Akcja · 1 godz. 19 min czytania
Reset Selektywny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
RESET SELEKTYWNY
Po jakiejś pół godzinie uważnego wędrowania w głąb rzadkiego lasu znalazł wreszcie odpowiednią sosnę. Nie było to łatwe, zwłaszcza w okolicach Kowala, gdzie od lat wschodnie wiatry znosiły znad Płocka tony jakiegoś białego świństwa chemicznego. Skutkiem tego, większość drzew to szare, rachityczne i mizerne patyczki o cieniutkich, poskręcanych kończynach. Mnożące się bezkarnie szkodniki też robiły swoje. To wyjątkowe drzewo było pewnie jednym z ostatnich, tak jak on, mohikaninów, genetycznych samotników leśnych. Solidny, prosty pień, trzy grube, długie gałęzie wyrosłe na właściwej, sporej wysokości i zdrowe, zieloniutkie igły bujnej korony. Wokół tego względnego giganta panoszyło się gęste mrowie mizernego, wrażego plebsu, z zarastającymi wszystko wokół drobnymi krzaczkami nieokreślonego gatunku. Rozejrzał się czujnie i przystanął wstrzymując oddech. Nasłuchiwał. Gdzieś, daleko, słychać było szum pędzących asfaltową, ważną kiedyś, w dalszym ciągu popularną jednak drogą, samochodów. Poza tym cisza i przedpołudniowy, upalny w ten sierpniowy poniedziałek spokój. Jedna część narodu dogorywała w pracy, druga odsypiała pewnie niedzielne, ostro zakrapiane balangi urlopowe a trzecia kręciła się bezradnie po kraju w poszukiwaniu jakiegoś możliwie łatwego i rzecz jasna przyjemnego, łatwego zarobku. Był to chyba jeden z niewielu momentów gdy las, mimo straszliwego upału, mógł odetchnąć jako tako w ciszy od tej ludzkiej, skłóconej i beznadziejnej szarańczy. Zdjął ostrożnie pocerowany, rozsypujący się prawie plecak i usiadł przy drzewie. Ściółka była tak wyschła, że zatrzeszczała głośno pod jego ciężarem. Odpiął guziki plecaka z którego wyjął barwiony na zielono, dziesięciometrowy sznur, zwinięty teraz porządnie i opakowany w torbę foliową. Miał z nim ostatnio trochę problemów. Marta, znalazłszy go przypadkowo w oborze, koniecznie chciała wiedzieć do czego ma służyć. Nie żeby coś podejrzewała, ale uparła się by go zarekwirować do suszenia bielizny. Chłopcy owszem, brudzili się mocno, szczególnie Jacek, który mimo, że trochę mniej pracował w polu ze względu na książkowe zainteresowania, wracał wieczorem do domu uświniony jak nieboskie stworzenie. Nie było tego dużo, w końcu latem nie nosi się tylu rzeczy co w innych porach roku, jednak żona już zaplanowała sobie nowe miejsce na strychu. Cóż, kupi sobie inny za odszkodowanie. Rozwinął sznur i przywiązał do niego znaleziony kawałek grubej, uschłej gałęzi. Rozbujał ten prostujący linkę ciężar i próbował go przerzucić ponad wybranym konarem sosny, jednak suchy patyk był za lekki i po kilku nieudanych próbach dał temu spokój. Rozglądnął się wokół po brudnożółtym poszyciu lecz nie znalazł żadnego kamienia. Trudno, i tak trzeba będzie wejść. Zwinął ponownie sznur i przełożył go przez bark tak, jak to robi doświadczony alpinista, taszcząc na swoich przemarzniętych plecach dziesiątki zwojów mocnej liny. Objął pień drzewa i spojrzał w górę. No, nie będzie łatwo. Przymierzył się prawą nogą i podciągnąwszy resztę ciała przywarł do wyschłej kory. Wisiał tak przez kilka sekund, po czym dość zgrabnie dotarł w pobliże właściwej gałęzi. Jednak pewnych umiejętności z dzieciństwa nie zapomina się tak szybko. Usiadł okrakiem na gałęzi, po czym podnosząc się ostrożnie na rękach, przesunął całe swoje marne ciało o jakieś dwa metry od pnia. Zdjął z siebie linkę i okręcił ją dwukrotnie wokół konara. Zawiązał supeł, a następnie spuścił wolny jej koniec w dół, tak, że ten, spadłszy swobodnie na ziemię, ułożył się zgrabnie wokół sosny. Nie było źle. Znając długość sznura ocenił wysokość gałęzi na jakieś osiem metrów. To w zupełności wystarczy żeby zabezpieczyć się przed głodnymi lisami czy rysiami. Pomacał się jeszcze dla pewności po kieszeni koszuli i zaklął. Cholera jasna, zostawił list w plecaku na dole. Rad nie rad, musiał zejść, co jak się okazało było trudniejsze niż wejście. Odbił się od pnia gdzieś na wysokości trzech metrów i zeskoczył wprost na wyszarzały plecak. O mało nie skręcił nogi i ponownie zaklął. Cały czas funkcjonował bez zarzutu jego niezmierzony pech, jego skrajna nieporadność życiowa, która w końcu zaprowadziła go pod tę dorodną sosnę. Trudno, nie ma już o czym mówić. Wyjął z przygniecionego plecaka niebieską, tandetną kopertę złożoną na pół i włożył ją do kieszonki koszuli. Zobaczył, że podczas wspinaczki oberwał dwa dolne guziki, ale oczywiście machnął na to ręką. Ponownie wszedł na gałąź. Odpoczął chwilę i przesunął się na rękach do miejsca gdzie zwisała linka. Podciągnął metrowy mniej więcej odcinek, okręcił ciasno wokół szyi i zawiązał solidny, podwójny węzeł. Niespodziewanie zrobiło mu się przeraźliwie zimno, więc rozejrzał się wokół zaskoczony. Nie, nic się nie zmieniło. Słońce stało już wysoko na bezchmurnym niebie a w lesie panowała bezwietrzna, upalna cisza. Spojrzał w dół i zobaczył pod drzewem swój lewy, dziurawy trampek, który widocznie spadł mu z nogi przed chwilą. Westchnął cicho i odruchowo nabrawszy powietrza, jakby miał się za chwilę zanurzyć w nieznaną, ciemną głębię wodną, niezgrabnie skoczył z gałęzi. Poczuł straszliwe szarpnięcie i wtedy cały ten pokrętny, nieprzyjazny świat, eksplodował w oślepiającym, czerwonym błysku. Usłyszał straszliwy huk, po czym nagle, w jednym bezczasowym momencie, zobaczył swoje żałosne życie.
