Komedia · 40 min czytania
REHABILITACJA: seria trzecia - Dotykoterapia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria trzecia - Dotykoterapia{/b} - część ostatnia{/u}
{u}rozdział trzynasty{/u} wszystko, czego potrzebujesz, to … miłość?
Obudziwszy się we wtorek rano miałam wrażenie, że wydarzania poprzedniego wieczoru były tylko nierealnym snem. Włączyłam więc komputer i weszłam na skrzynkę mailową. A wiadomość od siostry, oczywiście, na niej była. Przeczytałam ją raz jeszcze, lecz wciąż nie miałam pojęcia, co mogę jej odpisać. Wyszłam więc ze skrzynki mailowej i odruchowo sprawdziłam gg i Facebook’a. Czysto! Zero wiadomości od mojego ucznia! W dodatku, nie mogłam go odszukać na liście znajomych na Facebook’u… „Czyli jednak…”, westchnęłam. „To już koniec.” Ogarnęło mnie smutne zadowolenie; udało mi się najwyraźniej osiągnąć swój cel. Początek dnia okazał się być zwiastunem zmian również na innym froncie, niż tylko tym sercowym. Gdy kończyłam jeść śniadanie, zadzwonił mój telefon. Dobijali się do mnie ze szkoły policealnej, z przykrością mnie informując, że mój kierunek, czyli hotelarstwo, nie powstanie z powodu braku chętnych! Ale, jeśli tylko chcę, mogę się przenieść na coś innego… Coś typu kosmetologia lub gastronomia! Bardzo grzecznie podziękowałam za rozmowę i się rozłączyłam oznajmiwszy, że w najbliższym czasie odbiorę swoje papiery. „Czyli utknęłam na kolejny rok na stanowisku lektorka języka angielskiego…”, zachciało mi się płakać. Czy to miała być kara za wszystkie moje dotychczasowe błędy!? Postanowiłam jednak nie dać się pokonać tej wiadomości. „Nie będę się przejmować czymś, na co nie mam wpływu”, klarowałam sobie, sama już straciłam rachubę, który raz w życiu, i znów zaczęłam pastwić się muzycznie nad sąsiadami. „Nic nie dzieje się bez przyczyny i najwyraźniej tak musiało być, inny los mi pisany.” Odkryłam w pewnym momencie, że odzyskuję swój ukochany zdrowy dystans. I, co najważniejsze, niepoprawny optymizm! Zdzierałam więc gardło razem z Beatlesami i pozwoliłam pierwotnemu szokowi na wieść o końcu mojej nierozpoczętej jeszcze nawet kariery w sektorze usług hotelarskich odejść w słodką niepamięć. Dla utrwalenia pozytywnego efektu, spojrzałam jeszcze na prezent przygotowany dla mojego masażysty; uśmiech z miejsca pojawił się na mojej twarzy. „Eh, będzie, co ma być”, machnęłam ręką i zaczęłam, już na większym luzie, wyszykowywać się z domu. Miałam w końcu jechać tam już po raz ostatni w tej serii… Wchodząc na salę, zastałam totalne pustki. Ani śladu pacjenta! Tylko kolega z fizyko, przysypiający przy biurku. - Jak tam samopoczucie, lepiej niż wczoraj? – spytałam od progu. - Lepiej, dzisiaj się wyspałem – odparł, ziewając. – Ale pogoda jest dobijająca. Co prawda, to prawda. Pogoda była do bani: deszcz i wiatr. Przebrałam się szybko i oddałam mojemu standardowemu treningowi. W pewnym momencie przyszła pacjentka na wyciąg, ale nikomu za bardzo nie chciało się gadać. Jakiś czas później zjawił się jeszcze jakiś jeden facecik, którego tu wcześniej nie widziałam, i dość długo rozmawiał z kolegą z fizyko przy biurku. W międzyczasie przyszły jeszcze dwie pacjentki na materace. Tak więc, mimo deszczu, ekipa jednak dała radę się zebrać. By dopełnić skład, zjawił się też w końcu mój masażysta razem ze swoim pacjentem i zniknęli za zasłonką. Ja w przerwie między ćwiczeniami