Romans · 10 min czytania
Restart (fragment)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
RESTART
Korzenie
Ona Urodziłam się w latach 70-tych. Podczas cesarskiego cięcia mojej rodzicielce, późnoródce, lekarz-partacz zagiął jelito grube. W przeciągu kilku minut ze zdrowej, silnej babki zrobił anemiczkę. Paradoksalnie, za swój stan zdrowia obwiniła za mnie. Mój ojciec nie jest złym człowiekiem. Dla swojej rodziny. Ale ja się do niej nie zaliczam, bo jestem córką mojej matki. Skomplikowane? Gdzież tam! Moja mamuśka przed tym nieszczęsnym porodem była aktywną, atrakcyjną i obytą kobietą. Te trzy rzeczy wystarczyły, by zostać znienawidzoną przez Klan Wieśniaków, z którego pochodzi padre. Kiedy przyszłam na świat, ów Klan rozpoczął krucjatę przeciwko ledwo żywej kobiecie z niemowlęciem u boku. Wyeliminowanie jej zajęło im nadspodziewanie dużo czasu. Rodzice rozstali się, gdy miałam dziewiętnaście latek. Jednak ojca straciłam znacznie wcześniej. Odwrócił się ode mnie. Tak „po prostu”. Nie, nie brakowało mi tatusia. Dlatego, że tak naprawdę nigdy go nie miałam.
On Urodziłem się w latach 70-tych. Drugie dziecko, pierwszy syn, ogromna radość w rodzinie. Podobno tak było, niestety nic z tego nie pamiętam. Za to pamiętam, że ojca nigdy nie było w domu. Pracował. Pamiętam też wiecznie niezadowoloną matkę, która twierdziła, że swoim lenistwem przynoszę wstyd rodzinie. Pamiętam, że po powrocie ze szkoły dosłownie padałem ze zmęczenia, a czekały mnie jeszcze dodatkowe zajęcia. Dwa języki obce. Tenis. Taniec. Plus obowiązki domowe. W tych ostatnich najczęściej wyręczała mnie siostra. Jej tak nie gnębiono, była kobietą i w przyszłości miała jedynie dobrze wyjść za mąż. Jeśli chodzi o mnie, to… cóż... nie jestem pewien, ale chyba rodzice myśleli, że będą mieli ze mnie pociechę na stare lata. Jednak dość szybko zacząłem się buntować. Między innymi dlatego, że za dużo się uczyłem i brakowało mi czasu na inne rzeczy. Na dziewczyny. Właściwie to na jedną taką… Szczenięca miłość, nieważne. Wyprowadziłem się z domu mając siedemnaście lat zabierając ze sobą niewiele więcej poza szczoteczką do zębów. Uczyłem się i pracowałem. Mieszkałem z trzema innymi outsiderami. Na początku. Dwa lata później awansowałem i wynająłem samodzielne lokum. Kontynuowałem naukę, a w 1995 roku całkowicie zmieniłem branżę. Zacząłem robić to, co potrafię najlepiej. Czyli kłamać.
Część 22 / 2
Związki
Ona Pierwsza miłość? Miał na imię Hubert i był idiotą. Inteligentnym idiotą. Nie chciał mnie, na tym polegała jego inteligencja. Właściwie dopiero po pewnym czasie potrafiłam należycie ją docenić. Pierwszy mężczyzna? Jacek. Bardzo przystojny, choć nie w moim typie. Wysoki, ciemny blondyn. Wielkie, niebieskie oczy. Zaczęłam z nim „chodzić”, żeby koleżanki mi zazdrościły. Naprawdę. I tak „chodziłam” z nim dwa lata. Rozstaliśmy się zaraz po naszym pierwszym razie. Totalnie mnie zniesmaczył. Podejrzewam, że dlatego, gdyż był równie niedoświadczony jak ja. Dodatkowym minusem był jego penis. Ogromny. Największy jaki w życiu widziałam. Wielkość członka dla dziewicy ma odwrotne znaczenie. Im większy, tym gorszy. Myślałam, że tam zdechnę. Po tym przykrym przeżyciu straciłam chęć na amory na kolejne dwa lata. Mariusz. Historia piękna i straszna. Piękna, bo obydwoje byliśmy w sobie zakochani. Seks, namiętność, czułość, romantyzm plus odwzajemniona love, love, love… I nagle, po dwóch latach… wszystko mi przeszło. Kładłam się spać kochając, a rano stwierdziłam: „nic nie czuję do tego człowieka”. To było okropne, próbowałam jakoś reanimować swoje uczucia, ale nie dałam rady. Ostatecznie zerwałam z nim chamsko… przez telefon… po dwu i półrocznej sielance. Później byli inni. Krótsze i dłuższe przygody. Z tych wartych wspomnienia był trudny związek z Maciejem. Prawdopodobnie nigdy się nie kochaliśmy, ale łączył nas obopólny szacunek. W połączeniu z pociągiem seksualnym wyszło coś dziwnego… do tej pory trudno mi jednoznacznie określić fenomen tej relacji. Spotykaliśmy się ponad dwa lata. Rozstaliśmy się bez żadnego konkretnego powodu, bez żalu, kulturalnie. W dodatku tak jakbyśmy się wcześniej umówili – tego i tego dnia się żegnamy. Dziwne, prawda? Potem długo, długo nie miałam nikogo na stałe. Jakoś nie chciałam. Po jakimś czasie przypałętał się taki jeden, którego imienia wolę nie wymieniać, bo… będzie mu przykro. I tak chodził koło mnie, chodził… aż w pewnym sensie coś wychodził. Zaczęłam z nim sypiać, zamieszkaliśmy razem na – bagatela – siedem lat. Nie kochałam go. Nigdy. Ale ceniłam jego pomoc i troskę. Dawał mi poczucie stabilizacji, bezpieczeństwa. Po tych siedmiu latach rzygałam stabilizacją, troską i całą resztą. Rzuciłam się w ramiona pierwszego kolesia, który – za przeproszeniem – chciał się rżnąć jak obłąkany. To był Łukasz. Pozdrawiam cię, zboczeńcu. I, jeszcze raz, wielkie SORRY. Nie moja wina, że tak wyszło.
On Związki? Ale wszystkie, czy chodzi o… Pierwsza dziewczyna? Wcześnie, chyba za wcześnie. Ale skłamałbym mówiąc, że żałuję. Prawdopodobnie zrobiłem jej krzywdę. Psychicznie, nie fizycznie. Zostawiłem ją,…