczenia." Ninon de Lanclos{/i}

{u}prolog do serii trzeciej{/u}

Czara goryczy właśnie się przelała. Ogarnęła mnie niepohamowana determinacja, by zrobić z całym tym burdelem porządek raz na zawsze. Weszłam na moje gadu i jeszcze raz odczytałam wiadomość od, kiedyś tak mi się przynajmniej wydawało, zaufanej i bliskiej mi osoby:

{i}„Cześć, Piękna!! Jak tam wakacje Ci mijają?? pewnie kożystasz ze słońca które pieknie świeci i w miarę wolnego czasu opalasz się i zapewne Twoja opalenizna jest już ładniejsza niż moja, zreszta moja już nie wyglada ładnie bo skórka zeszła już prawie z całego ciała (z wyjątkiem tych części które nie opalałem) pewnie niedługo zaczniesz znów uczyć anglika więc będziesz mieć mniej czasu. Ale może dasz się namówić na spotkanko?? Żony całą sobotę nie będzie w domu… ;)”{/i}

Tak, tego było już za wiele! Tyle razy mu klarowałam o moich zasadach… Wprawdzie bardzo długo dość zręcznie ich przestrzegał, ale od jakiegoś już czasu miałam bardzo złe przeczucia co do naszej znajomości. Musiałam podjąć ostateczną decyzję: złamać własne zasady, narażając się tym samym na upiorne wyrzuty sumienia, lub stracić kogoś bardzo dla mnie ważnego. Po dłuższej chwili walki z samą sobą, oraz koncertu zafundowanego moim sąsiadom, byłam w stanie mu odpisać. Wyszłam z gg, za kolejny cel obierając sobie moją skrzynkę mailową. Otworzyłam jedną ze znajdujących się na niej wiadomości. Jej treść znałam, praktycznie rzecz biorąc, na pamięć.

{i}{b}„witam kochanie{/b} jakos te plany sie troche popsuly. sprzedali ten teren na kturym man muj warstatt,teraz wselismy advokata niewiem co z tego ma byc ale prawdo podobnie bede musial placic podwujny czynsz .dlatego sie rozglodam nat innym garaszem zeby wynajonc.

bardzo duzo sie bawilem te ostatnie dnie ,dopiero dzis jakos doszlem do siebie i zaczynam sie ztarac o te zprawy.

teraz naprawde niewiem kiedy bede mug przyjechac . ale ciagnie mnie stasznie na wies. chyba mi sie tylko uda na weekend z kolego na motorze przejachac ale jeszcze niewiem kiedy.

a u ciebie co sie wykazalo?

calusy i do sobaczenia sloneczko

sobacz fotki :)”{/i}

Przeczytałam tego maila wcześniej już chyba z tysiąc razy. Tak samo z tysiąc razy obejrzałam nasze wspólne zdjęcia, które mi przysłał. Uśmiechnęłam się pod nosem i pokręciłam głową. Zaczęło do mnie powoli docierać, że, mimo upływającego czasu i moich przeróżnych dotychczasowych doświadczeń, wciąż jestem naiwną kretynką. A także, że więcej we mnie chińskiej Świni, niż klasycznego Barana… By sama siebie przekonać, że postępuję jak najbardziej słusznie, przeczytałam raz jeszcze SMS od mojej instruktorki. Po chwili wahania namierzyłam na ekranie monitora „Usuń” i kliknęłam. I poszło! A razem z każdą kolejną kasowaną w ten sposób wiadomością znikały resztki mojego poirytowania i zagmatwania. Na monitor komputera padły radosne promienie jeszcze wakacyjnego słońca i rozświetliły moją twarz iskierkami tradycyjnego już niepoprawnego optymizmu oraz (jakże mi jej brakowało!) miłości do życia i świata. Znów byłam sobą!