spostrzegłam, jak kolega z fizyko siedzi na jednym z krzeseł zupełnie przybity pogodą. Wstałam więc z materaca, podeszłam do niego i pstrykam mu przed oczami palcami. - Tu ziemia! – zaśmiałam się. Chciałam go trochę rozruszać. - A co ja niby mam na to odpowiedzieć? – spojrzał na mnie zaskoczony. - No nie wiem, może „powietrze”? – wypaliłam pierwsze, co mi przyszło na myśl. – Tak, jak w „Kapitanie Planecie”. Co tam było? – zaczęłam się na głos zastanawiać. - Powietrze, ziemia, ogień… - I woda – dokończył. Zaskoczył mnie! - Uwielbiałam Kapitana Planetę jako taki mały berbeć – rozmarzyłam się. On się tylko zaśmiał. - To co, będziesz manekinem dla Młodej? – spytał go zaczepnie mój masażysta zza zasłonki. - No, mogę być – odpowiedział, przeciągając się. - Naprawdę? Poważnie? – nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Do tej pory nie traktowałam tego na serio… Myślałam, że jaja sobie ze mnie robił, a tu proszę! - No, poważnie, poważnie – potwierdził, a ja aż pisnęłam. Nawet w najśmielszych snach sobie tego nie wyobrażałam… Mogłam mieć drugi materiał na szkolenie, w dodatku odmiennej płci, niż pierwszy. A, co najważniejsze, w osobie kogoś, kogo z dnia na dzień lubiłam coraz bardziej! Żyć, nie umierać! Wróciłam do swoich ćwiczeń z ogromnym zapałem. Nagle znów stwierdził. – Pogoda pod psem. - Niby tak – zgodziłam się z nim. Ale, wiedząc, co mi obiecał, nie miałam zamiaru pozwolić pogodzie obniżyć poziom mojej energii. – Ale ta nasza Piękna na urlopie i tak się świetnie bawi. A już jutro wraca. - Rozmawiałaś z nią ostatnio? – zdziwił się trochę, że utrzymuję aż tak zażyłe stosunki z całą ekipą rehabilitacyjną. - Jasne, my ze sobą codziennie – użyłam skrótu myślowego. - Wy ze sobą codziennie co? – zaśmiał się, co z miejsca mi się udzieliło. - Albo piszemy, albo dzwonimy – wyjaśniłam z niewinną minką. - I pewnie nie obejdzie się bez zwrotów typu: „Kochanie”? – domyślił się. - Oczywiście – odparłam z dumą. – Jestem dla niej wszystkim: Kochanie, Słoneczko, Dzióbuś, Lukrecja i tak dalej. Ona dla mnie zresztą też. - A przytulacie się też na powitanie? – śmiał się. - Aha – zgodziłam się. I wyjaśniłam. – Ja jestem straszna przylepa. Nie wolno mi za dużo pozwalać, ani za bardzo się zbliżać, bo zagłaskam kota na śmierć. - Ale miło jest się tak poprzytulać – wtrąciła się pacjentka z wyciągu. - Ja wiem – odparłam z uśmiechem. – Była nawet kiedyś taka akcja pod tytułem: „Free hugs”, czyli przytulenie za darmo. Udało mi się wziąć w niej udział, kiedy akurat dotarła do naszego miasta. Dałam się przytulić jakiemuś obcemu chłopakowi, zrobili mi zdjęcie na dowód kolejnego aktu przytulenia i puścili do domu. Ale bardzo miło to wspominam. - Nie tylko młodym, ale także starszym ludziom jest to bardzo potrzebne – powiedziała pacjentka. - Wszystkim jest to potrzebne, tak już są ludzie stworzeni – zakończyłam temat przytulania. Kolega z fizyko tylko zaśmiał się bezgłośnie, po czym gdzieś musiał wyjść. Wkrótce masażysta skończył z pacjentem. Postanowiłam więc zawczasu dać mu prezent dziękczynny. Wzięłam zatem zawiniątko i podeszłam do biurka, gdzie właśnie zaczął konsumować swoją kanapkę. - Mam coś dla ciebie – zagaiłam. – Tak w podziękowaniu za wszystkie trzy serie spotkań. Proszę. Dałam mu zawiniątko. Patrzyłam z zainteresowaniem, jak wyjmuje mój podarunek z torby i rozpakowuje go z papieru ozdobnego. Na