-----------------------------------
Urodził się pamiętnego marca sześćdziesiątego ósmego i rzecz jasna niczego z tamtych wydarzeń nie pamięta. Pierwsze, świadomie przeżywane fakty polityczne to dopiero masowy fenomen osiemdziesiątego, ale to później, w podobno szczytowym momencie fizycznych możliwości dwunastoletniego, dojrzewającego szybko i wbrew okolicznościom organizmu. Był ledwie odratowanym, mizernym wcześniakiem. Owocem zatuszowanego przez wszechmocne władze brutalnego gwałtu, popełnionego na jego matce przez dwóch pijanych żołnierzy bratniej, krasnej armii. Matka, drobna kobieta borykająca się samotnie z życiem wdowa, gospodarowała resztkami sił w obrębie dwuhektarowego, zabiedzonego gospodarstwa, wychowując jak umiała jego starszego o cztery lata brata. Weseli, pijani ruscy, uczestniczyli w jakichś bzdurnych manewrach w okolicy i gotowi byli na wszystko, zwłaszcza w obliczu trzyletniej, przymusowej abstynencji którą musieli znosić na nieprzychylnej im ziemi, z dala od swoich rodzinnych stron gdzieś pod Krasnojarskiem. Tak więc był Romek napiętnowany, przekreślony, już na samym starcie. Dodatkowo, jako siedmiomiesięczny wcześniak z dużą niedowagą, źle rokował pod względem zdrowotnym, co sprawdziło się w stu procentach. Jednak matka, mimo, że totalnie zastraszona przez ponurych chamów z UB, nie traktowała go wcale jako niepożądany dopust Boży. Wręcz przeciwnie - i czasami aż demonstracyjnie, na przekór wasalskim władzom. Sołdaci nawet nie zostali przeniesieni do innej jednostki. Dożył jakoś szczęśliwie do chwili, gdy w wieku sześciu lat, o cały rok wcześniej niż inni, rozpoczął naukę w pobliskiej, obskurnej szkole podstawowej. Z miejsca spotkał się z wrogością wszystkich rówieśników a i nauczyciele patrzyli na niego jakoś tak krzywo. Był bowiem Romek dzieckiem nadzwyczaj rezolutnym i po dziecięcemu jeszcze zasadniczym. Z powodu upiornej biedy, całym jego dotychczasowym światem była skromna zagroda rodzinna. Nie miał żadnych bliższych kolegów a starszy brat też nie bardzo go lubił i obijał ostro przy byle sposobności. Zagoniona matka nie bardzo miała czas na wychowywanie synów, więc obaj chodzili własnymi drogami. Jakimś cudem Romek zainteresował się czytaniem już w wieku czterech lat i podpatrując trochę brata, trenując uporczywie patykiem na piaszczystym podwórku, nauczył się tej sztuki praktycznie samodzielnie. Do tego stopnia, że czytał matce sporadycznie kupowane, bądź trafiające do domu przy okazji zakupów śledzi gazety. Tak więc w pierwszych dniach szkolnych błysnął jako w pełni czytający i jako tako piszący, mały, milczący dziwaczek. Jednak główny problem polegał na tym, że czytując owe drętwe "organy", przyswoił sobie głęboko ich paranoiczny, sztywny język partyjny a i zdaje się sposób myślenia; ów charakterystyczny, gazetowo ubecki bełkot, ogląd świata. Jakoś podświadomie ostrożny i czujny, dopiero piątego dnia szkoły podniósł przepisowo palec do góry, zgłaszając chęć zapytania. - O co chodzi? - mruknęła pod nosem podstarzała, zmęczona latami użerania się z bachorami polonistka, spoglądając na niego nieprzyjaźnie. - Towarzyszko nauczycielko. - Romek stał w ławce wyprężony na baczność jak struna fortepianowa. - Proszę mnie wpisać na listę kandydatów partyjnych do organizacji szkolnej. Starsza kobieta wytrzeszczyła oczy na małego człowieczka i znieruchomiała na moment. Następnie oparła się odruchowo prawą ręką o najbliższą ławkę i nie panując nad sobą, usiadła ciężko na brudnej podłodze. W małej, umalowanej białą, emulsyjną farbą salce, wypełnionej do cna odrapanymi ławkami, zajmowanymi przez regulaminowo ubranych, poważnych pierwszoklasistów, rozległ się najpierw piskliwy chichot, który po chwili przerodził się w niepowstrzymany, przeraźliwy jazgot. Kobieta wiła się na podłodze i przewalała z jednego boku na drugi. W końcu uspokoiła się jako tako, wstała jakoś i przecierając załzawione oczy, wyksztusiła do Romka niewyraźnie: - Zaczekaj chwilę. Wybiegła z klasy, zostawiając niczego nie rozumiejące dzieci same. Romek w dalszym ciągu stał wyprężony w ławce. Po chwili drzwi otworzyły się ponownie i do sali wszedł dyrektor, a za nim reszta ciała pedagogicznego - czyli polonistka, nauczyciel od wszystkiego pan Zbyszek i nauczycielka rosyjskiego, pani Wisia. Stanęli na środku pod tablicą, a dyrektor poważnym głosem przemówił do stojącego chłopca: - Powtórz dziecko co powiedziałeś pani Zosi. Romek, skonfundowany nieco całym wydarzeniem zaczerwienił się potężnie, jednak powtórnie, stanowczym głosem oznajmił: - Towarzyszu dyrektorze, proszę mnie wpisać na listę kandydatów partyjnych organizacji szkolnej. I znowu salka wypełniła się nieskrępowanym, zespołowym śmiechem. Tym razem dołączyły się dzieci, które