{u}rozdział pierwszy{/u} magia siana

W życiu najbardziej fascynująca jest jego nieprzewidywalność. Wakacje miały się już powoli ku końcowi. A ja, uzbrojona w ręcznik i strój do ćwiczeń, dreptałam ochoczo do przychodni, by oddać się w troskliwe ręce moich rehabilitantów. Błogosławieni niech będą ludzie dobrej woli! Czyli ci, którym właśnie przyszło się znowu mną zajmować… Na gwałt potrzebowałam kogoś, kto z ostatniej łamagi, którą obecnie przypominałam, stworzyłby w miarę zdrowo poruszającą się istotę. Taką, która nie jęczy z bólu chociażby przy wstawaniu z krzesła. A poza tym, potrzebowałam jakiejś życzliwej duszyczki, która wyczarowałaby z powrotem uśmiech na mojej twarzy. Ale od początku. Najpierw ex-niewypał, potem Pan P., a na dobitkę Czarny Ksionżę. Jak na jedną kobietę, podobnych doświadczeń w zupełności wystarczy. Gdyby nie prawie codzienny kontakt z jednym z moich uczniów, chyba bym zwariowała! Postanowiłam w końcu być ze sobą szczera aż do bólu: nie nadaję się do żadnych związków. I z nikim nie było mi tak dobrze jak samej ze sobą. Do tego cudownego wniosku doszłam w połowie kwietnia, kiedy to udało mi się definitywnie wydostać z zaborczych szponów Czarnego Ksiencia. Postanowiłam też wtedy, że zacznę o siebie dbać: nie będę się przepracowywać, a za to zacznę się wysypiać, dobrze odżywiać i regularnie ćwiczyć. I, przede wszystkim, koniec z facetami. Jestem i już zawsze będę sama. Chce być sama. Faceci przestają istnieć. Dlatego też z miejsca odstawiłam moje tabletki antykoncepcyjne. I szło mi świetnie. Życie było cudowną idyllą… Żadnych zmartwień, żadnego stresu, po prostu żyć, nie umierać! Aż przyszedł czas wakacji. Razem z moją siostrą i, ku mojemu zaskoczeniu, także jej mężem, którzy przyjechali do mnie tylko na wakacje (siostrze nieoczekiwanie udało się w końcu znaleźć stałą pracę w mieście, w którym kilka lat wcześniej zamieszkała razem z mężem. Wprawdzie mieli w planach oboje wyjechać do pracy za granicę, ale postanowiła ostatecznie spróbować sprawdzić się na obecnym stanowisku), wybraliśmy się na dwa tygodnie na wieś. Nasza gospodyni była dobrą znajomą męża mojej siostry; mieliśmy więc specjalne względy. Natomiast najfajniejszą lokalną atrakcją była stadnina koni, należąca właśnie do naszej gospodyni. Mogliśmy więc korzystać z dobrodziejstw tego miejsca do upadłego. Dość szybko też zakumplowaliśmy się z instruktorką od jazdy konnej, która codziennie miała dawać nam lekcje. Zapowiadały się cudowne wakacje. I takie też były. Wprawdzie na czas wyjazdu zmuszona byłam zawiesić swoje ćwiczenia, a także zrezygnować ze zdrowego trybu żywienia – dla celów czysto towarzyskich - ale wtedy niespecjalnie mi to przeszkadzało. Cieszyłam się chwilą. Nie załamywał mnie nawet fakt, że nie potrafiłam wbić się w rytm konia i poprawnie anglezować. - Jeździec i koń stanowią jedność. Masz z nim płynąć – pouczała mnie instruktorka. - Cholera, no, staram się, ale nie umiem… – żaliłam się, kurczowo trzymając się siodła i latając na koniu jak bezwładny klocek. - Wybijaj biodra do przodu, kiedy koń cię wyrzuca. Tak, jakbyś się ru… – resztę słowa wypowiedziała zbyt cicho, by można je było usłyszeć. Nie miałam jednak najmniejszych wątpliwości, co do jego treści; świetnie wyczytałam ją z ruchu ust. - Kobieto – wywróciłam oczami i się zaśmiałam. – Wieki całe, jak tego nie robiłam! Nic dziwnego, że tak kiepsko mi idzie. Hmmm, nie czekałam