Fantastyka · 32 min czytania
Reklamacja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Opowieści ze Świata Czarowników Rozdział II: Reklamacja
O tym, jak bycie namolnym klientem zbliża nas do płazów, czyli Pierwszy wpada na zjazd, Drugi wpada w szał, a Grubcio wpada w panikę.
Po dwóch miesiącach od otwarcia nowoczesnego wieżowca Spółdzielni Usługowej, zrzeszona w niej niewielka Spółdzielnia Czarownicza „1001 Życzeń” już mnożyła zyski. Zapotrzebowanie na drobne usługi w zakresie czynienia cudów wzrastało w tempie zatrważającym, a to tylko z dwóch przyczyn: leniwi mieszkańcy New Warsaw City zawsze liczyli na cud, choćby i za słoną opłatą; po drugie - prawie dwa wieki przesądów zaowocowały potężnym zapotrzebowaniem na czarowników, a tych naprawdę dobrych nie było w całym regionie zbyt wielu. Oczywiście swoje robiły także sława przewodniczącego zboru, jakim niewątpliwie była Spółdzielnia Czarownicza oraz solidność wykonywanych usług. Dzięki temu już w pierwszym miesiącu działalności czarownicy mogli sobie pozwolić na dodatkowe sprzęty w swoim skromnym biurze, mieszczącym się na trzynastym piętrze supernowoczesnego wieżowca. Były to: antyczna maszyna do pisania „Torpedo”, którą Drugi kupił na lokalnej giełdzie staroci oraz wielka jak hipopotam kasa pancerna, którą Trzeci znalazł na złomowisku. Oba sprzęty po podrasowaniu, naoliwieniu i odmalowaniu istotnych i widocznych części korpusu, nadawały się jeszcze do użytku. Mistrz zawsze z rozrzewnieniem patrzył na maszynę do pisania, bo przypominała mu czasy, gdy najzwyczajniej w świecie pisywał do lokalnych gazet o spotkaniach towarzyskich, o nowinkach technicznych, o problemach zwykłych, śmiertelnych mieszkańców… a potem nadeszła wojna. Gdy tak siedział i rozmyślał o dawnych czasach, do pokoju wszedł Drugi trzymając nowy numer ogólnoregionalnej gazety. - Czołem szefuńciu. – palnął od progu. – Spójrz, zainteresuje cię? - Masz na myśli psychosomatyczny amplifier plastycznego sensowania paralelnego? – mistrz spojrzał na artykuł z niedowierzaniem. – Myślę, że tak. Po prostu rewelacja! No, w każdym bądź razie interesujące! A co to w ogóle jest? - Nie tu! – usłużny palec powędrował do odpowiedniej szpalty. – Zjazd! - Second, jesteś genialny! – Pierwszy aż zapiał z zachwytu. - Czyżbym słyszał kogucika? – do biura wtoczył się Grubcio trzymając całą paczkę wyśmienitych pączków od Clicklego. Zniewalający zapach rozlał się po całej agencji, a kto wie; może i po całym piętrze. Niestety, nikt nie mógł tego potwierdzić, bo mało kto miał odwagę zapuścić się na to piętro. Uściślając – trzynaste piętro. - Cześć, miło, że przyniosłeś podwieczorek. - To moje drugie śniadanie! – Trzeci przemienił się na chwilę w mroczną bryłę chodzącego oburzenia. – Dobra, kto puścił taki śliczny falsecik? Mistrz podniósł nieśmiało rękę do góry. - Ja… - odpowiedział cichutko. - Aha, „Zjazd nekromantów”! – chodzące oburzenie zerknęło przez ramię pryncypała w gazetę i czytało dalej. – Organizator: Zakon Światła, w programie wykłady, gość specjalny doktor Szymon Iks… Na świętego Flaurosa! Największy nekromanta naszych czasów! - Róbcie, co chcecie. – rozmarzył się Pierwszy. – Po prostu muszę tam być! Trzeci siadł okrakiem na rozkładanym krześle. Delikatna kompozycja deszczułek i śrubek jęknęła przerażona obciążeniem. - Chwileczkę… nie napisali najważniejszego. Wybitnie gruby mag zakasał rękawy, delikatnie pogładził spoczywającą na biurku szklaną kulę, wymamrotał kilka starosumeryjskich formułek, po czym kula rozjarzyła się przyjemnym, błękitnawym blaskiem. Grubcio pocierał kulę coraz delikatniej, w kuli, jak w kalejdoskopie zmieniały się obrazy. W końcu pojawił się kruczoczarnowłosy gość o ziemistej cerze.
„Serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych na doroczny zjazd nekromantów, który…”
Część 22 / 2
- Przewinę, bo patrząc na licznik, to gość ma tyradę na dwanaście minut. – Trzeci pogłaskał kulę i obraz zdecydowanie przyśpieszył. Czarnowłosy jegomość kłapał dziobem z szybkością karabinu maszynowego, bo po chwili zwolnić.
„… koszt uczestnictwa wynosi dwanaście krugerandów. Drinki osobno płacone, rozliczane na koniec imprezy.”
- No i fajnie. – mlasnął mistrz. – Nie piję, to cały koszt to jedyne dwanaście krugerandów. - Hmmm… - Drugi się lekko zasępił. – To całkiem sporo. Chyba się, szefuńciu drogi, nie przestawiłeś jeszcze na nasz system walutowy… Tak, czy siak: musisz zrobić rachunek kasy, by wiedzieć, czy nas stać. - Stać. – odparł Pierwszy wyraźnie zadowolony. – Faktura za odszczurzanie Sądu Najwyższego właśnie została zapłacona. - Nie przypominaj mi nawet! – Grubcio spąsowiał na twarzy. - Hej, jak tam panie piszczałkowy? – Second już rechotał na wspomnienie Grubcia wyprowadzającego całe stadko sympatycznych gryzoni z miasta. - Skąd miałem wiedzieć, że ta legenda to bzdura? - No nie! – mag załamał ręce. – Legenda wcale nie jest bzdurą, tylko ta twoja fujara nie była zaczarowana! - Poza tym, trzeba mieć słuch i być odrobinę muzykalnym! – dodał drugi z czarowników. – A ty nie byłeś ani w melodii, ani w tonacji! - Ale byłem skuteczny! - Taaaak. – przeciągle przytaknął mistrz. - Oprócz szczurów wyniosły się z budynku Sądu także pluskwy, pająki i kocie pchły. Po prostu swoją radosną twórczością zafundowałeś tym biednym stworzeniom masowy exodus. Nie wiedziałem, że pająki maja aż tak wyczulony słuch… - Mniejsza z tym! – uciął Drugi. – Ważne, że kasa wpłynęła. - Coś mi się wydaje, że brak szczurów w sądzie potraktowali jako cud, he, he! - A jakże! – cmoknął zadowolony Grubcio. – Gdyby tak jeszcze utylizować prawników…! Niejeden mafioso okazałby dozgonną wdzięczność! - Dozgonną? – powtórzył Pierwszy. – A do czyjego zgonu? I pytanie: czy rychłego? Z tymi typami nie ma żartów! Drugi stanął z zadartym do góry nosem. - I widzicie: wszystko rozbija się o kasę! Trzeci zrobił trochę zdziwioną minę, po czym wyciągnął z paczki pączka, polizał i dodał filozoficznie: - Jasne! Ale pieniądze, to nie wszystko! Po pączusiu? - Poproszę… - Second nieśmiało wyciągnął rękę. - Dobra dzieciaki. – definitywnie uciął mistrz. – Ja jadę na zjazd, wy prowadźcie biznes. Czy mógłbyś wysłać moje zgłoszenie? - Się robi. – Trzeci wstał i podszedł do szklanej kuli. – Tylko obliżę paluchy. Chyba nie trzeba pisać, co Grubcio zrobił, zanim przysiadł do szklanej kuli? Zgadza się; a potem wytarł palce, tak dla pewności, w swój służbowy, czarowniczy płaszcz. Po chwili jednak szklana kula rozbłysnęła ferią barw, poszarzała, zmętniała i zgasła. - Zrobione. – mruknął otyły czarownik podkładając sobie łokcie pod brodę. - Rezerwacja w hotelu? - Żartujesz? – oburzenie Trzeciego było nader uzasadnione. – Masz mnie za niewydarzonego akolitę? - Pardon, jeśli uraziłem Waszą Obszerność. – Pierwszy powstał i