Horror · 15 min czytania
Reja 35
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Czy mieliście kiedyś sen, tak rzeczywisty iż nie wiedzieliście czy to naprawdę uścisk Morfeusza? Na pewno. Mnie również taki się zdarzył. Pozwólcie, że wam go opowiem, nim sami zaśniecie. A może się obudzicie? Nieważne, dużo legend i bajd na ten temat było. Cisza! Nawet nie mruczeć, bo każe wam serca powyrywać! Co tak patrzycie? Myślicie, że nie nakazując wydłubania wam oczu, możecie się bezczelnie gapić? NIE! Oczy są wam nie potrzebne, wiecie dlaczego? Oczywiście, że nie wiecie... Ktoś piękną kiedyś metaforę ułożył, uwaga! Cytuję: „oczy są zwierciadłem duszy”. Przestraszył was mój uśmiech, tak, jest szczery… do bólu, ha, ha, ha, do bólu... Nie wiercić się! Nikomu z mych węzłów, nigdy od kiedy pamiętam, a pamiętam wiele, uwolnić się nie udało. Wiecie dlaczego? Nie wiecie... Więc kiedy już spokój was opanował, a raczej szok, to zacznę swój monolog... Było to latem 2005 roku, dokładnej daty nie pamiętam, ale jakie to ma znaczenie? Byłem na pełnomorskim rejsie po Bałtyku...
***
Na małym, morskim jachcie typu Reja 35, zwanym „Pragnienie”, miało wydarzyć się coś, co jego ośmioosobowa załoga wraz z kapitanem zapamiętała do końca życia, o ile taki koniec istnieje... Wszystko zapowiadało na kolejną, zwyczajną Psią Wachtę, taką od północy do godziny czwartej. Parę minut po tym, jak pod pokładem zniknęła głowa oficera z poprzedniej wachty, rozgwieżdżone niebo w jednej chwili stało się czarne, a gładka tafla wody zamieniła się we mgłę...
***
Z tego co pamiętam, przepływaliśmy w okolicy wysp Christianson. Kazałem swemu współtowarzyszowi trzymać obrany kurs, lecz on powiedział, że kompas zaczyna wariować, a GPS nalicza powoli, po jednym stopniu od dwustu siedemdziesięciu do trzystu sześćdziesięciu lub zera, jak kto woli. Mieliśmy płynąć na zachód – kurs dwa siedem zero, jednak nie dało się bo kompas kręcił się w koło, a GPS zatrzymał się na zerze – północ. Nie będę dokładnie tłumaczył dlaczego oba przyrządy nie wariowały tak samo, ale to nie ważne, liczy się to, że nic nie działało poprawnie. Z początku myślałem, że to kolejne wariacje pola magnetycznego Ziemi, więc zszedłem pod pokład, by nanieść poprawkę na mapie...
***
Młody, szarooki, długowłosy blondyn, ubrany w grube polary i kalosze, zniknął pod pokładem. W kabinie nawigacyjnej dopadł mapę i próbował skorygować położenie łodzi oraz wprowadzić poprawkę logarytmową. W dzienniku pokładowym zanotował w dziale „uwagi” błędne działanie przyrządów pokładowych. Niestety, nawet komputer od różnych sztuczek wspomagających kontrole nad jachtem nie działał. Byli zdani na łaskę pogody i niepogody, bo nawet po gwiazdach nie dało się nic ustalić. Nie było ich widać. Zdenerwowany wrócił na pokład poinformować swego współtowarzysza o stanie rzeczy. Względem wody nie poruszali się, bo ślina splunięta przez burtę została przy niej, a nie oddalała się w stronę rufy – tyłu łodzi. Jednak szybkościomierz wskazywał na to, że mkną z zadziwiającą prędkością trzynastu węzłów, co przy obecnej powierzchni żagli było niemożliwe, nawet w czasie sztormu i z pełnymi kursami, tą łodzią, to było nie osiągalne. - Kręciłeś sterem, cokolwiek próbowałeś manewrować? – Blondyn zapytał swojego towarzysza siedzącego przy kole sterowym. On również był blondynem, tylko że krótko ściętym i z zielonymi oczami. Z powodu niskiej temperatury powietrza również nie żałował założyć na siebie grubą warstwę polarów. Nic nie odpowiedział. – Łukasz! Dlaczego nie odpowiadasz! – Szarooki dostrzegł, pomimo panującego niemalże idealnego mroku, skoncentrowany wzrok swojego towarzysza na jakimś punkcie, gdzieś tam, hen, daleko przed dziobem łodzi. Zdziwiony podszedł do niego i szturchną za ramię, lecz on pozostał w niezmienionej pozycji. – Halo, jest tam kto? Ziemia do Łukasza, odbiór! – Blondyn pomachał koledze ręką przed oczyma. Zero reakcji. Przestraszył się i odsunął od kolegi. Nie wiedział co ma robić. Wszedł pod pokład, spróbował obudzić kapitana, lecz ten tylko mocniej zachrapał i obrócił się tyłem do niego. Chwilę później dotarło do niego, że wszyscy śpią jak zabici i że nikogo nie uda mu się obudzić. Zdezorientowany wrócił do kolegi. Usiadł na lewej burcie i jeszcze raz skoncentrował wzrok w miejsce, gdzie patrzył Łukasz...