w końcu zrozumiały, że odbywa się tu jakieś dziwaczne przedstawienie, z ich pokręconym kolegą, tym małym głupkiem, w roli głównej. Po dobrej chwili, gdy wszyscy poocierali już łzy z zaczerwienionych oczu, dyrektor zwrócił się do Romka: - Dobrze mały sekretarzu, rozpatrzymy twoją prośbę. Tymczasem po lekcjach zgłosisz się do mnie, zgoda? - Tak jest, towarzyszu dyrektorze. - Romek odmeldował się regulaminowo i energicznie usiadł w ławce. Tego już było za wiele. Całe dorosłe towarzystwo zaczęło podskakiwać w ataku śmiechu, poklepując się wzajemnie i ocierając rękawami łzy. Mała szkółka aż się trzęsła. W końcu wypadli z klasy i tylko na korytarzu słychać było ich oddalający się, niepowstrzymany rechot. Tak oto został już na cały okres nauki w tej szkole Sekretarzem, tym, który bez mrugnięcia okiem, rozciągnął nielubianą nauczycielkę na podłodze. I mimo, że bardzo prędko zmienił się jego sposób widzenia świata, mimo, że jego zachowanie, słownictwo, odruchy, stały się zupełnie stereotypowe, normalne, to jednak na zawsze już, został w pamięci rówieśników kimś podejrzanym - w gruncie rzeczy niezwyczajnym głupkiem. Niegroźnym co prawda, nawet życzliwym i niespotykanie uczynnym, jednak głupkiem. Na szczęście nigdy nie wstąpił w szeregi Przewodniej Siły. Świadomie przeanalizował ten incydent dopiero kilka lat później, gdy już swobodnie poruszał się w tej zabagnionej rzeczywistości. W Polsce zawsze obowiązywały cztery poziomy ekspresji, zachowania. Pierwszy, to oficjalno - oficjalny, stosowany zawsze gdy chodziło o akademie, wystąpienia na forum, wywiady, przemówienia, dyskusje publiczne. Większość ludzi nie nadawała się do takich rzeczy - wcale nie z tępoty czy niemożności sklecenia kilku zdań. Tu trzeba było mieć pewne szczególne predyspozycje, porównywalne raczej z zachowaniem oślizłego, uślinionego ratlerka, liżącego do utraty tchu wdzięcznie wyciągniętą rączkę swojego pana. Pana, który w swej boskiej nieobliczalności, mógł w każdej chwili obruszyć się na te hektolitry cieknących mu po wypielęgnowanych paluszkach płynów ustrojowych i wykopać biedną psinę do wszystkich diabłów. O dziwo - osobnik taki wcale nie dążył do osiągnięcia szczytów władzy. On chciał tylko całym sobą służyć. Jeśli początkowo rzeczywiście piął się intensywnie po pierwszych szczeblach tej nieogarnionej drabiny, to niebawem zatrzymywał się gdzieś pośrodku, gdzie wygodnie usadowiony, lizał i lizał bez umiaru. Pełno było takich facecików, usadowionych nie wyżej niż z-ca redaktora naczelnego, kierownik artystyczny, szef produkcji, naczelnik wydziału, kierownik pracowni, docent. Bardzo rzadko przewodniczący, sekretarz generalny, profesor, prezes, wiceminister. Z tymi czasem można było się dogadać - co prawda głownie za pomocą grubej koperty, ale zawsze. Natomiast lizydupa zawsze traktował petenta jak najgorszego kundla, niegodnego nawet rozjechania służbową Wołgą. Poziom następny; oficjalno - towarzyski. Funkcjonujący na rautach, zakrapianych przyjęciach, nieoficjalnych naradach, bardziej luźnych imprezach ku czci. W dalszym ciągu nie można było kwestionować pryncypiów ustrojowych, czy sojuszy międzynarodowych, jednak pozwalano sobie na mniej lub bardziej lekceważący osąd cech osobistych i postępowania dygnitarzy partyjnych, dobrotliwie krytykowano sztandarowe artykuły prasowe, mrużono delikatnie oczka w stosunku do niektórych pociągnięć władzy. Wszystko rzecz jasna cichutko, konfidencjonalnie, delikatnie. Właściwe słówka dla właściwych uszek. Poziom rodzinno - prywatny. Tutaj, w gronie ściśle rodzinnym, można już było sobie nieco pofolgować. Niektórzy ośmielali się do tego stopnia, że zaczynali psioczyć nawet na ustrój, lub o zgrozo, na Wielkiego Brata. Gdzieniegdzie, w czterech ścianach domostwa, nucono cichutko zapomniane dawno pieśni patriotyczne, kościelne. Delikwent, głowa rodziny, ojciec dzieciom, wyrastał na cichego bohatera, walczącego skrycie z wszechpotężną, czerwoną zarazą, tylko dla niepoznaki zatrudnionego od lat na wiadomym, francowatym wszak stanowisku. Lały się łzy bezsilnego upodlenia. Góra do pierwszej w nocy - bo przecież rano znowu trzeba było iść do roboty, na pierwszą linię frontu. I poziom ostatni, prywatny, osobisty. Czasem, choć rzadko, prawdziwe piekło poszatkowanej jaźni. Resztki sumienia, koszmarne sny, nieraz odraza podczas golenia. Często nieskładna, bezsensowna modlitwa, tak na wszelki wypadek. Bezkresna, nieogarniona ziemia nieznana, a ściślej, nieurodzajny, jałowy ugór, przeorywany co i rusz przez wysokowydajne pługi natrętnej propagandy masowej. Ponad tym wszystkim unosiła się w niedostępnych niebiosach centralna, nieobliczalna władza, ten tysiącgłowy, upierdliwy demiurg, wszechpotężny, nieusuwalny strup.