niewiadomo jak długo, by zjawił się ktoś, kto by mi tą wiedzę pomógł gruntownie odświeżyć. I straciłam przy tym głowę zupełnie. Mimo wszelkich swoich uprzednich postanowień dotyczących facetów. Totalne zaćmienie spadło na mnie w nasz ostatni weekend na wsi. Właśnie na ten weekend do naszej gospodyni przyjechało kilku gości zza granicy. Nie byli jednak cudzoziemcami; byli to Polacy, którzy przeprowadzili się za granicę w wieku wczesnoszkolnym razem ze swoimi rodzicami, poszukującymi lepszych perspektyw w obcych krajach. Dość poprawnie mówili po polsku, tak więc nikt z nas nie miał większych problemów z komunikacją. Z chwilą, gdy zobaczyłam jednego z nich, poczułam, jakby piorun we mnie strzelił. On zdradzał podobne oznaki, tak więc postanowiliśmy się szybko zintegrować; poszliśmy wszyscy do knajpki jeszcze tego samego wieczoru. Ja, zwykle gadatliwa i dość ekspresywna, przycupnełam sobie na ławeczce, sącząc spokojnie piwko i wpatrując się w mój najnowszy obiekt westchnień. On zresztą nie pozostawał mi dłużny. Wracając z knajpki poczułam nagle jego dłoń na moim ramieniu. Odwdzięczyłam się, obejmując go w talii. I w chwilę później zagrodził mi drogę… Zdążyłam jeszcze tylko spojrzeć w te jego oczy i spytać z paniką w głosie: „Ale nie masz dziewczyny, prawda?” Tak, ta zasada była silniejsza, niż wszystko inne. Zaśmiał się serdecznie i zaprzeczył. I w chwilę później miałam już jego usta na swoich. A po upływie kolejnych kilku minut byliśmy już razem w moim pokoju. Udało mi się zachować jeszcze resztki zdrowego rozsądku: - Wiesz, nie biorę tabletek, nie mam też żadnego innego zabezpieczenia… - wyszeptałam między pocałunkami. - Nie martw się – uspokajał mnie. – Nie zrobimy nic, czego nie będziesz chciała. Rzeczywiście, nie zrobiliśmy nic, czego bym nie chciała. Za to zrobiliśmy wszystko to, na co akurat miałam największą ochotę. A w dwie noce później nie miałam już najmniejszych problemów z anglezowaniem… Moja instruktorka była nad wyraz dumna z moich błyskawicznych postępów. Moja Wakacyjna Miłość. Pierwsza taka w życiu. Trwała trzy dni. A dokładniej, patrząc na charakter naszych kontaktów – trzy noce. Na początku próbowałam być realistką, tłumacząc sobie, że nasz ewentualny związek nie miałby szans. Za duża odległość i w ogóle. Zdziwiło mnie więc, że MWM chciał wydębić wszystkie namiary na mnie: numer telefonu, numer gadu, Skype’a, adres mailowy… Namówił mnie też na założenie konta na Facebook’u. Na pytanie, po co mu to wszystko, odparł, że jestem tak fajną dziewczyną, że chce utrzymywać ze mną kontakt. Przebłyski nadziei zamigotały w moich oczach, a niepoprawny optymizm przejął całkowicie kontrolę nad zdrowym rozsądkiem. I uwierzyłam, że to było coś więcej, że, przy obopólnych chęciach, mamy jakąś szansę. Tak, ale przecież to facet. Wrócił do siebie, wkrótce potem ja z siostrą i jej mężem, również wróciliśmy do mnie i zaczęła nas wsysać szara rzeczywistość. Kontakt ze mną udało mu się utrzymywać jeszcze tylko przez tydzień. Potem przestał odpisywać na moje wiadomości. Na Facebook’u widziałam tylko, jak zawiera nowe znajomości z jakimiś dziewczynami. Załóżmy, że spadły mi klapki z oczu. Jednak wciąż nie potrafiłam pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Wtedy też natknęłam się na jedną z piosenek Rammsteina pod wdzięcznym tytułem: „Pussy”. W mig odniosłam treść piosenki do swojej własnej sytuacji. Nie było