widok tego, co trzymał w dłoniach, otwarł szeroko oczy w akcie niedowierzania. Na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech, szeroki od ucha do ucha. - To ode mnie i od moich znajomych, wtajemniczonych w nasze zabiegi, czyli od wielbicieli masażu – wyjaśniłam z dumą. - Jeszcze mi tu całe miasto do przychodni sprowadzisz – zażartował, wciąż patrząc na przedmiot, jakby nie mógł uwierzyć, że on naprawdę istnieje. - No, coś ty – odparłam, wyjaśniając. – Nie chwalę się, do której konkretnie przychodni chodzę. Przeczytaj sobie dedykację z tyłu ramki. - „… od etatowej pacjentki oraz całej rzeszy wiernych fanów fascynującej sztuki masażu…” Widzę i twój znak firmowy – od razu się ożywił. – „… PS. UŚMIECHNIJ SIĘ …” - Tak, śmiech to zdrowie – przyznałam. - A skąd się wziął taki tytuł? – zaśmiał się i przeczytał na głos tytuł komiksu, który właśnie był moim pomysłem na prezent. – „O obrotach ciał niebieskich…” - Bo ty mnie zawsze tak wyobracasz na leżance, a niebieski to mój kolor przecież – wyjaśniłam z dumą. – Sam niedawno stwierdziłeś, że to już zboczenie chodzić cały czas na niebiesko. - Rzeczywiście, mówiłem coś takiego – przyznał. – I widzę, że i miejsce dla Elvisa się znalazło! - Oczywiście – nie kryłam radości – Jedna z moich największych miłości muzycznych. - Na razie, na czas naszego zabiegu powieszę go tu, na kalendarzu – stwierdził z nieukrywaną satysfakcją i umieścił komiks w takim miejscu, że ciężko było go przeoczyć. – Dzięki, Młoda. Kładź się w takim razie na leżankę, skoro mamy mieć dzisiaj jeszcze jednego chętnego na masaż. Przygotowałam się do zabiegu błyskawicznie; dwa razy nie trzeba mi było powtarzać. Ileż satysfakcji sprawiała mi jego mina! Uczucie samozadowolenia przepełniło mnie na wskroś. - Odkąd zacząłem pracę, dostawałem już różne rzeczy, ale jeszcze nigdy czegoś takiego – przyznał, zaczynając od głaskania. - A co na przykład ludzie przynoszą? – dopytywałam. - Jedna pacjentka przyniosła mi dzisiaj na pożegnanie placek domowej roboty – powiedział. - Mniam, pycha! – ożywiłam się na samą myśl. – Pewna para przyniosła mi raz cały komplet porcelany – chwalił się dalej. - To się musieli wykosztować – wysnułam przypuszczenie. - Wiesz, nawet jeśli to podróbka, to i tak pewnie tanie nie było – zgodził się ze mną. - Powiedz mi, tak szczerze, jak wyglądają te moje plecy? – spytałam go nieśmiało, zmieniając temat. - Jest dobrze – ocenił. – To znaczy, wiesz, mogłoby być lepiej. Powiedzmy, że są około tak na 80% - No, na pewno jest o niebo lepiej, niż na samym początku – stwierdziłam i dodałam. - Ale już wiem, co robię źle. - Co takiego? – zdziwił się. - Łapę się na tym, że cały czas jestem spięta – powiedziałam. – Mój postęp polega na tym, że kiedy sobie to uświadamiam, to staram się rozluźnić. Ale po chwili znowu się cała spinam. I tak w kółko. - To dobrze choć tyle, że sobie z tego sprawę zdajesz – przyznał. – Co ci jeszcze powiem, ludzie często w zimę na przykład są przykurczeni z powodu zimna. Narażają górne partie ciała, bo nie noszą szalika. A kiedy jest nam zimno, to się kulimy i napinamy mięśnie. - Tak, tu sytuacja jest prosta: wystarczy nosić szalik. Ja noszę – zastrzegłam od razu. Przez chwilę milczałam. Nie mogłam się jednak powstrzymać, bo mail od mojej siostry ciągle tkwił w mojej podświadomości, i powiedziałam. – Rozumiem już co miałeś na