-----------------------------------
Przebrnął więc jakoś przez szkołę podstawową i po czerwcowej naradzie
rodzinnej, a również gnany jakąś irracjonalną, lokalną modą, zapisał się do pobliskiego Technikum Mechanicznego w nadziei zdobycia popłatnego zawodu mechanika samochodowego. Znającego się rzecz jasna głównie na Jaguarach, Rolls Roysach i Mercedesach. Szło mu nawet nieźle, tyle tylko, że bezpośrednio przed maturą, w kwietniu, musiał się stawić konkretnego dnia w jakiejś zapomnianej jednostce wojskowej pod wschodnią granicą. Nic nie pomogły wędrówki matki po różnych ważnych urzędach. Pamiętano jej tam ciągle bierną niesubordynację w stosunku do tuszujących sprawę niezbyt legalnego pochodzenia Romka ubeków. Urzędy, jak jakieś ponure bóstwo - nierychliwe ale za to pamiętliwe. Prawdę mówiąc matka pogorszyła jeszcze sytuację swoim brakiem pokory i zdawałoby się logiczną argumentacją - że syn właśnie będzie robił maturę, że zaraz potem idzie do pracy by utrzymać jakoś upadający dom i zarobić na więzienne paczki dla starszego brata. Gdzież tam. Zdrowy, wicie, zdolny, rozumicie, a ojczyzna takich w armii potrzebuje. Nie ma dyskusji. Zostawił więc starą kobietę samą na mizernym gospodarstwie i wsiadał do darmowego pociągu ze łzami w oczach. Zupełnie nie wiedział co robić. Starszy brat miał jeszcze dwa lata do odsiadki za drukowanie nielegalnej, antyrządowej prasy i Romek zamartwiał się teraz o chorowitą staruszkę. Cóż jednak mógł na to wszystko poradzić? Stał więc w korytarzu rozklekotanego, przepełnionego wagonu; patrząc przez brudną szybę w zaokienny mrok. Jechał w przymusowe nieznane. Wbrew oczekiwaniom nie trafił źle. Jednostka okazała się małą, rodzinną prawie, placówką graniczną, dowódcą której był rozsądny, ludzki i zwłaszcza wesoły major Kukła. Dbał o swoich ludzi, w miarę możliwości ma się rozumieć i nie pozwalał nikomu na tradycyjne już gdzie indziej fanaberie, rozgrywające się zazwyczaj pomiędzy rocznikiem starszym a młodszym. Miał tylko jedną, drobną wadę. Był starym kawalerem i nie lubił kobiet. Nie, żeby podobali mu się młodzi chłopaczkowie, poborowi na przykład, ale nie znosił kobiet w sposób szczególny, jakoś do pewnego stopnia uzasadniony i nawet po żołnierskiemu logiczny. Regularnie organizował nocne, męsko - damskie turnieje, z udziałem zaufanych podwładnych i miejscowych, nieustająco chętnych panienek. Ba! Jakimś cudem wszedł w rozrywkowe układy z bratnią, radziecką obsługą drugiej strony granicy pokoju, co wydatnie zwiększyło skończony wszak lokalnie asortyment damskich wdzięków. I zawsze rano, po takiej nocnej, wyczerpującej sesji, wypuszczał wyeksploatowane już do cna kobitki w samych tylko maskach przeciwgazowych, po czym kazał im trafiać z kałasznikowa do ustawionych w lesie, opróżnionych dopiero co butelek. Trafiła - odjeżdża do domu wojskowym gazikiem - nie trafiła, zasuwa psia ją mać piechotą przez rozległy las. Kukła nazywał to ćwiczeniami obrony cywilnej i oczywiście miał rację. Wyniki w damskim strzelaniu były coraz lepsze. Romek nie brał w tym wszystkim udziału, a mimo to otrzymał sierpniowy, ekstra urlop z okazji żniw. Zastał matkę przygnębioną do reszty i poważniej już chorą. Zebrał wszystko sam z pola, wymłócił własnoręcznie, a następnie sprzedał za grosze żałosne nadwyżki cwanemu sąsiadowi. Musiał wracać do jednostki, więc obiecał matce, że postara się niedługo przyjechać znowu, po czym ponownie musieli się pożegnać. Pod koniec września okazało się, że widzieli się już ostatni raz. Matka zmarła w domu, podobno we śnie i w sumie nie bardzo wiadomo na co. Tak przynajmniej twierdził miejscowy mistrz plastra i stetoskopu. Wrócił więc Roman znad granicy by pochować udręczoną kobietę i został już na dobre. Tym razem były pełne, formalne podstawy do odłożenia jego wojskowych, zaszczytnych powinności na czas bliżej nieokreślony. Został na gospodarstwie sam jak palec. Więzienny brat nie liczył się zupełnie - nigdy nie było między nimi żadnych uczuć a Filip miał w głowie wszystko, tylko nie rolnictwo. Zgodził się zresztą chętnie i trzeba przyznać, całkowicie bezinteresownie, na rezygnację z wszelkich roszczeń majątkowych. Po kilkumiesięcznych, bezsensownych korowodach urzędowych, notarialnych, stał się więc Roman jedynym właścicielem mizernego, upadającego gospodarstwa. Właścicielem ponurym i małomównym, jak jego zmarła matka. Tęsknił za nią i w przeciwieństwie do chamowatego konowała, znał przyczyny jej śmierci. Zabiło ją to zasrane, pszennoburaczane życie, te ciągłe upokorzenia, ta nieustająca, codzienna, beznadzieja. Jakimś cudem dogadał się Romek z kolegą szkolnym i ten, bywalec warszawskich klubów młodzieżowych, naraił mu dwie studentki prawa jako potrzebujące taniego lokum sublokatorki na okres uniwersyteckiej mitręgi. Zamieszkali więc we trójkę, po czym jedna z nich szybko zrezygnowała z tej nietypowej, niewesołej stancji, głównie z powodu trudności z dojazdem na zajęcia. Druga została i to właśnie była Marta. Cóż. Jak było do przewidzenia, z obopólną przecież winą, dziewczyna bardzo szybko stała się brzemienną. Być może był to przede wszystkim skutek absolutnego braku doświadczenia Romka w tych sprawach, jego tak dziwacznego nieuczestnictwa w nocnych zajęciach majora Kukły? Może były też inne przyczyny, kto wie, leżące po stronie skromnej dziewczyny? W każdym razie trzeba było coś z tym fantem zrobić. Marta, studentka pierwszego roku, szybko zorientowała się, że wkuwanie prawa rzymskiego nie jest jej pasją życiową, że raczej woli ciężką pracę pośród sypiących się tynków i pochyłych, trzeszczących ścian Romkowej zagrody. Taki wybór. Dała więc sobie spokój z uciążliwymi dojazdami warszawskimi i zakotwiczyła tutaj na stałe. Niebawem pojawili się w ich domu zatroskani wypadkami rodzice Marty, bogaci, podłódzcy producenci jakichś pantofli czy