dla mnie prawdziwszego tekstu w tamtej chwili. Doszłam więc do wniosku, że mocniejsze uderzenie to to, czego akurat mi potrzeba. Momentalnie zaopatrzyłam się w całą dyskografię wspomnianego przed chwilą wykonawcy. I tak oto poznałam kolejne moje muzyczne zauroczenie. Muzyka potrafiła ukoić mój ból do pewnego stopnia. Jednakże ciągle w podświadomości miałam nadzieję, że MWM skontaktuje się ze mną lada dzień. Czułam się, jakbym po części miała powtórkę z rozrywki z Pana P. Różnica polegała na stażu znajomości; w tym przypadku, na moje szczęście, niebotycznie krótkim. Przez pierwszy okres nałogowo sprawdzałam pocztę po sto razy dziennie. A będąc już na necie, czytałam wszystko to, co do tamtej pory do siebie napisaliśmy. Wcale mi to nie poprawiało nastroju. Wręcz przeciwnie. „Trzeba się było trzymać swoich postanowień sprzed wakacji”, wytykałam sobie przez zaciśnięte zęby. „Co mnie, u licha, podkusiło!?”, stukałam się w czółko. Żadna z powyższych czynności nie sprawiła jednak, co było do przewidzenia zresztą, że MWM się ze mną w jakikolwiek sposób skontaktował. Upewniło mnie to natomiast w moich wcześniejszych postanowieniach: od facetów trzeba się trzymać z daleka! Im dalej, tym lepiej. Żaden nie jest wart poświęcenia mu uwagi, o innych rzeczach już nawet nie wspominając. Na domiar złego stanęłam również przed trochę poważniejszym problemem: gdzie, do cholery, podział się mój okres!? Byłam na siebie zła. I śmiertelnie przerażała mnie wizja tak długoterminowej pamiątki z wakacji… Jednakże perspektywa odwiedzin gabinetu ginekologicznego paraliżowała mnie chyba jeszcze bardziej, więc z dnia na dzień odkładałam decyzję o złożeniu wizyty panu doktorowi. Zrezygnowana i zrozpaczona, zarzuciłam wszelkie formy aktywności fizycznej. Na dokładkę zaczęłam się obżerać i spędzać przed kompem całe dnie, głównie pisząc z życzliwymi mi osobami. Na efekty nie musiałam długo czekać; już wkrótce nawet położenie się prosto na brzuchu sprawiało mi ból. O wejściu na wagę, lub spojrzeniu w lustro, nie było nawet mowy… Moja forma psychofizyczna zaczęła mnie dobijać. Nie było bata, musiałam coś ze sobą zrobić. I to jeszcze przed powrotem do pracy. I przypomniałam sobie, że istnieje takie jedno specyficzne miejsce we wszechświecie - jedyne w swoim rodzaju. Zadzwoniłam więc szybko do mojej rehabilitantki i spytałam, czy nie mogłabym pochodzić trochę do niej na salę gimnastyczną. Zgodziła się bez najmniejszego problemu. Nie, więcej! Ucieszyła się na samą myśl, że znów będziemy się codziennie widywały. Ustaliłyśmy zatem, że zacznę przychodzić już od najbliższego poniedziałku. Poprosiłam ją również, żeby się spytała mojego masażysty, czy nie mogłabym także i u niego liczyć na kilka zabiegów. Był facetem, to fakt, lecz nigdy mi żadnej krzywdy nie zrobił. Niestety, tym razem pojawiły się schody: miał już komplet pacjentów. Przynajmniej na najbliższe dwa tygodnie, o ile nie na dłużej… Wkurzyłam się. Bardzo. „Czy ci faceci do czegokolwiek służą!?”, syczałam w myślach. Zdawałam sobie oczywiście sprawę z tego, jak bardzo moja złość była irracjonalna; to w końcu nie jego wina, że aktualnie nie było wolnych miejsc. Nie przeszkadzało mi to jednak momentalnie uplasować go razem z całą pozostałą rzeszą przedstawicieli płci brzydkiej, którą zaczęłam traktować teraz hurtem jako największe zło, z jakim kobiecie przyszło się kiedykolwiek użerać. Nagle odkryłam w sobie