myśli, kiedy mówiłeś, że nawet osoby zaręczone są wolne. - Poważnie? – zaskoczyłam go. - Ktoś, kogo znam… – zaczęłam. – Wiesz, dziewczyna ma męża i w ogóle. Tylko ten mąż trzy tygodnie temu pojechał za granicę do pracy. Tu nie mógł znaleźć i wiesz, jak to jest. - Finanse to przecież nie wszystko – odparł ze spokojem. - Tak, wiem, ale często się kiedyś zdarzało, że on siedział przed kompem z browarem i czekał, aż ona wszystko zrobi, ugotuje i posprząta – wyjaśniłam. - Cóż, mężczyźni są z natury leniwi; nie widzą potrzeby, by coś zmieniać kiedy jest im wygodnie tak jak jest. To kobiety raczej dążą do zmian – oberwałam namiastką wykładu. – W takich sytuacjach trzeba rozmawiać. - Tak, po kilku kłótniach podobno się poprawiło – przyznałam. – Ale do czego zmierzam. On pojechał za granicę, ona została sama, było jej smutno i poszła z koleżankami z pracy na dyskotekę. Tam sobie trochę za dużo wypiła, napatoczył się facet z jej pracy, któremu ona się bardzo podoba i wiesz, co było dalej… - No, nietrudno się domyślić – przyznał z westchnieniem. - Teraz się mnie pyta, co ma robić – załamałam ręce. – Głupia sytuacja, nie zazdroszczę jej. I patrz, tyle lat po ślubie. - Z tego wynika, że nawet obrączka na palcu o niczym nie świadczy – podsumował ponuro. A mnie ścisnęło w żołądku. „Mam nadzieję, że nie myślisz, że ja tak do ciebie coś próbuję…?”, pomyślałam w panice. - Mam nawet i takich znajomych, którzy już są w trzecim, czy nawet czwartym związku małżeńskim – przyznałam po chwili zastanowienia się. – Śmieję się, że wyrabiają za mnie normę, więc na mnie niech nie liczą. - Zmienisz zdanie – zabrzmiało jak pocieszenie. Tak, tak, wałkował swoje. - W sumie to już zmieniłam – przyznałam. Postanowiłam go poinformować, że jego praca nad moim podejściem do związków nie poszła na marne. Przynajmniej nie cała. – Jeśli poznam kogoś fajnego i wolnego, to spróbuję dać mu szansę i postaram się go nie odstraszyć. - Fajnie brzmi – zaśmiał się. W tej chwili na salę wrócił kolega z fizyko. - Piękny! – zawołał do niego mój masażysta. – Sprawdzisz mi coś w kalendarzu? - Dobra – odparł chłopak. Wiedziałam doskonale, dlaczego został o to poproszony. W momencie się roześmiałam, słysząc – To ty tak ładnie rysujesz? - Nie, nie ja – nie mogłam skłamać. – Poprosiłam o to mojego bardzo utalentowanego kumpla. Jest naprawdę rewelacyjny, ma chłopak ogromny dar. - To fakt – przyznał. Słysząc śmiech, wywnioskowałam, że przeczytał komiks od początku do końca. - Była tu babka z inwentaryzacji – poinformował go nagle mój masażysta. – Zostawiła papiery do uzupełnienia. - Dobra, zajmę się tym – odpowiedział z westchnieniem. Rozmowa zeszła na owe papiery i tak trwała do końca mojego ostatniego masażu. Dziś obyło się bez łopatek. I bez pośladków… Ten zabieg należał do jednych z lżejszych. Nawet nie jęczałam! Po ostatnich wibracjach na moich plecach, poczułam jeszcze tylko ostatnie relaksacyjne przegłaskanie i papierowy ręczniczek. - Eh, to już… - westchnęłam z żalem. – Ależ to szybko zleciało. - No, wiesz, zawsze możesz się jeszcze w przyszłości jakoś tu wcisnąć – pocieszył mnie i puścił mi oko. - I wierz mi, że będę próbować – obiecałam. Ubrałam się i rozłożyłam z powrotem na materacu; miałam jeszcze kilka ćwiczeń do wykonania. - A co ze mną? – upomniał się kolega z fizyko. – Mam się kłaść? - No, jasne! – uśmiechnęłam się. „A jednak! Ty