Fantastyka · 24 min czytania
Requiem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Noc rozlała się nad miastem jak atrament z kałamarza. Gwiazdy tego wieczoru nie pokazały się, zostawiając w samotności pyzaty księżyc, który zastąpił na firmamencie jeszcze przed chwilą świecące słońce. Teraz to on rozświetlał granatowe niebo swoim blaskiem. Wysoka kobieta o włosach przypominających barwą karmel i oczach w tym samym odcieniu, przemierzała opustoszałe uliczki w towarzystwie dwóch mężczyzn. Jeden, tęgi i o czarnych jak heban włosach, szedł obok niej, drugi zaś, młodszy i chudszy, podążał kilka metrów dalej, za nią. Kobieta szła niespiesznie wiedząc, dokąd zmierza. Na jej obliczu pojawił się uśmiech, gdy dotarła do skraju miasta. Przed nią rozpościerał się gęsty las, który zdawało się zamarł w oczekiwaniu. Kobieta odgarnęła bladą ręką jasne włosy z twarzy i zdjęła kaptur z głowy. Po raz pierwszy tego wieczoru popatrzyła na dwóch mężczyzn. Jak na zawołanie obaj zatrzymali się. Czarnowłosy zaczął biec i chwilę potem przybrał postać wilka, dużego i silnego zwierzęcia o ciemnej sierści. Wbiegł do lasu, a tuż za nim, także już przemieniony, pobiegł jego towarzysz. Kobieta weszła powoli do kniei, ostrożnie stawiając każdy krok. Przy starym dębie, w niewielkiej odległości od niej stał rudy chłopiec, trzymający konia. Kary ogier był niespokojny, co chwilę rżał i starał się wyrwać. Chude dziecko z ledwością utrzymywało zwierzę i próbowało je uspokoić. Kiedy kobieta podeszła do chłopca pogładziła go po rudych włosach i wręczyła mu pieniądze, po czym gładząc konia po szyi i uspakajając cichym głosem wsiadła na niego. - Merci – powiedziała, po czym popędziła konia. Chłopiec ukłonił się, choć kobieta była już daleko, i pobiegł w stronę miasta, ciesząc się z zarobionych pieniędzy. To był dla niego udany dzień. Tymczasem kobieta przemierzała galopem las, a z jej obu stron biegły wilki. Wiatr wiał, wprawiając w ruch pokrytą rosą trawę i drzewa, rosnące z metra na metr coraz bliżej siebie. W powietrzu można było wyczuć woń świerków, licznie tutaj rosnących. Kobieta przemierzała teren doskonale wiedząc, w która stronę się kieruję. Mijały sekundy i minuty, aż w końcu dotarła na miejsce. Ściągnęła wodze i zatrzymała wierzchowca, po czym z niego zeszła. Obok niej stanęli, przybierając na powrót ludzki wygląd, jej towarzysze – mężczyzna o srebrnych włosach, lśniących w blasku księżyca i drugi, którego zaś ciemne włosy zdawały się ten blask pochłaniać. Kobieta wyciągnęła dłoń przed siebie, w stronę murowanej ściany pokrytej gęstą roślinnością i czekała. Chwilę później na wewnętrznej stronie jej ręki pojawił się znak pająka, a na ciele powoli pokazywały się cienkie, czarne linie, niby pajęcza sieć. Mężczyźni przeszli przez mur, jakby go tam nie było, a tuż za nimi szatynka. Ich oczom ukazał się ogromny, bogato zdobiony kamienny łuk triumfalny. Jego lewą stronę pokrywała rzeźba, przedstawiająca walczące wilki, zaś na prawej pokazani byli ludzie. Za łukiem można było dostrzec stary, lecz piękny zamek. Gdyby przybysze wcześniej nie widzieli tej budowli, ten widok zaparłby im dech w piersiach, jednakże przebywali tu na tyle często, aby się do tego przyzwyczaić. Cała trójka przeszła pod łukiem i idąc w kierunku zamku przechodzili przez renesansowy ogród, zajmujący sporą część tej wielkiej posiadłości. Szli, czując cudowną woń kwiatów. Nim doszli do budowli, wyszedł im naprzeciw chłopiec. Miał zielone jak szmaragdy oczy, które wpatrywały się wyczekująco w przybyszów. - Pani – powiedział do kobiety, słusznie uznając ją za arystokratkę, choć to nie jej ubiór – piękna, jedwabna suknia - ją zdradziły. Mężczyźni ubrani byli równie elegancko, aczkolwiek w przeciwieństwie do niej przypominali wyglądem chłopca – mieli cerę w kolorze cynamonu, charakterystyczną dla zmiennokształtnych i dobrze zbudowane ciała. Chłopiec ukłonił się po czym wskazał ręką zamek. - Proszę iść za mną. Zaprowadzę panią do hrabiego. Kobieta skinęła głową i wraz z mężczyznami podążyła za ciemnowłosym