pokłady jadu, o które dotychczas się nawet nie podejrzewałam. Tak więc mamy poniedziałkowy poranek. Zebrałam się z domu w tempie, jak na moje ówczesne możliwości, dość ekspresowym. Naszykowałam śniadanie sobie, mojemu kotu, siostrze i jej mężowi, którzy mieli wyjechać ode mnie dopiero następnego dnia. Potem zafundowaliśmy sobie szybką kąpiel w miedniczce. Cóż, kilka dni wcześniej uwidział mi się remont łazienki i właśnie ponosiłam wszelkie jego konsekwencje, z których najbardziej irytujący był brak wody w remontowanym pomieszczeniu. Podobno człowiek jest w stanie do wszystkiego się przyzwyczaić. Jednak brak porannego prysznica doskwierał mi ponad wszelką wytrzymałość. Zwłaszcza, że podobno wody miało nie być tylko przez dwa dni. Hmmm, fachowcy… Wyszłam z domu, zostawiając fachowcom pole do popisu, i udałam się w kierunku przychodni. Próbowałam zdusić w sobie irytację, nucąc pod nosem fragmenty piosenek, które akurat potrafiłam powtórzyć. Wprawdzie chciałam namówić na ćwiczenia również mojego kuzyna, który, tak samo, jak i ja, wymagał przejścia na dość restrykcyjną dietę, ale się wykręcił, tłumacząc, że moja siostra poprosiła go, jako jedyną zmotoryzowaną osobę w rodzinie, by ją podwiózł do dermatologa. Z kuzynem odświeżyłyśmy kontakt całkiem niedawno podczas wizyty u jednej z ciotek, na którą wpadłyśmy czystym przypadkiem, chodząc po sklepach. Cóż, mówi się, że, tak samo, jak siostra to nie kobieta, kuzyn to nie mężczyzna. W końcu co rodzina, to rodzina. Dotarłszy do przychodni grubo po godzinie dwunastej, namierzyłam najpierw sklepik. I tu niespodzianka: nie było mojego sklepikarza! W zamian za to była jakaś nowa babka. Hmmm, w pierwszym momencie dziwnie się poczułam, że nie będzie już mnie miał kto podrywać, ale mówi się – trudno. I żyje się dalej. Wzięłam mineralną; z soczków zrezygnowałam kilka miesięcy wcześniej. Przekraczając próg sali gimnastycznej spróbowałam się uśmiechnąć. Wyszło, lecz nie przesadnie szczerze. - No, Lukrecjo, widzę, że trzeba będzie się za ciebie porządnie zabrać - przywitała się ze mną moja rehabilitantka. Druga rehabilitantka, kierowniczka sali, tylko kiwnęła mi głową, uśmiechnęła się i zniknęła za zasłonką, gdzie zajmowała się swoją pacjentką w ramach terapii manualnej. - Hej, Piękna! – przytuliłam się na „dzień dobry”. – Postaw mnie na nogi, a będę cię kochać aż do grobowej deski. - Zobaczymy, co da się zrobić – uśmiechnęła się. – Przebieraj się i zaczynamy program odnowy. - Dzień dobry! Poznajesz mnie? – z leżanki stojącej koło okna wykrzyknęła na mój widok pacjentka, starsza pani, którą właśnie zajmowała się moja rehabilitantka. Znałam tą pacjentkę już wcześniej z okazyjnych przyjacielskich odwiedzin mojej rehabilitantki na sali. Ale wtedy miała ćwiczenia na krześle. Zdziwiło mnie więc, że dziś zastałam ją w leżącym stanie. - Ach, dzień dobry! – od razu nieznacznie się rozpromieniłam. – A co pani robi na leżance? - Miałam operację kolana – wyjaśniła. – Teraz muszę się trochę zrehabilitować. Widzi pani sama, co tutaj ze mną wyrabiają. - Jestem pewna, że kiedy z panią skończą, będzie pani jak nowonarodzona – uśmiechnęłam się. – To ja idę się przebrać. - Taka młoda, a już musi ćwiczyć? – zainteresował się pacjent w średnim wieku na wyciągu. - Zdarza się! Problemy z kręgosłupem i z kondycją w ogóle! – odpowiedziałam i zniknęłam za zasłonką. – I wcale nie jestem aż taka młoda! Zestaw pacjentów