pasków. Odbyła się więc szczegółowa inspekcja ekonomiczna upadającego majątku i następnie burzliwa narada rodzinna. A że młoda para twardo obstawała przy wspólnym życiu na dobre i złe, szybko ustalono termin ślubu i skromnego wesela, już na młodej panny rodzinnym, znacznie mniej przygnębiającym wizualnie terenie. Romek, jedyny przedstawiciel swojej nacji na tej uroczystości, czuł się fatalnie, więc zaraz po wystawnym przyjęciu wrócili z młodą żoną na skromniutkie, zrujnowane swoje. Pierwszy urodził się Jacek i od tego momentu zaczęły się ich poważne kłopoty. Dziecko było nad wyraz odporne i zdrowe, jednak właśnie głównie z tego powodu, niespotykanej siły małych płucek, wielkiej ruchliwości i apetytu, wymagało ciągłej opieki. Marta musiała się kompletnie wyłączyć z prac gospodarskich. Roman harował więc od świtu do nocy, jednak mimo to ciągle brakowało na wszystko. Nie mieli nawet najprostszego radia, nie mówiąc już o fanaberiach typu pralka, telewizor czy odkurzacz. Wokół powstawały podejrzane fortuny, po drogach jeździło coraz więcej super samochodów, zdobywanych w super prosty, super nieuczciwy sposób, a oni wegetowali jak jacyś abnegaci, bez jakiejkolwiek nadziei na lepsze. Po roku dołączył do młodej rodziny Adam i zrobiło się jeszcze gorzej. Roman, jako mężczyzna, jako podpora i fundament wspólnej egzystencji, nie sprawdzał się zupełnie. Przede wszystkim z powodu swojej skrajnej, aż do głupoty posuniętej uczciwości i wrażliwości. Nigdy niczego nie ukradł, kompletnie wbrew powszechnej, wydaje się odwiecznej modzie, temu narodowemu sportowi. Nigdy też nikogo nie okłamał, nawet w najbłahszej sprawie. I to najgorsze - absolutnie niewybaczalnie nie pił - nie mógł więc niczego porządnie załatwić. Minęło pierwsze uczucie, będące wyjściową podstawą ich związku i teraz Marta coraz częściej, coraz gwałtowniej dawała wyraz swojemu niezadowoleniu. Wszystkie swoje pozytywne uczucia ulokowała w synach, a nieudacznego męża zaczynała powoli traktować jako przykre obciążenie. Na szczęście nie zwracała się jeszcze o żadną pomoc do rodziców, którzy przecież czekali tylko na jedno jej słowo. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że natychmiast usłyszy zgryźliwe, pełne jadowitej satysfakcji: - A nie mówiliśmy? Na domiar złego, po czternastu latach małżeństwa, po czternastu latach tej mordęgi, wycieńczony ciężką pracą, niedożywiony ciągle Roman, nabawił się niedokrwistości i ciężkiej anemii. Wylądował na trzy miesiące w teoretycznie bezpłatnym, państwowym szpitalu, dobrze chociaż, że późną jesienią, już po wykopkach. Tam dopiero się działo, tam dopiero się napatrzył i nasłuchał. Leżał na przewiewnym, zawsze niezwykle ruchliwym i hałaśliwym korytarzu, wśród cierpiących, umierających staruszków, traktowanych przez personel szpitalny jak ostatnie bydlęta. Dziwił się początkowo, jakim cudem dwudziestoletnia, śliczna panienka, nazywana tu eufemistycznie pielęgniarką, może mieć tak wredny, taki trepowaty stosunek do wycieńczonych chorobą pacjentów? Mimo ich cichutkich, rozpaczliwych i pełnych samoupokożenia próśb; a to o łyk wody, a to o basen, czy wreszcie o kilka sekund normalnej, ludzkiej rozmowy - być może ostatniej w ich zasranym, nędznym życiu. Zrozumiał to dopiero wtedy gdy uświadomił sobie, że żyje przecież w kraju gdzie od lat, ostatnio całkiem jawnie, funkcjonuje kult radosnego cwaniactwa, pazernej zaradności, kult młodego, bezwzględnego byka, nie liczącego się zupełnie z nikim tępaka. Kraju masowych, prostackich w swoim zamyśle imprez sportowych, na których można bezkarnie powyrywać ławki i przyłożyć sąsiadowi dechą, kraju błyskawicznych interesów, łatwych panienek spod znaku disco - polo i białych skarpetek na niemytych miesiącami, spoconych, chamskich stopach. Kraju, gdzie najwyższą cnotą, honorowaną gremialnie w politycznych, absolutnie nie merytorycznych wyborach, jest uśmiechnięta, przystojna i wyszczekana gęba, udrapowana błyszczącym krawatem w grochy. To zupełnie nic, że bezczelnie kłamliwa i cynicznie, w oczywisty sposób, niewiarygodna. Romek ani w ząb nie mógł zrozumieć, jak można powtórnie stawiać na przedstawiciela zimnej, wyrafinowanej bandy, która mordowała i wsadzała do więzień kogo tylko chciała, która nie cofała się przed najbardziej jawnym oszustwem, która w końcu od dziesięcioleci łupiła bez opamiętania ten biedny kraj, wysługując się żałosnymi przydupasami z propagandy masowej. Wyjaśnienie mogło być tylko jedno - trwały, kliniczny wręcz, masowy i totalny uwiąd intelektualny, abnegacja rozumowa do kwadratu. Krótko mówiąc bezbrzeżna, wszechogarniająca, zwykła tępota. Co się daje zresztą łatwo obserwować i gdzie indziej, w innych, tzw. krajach cywilizowanych . A nawet na całym Bożym świecie. I to właśnie w tej obskurnej wykańczalni, w tej zapuszczonej, prowincjonalnej fabryce śmierci człowieczego gnoju, stracił resztki zainteresowania ludźmi i jakby to nie brzmiało wzniośle i głupio, ludzkością jako taką. Ledwie podleczony fizycznie, ale już do reszty prawie załamany, wrócił bez specjalnego entuzjazmu do rodziny. Sądził, że jego trzymiesięczna nieobecność dała się Marcie jakoś we znaki, że powita go cieplej. Niestety. Całe Boże Narodzenie spędzili nie odzywając się prawie do siebie. Chłopcy biegali po okolicy bawiąc się głównie z zaprzyjaźnionymi psami, a oni siedzieli we dwoje w chłodnym, oszronionym miejscami wnętrzu domu jak napuszone sowy. Właśnie wtedy postanowił odejść. Wytrzyma jeszcze tylko do lata, wykona wiosenne prace rolne, obsadzi skromne pole ziemniakami i zakończy sierpniowe żniwa. Postara się zapewnić jakiś byt rodzinie, przynajmniej na najbliższą zimę, przynajmniej do czasu gdy, w co nie wątpił, zainteresują się Martą i wnuczkami jej przygnębiający, bogaci rodzice. A potem uwolni ich wszystkich od siebie radykalnie, raz na zawsze.
