Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 21 min czytania

REHABILITACJA: seria trzecia - Dotykoterapia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria trzecia - Dotykoterapia{/b} - część ostatnia{/u}

{u}rozdział szósty{/u} nisko, nisko, coraz niżej...

W piątkowy poranek obudziłam się we wręcz rozkosznym nastroju. Perspektywa ćwiczeń na sali oraz obiecanego hardcorowego masażu zrobiły swoje. Dziś również nie sprawdzałam wiadomości, lub ich braku, na necie; nie było sensu psuć sobie humoru. Z radosną pieśnią na ustach, wyszykowałam się i, jak wiatr, popędziłam do przychodni. Na kuzyna nie miałam co liczyć; znów miał z rana ważne sprawy do pozałatwiania. Ale obiecał, że dołączy do mnie później. Pierwsze, co zrobiłam po przyjeździe, to złożenie wizyty u okulisty. Jak się tego spodziewałam, okazało się, że bez patrzałek się nie obejdzie. Wzięłam więc wypisany dla mnie świstek, podziękowałam za cierpliwość i poszłam do mojego ulubionego miejsca. Dziś również sala świeciła pustkami. Od kierowniczki dowiedziałam się, że tak już będzie aż do końca wakacji, ponieważ ona, zajmując się terapią manualną z pacjentami za zasłonką, nie chce się co chwile odrywać od zabiegu, żeby sprawdzać, jak pacjenci ćwiczą na materacach. Cóż, nie było tego złego; nie mając tylu ludzi na pogaduchy mogłam bardziej koncentrować się na moich ćwiczeniach. W tym tygodniu brałam już ciężarki na półtora kilo i ambitnie postawiłam sobie za punkt honoru robić po dwadzieścia powtórzeń. Ćwiczyłam sobie już jakiś czas, jak mi przypowiedziała moja rehabilitantka - powoli i dokładnie, aż w końcu przyszedł i mój kuzyn. A zaraz po nim - mój masażysta. Spojrzał na mnie z szelmowskim uśmiechem i spytał, parskając śmiechem: - Jak tam, już kopie? - Zaraz to ja ciebie kopnę – też się roześmiałam. Tak, wiedziałam doskonale, że w najbliższym czasie muszę uzbroić się w potężną dawkę odporności na droczenie. Mój masażysta przyjął pacjenta za zasłonką, a ja wróciłam do swoich ćwiczeń oraz wdałam się w pogawędki z kuzynem i niedobitkami pacjentów obecnych na sali. Pół godzinki minęło jak z bicza trzasnął, co oznaczało, że mój masażysta skończył zabieg, po którym jeszcze wyszedł z sali i udał się do swojego gabinetu. Kierowniczka usiadła na leżance i puściła mi oko: - Szykuj się, bo już niedługo będziesz tu brana. - Dobre – roześmiałam się i przetoczyła się przeze mnie fala ekscytacji na samą myśl o tym, co już za moment miało mnie czekać. – Pójdę jeszcze na szybko do kibelka. - Ale idziesz tak na boso? – zdziwiła się. - Nie chce mi się za każdym zarazem zasznurowywać i rozsznurowywać tych butów – wyjaśniłam, wskazując na moje raczej mało praktyczne buciczki. - No to weź sobie przynajmniej klapki mojej koleżanki – zasugerowała. - Mogę? – nie byłam pewna, czy to nie żart. - Jasne, ona i tak jest teraz na urlopie. Uzbrojona więc w klapki, trochę za duże, udałam się tam, gdzie i król piechotą chodzić musiał. Gdy wróciłam, na sali zastałam… pacjentkę po operacji kolana! Na przywitanie dostałam nawet buzi! „Nieprawdopodobne!”, zachwycałam się w myślach. Już dawno nie czułam się przez ludzi tak uwielbiana! Nawet nie przypuszczałam, że mam do czynienia z rywalką. W chwilkę po pacjentce na salę wszedł masażysta. Uśmiechnięty od ucha do ucha. - Widziałaś, jaki dostałem dyplom od pani? – spytał mnie prowokacyjnie. - Dyplom? – zdziwiłam się. Zabrzmiało jak wyzwanie. – Pochwal się! Mój masażysta pokazał mi więc zwiniętą w rulon kartkę papieru formatu A4. Zaczęłam