wydawał się być całkiem – całkiem. Pełna sala, mnóstwo ludzi, z którymi można pogadać i zapomnieć o reszcie świata. Wprawdzie obawiałam się bardzo o moją kondycję, ale pamiętając, że w tym miejscu nigdy żadna krzywda mnie nie spotkała, postanowiłam zaufać biegowi wydarzeń. Wyszłam z przebieralni ubrana w długie spodnie i koszulkę bez rękawów, trzymając w jednej ręce ręcznik, a w drugiej wodę mineralną. - Zaczniemy od leżenia na plecach – powiedziała moja rehabilitantka. – Dam ci coś nowego. - Ekstra! – ucieszyłam się. – Uwielbiam nowości! - To w takim razie trzymaj tu kolegów – podała mi jednokilowe ciężarki. – Połóż się na plecach, kolana zgięte i boksujesz na przemian w sufit. Dzisiaj będziemy wszystko robić po dziesięć powtórzeń. - Oki – usłuchałam. Poszło nad wyraz szybko. Poczułam, że nieśmiało zaczynają budzić się we mnie przykurzone iskierki mojej energii i chęci do życia. Uśmiechnęłam się ślicznie – Co mi teraz zaproponujesz? - Teraz ciągle trzymaj chłopaków – poinstruowała mnie. – Połóż sobie ręce proste w łokciach na materacu i krzyżuj je nad klatką piersiową. Tylko powoli. I proste w łokciach! - Robi się! – odżyłam i zaczęłam wykonywać ćwiczenie. Ten klimat działał cuda. – Wiesz, co? - Co, Zdzisławie ty mój? – chciała wiedzieć. - Myślę, że z tydzień wizyt tutaj i wrócę do formy – oświadczyłam. Nie przypuszczałam wtedy nawet, że zabawię tam o wiele dłużej… - A, to się bardzo cieszę – odpowiedziała z satysfakcją. – Ale wiesz, ja tu jestem tylko do przyszłego wtorku włącznie. Potem mam urlop. - Zostawisz mnie tu samą? – zasmuciłam się. Pięknie! Żadnych masażów, a w dodatku jeszcze i ona chce mnie tu zostawić na pastwę losu… Nie zapowiadało się tak fajnie i przyjemnie, jak na samym początku mi się wymarzyło. - Dzióbie, świetnie sobie poradzisz, będziesz wśród przyjaciół – pocieszała mnie. Zobaczyła, że skończyłam ćwiczenie, więc otrzymałam kolejne instrukcje. – Trzymaj naszych koleżków i zataczaj ogromne koła, łokcie proste. W obie strony. - Jasne – przytaknęłam. To okazało się już być cięższe. – Poradzić to sobie i poradzę, ale oprócz tego, że chcę wrócić do formy fizycznej, miałam nadzieję na jakieś psychiczne podbudowanie. - Chodzi ci o tego gościa z wakacji… – zrozumiała. - Było tak fajnie – jęknęłam. – Czemu się schrzaniło? - Nie przejmuj się, bo nie warto kimś takim – powiedziała. - Nie rozumiem ich po prostu – jęczałam dalej. – Sama się zdziwiłam, że chciał na mnie wszystkie namiary. Pytałam nawet, po co mu one, to się uparł. A teraz się nie odzywa. Faceci są do dupy. Nie chcę już żadnego… - Może kiedy je od ciebie brał, to naprawdę był przekonany, że będziecie utrzymywać kontakt – próbowała zgadnąć. – Przez pierwszy okres tęsknił i pisał, a potem pochłonęła go codzienność, praca, wiesz jak to bywa. - Chyba raczej codzienność imprezowa – skwitowałam. – A w sumie – machnęłam ręką. – Co by mi było po facecie, dla którego imprezy są na pierwszym miejscu. Zmarnowałabym sobie z takim życie. Jak zresztą i z każdym innym. - Po części to i prawda – zgodziła się. - W końcu seks w związku to nie wszystko – westchnęłam. Po twarzy przemknął mi jednak cień uśmiechu na wspomnienie wakacyjnych nocy – Ale za to jaki… - Tyś to jest niezła – roześmiała się serdecznie. - Wim – sama też się roześmiałam. Podczas wakacji zdałam sobie sprawę, że faceci w sumie rzeczywiście do czegoś jednak służą. A jedyny minus bycia samej