Część 22 / 2
-----------------------------------
Marta zbierała się do gotowania obiadu, choć od rana znowu bolała ją głowa. Chłopcy biegali po podwórku, ale jakoś tak niemrawo, ospale - pewnie z powodu gorąca. Ich nieokreślonej rasy pies, rozciągnął się w cieniu pod poważnie ciężarną jabłonią i dyszał ciężko z przegrzania. Kolejny, upalny dzień. Było kilkanaście minut po jedenastej i patrząc teraz na synów, zastanawiała się co też im zrobić na obiad - codzienny, gaszący wszelkie jaśniejsze myśli dylemat. Z Romkiem nie było problemu, gdyż nie był wybredny, ale chłopcy? Tak, chyba upitrasi im wszystkim zwykłej, taniej zupy pomidorowej. Zaraz, zaraz, przecież nie ma soli. - Jacek! - zawołała starszego. - Tak? - podszedł do niej kręcąc jakimś patykiem. - Masz tu pieniądze i idźcie z Adasiem do sklepu po kilogram soli. Gdy synowie zniknęli za zakrętem, zabrała się do robienia makaronu. W pewnym momencie wydało się jej, że wokół zrobiło się przeraźliwie zimno. Do tego stopnia, że wilgotna szmatka, której używała do ścierania stołu, jakby zatrzeszczała w jej ręku. Woda zamarzła? Bzdura. Wybiegła z domu i rozejrzała się po okolicy. Nie, nic się nie zmieniło. Słońce piekło niemiłosiernie a przydomowe kury spokojnie grzebały w piachu. Tylko Łysy stał na czterech łapach i podkuliwszy ogon, skomlał cichutko. Pokręciła głową i wróciła do przerwanej pracy martwiąc się trochę o Romana który wyszedł z domu dwie godziny temu, nic nie mówiąc jak zwykle. Prawdę powiedziawszy, współczuła mężowi jego kłopotów, całej tej beznadziejnej sytuacji, z którą nie umiał sobie jak dotąd poradzić. Rozumiała jego przygnębienie i to, że jest mu, jako mężowi i ojcu, głowie rodziny, coraz trudniej znosić te ciągłe porażki, ciągły, nieustający od lat, stan niespełniania, niemożność zwykłego utrzymania rodziny. Coraz bardziej cwany, hałaśliwy, bazarowy świat wokół, schamiał nie do wytrzymania i prawdę mówiąc wszystko stało się jakieś takie bzdurne, złe, obce i przerażające. Też czuła się zagubiona w tej natrętnej, ruchliwej jak w nieustającym ataku epilepsji, pstrokaciźnie. No ale cóż mogła na to poradzić? Sama także niczego nie była w stanie wymyślić. Łysy zaszczekał w charakterystyczny sposób. To wracali chłopcy. Wytarła ręce i wyszła przed dom. Po chwili zza zakrętu wybiegł Jacek, a po kilku sekundach goniący go bez powodzenia Adam. - Mamo! Tam nikogo nie ma! - mimo intensywnego biegu chłopiec mówił swobodnie, bez śladu zadyszki. - Gdzie? - No, w sklepie. - Nie kupiliście soli? - Nie, to znaczy tak... ale... - wyciągnął rękę z napęczniałą torebką foliową - wzięliśmy... sami. - Jak to? Ukradliście? - załamała ręce. - Ojciec wam da jak wróci. - Nie. - zaczął wyjaśniać Adam. - Myśmy zostawili pieniądze na ladzie. - Tak? Nie było pani Krysi? A jak weszliście do sklepu? - Był otwarty. - powiedział cicho Jacek. - I nie było tam nikogo dorosłego? - Nie. Musiało się coś stać. Zawistowska nie zostawiłaby przecież całego dobytku sklepowego na pastwę modnie nieogolonych i równie modnie cuchnących gorzałą, okolicznych cwaniaczków. Może zachorowała nagle? A może to... napad? Coraz częściej słyszy się przecież o takich rzeczach. Aż się zatrzęsła, gdy pomyślała na co synowie byli narażeni. - Dobrze już. Idźcie się bawić na podwórko. Albo nie! Zostańcie tutaj i mówcie kogo widzieliście. - Nikogo. - stanowczo stwierdził Adam. - Nikogo? - Tak. - potwierdził Jacek. - Nawet tych panów od budowania płotu u Krzyśka. - Przestali budować płot? - wypytywała Marta, mieszając jednocześnie ciasto na makaron. Stary Niedziałek, dziadek Krzyśka, nie pozwalał nigdy wynajętym murarzom na obijanie się, zwłaszcza przy ostatecznym wykańczaniu nowego, luksusowego domu. - Chyba... nie, bo były tam wszystkie narzędzia i włączona betoniarka. - Betoniarka jest fajna, no nie? - zapalił się Adam. - Jasne. - przytwierdziła Marta. - Jacek, przynieś wody w wiaderku. Starszy wziął puste wiaderko i poszedł do studni po wodę. Tymczasem Adam opowiadał dalej. - A przed pocztą stał ekstra samochód. - No i? - Nic. Nikogo nie było a silnik pracował. - Jak to? - Nie wiem. Wszystkie drzwi były otwarte. Martę uderzyło coś nieprzyjemnie w tych nieskładnych relacjach.