ukłonił się nisko. - Daruję łaskawie, choć trudno mnie obrazić. – mruknął Jego Obszerność i gestem odegnał tuzin wyimaginowanych poddanych. – Przeoczyłeś jednak pewien drobiazg. Zjazd zaczyna się za dziesięć minut, a ty nie spakowałeś nawet walizki. - Racja. A teraz patrzcie i uczcie się, jak się czaruje! Pierwszy podszedł do archaicznego aparatu telefonicznego i wybrał numer. - Halo? Hotel „Chiromancjum”? Proszę nie odkładać słuchawki, trwa transmisja…. – mistrz uśmiechnął się do towarzyszy, po czym nagle zmienił się w niewielką, żółtą błyskawicę, która wpadła do telefonicznej słuchawki, ta zaś po chwili pacnęłą z głuchym łoskotem o podłogę, tuż obok biurka. „Halo, halo!” – rozległo się ze słuchawki. Grubcio podniósł obity przedmiot i przyłożył do ucha. - Tak, szefie. Uhm! Masz rację, ale na drugi raz trzeba będzie obłożyć słuchawkę gąbką… No jasne… baw się dobrze! - I co? – ciekawość Drugiego była ogromna. - Pierwszy pozdrawia. Wyśle nam pocztówkę.. Czujesz? Pocztówkę! Wtem na korytarzu rozległo się ciche „ping”, a to oznaczało, że na trzynastym piętrze zatrzymała się winda. Było to tak rzadkie zjawisko, że na obydwu czarownikach wywarło nie mniejsze wrażenie, niż niesamowita podróż Pierwszego po drutach telefonicznych na obsłudze hotelu. Po chwili tajemnicze „ping” z korytarza znalazło potwierdzenie w nieśmiałym pukaniu do drzwi „Spółdzielni”. - Proszę. – odruchowo palnął Grubcio. Do siedziby zboru wtargnął gość w kapeluszu, ciemnych okularach i z długą brodą. Bez słowa zamknął drzwi uprzednio sprawdzając korytarz, czy aby na pewno nikt się na nim nie czai. Podszedł do biurka, podsunął sobie krzesło i usiadł zakładając nogę na nogę. - Zdejmie pan najpierw kapelusz, okulary czy brodę? - zapytał Drugi. Gość zmieszał się odrobinę. - Przebranie nie pomogło? – warknął odklejając sztuczny zarost. - Niekoniecznie. – odparł mag. – Na plecach ma pan metkę „Holowizja państwowa, dział kostiumów i rekwizytów”. - Cholera jasna! – zaklął szpetnie gość. – I pomyśleć, że paradowałem w tym po całym mieście! - Są większe grzechy, niż ten. - Ma pan coś konkretnego na myśli? – syknął tajemniczy przybysz. - Nic konkretnego… - uśmiech Drugiego był podejrzany, lecz jego wzrok błądził gdzieś daleko. Trzeci szybko podążył za spojrzeniem, by odnaleźć u kresu tej niezwykłej wędrówki spoczywający na parapecie szmatławiec „Tania Sensacja” z krzyczącymi na czerwono wielkimi literami na okładce, układającymi się w napis „Holowizyjny gwałciciel”. - Rozumiem, że pan w sprawie cudu? - Jakby pan zgadł! – spod ciemnych okularów ukazała się twarz bardzo znanego prezentera holowizyjnego. - Proszę przedstawić problem. – Drugi podwinął swój służbowy, czarowniczy płaszcz i usiadł na krześle naprzeciwko. - Hmmmm… jakby tu zacząć… - Od początku. – zaproponował Trzeci. – Czego nam pan nie powie, dowiemy się z gazety. Bożyszcze tłumów spojrzało na gazetę, skrzywiło się i zaczęło opowieść. - Uganiała się za mną panienka. – mlasnął. – Normalna rzecz, nazywamy takie „materacykami”, bo taką zaszczytną funkcję spełniają. No