Część 22 / 2
***
Od tego momentu pamiętam tylko rozkosz. Tak, was również ona czeka, zepsuje niespodziankę i spróbuję opisać to nieziemskie uczucie. O proszę, widzę iskrę w Twym oku… Dobrze, wezmę wpierw ciebie, ale teraz posłuchaj... Nic nie widziałem, bo miałem zawiązane oczy, czułem się skrępowany, tak jak wy teraz. Ręce i nogi przy słupie, mocno związane, usta zakneblowane. Nasłuchiwałem. Coś chłodnego, aż dreszcz przeszedł po moim ciele, przeleciało niedaleko mnie. Bezszelestnie, tylko ta niska temperatura... Chyba pociłem się, bo coś zimnego przetarło mi czoło, coś jakby dłoń. Zatrzymała się przy lewym uchu. Druga wtargnęła mi pod polary. Szła w górę, w stronę moich brodawek na klatce piersiowej. Palec zakręcił koło wokół jednej, potem drugiej... Zimno, cała dłoń przyległa do mojego brzucha. Chłód, koncentrowałem się tylko na nim. Dłoń przy uchu cofnęła moją głowę za włosy do tyłu, zacząłem niespokojnie sapać. Niedaleko swojej szyi poczułem mroźny powiem, bo na pewno nie oddech, wnet ukłucie i rozkosz, piekielną rozkosz, wszystko co było zimne, parzyć zaczęło, węzły się rozluźniły, napiąłem wszystkie mięśnie, wyprostowałem się jak struna, jęknąłem niczym przy szczytowaniu i... obudziłem się z niespokojnym oddechem lecz nie otworzyłem jeszcze oczu, jakby czekając, że to się powtórzy. Szybko przetarłem dłonią po szyi, jednak nic na niej nie było, polary nietknięte, jak koszulka w spodniach, tak i została. Rozejrzałem się. Łukasz siedział jakby nigdy nic i sterował. Już nie miał tego biernego spojrzenia, tylko zachowywał się tak, jak zachowywać się powinien. Wyprostowałem zdrętwiałe nogi i zapytałem go, co się stało.
***
- Co to było?! – Szarooki skoczył na równe nogi. - Co ci jest? Dymek, uspokój się! To tylko sen – Łukasz zaśmiał się. - Jakim kursem płyniemy? - Dwieście siedemdziesiąt dwa, dwieście sześćdziesiąt dziewięć, dwieście... - Dobra, daj spokój, nie obchodzą mnie błędy ogólne – Dymek przerwał koledze. Ten tylko zaśmiał się i popatrzył na zegarek. - Zaraz mnie zmienisz. Mój czas obiega końca, ty przejmujesz pałeczkę. - Dziwny ten sen… - Przestań o nim myśleć. Siadaj, ja postawię wodę na herbatę.
***
Przejąłem ster. Do końca wachty wypiliśmy po dwa kubki herbaty. Przed pójściem spać, zanotowałem w dzienniku pokładowym nasze położenie i dostrzegłem coś, co mnie bardzo zaniepokoiło... W dziale „uwagi” znajdowała się moja wzmianka o przyrządach. Zaniepokojony kładłem się spać. Nikomu nie opowiedziałem, co nam się przytrafiło. Jak gdyby nigdy nic, położyłem się na dziobowej koi, potocznie zwaną Burdel Koją. Miałem fuksa, bo spały tam same dziewczyny, trzy. Nie mogłem iść do siebie, bo tam spał oficer z poprzedniej wachty. W nocy wszystko się miesza. To nic, wtedy mi się to podobało... Pozwoliłem oddać się marzeniom sennym. Nie wiem, jak to nazwać, niech będzie, że „śniłem”, tak to chyba najtrafniejsze słowo... A wiec śniłem, że wpływamy do ogromnego, pięknego, bogato zdobionego salonu. Wszędzie stały figurki aniołków i namalowane były różne pejzaże. Na pokładzie byłem tylko ja, Łukasz był zahipnotyzowany. Siedział jak wtedy, nim się obudziłem. Łódź dobiła…