Zaczekała aż wróci Jacek z wodą, po czym usiadła i próbowała ustalić z chłopcami jakieś wyjaśnienie. - Powiedz mi Jacek, czy widzieliście kogokolwiek? - No właśnie mówię że nie. - Nawet pana Jagielskiego w swoim kiosku? - Nie. - Co nie? Mów pełnym zdaniem. - Nie było go tam. - Nawet jego bezczelnych dzieci? - Nie. - A... jego pies? - Pies był i... biegał wokół kiosku jak głupi. Martę ogarnął jakiś niezrozumiały, irracjonalny strach. Jeszcze nie wiedziała o co tu chodzi, ale poczuła w gardle podchodzącą z dołu gulę utrudniającą oddech. Wyczuwała kobiecym instynktem coś strasznego, coś ogromnego i nieodwracalnego. Gdzie ten niedojda Romek? Spojrzała bezwiednie w okno i stwierdziła, że zbiera się na burzę. Nareszcie trochę ochłody. - Chłopcy. Jazda na podwórko, zbierać bieliznę ze sznurków. - zarządziła. -----------------------------------
Ocknął się z powodu ostrego bólu w lewej kostce. Otworzył ostrożnie oczy i wystraszony rozejrzał powoli dookoła. Gdzieś, wewnątrz, miał cichą nadzieję, że stwierdzi, iż szybuje łagodnie w bezcielesnej postaci ponad swoim dyndającym na gałęzi, niepotrzebnym już truchłem, że przeżyje błyskawiczny przelot przez czarny tunel, że spotka wreszcie swoją zmarłą matkę pośród zielonych, oświetlonych złotym światłem łąk. Naczytał się kiedyś takich sympatycznych, niestworzonych bredni, które poruszyły go wtedy do głębi. Nic z tego. Leżał na jak najbardziej realnej, wyschniętej ściółce leśnej, pod ową wybraną, wspaniałą sosną, z której teraz smętnie zwisał kawałek zerwanego w połowie, zielonego sznurka. Niech to szlag. Linka najwyraźniej nie była najlepszej jakości, i poddana gwałtownemu szarpnięciu po prostu pękła. Najwyraźniej nie potrafił się nawet zabić. Zaklął ponownie i ściągnął z szyi uwierającą go pętlę. Usiłował wstać, ale natychmiast usiadł znowu, przymuszony bólem w lewej stopie. Skręcił cholera nogę przy upadku. I co teraz? Nie wejdzie ponownie na drzewo, zresztą po co, jeśli nie ma zapasowego, wystarczająco mocnego sznura? Jednak wyprostował się powtórnie i ostrożnie postawił nogę. Boli psiakrew, ale można jakoś iść. Wyrzucił resztki linki która tak go sromotnie zawiodła, zebrał swój żałosny plecak, rozejrzał się jeszcze raz dookoła i kuśtykając ruszył z powrotem ku asfaltowej drodze. Sierpniowe słońce było już w zenicie, a sucha, bezwietrzna duchota coraz bardziej dawała się we znaki. Zdeterminowany ciągle Roman powziął ad hoc nowy, chyba tym razem realny plan skończenia z sobą. Wróci do szosy, w okolice niedalekiego, dość stromego zjazdu, gdzie większość kierowców folguje sobie i rozpędza własne maszyny do granic wytrzymałości mechanicznej, zaczeka na wystarczająco potężny pojazd, najlepiej jakiś TIR z naczepą, po czym wyskoczy nagle zza drzew wprost pod maskę kolosa. Oczywiście nie ma żadnych szans w starciu z tak potężną, pędzącą bezwładnie masą. A i odszkodowanie dla rodziny będzie pewnie większe. Że też nie pomyślał o tym wcześniej. W miarę mozolnego zbliżania się do drogi coś go podświadomie zaniepokoiło. Chyba ta skręcona stopa. Zdał sobie sprawę, że z jej powodu nie będzie w stanie wyskoczyć wystarczająco szybko, ale momentalnie odrzucił tę obawę, gdyż przecież droga była bardzo wąska, dwupasmowa i pewnie nie będzie z tym wielkiego problemu. Nagle zrozumiał swój nieokreślony niepokój i aż przystanął. Był już bardzo blisko drogi i od pewnego czasu powinien był słyszeć szum pędzących maszyn. Na chwilę wstrzymał oddech. Nic, kompletna, leśna cisza, zakłócana tylko codzienną paplaniną wiecznie "zalatanych" ptaków. Coś tu nie tak, pomyślał, i szybciej ruszył w stronę szosy. Po chwili znalazł się na skraju drogi, na łagodnym wzniesieniu, przez które przebiegała asfaltowa, rozgrzana wstęga. Tak popularna przecież droga, była teraz absolutnie pusta. Żadnych samochodów - ani dużych, ani małych. Jak okiem sięgnąć gładki, czarny trakt, bez śladu ruchu. To samo w stronę przeciwną. Chociaż nie - na wschodnim kierunku majaczyły jakieś dwa pojazdy, znajdujące się w sporym od siebie oddaleniu. Ale... stały nieruchomo. Poza tym nic. Dzięki słonecznej pogodzie widoczność była znakomita, i tylko gdzieś tam, w odległości mniej więcej ośmiu kilometrów, niczego już nie można było zobaczyć z powodu falującego, nagrzanego powietrza. Ciekawe. Może jakaś blokada policyjna? Pewnie znowu poszukują bandziorów. Zmęczony wydarzeniami oraz mozolną wędrówką przez nagrzany las, usiadł na południowym skraju asfaltu, w cieniu, i postanowił czekać. Pochylił głowę na podciągnięte kolana, przymknął oczy, po czym natychmiast usnął.