też tego chcesz!”, pomyślało mi się całkiem automatycznie. - Dać ci mój ręcznik, czy masz swój? - Położę się na swojej koszulce – oznajmił. Ja poszłam w tym czasie po moje okulary. - Pamiętasz, muszę widzieć, co robię! – rzuciłam zaczepnie. Mój masażysta tylko się roześmiał. Kiedy kolega z fizyko już leżał na leżance, przystąpiłam do swojego wielkiego dzieła pod czujnym okiem mojego Mistrza. - To najpierw ręczniczki, a potem oliwka! – powiedziałam radośnie. Nie szczędziłam oliwki. - Starczy – chłopak zajęczał, czując, ile na niego wylewam. – Ja daję minimalnie, prawie, że na sucho. - Wiem, pamiętam – powiedziałam. - Ale będziesz miała wyzwanie – stwierdził mój masażysta. - No, muszę zrzucić jakieś dziesięć kilo – przyznał mój pacjent. - Poradzimy sobie – stwierdziłam luzacko. – No to zaczynamy od głaskania. Roztarłam sobie dłonie, by go nie dotykać zimnymi rękami. Choć i tak plecy miał cieplutkie. Szło mi całkiem nieźle. Mój Mistrz jadł sobie kanapkę i dawał mi instrukcje. W pewnym momencie zniknął, więc, zdezorientowana i jeszcze niezbyt pewna swoich świeżo odkrytych talentów, nie posuwałam się dalej z etapami masażu. - Daj jej coś nowego, bo mnie tu zagłaszcze – jęknął chłopak. - Cicho być, ja lubię głaskać – skarciłam go. Mój masażysta wrócił i przypomniał mi o wałeczkach i o ugniataniu. - Eh, jak możesz nie pamiętać tylu rzeczy, skoro do tej pory miałaś już tyle masażów – dziwił się mój króliczek doświadczalny. - No bo kiedy leżę, to się koncentruję na rozmowie – wyjaśniłam ze spokojem. – Tak, żeby odciągnąć uwagę od bólu. - A co ja mówiłem o palcach? – znów mi się oberwało od mojego nauczyciela. - Tak, pamiętam, mają być złączone – momentalnie się poprawiłam. Oboje się roześmiali. A ja do nich dołączyłam. Chociaż, szczerze powiedziawszy, zaczęło mi się robić coraz bardziej gorąco. Musiałam przyznać, że chłopak miał trochę ciała. - Mocniej – zażyczył sobie. - Wiesz, przyprowadziła koleżankę – śmiał się mój masażysta. – Taka drobna, krucha dziewczyna. Myślałem, że ją zadręczy, tyle miała siły. - Na niej miało być delikatnie, a tu nagle dostaje mi się taki materiał, idzie zgłupieć – broniłam się, pastwiąc się na moim obiekcie ćwiczeń. - Pamiętaj o szyi – usłyszałam przypomnienie. Zaczęłam więc zajmować się i szyją. I napotkałam na przeszkodę: łańcuszek. - Pierwszy błąd higieniczny: co to jest? – zganił mnie mój instruktor. - Cóż, sam powinien wiedzieć, że takie rzeczy się zdejmuje – wyjaśniłam, próbując zrzucić winę na leżącego. - To masażysta jest od instruowania pacjentów, co mają robić – śmiał się w odpowiedzi. Kolega podciągnął więc łańcuszek tak, że ten znalazł się na jego uszach. - Fajny patent – sama zaczęłam się chichrać. - Świetny sposób na odstające uszy – nabijał się mój masażysta. - Ale nie tak mocno – jęknął chłopak w pewnym momencie i dorzucił – Szyja jest przecież bardzo wrażliwa. - Ok., co jeszcze pamiętasz? – dopytywał mnie mój nauczyciel. - Pamiętam to wzdłuż kręgosłupa, co przypominało rozgrzewkę przed grą w koszykówkę lub siatkówkę – zaskoczyłam nagle, nawet sama siebie. - Sam tą technikę wymyśliłem – chełpił się; był z siebie taki dumny... – Mogłabyś wykazać się kreatywnością i wymyślić coś swojego. - Ta, jasne, jakbym była aż taka zaawansowana – wyśmiałam go, dając z siebie wszystko na plecach mojego materiału szkoleniowego. - Mocniej – dopominał się