i poleżałem na tym materacyku, a teraz on mnie oskarża o gwałt. Jeżeli udowodni, że zrobiłem jej to konkretne „kuku”, to koniec z holowizją! - I z pieniążkami… - dodał Drugi. - Pieniądze to nie wszystko! – dorzucił Trzeci. - Pieniądze nie grają roli! – przelicytował czarowników holowizyjny gwiazdor. Miał czym; największe zlecenie czarowników opiewało dotąd na jedną setną dziennej gaży gwiazdora. - Oczekuje pan jakiegoś cudu? - Świetny pomysł! – mruknął prezenter. – Gdyby tak się okazało, że jest dziewicą, to byłby cud! Grubcio podszedł do stołu i stanął nad klientem z miną rewolwerowca rodem z dzikiego zachodu. Jego mina była tak poważna, jakby stał nad stołem w samo południe, a w kieszeni miał garść dynamitu. - Czyli sugeruje pan … - nie dokończył. - … regenerację błony dziewiczej. – dokończył gwiazdor zadowolony z szybkiego przedstawienia problemu. Drugi wstał, podszedł do kasy pancernej, otworzył ją i wyciągnął archaiczną maszynę do pisania. Ciężkie żelastwo z hukiem zaległo na stole. - Musimy spisać umowę. – wyjaśnił mag. - Standardowa procedura. – dodał jego kolega. - Czyńcie swoją powinność. – westchnął prezenter. Czarownik zaczął klepać w niemiłosiernie trzaskające klawisze, zanim jednak umowa powstała, niesamowicie gruby osobnik w czarnoksięskim płaszczu począł się gramolić na parapet. - Czy ty chociaż wiesz, jak ona wygląda? – spytał Drugi nie odrywając wzroku od tworzonego pisma. - Widziałem przed chwilą w szklanej kuli. – padło z parapetu. – Zresztą w gazecie jest jej zdjęcie topless. - A w domu? - Dziękuję, wszyscy zdrowi. Zadrukowana kartka z umową zgrabnie opuściła archaiczne urządzenie. - Gotowe. – strony umowy zostały rozdzielone. – Tym razem radzę ci wyrównać już na poziomie szóstego pietra, bo jak nie, to znowu będę musiał wzywać straż rzeczną do wyłowienia zmokniętego ptaszyska… Szanowny pan raczy tu podpisać. Gość pochylił się nad drukiem, przeczytał i złożył dwa podpisy: na oryginale i na kopii. Po chwili Grubcio zniknął z parapetu za bezpieczną ramą okna. Gwiazdor aż wstał z wrażenia, lecz jego mina zrzedła jeszcze bardziej, gdy na poziomie okna ukazał się wielki, czarny kruk o dość obszernych kształtach. - Mam to już opanowane! – zaskrzeczało upiorne ptaszysko. – Podziwiaj mistrzunia w akcji! Z tym radosnym krakaniem, wywinął w powietrzu niezgrabną pętlę i zniknął w chmurach. - Proszę wybaczyć mojemu znakomitemu koledze. – wyjaśnił Drugi i usadził klienta z powrotem na krześle. – W szkole nie znosił latania, co chyba zrozumiałe. - Oczywiście. – gwiazdor odsłonił nieskazitelnie biały uśmiech siląc się na uprzejmość. Drugi wręczył gościowi egzemplarz umowy oraz dziwnie wyglądającą, bogato zdobioną, palisandrową deszczułkę z paskiem czerwonej wstążki. - Oto pański egzemplarz umowy oraz indykator, który powie panu, czy obiekt zachowuje czystość. - Czyli, czy jest dziewicą? – poruszył się prezenter. - Dokładnie tak. – kontynuował mag. – Gdy czerwona wstążka zmieni kolor na zielony, wtedy nasza panna zyska wianuszek. Na wszelki wypadek my będziemy