dzieckiem. Hrabia znajdował się w komnacie, ozdobionej pięcioma tapiseriami i flamandzkimi gobelinami zwieszającymi ze ścian. Kominek znajdujący się tutaj dawał dużo ciepła. - Jean-François – powiedziała kobieta, widząc hrabiego siedzącego w fotelu. Uśmiechnęła się delikatnie i podeszła do niego. Dwaj mężczyźni i chłopiec zostali za drzwiami. - Liliane – wypowiedział jej imię cichym głosem i wstał. Hrabia był wysokim i szczupłym mężczyzną, o ciemnych oczach i niemal czarnych, długich włosach. - Miło cię widzieć, moja droga. - Mnie także cię miło widzieć. - Podeszła do niego i wyciągnęła bladą dłoń, na której złożył delikatny pocałunek. - Ostatnim razem widziałam cię rok temu. Twoja posiadłość wygląda doprawdy zachwycająco. - Dziękuję. Staram się. - Wskazał Liliane drugi fotel, na którym usiadła, po czym sam spoczął. - Rozumiem, że przybyłaś po nowego Wilka. Kobieta skinęła głową. - Nie wystarczają ci te Wilki, które teraz masz? - zapytał, a w jego głosie dało się słyszeć rozbawienie. - To doprawdy niesamowite, że w XXI wieku potrzebujemy jeszcze zmiennokształtnych – powiedział bardziej do siebie niż do niej i westchnął. Splótł palce i zmrużył oczy. - Ale mam kogoś, kto może cię zainteresować – stwierdził po chwili namysłu i spojrzał na swoją rozmówczynię. - Chcesz go zobaczyć? - Naturalnie. - Liliane wstała i przygładziła suknię. Rzadko ubierała się w ubrania takie jak to. Dziś mimo wszystko ze względu na hrabiego postanowiła ubrać się w coś, co będzie przypominało mu epokę, w której żył i za którą tak bardzo tęsknił. Może dzięki temu drobiazgowi dostanie to, czego chce? Po krótkiej rozmowie udali się przez zamek do ciężkich, drewnianych drzwi. Mężczyzna otworzył je kilkoma kluczami, po czym we dwójkę zeszli do podziemia. Liliane szła obok hrabiego, stawiającego pewne kroki. Rozglądnęła się. Było tu tak, jak zapamiętała. Długi i słabo oświetlony korytarz, prowadził do lochów, w których trzymani byli najbardziej groźni zmiennokształtni. Na twarzy kobiety malowało się zdziwienie. - Dlaczego prowadzisz mnie do nieokrzesanych bestii? - zapytała, idąc teraz za nim przez wąskie przejście. Swoim pytaniem wywołała na twarzy hrabiego uśmiech. - Moja droga, nie chciałaś przypadkiem najlepszego zabójcy, którego posiadam? - Chciałam. Jednak prowadzisz mnie do tej części lochów, w której trzymasz Wilki niedające się opanować. Wilki bez zasad. Wilki niesłuchające nikogo. Jean-François zmierzył ją spojrzeniem ciemnych oczu i ponownie na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Sądzę, że jakoś sobie poradzisz. - Czy będzie wykonywać moje rozkazy? - spytała pewnym głosem. Nie bała się. Zastanawiała się tylko, jak długo będzie musiała tresować tego zmiennokształtnego nim zrobi to, co zechce. - Sama go zapytaj – powiedział, zatrzymując się przy jednej z cel. Jedynej w tej części podziemia, w której ktoś się znajdował. Wskazał głową mężczyznę siedzącego pod ścianą. Liliane popatrzyła najpierw na hrabiego, a potem na zmiennokształtnego. Podeszła do krat pewnym krokiem. - Jak ci na imię, nieznajomy? - zapytała. - A jak tobie na imię, kobieto? - odpowiedział pytaniem, nie zaszczycając szatynki spojrzeniem. Kobieta popatrzyła na hrabiego, który wzruszył tylko ramionami. - Czy możesz nas zostawić? - poprosiła. - Oczywiście – powiedział lekko zdziwiony i dodał: - Jak skończysz, przyjdź do mnie. Kiwnęła głową. Hrabia niespiesznie wyszedł, zapalając po drodze papierosa. - A więc, jak masz na imię? - ponownie zadała pytanie. - A ty? Jakie jest twoje imię? - Mimo ciemności dostrzegła cień uśmiechu, który igrał na jego twarzy. Miała wrażenie, że cała ta sytuacja go bawi. Nie, nie miała. Była pewna, że tak jest. Nie zwracał się do niej z należytym szacunkiem. Przemawiał ironicznym tonem. Za kogo się uważał, żeby zwracać się tak do arystokratki? - Na imię mam Liliane – powiedziała jednak i odgarnęła kosmyki włosów z oczu. Nigdy nie rozmawiała tak ze zmiennokształtnymi. To było dziwne i nowe doświadczenie. Mimowolnie kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu. - Sasha. - To