mój obiekt. Włożyłam więc w to całą swoją siłę. Zgrzałam się niesamowicie. - Widzisz – zwróciłam się do mojego masażysty. – On lubi na ostro, ja lubię na ostro, nieźle żeśmy się dobrali. - No to może ja zostawię was tu samych? – zażartował i zaczepił swojego kolegę. - Szkoda, że jej teraz nie widzisz. Tak się stara, że aż jest cała mokra. - Co chcesz, jestem dobrym uczniem i przykładam się do lekcji – wyjaśniłam, a chłopak ukradkiem na mnie zerknął i się uśmiechnął. - To może spróbuj teraz z łopatkami – zasugerował mi mój nauczyciel. – Co robiłem z twoją ręką? - Na plecy! – odpowiedziałam tryumfalnie. Położyłam prawą rękę chłopaka na plecach i zaczęłam rozcierać mu łopatkę. - Ale możesz wejść głębiej – ucieszył się i mi pokazał – Patrz. Wejdź głębiej w kolegę! - Robię, co mogę – zaśmiałam się. Byłam ciekawa, czy im też się kojarzyło. - Ale nie wbijaj mi paznokci – pożalił się w pewnym momencie mój materiał. - Dopiero co miałam obcinane – buntowałam się. - To jej trzeba przyznać – usłyszałam pochwałę. – W piątek miała nienagannie obcięte pazurki. Teraz druga łopatka. Przeszłam od drugiej strony i położyłam mu lewą rękę na plecach. - I znowu błąd, pani praktykantko – zaśmiał się masażysta, wskazując mi na połyskujący przedmiot na nadgarstku naszego pacjenta. – A zegarek? - Oh, będzie chciał zdjąć, to zdejmie – wywróciłam oczami. - A pokazywałeś jej wibracje? – spytał nagle kolega. - Tak. I jest w tym całkiem dobra – przyznał. – Ale też ma niezłe mięśnie. - Zrobię ci te wibracje – zgodziłam się łaskawie i pokazałam, co potrafię. - Rzeczywiście, niezła jest – przyznał mój pacjent zachwyconym głosem. - A jak się wyrobi, to będzie mogła nawet udawać robienie wibracji – zażartował mój masażysta. – Możesz mu jeszcze tak między żeberkami powibrować. - Udawać, to ja przez parę miesięcy tak udawałam, aż doszłam do wniosku, że mam tego po dziurki w nosie – zdobyłam się na chwilę szczerości. Oboje parsknęli śmiechem. - Już nie będziemy zgadywać, co takiego udawałaś – mój masażysta pokładał się ze śmiechu, a ja szalałam z wibracjami. – Szkoda, że jej teraz nie widzisz. Dosłownie jak jakiś szalony pianista! - Staram się – pokładałam się ze śmiechu. Tak, że momentami leżałam na moim obiekcie ćwiczeń i cała się trzęsłam. – Dobra, to teraz go trochę pobudźmy. Zrób mu szatkowanie – zasugerował mi mój Mistrz. - Dobra, fajne to jest – zgodziłam się chętnie. - Możesz to robić na dwa sposoby: albo miotełki, albo nie rozłączając palców – wyjaśnił. Spróbowałam obydwoma sposobami. - Miotełki są fajne – uśmiechnął się mój pacjent. - To teraz się poszczypiemy. Pamiętasz? – usłyszałam kolejną podpowiedź. - Jasne! – ucieszyłam się. – Szczypawki! Sam mi nawet to robił! - Hmm, to teraz go trochę pooklepuj – zaproponował mi mój masażysta po chwili. - Nie robiłam tego wcześniej – przestraszyłam się. - Palce nie prosto, tylko zgięte – pokazał mi. – I uderzasz. Tylko omijaj nerki. - Dobrze? – chciałam się upewnić, wykonując polecenie. - Bardzo dobrze… – wtrącił się mój materiał. - To jeszcze coś takiego, tak zwane łódeczki – zaproponował mój Mistrz. – Palce zgięte, kciuk dotyka wskazującego i uderzasz o plecy tak, żeby nie było słychać klaśnięcia, tylko ma być taki głuchy odgłos. - Tak? – nie byłam pewna, czy dobrze robię. - Nie, tak – powiedział mój materiał i zademonstrował mi to na mojej własnej nodze! Cholercia,…