mieli drugi, identyczny przyrządzik. Gość wstał, schował do kieszeni marynarki złożoną uprzednio umowę, po czym wziął do ręki palisandrowy wykrywacz dziewictwa. - Dobrze. – mruknął zadowolony z owoców wizyty. – Poczekam na wynik tych waszych czarów. Mam nadzieję, że mogę być spokojny? - „Polegaj na mnie, jak na harcerzu”! – zacytował czarownik i usłużnie otworzył obite dermą drzwi biura. – Życzę miłego dnia, do widzenia. - Oby już nie! – gwiazdor nałożył szybko ciemne okulary, dokleił sztuczną brodę i naciągnął na czoło kapelusz. „Cymbał i bufon. Dwa w jednym” - pomyślał Drugi i postanowił nie przypominać klientowi o zwisającej na plecach metce rozmiaru szkolnego dziennika. Gość wyszedł pozostawiając po sobie niezatarte, niezbyt smaczne wrażenie. Po trzech minutach od tego zdarzenia indykator spoczywający na biurku w biurze zmienił kolor na zielony. Po kilkunastu kolejnych minutach okno w pokoju rozchyliło się z hukiem i do środka wpadło coś czarnego, wielkiego i niewątpliwie opierzonego. Potężne ptaszysko nie wyhamowało w porę i ze złożonymi skrzydłami zmiotło z biurka antyczną maszynę do pisania. Po chwili Grubcio usiłował wstać z podłogi rozcierając świeżo nabitego guza. - Niech to wszyscy święci! – zaklął szpetnie. – Co za cymbał ustawił kasę pancerną na linii mojego lądowania? - Ty sam. - Ale ktoś musi być odpowiedzialny za tą moją krzywdę! – jęknął czarownik. - Mój drogi, nikt nie przewidział, że linia twojego lądowania zajmie całe biuro. – Drugi pochylił się, by podać koledze rękę. - Choć muszę przyznać, że czasami nawet je przekracza. - Jak tam kolorek? - Ślicznie zie…. – Second spojrzał na biurko. – Zierwony? - Zierwony? – Trzeci wybałuszył oczy. – To jakaś nowinka, o której nie wiem? To jaki on w końcu on jest? Po chwili było wszystko jasne. Indykator zmienił kolor na czerwony. - Niech to Murmur ściśnie! – złość czarownika miała uzasadnienie. – Amorów jej się zachciało! - Zlecenie rzecz święta! – przypomniał Drugi. Grubcio już siedział na parapecie. Westchnął ciężko i równie ciężko odbił się od elewacji. Po dwudziestu minutach do pomieszczenia po raz drugi wpadł zziajany, czarny kruk. Tym razem na jego kolizyjnej nie było już maszyny, była jednak kasa pancerna. - Żesz ty…! – jęknął Grubcio wstając z podłogi. Drugi popatrzył z politowaniem na swojego kompana, następnie pokazał indykator. Ten był zielony jak trawa. - Miałeś rację: jest pięknie zier…wony. – wybałuszone oczy czarnoksiężnika niemalże wypadły z orbit. – W mordę centaura, zabiję tego gacha! Po chwili niedomknięte okno znowu trzasnęło o futrynę. Czarny kruk oddalił się ciężko lecąc jak poprzednio i jeszcze poprzednio, ku swemu mrocznemu przeznaczeniu. W piętnaście minut był z powrotem, tym razem przezorność oszczędziła mu guzów – owinął sobie dziób poduszką. Zipiąc i tocząc pianę z ust Grubcio dopadł do wskaźnika. Zielony! Jednakże z przerażeniem w oczach obaj czarownicy obserwowali, jak piękna i soczysta zieleń ustępuje wściekłej czerwieni. Wścieklejszej, niż przekrwione, równie rozpalone spojrzenie