twoje imię? - zdziwiła się. - Zdrobnienie od imienia Alexander – powiedział i przeciągnął się. - Jeszcze jakieś pytania? - Owszem. - Słucham cię więc, Lili. - Wzdrygnęła się. Nigdy nikt nie mówił do nie Lili. A już zwłaszcza nie zmiennokształtny. Przyjrzała się Sashy. Mógł mieć dwadzieścia pięć lat, ale równie dobrze mógł mieć pięćdziesiąt. Tak, jak w jej przypadku, wygląd nie decydował o wieku. Jednak w przeciwieństwie do niej, zmiennokształtni się starzeli. Wolniej niż ludzie wprawdzie, ale się starzeli. - Ile masz lat? - A ty? - Próbowała nie pokazywać po sobie zdenerwowania i zniecierpliwienia. W co on pogrywał? - Może kolejne pytanie w takim razie – powiedziała, a Sasha się zaśmiał i wstał. Podszedł do krat, dzięki czemu Liliane mogła zobaczyć go w całości. Miał, jak wszyscy zresztą zmiennokształtni, muskularne ciało o barwie kawy z mlekiem. Jednak to nie ciało, choć było na co patrzeć, zwróciło jej uwagę, ale duże oczy Sashy, przypominające kolorem ametyst, otoczone gęstymi, ciemnymi rzęsami, których pozazdrościłaby mu niejedna kobieta. Nie mogła oderwać wzroku od jego fioletowych ślepi. - Zaniemówiłaś? - Przechylił głowę. - Nie mów tak do mnie. - Wyjaśnijmy sobie coś, Lili. - Chwycił kraty tak mocno, że pobielały mu knykcie. - Jeśli chcesz, żebym dla ciebie pracował, nie będziesz uważała się za moją panią. Kobieta zaśmiała się. - Dlaczego? Sądzisz, że możesz uważać się za równego mi? - Tak sądzę, arystokratko – wypowiedział ostatnie słowo z jawną pogardą, po czym dodał: - Płynie w tobie krew demonów tak samo jak w zmiennokształtnych. - Myślisz, że zgodzę się na to, abyś mówił do mnie po imieniu i traktował jak ci się podoba tylko dlatego, że oboje jesteśmy potomkami demonów? - Tak myślę, Lili. - Uśmiechnął się. Liliane znów się zaśmiała. - Chyba tracę czas na rozmowę z tobą. – Odeszła od krat. - Wątpię, by ktoś inny zabił tego, którego śmierci pragniesz – powiedział pewnym siebie głosem. Kobieta odwróciła się, zastanawiając. Czy miała wybór? Poległo już tylu jej Wilków... Mogła tracić kolejnych? Kolejne martwe Wilki to kolejne wydane pieniądze na nowych zmiennokształtnych. Spojrzała na Sashe. - Czemuś tak pewny siebie, Sasho? - Podeszła powoli do niego. - Mam ku temu powody. Zabijałem, Lili. Zabijałem tak wielu, że nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić – zdawało się, że na chwilę jego głos przestał być ironiczny. - To tylko puste słowa – stwierdziła i odgarnęła włosy z twarzy. - To fakty. - Chcę dowodu – zdążyła powiedzieć, nim Sasha chwycił ją za gardło i podniósł nad ziemię. Zaczęła uderzać dłońmi w jego ręce. Wbiła w nie paznokcie, jednak uścisk nie zelżał. Machała nogami, starając się uderzyć Rosjanina, lecz natrafiała jedynie na kraty. Próbowała krzyczeć, ale nie mogła. W końcu Sasha ją puścił. Kobieta zaczęła łapczywie łapać powietrze. - Co ty sobie wyobrażasz, psie?! - krzyknęła. - Chciałaś dowodu. Jak inaczej mógłbym ci go dostarczyć? - powiedział, a jego głos na nowo przybrał ironiczny ton. Mężczyzna podszedł jeszcze bliżej krat i popatrzył na siedzącą na ziemi Liliane. Ten widok go rozbawił. - Och. Myślałem, że wy, potomkowie demonów, macie więcej siły. Czyżbym się przeliczył? A może to pełnia księżyca powoduje, że podczas gdy my jesteśmy silniejsi, wy słabniecie? Liliane wstała i otrzepała suknię z kurzu. - Ile masz lat? - Dzyn, dzyn, dzyn! Inny zestaw pytań, proszę! - Posłał jej czarujący uśmiech i oparł się o kraty. - Odpowiedź – nakazała. - Dlaczego? - Chcę wiedzieć. - Po co? - Będę wtedy mogła stwierdzić, czy twoje przechwałki są prawdziwe – stwierdziła, przybierając nieodgadniony wyraz twarzy. Sasha ziewnął przeciągle i zmrużył oczy. - Naprawdę sądzisz, że mój wiek powie ci cokolwiek o moich czynach? Kobieta zazgrzytała zębami i zacisnęła ręce w pięści. Przez chwilę milczała, zastanawiając się co zrobić. W końcu się odezwała: - Twoje warunki – powiedziała głosem cichym, lecz stanowczym. Sasha podszedł do krat, tak blisko, że dotykał ich twarzą i przechylił głowę. - Czyżbyś…