go rozwijać z szeroko otwartymi oczami i chyba jeszcze szerzej rozwartymi ustami. Pacjentka stała obok, dumna jak paw. Nagle mnie upomniał: - Tylko ostrożnie, bo zniszczysz. - Będę uważać – roześmiałam się, jeszcze oszołomiona, rozwinęłam dyplom i, z uśmiechem niedowierzania, zaczęłam czytać: - „Dla najlepszego masażysty…” imię, nazwisko… bla bla bla… No, proszę! Gratuluję! – powiedziałam z uznaniem. „Ty mi tu robisz konkurencję!”, uderzyło mnie. To ja tu zajmowałam pozycję ulubionej pacjentki! I wcale nie zamierzałam jej stracić na rzecz kogokolwiek… - To proszę to zanieść do szefa i może będzie podwyżka – zażartowała pacjentka. Doskonale wiedziałam, jak bardzo chciała mu się przypodobać. Wprawdzie czysta logika mi podpowiadała, że nie mam powodu czuć się w żaden sposób zagrożona, lecz w tym samym czasie zaczęłam kombinować, jakby tu ją przebić w pomysłowości. „Dyplom! Myślałby kto…”, psioczyłam w myślach. - Tak, chodźmy! – zgodziłam się jednak dość entuzjastycznie. Postanowiłam wykorzystać każdą sytuację, by bronić swego terenu. – Załatwimy podwyżki dla całej ekipy! Ale bomba! - Należą im się – zgodziła się. Eh, w głębi serca musiałam przyznać, że jednak lubiłam tą pacjentkę. W końcu, odkąd pamiętam, każdy pacjent, który wyszedł spod dłoni mojego masażysty, stawał na głowie, żeby mu się wywdzięczyć, a nawet, jeśli znów miałby trafić na fizjoterapię, by znów dostać się do niego na leżankę. – Dość tego dobrego, ja będę już iść. Papa! - Nio, papa! – pożegnałam się. Tak, rozumiałam ją doskonale. Zdałam też sobie sprawę, że w sumie jeszcze nigdy nic mojemu masażyście nie dałam w podziękowaniu za cierpliwość względem mojego trudnego przypadku. Myśl, co bym mu mogła przyszykować na ostatni zabieg, zaczęła kiełkować i dojrzewać w moich myślach, wydając już wkrótce dość niecodzienne owoce. - To ty wskakuj na leżankę – mój masażysta wyrwał mnie ze stanu zawieszenia i kombinatoryki najwyższego stopnia. Weszłam więc do wnęki jeszcze trochę nieświadoma swoich czynów i zrobiłam taki zamach zasłonką, że aż przesunęła się o całą swoją długość, odsłaniając wnękę z drugiej strony. Wszyscy ryknęli śmiechem, a kierowniczka zażartowała: - Nie musisz się przed nim tak zasłaniać. I tak zaraz do ciebie tam przyjdzie. - Ale ja się zasłaniam przed moim kuzynem – odparowałam, by móc powiedzieć cokolwiek. Musiałam zacząć nad sobą jakoś panować. Eh, nie lubiłam konkurencji. Odkąd pamiętam. Szybko zdjęłam bluzkę i położyłam się na leżance. Tym razem nie zaskrzypiała. - Juuuż? – mój masażysta zawołał przeciągle, jakby nawoływał mnie z dużej odległości. Poczułam się wyróżniona. Tego mi było trzeba! - Nooo – odpowiedziałam w taki sam przeciągły sposób, uśmiechając się do siebie. Po chwili wszedł do mnie i ustawił odpowiednio wysokość leżanki. Następnie rozpiął mi stanik i wziął kilka papierowych ręczniczków. Wsadził mi je za spodenki, które zresztą osunął w dół, bardzo w dół, niebezpiecznie nisko… Potem zaczął ostentacyjnie polewać moje plecy oliwką. - Wiesz, co? – zagadnęłam, trochę sparaliżowana świadomością, jak wielka część mojego tyłka ogląda właśnie światło dzienne. – Zastanowiłam się i jednak pożycz mi ten film. - A który to był? – roześmiał się. - No, ta taka parodia seriali o szpitalach – odparłam. Chciałam się skoncentrować na czymś, co by odciągnęło moje myśli od dolnych partii mojego ciałka. – A jaki on w ogóle jest? - Nie pamiętam za dobrze, dawno temu już go oglądałem – odrzekł. - A jakieś takie ogólne wrażenia chyba ci