----------------------------
Ocknął się nagle, obudzony dalekim, głuchym grzmotem. Spojrzał w tym kierunku i zobaczył ciężkie chmury burzowe, nadciągające od zachodu. Na drodze nic się w dalszym ciągu nie zmieniło. Ponieważ nie miał zegarka, ocenił po słońcu, iż drzemał jakieś pół godziny. Zerwał się na równe nogi i stwierdził, że lewa stopa już jest chyba całkiem zdrowa gdyż nie poczuł żadnego bólu. Ruszył energicznie w kierunku najbliższego, stojącego ciągle samochodu. To było eleganckie, nowiutkie Audi. Bez kierowcy i bez pasażerów. Jeśli nie liczyć małej, drucianej klatki na tylnym siedzeniu, z ruchliwym wewnątrz chomikiem o świdrujących, czerwonych oczkach. Jakiś prezent dla dzieci. Audi z włączonym, cicho pracującym silnikiem i kompletem kluczyków w stacyjce. Rozejrzał się wokół uważnie. Nic, tylko rzadko stojące sosny. - Hop, hop! - krzyknął w las, lecz przestał natychmiast i ostrożnie nacisnął klakson samochodu. W spokojną ciszę lasu wtargnął przeraźliwy sygnał luksusowego auta, a z okolicznych drzew zerwało się całe mnóstwo wystraszonych ptaków. I jeszcze raz. I jeszcze. Nic. Nikogo. To przecież niemożliwe. Otwarty samochód stoi przynajmniej od pół godziny z włączonym silnikiem. Coś się jednak musiało stać. I ta niepokojąco martwa droga. Pomyślał, że może zorientuje się w sytuacji przy drugim, stojącym o jakieś pół kilometra dalej, pojeździe. Puścił się biegiem środkiem asfaltowej jezdni i po jakichś dwóch minutach stał już obok zakurzonego, bagażowego Nissana. Tutaj również drzwi były otwarte a dieslowski silnik klekotał spokojnie na jałowym biegu. Wewnątrz także nikogo. Samochód stał już poza granicą lasu, w szczerym, płaskim polu, pokrytym jak okiem sięgnąć, suchym ścierniskiem po zżętym tydzień temu zbożu. I jak już był o tym podświadomie przekonany, wokół absolutne bezludzie. Co to wszystko znaczy? Powoli narastał w nim jakiś nieokreślony niepokój o rodzinę. Tymczasem gęste chmury burzowe zakryły słońce i o gorący asfalt zaczęły uderzać pierwsze, ciężarne krople ciepłej wody. Gwałtownie rósł wokół szum setek, następnie tysięcy kropel deszczówki, by przerodzić się momentalnie w prawdziwy, zalewający całą okolicę, wodospad. Nie było się nad czym zastanawiać. Wsiadł do Nissana i pozamykał drzwi. Rozejrzał się. Cała prawie przestrzeń bagażowa pojazdu, wypełniona była równiutko, porządnie, szarymi, prostopadłościennymi kartonami - każdy z czerwonym napisem: "Szynka konserwowa w puszkach - 2,5 kg. - Masart - Hurt - Detal - Eksport - Import." Widocznie jakiś transport dostawczy, pomyślał. Wewnątrz samochodu było straszliwie gorąco, stał przecież od dłuższego czasu na palącym słońcu i dopiero teraz, bębniące o blaszany dach krople deszczu przynosiły stopniowe ochłodzenie. Wrzucił bieg i ruszył ostro w kierunku osady. Zamierzał dojechać do posterunku policji i zgłosić im dziwne wydarzenia na drodze. Poza tym, z jakiegoś nieznanego mu powodu, czuł potężniejący, nieopanowany strach o Martę i chłopców. Mniejsza już o jego zamiary sprzed kilkudziesięciu minut. Zapomniał o tym. Bagażówka nie była w dobrej formie i rzęziła nieco gdy wyciskał z niej wszystko czym dysponowała. Wycieraczki działały fatalnie, więc strugi wody zalewały raz po raz przednią szybę. Do posterunku nie było zbyt daleko, jakieś pięć kilometrów, a mimo to aż się spocił z niecierpliwości i waląc dłońmi w kierownicę, przynaglał zużyty pojazd do jeszcze większego wysiłku. Co kilkanaście sekund mijał stojące na drodze, opuszczone auta i już niczemu się nie dziwił. Zatrzymał się z piskiem łysawych opon przed wejściem na komisariat i wyskoczył z bagażówki o mało się nie przewracając. Wpadł do małego pokoiku, gdzie zawsze siedział za swoim biurkiem ospowaty kapral Dusza i zdębiał. Nikogo tu nie było. W pokoju obok również. Łazienka? - nie, także pusta. Co to wszystko znaczy? Czuł, że włosy stają mu dęba na ogłupiałej głowie. Zajrzał jeszcze do miniaturowego aresztu, ale i ten był pozbawiony jakiegokolwiek lokatora. Zaraz, zaraz, może poczta? Wypadł na skromną uliczkę i przebiegł na drugą stronę, gdzie na parterze jednopiętrowego budyneczku zarządu skupu, mieściła się kątem placówka pocztowa. Minął stojącego przed wejściem, otwartego na oścież, bezbronnego Forda, otworzył skrzypiące drzwi wejściowe... i już wiedział. W całej osadzie, w całej wiosce nie ma nikogo. Żadnego człowieka. Przerażony wrócił do…