Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 12 min czytania

Requiem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Requiem

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, coraz bardziej zbliżając się do linii horyzontu. Wsłuchany w ryk motoru podążałem w jego kierunku pustą autostradą, a pustynny wiatr smagał moją twarz. Już od wielu godzin mknąłem wśród piasków Nevady, z rzadka zatrzymując się, żeby zatankować lub przespać się w jakimś podłym motelu, więc zmęczenie mocno dawało mi się we znaki - powieki ciążyły niemiłosiernie, a moim jedynym życzeniem było przespać chociażby parę godzin. Możecie sobie tylko wyobrazić moją radość gdy, za kolejnym wzgórzem zobaczyłem w oddali niewielkie miasteczko. Była to na pierwszy rzut oka typowa mieścina jakich już wiele minąłem podczas swej podróży, jednak wydawało się ono emanować poczuciem bezpieczeństwa i wprost wołać do mnie bym zatrzymał się w nim choć na chwilę. Może działo się tak bo dorastałem w bliźniaczo podobnym Nelson lub dlatego, że takiego miejsca szukałem? Może. Mogłem również po prostu chcieć jak najszybciej oddać się w objęcia Morfeusza. Jednak najważniejsze było to, że z każda chwilą dystans dzielący mnie i pierwsze zabudowania malał, nieuchronnie przybliżając mnie do celu. Ulice były rozjaśniały liczne światła bijące z latarni i okien domów tworzących przedmieście. Zwolniłem do czterdziestki jednocześnie wypatrując przechodniów, jednak na ulicy nie było żywej duszy. Minąłem jeszcze 2 przecznice, by w końcu dostrzec samotną postać idącą wzdłuż ulicy. Zjechałem w stronę chodnika i zatrzymałem się kilka metrów przed wieczornym spacerowiczem. Wyglądał dokładnie tak, jak jeden z tych typów, przed którymi ostrzegała mnie matka. Z nieogolonej gęby patrzyły na mnie cwaniacko świńskie oczka, a w ustach wykrzywionych w pogardliwym uśmieszku tkwił przygasający papieros. Mimo, że nie miałem najmniejszej ochoty na pogawędkę z nim, zapytałem: - Macie tutaj jakiś hotel? - Tylko „Caroline”. Prosto przed siebie aż do 7-Eleven i odbij w lewo. - Hej, dzięki! - Miłej zabawy chłopaczku! Cholerny dupek. Ale przynajmniej wskazał mi drogę, więc dodałem gazu i po krótkiej chwili byłem już we wskazanym miejscu. Budynek zarówno dominował nad okolicznymi zabudowaniami swoją wysokością, jak i wyróżniał się wyglądem. Przypominał raczej na swój sposób niecodzienny i oderwany od rzeczywistości pałacyk, niż motel dla przejezdnych. Błękitny neonowy szyld „Caroline”, choć niezbyt pasował do bajkowego wyglądu hotelu, miło zapraszał swoim delikatnym blaskiem, więc po chwili wahania skorzystałem z tej propozycji i zaparkowałem swoją stalową bestię na samym końcu parkingu, po czym ruszyłem ku drzwiom ze swoją wysłużoną torbą w rękach. Przestąpiwszy próg hotelu, znalazłem się w zalanym ciepłą poświatą holu. Było w tym miejscu coś co napełniało mnie błogim spokojem. Nie potrafię nadać temu nawet nazwy… może coś w rodzaju pozytywnej aury którą było przesiąknięte to miejsce? Mniejsza z tym. Otępiony emanującą zewsząd błogością podszedłem do kontuaru, za którym stał przyjaźnie uśmiechający się portier. - Dobry wieczór! Witamy w „Caroline”, czym mogę panu służyć? - Macie wolne pokoje? - Tak, tak… Tiffany! Odwróciłem się, by zobaczyć, że tuż za mną stała kobieta. Pod burzą rdzawych włosów kryła się śliczna twarz o regularnych rysach, z której zerkała na mnie para szmaragdowych oczu. Uderzały one swoją żywością, z całą pewnością odmładzając swoją właścicielkę, ubraną w letnią sukienkę odsłaniającą smukłe ramiona i parę balerinek. - Słucham? – odezwała się cichym, słodkim głosem. - Zaprowadź tego pana pod osiemdziesiątkę trójkę. - Oczywiście. – Uśmiechnęła się – Proszę za mną. Lekkim krokiem ruszyła wgłąb holu, a ja bezwiednie podążyłem za nią. Poprowadziła mnie korytarzem aż pod drzwi opatrzone numerem 83. To tutaj – Powiedziała, wciąż nie zdejmując ze swojej twarzy zagadkowego uśmiechu. – Życzę panu spokojnej nocy. Odwróciła się i odeszła, a ja ją odprowadzałem wzrokiem dopóki nie zniknęła za załomem korytarza. Kiedy to się już stało, drzwi przede mną ustąpiły za delikatnym naciśnięciem klamki i znalazłem się w przytulnym pokoju. Rzuciwszy w kąt swoją skórzaną torbę i parę kowbojek, padłem wycieńczony na łóżko, by natychmiast wpaść w objęcia Morfeusza.

***

Ze snu wyrwał mnie podmuch chłodnego wiatru, który wdarł się do pokoju przez uchylone okno. Z uniesieniem powiek spadło na mnie poczucie apatii i zmęczenia, jakiego wcześniej nigdy nie doświadczyłem. Nie było to zmęczenie fizyczne; czułem się jak wrak człowieka zadeptanego przez życie. Teraz trudno mi w ogóle znaleźć słowa na to, co mnie wtedy dopadło. Kiedy w końcu udało mi się wstać z łóżka, zegar wskazywał piątą po południu. Nie miałem pojęcia, czy tak długo spałem, czy tyle czasu przeleżałem przygnieciony tym… czymś, ale za to byłem pewny że powinienem opuścić to miejsce. Po szybkim prysznicu i niewiele krótszym goleniu w końcu przyjrzałem się swojej twarzy. Była poznaczona liniami pierwszych zmarszczek, spośród których na pierwszy plan wybijały się podkrążone oczy. Dotychczas ziały chłodnym błękitem,lecz w tamtym momencie zdawały się kompletnie zmatowieć. Ten widok uderzył mnie z taką siłą, że poczułem się starszy o dobre parę lat.

***

Szedłem hotelowym korytarzem, kierując swe kroki do recepcji. Gdy stanąłem przed kontuarem, recepcjonista, chyba ten sam, co wczorajszego wieczoru, powitał mnie nieprzychylnym spojrzeniem. - Chce pan wyjechać, prawda? – Zapytał, patrząc z ukosa. - Dokładnie. Ile się należy za noc? Jednak portier, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, podszedł do okna i zaprosił mnie gestem ręki. Widok za szybą napawał skrajnym przygnębieniem. Nad miastem

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%