zostały? – drążyłam dalej. - Ogólne wrażenia? Raczej pozytywne – stwierdził. – A powiedz mi tak jeszcze, które z was jest młodsze. Ty, czy twój kuzyn? - A zgadnij – odparłam zalotnie. On się roześmiał i strzelił: - Kuzyn? - No, dziękuję ci bardzo – prychnęłam z udawanym fochem. - A czy twój kuzyn ma jakieś filmy? – spytał mnie podstępnie. - Z tego, co wiem, to całkiem sporo – zgadywałam. - To będę się musiał do niego uśmiechnąć – stwierdził z powagą grzyba na deszczu. - No to życzę szczęścia – zaśmiałam się. Postanowiłam zmienić temat – A, właśnie. Muszę ci się czymś pochwalić. - Co się stało? – spytał zainteresowany. - Awansowałam! – powiedziałam z dumą. – Wczoraj mogłam nadzorować pacjentów i zamknąć salę. - Poważnie? – zaskoczyłam go jak rzadko kiedy. – W takim razie trafiła ci się fucha klucznika. Może przyjmą cię tu na pół etatu i dadzą pensję. - Nie – rozwiałam piękną, lecz jakże niedorzeczną wizję. – To akurat robię za darmo w ramach najczystszej przyjemności. - Nieźle sobie ten mięsień nadwyrężyłaś – stwierdził, majstrując przy górnych partiach moich pleców, i dodał – Na poniedziałek przyniosę bańkę i ci postawię. - Bańka! – roześmiałam się. – Od razu przypomniała mi się pewna historyjka. Chcieliśmy kumplowi bańki na plecach stawiać, bo wymigiwał się od pójścia z nami na koncert mówiąc, że plecy go bolą. A tak naprawdę, to po prostu panna go puścić nie chciała – westchnęłam. Tak, tak, czasami ludzie zmieniają się nie do poznania, wchodząc w związek. – Zanim się zaczął z nią spotykać, to taki fajny chłopak był, a teraz… - To może ty też się boisz, że będąc z kimś w związku, ten ktoś mógłby cię tak zmienić – zaryzykował stwierdzenie. Mnie wmurowało. „Dlaczego tak cię interesuję, czemu chcę być sama…?”, zachodziłam w głowę. - Nie, nie dlatego. Zresztą, nieważne – wykręciłam się od odpowiedzi. Nie byłam przygotowana na rozmowę na te tematy. Wprawdzie z jednej strony wiedziałam, że mogłabym mu to wszystko opowiedzieć, ale z drugiej jednak strony byłam zbyt zdezorientowana, by pozbierać myśli w jedną całość. Poza tym, musiałabym mu nakreślić historię około dziesięciu lat mojego życia, a na to nawet tego jednego zabiegu by brakło. Postanowiłam przejść do ofensywy. – Ciekawi mnie natomiast, czemu znowu ty ciągle próbujesz mnie swatać. - Ja cię nie swatam – zaparł się z miejsca i wyjaśnił. – Żeby cię swatać, to musiałbym ci przedstawić jakiegoś kandydata, a jak na razie to nie znam nikogo takiego, z kim mógłbym cię poznać. - Nazywaj to, jak chcesz – wiedziałam swoje. Nastała cisza. Dość niewygodna. Po chwili postanowił zająć się okolicami mojej lewej łopatki. - Daj lewą rączkę za siebie na plecy – poinstruował mnie. Wykonałam polecenie. Przytrzymywał mi moją dłoń na plecach swoją jedną dłonią, a drugą bawił się moją łopatką. Zapiszczałam żałośnie. - Wiesz, mam jedną taką pacjentkę, która zamiast mówić „ał”, mówi „miał” – zażartował, prawdopodobnie dla rozładowania mojego napięcia. – Przychodzi z córką i się zawsze śmiejemy. - To musi być fajna pacjentka – skomentowałam. - A tak w ogóle, to nie powinienem ci pozwolić kłaść się na brzuchu – zaczepiał mnie. - A to niby czemu? – nie zaskoczyłam w pierwszym momencie. Myślami byłam jeszcze na etapie „ja i moje wszystkie żałosne związki.” - Bo kobiety w ciąży nie powinny leżeć na brzuchu – nabijał się ze mnie. - Uważaj, bo naprawdę cię kopnę – ostrzegłam w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
REHABILITACJA: seria trzecia - Dotykoterapia — czytnik · opowiadania