jest taki, że do tej konkretnej czynności, niestety, trzeba dwojga… - Dobra, pamiętasz nasz stary zestaw ćwiczeń na brzuch? – spytała, widząc, że skończyłam bawić się ciężarkami. - Od podnoszenia bioder począwszy, poprzez „batmanki”, skośne, „orzełki”, „żołnierzyki”, bujania, i tak dalej, i tak dalej. I tak dalej, aż na udoskonalonym rowerku skończywszy? – wyrecytowałam z satysfakcją. - Właśnie – zaskoczyłam ją. – Z ciebie to niezła agentka. - Mówiłam ci, że ćwiczyłam to regularnie w domu – wyjaśniłam dumnie. – Tylko przez ostatnie dwa miesiące, odkąd pojechałam na wakacje, zapuściłam się totalnie. - Znamy to, mój Stanisławie, oj, znamy – rozumiała mnie doskonale. - Dlatego też chciałam zacząć od zera – ciągnęłam. – Czyli od tej sali. Wiesz, żeby sobie zakwasów nie narobić. - Nie wolno za ostro na pierwszy raz po takiej przerwie - przyznała. – Powoli wrócisz do formy. To sobie ćwicz, a ja wracam do naszej pacjentki. Ćwiczenia na brzuch szły mi niezwykle sprawnie. Byłam jeszcze na tyle wyciszona, że nieprzesadnie przeszkadzałam mojej rehabilitantce podczas pracy z innymi pacjentami. Po ćwiczeniach na mięśnie brzucha zrobiłam jeszcze wszystkie na nogi i na plecy. - To teraz drabinki, a potem przechodzimy do pozycji stojącej – powiedziała. - Ależ jestem upocona… - jęknęłam. - Wrócisz do domu, to się wykąpiesz – chciała mnie pocieszyć. - Nie wykąpię się – skrzywiłam się. – Mam remont łazienki i nie mogę korzystać z wanny, ani z prysznica. - Nieciekawie – zgodziła się ze mną. - A wiesz, teraz też jeszcze tabletek nie biorę, bo bardzo źle się po nich czułam, i boję się, że znowu mi te pryszcze powyskakują na plecach – przypomniało mi się parę moich zgryzot. A spośród nich pryszcze zdawały się być zaledwie drobną niedogodnością. - Może nie będzie tak źle, w końcu jest jeszcze lato – szukała pozytywów. – Na słońcu zwykle znikają takie rzeczy, tak więc bądź dobrej myśli. - Eh, staram się – odparłam z westchnieniem i przeszłam do ćwiczeń na stojąco. - Masz tu znowu naszych kolegów – podała mi ciężarki – i ćwicz sobie na obie ręce jednocześnie. - To tak też można? – zdziwiłam się. – Do tej pory ćwiczyłam najpierw jedną, a potem drugą. - Można, można – pokiwała głową. Wybiła czternasta. Pacjentka po operacji kolana wstała ze swojej leżanki i oznajmiła, że wróci za jakieś dwadzieścia minut, bo musi iść na zabieg. Miałam więc moją rehabilitantkę tylko dla siebie. - Byłaś się już pytać u masażysty? – zagadnęła mnie znienacka. - Nie byłam – odparłam ze spokojem. – I nie pójdę. Ani dzisiaj, ani nigdy. Niech spada. - Dlaczego? – zdziwiła się. – Pogadaj z nim, może za dwa tygodnie coś się zwolni, to byś do niego poszła. - A po co? – prychnęłam z fochem. – Za dwa tygodnie to nie wiem, co będę robić. Mogę już wrócić do pracy, jak dobrze pójdzie. Niektórzy uczniowie są nadgorliwi. A i tak już teraz w czwartki mam dwie godzinki z jedną grupą. - Ale to masz zajęcia po południu – była uparta. - Nie będę się pchać gdzieś, gdzie mnie nie chcą – zawzięłam się. - Mówisz tak, jak wtedy, kiedy miałaś zastępstwo z kolegą z fizyko – roześmiała się. Tak, pamiętałam tych pięć zabiegów doskonale… Po pierwszych dwóch miałam ochotę już więcej do niego nie wracać. Cóż, był, używając eufemizmu, raczej niecodzienny. Przemogłam się wtedy jednak i wychodziłam wszystkie pięć. I nie pożałowałam. - Och, a co

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%