Horror · 7 min czytania
Rezydencja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}„Naciśnij spust”.{/i} Ta prosta myśl kołatała mu się w głowie od kilku minut. Od kiedy trzymał załadowany pistolet skałkowy przy skroni. Zrobić to? To bezbolesne, a jeśli już, to ból trwa zaledwie krótką chwilę. To na pewno lepsze od niekończącej się tortury, jaką niewątpliwie było przebywanie we dworze. Od kiedy przyjechał do rezydencji brata czuł, że powoli, ale wytrwale, jak pająk oplatający zbyt dużą ofiarę, obłapiają go ramiona szaleństwa. Wiedział, że jeśli tu zostanie pochwycą go one, a jednak nie mógł uciec. Od dwunastu dni jakaś dziwna siła, nieokreślona moc, wmawiała mu, że nie da rady uciec. Był skłonny uwierzyć. Z początku próbował odejść, ale za każdym razem, kiedy zbliżał się do drzwi rezydencji, wielkich kutych ze złota i metalu wrót, nagle orientował się, że znów jest w swojej komnacie i siedzi przed biurkiem, przed tym samym pięknym meblem, po którym teraz walały się jakieś papiery i inne śmieci. Wśród nich, jak wystająca z otwartego oceanu pojedyncza wyspa, stało pudełeczko z prochem i kulami. Po kilku dniach przestał próbować. Czuł, że ta moc, czymkolwiek jest, nie pozwoli mu na to. Poza tym stracił chęć. Był więźniem. Więźniem własnej głowy. Przemógł się i odłożył broń. Wstał, spojrzał przez okno na ciemność bezksiężycowej nocy, po czym rozejrzał się po pokoju. Było to obszerne pomieszczenie z kominkiem z marmuru. Ściany zdobiły malowidła, przedstawiające płomienie i wodę. Ich odwieczną walkę. W rogu stała szafa z ubraniami, które tu ze sobą przywiózł: płaszcze, spodnie i krawaty- zestaw szanującego się mężczyzny. Na szafie stała jego duma - piękny cylinder ojca, który otrzymał zanim ten odszedł do wieczności. Naprzeciwko leżało wielkie łoże z czterema kolumienkami. W pierwsze dni kładł się na nim i zasypiał, dręczony koszmarami, po czym budził się zlany zimnym potem, długo zastanawiając się gdzie jest. Po przebudzeniu nie pamiętał nic z tego, co we śnie wydawało mu się straszne. Te sny były jak trzymająca go tutaj moc - nieokreślone. Na szczęście koszmary były już przeszłością; od kilku dni nie zmrużył oka. Ciągnęło go do szkatułki w szufladzie biurka i do pistoletu, który był w niej ukryty. Ale przecież on tego nie chciał: zawsze gardził samobójcami. Nie myślał o odebraniu sobie życia nawet, kiedy jego ukochana żona zmarła, zabierając do Boga nie tylko siebie, ale i ich nienarodzoną córeczkę. Wówczas ból był straszliwy, ale dał radę. Co się więc zmieniło odkąd tu przyjechał? Dlaczego teraz co dzień musi zmuszać swe ciało do odłożenia broni? Wtedy zrozumiał coś, co było tak oczywiste, że gdyby nie ponura atmosfera, roześmiałby się. Jeśli tu zostanie, w końcu nie starczy mu sił i się zastrzeli. Jeśli jednak utrzyma siły, by opierać się pokusie szybkiego zakończenia udręki, niechybnie stoczy się w otchłań szaleństwa i śmierci głodowej. Już i tak od tygodnia nie mógł nic przełknąć. Ostatni głosik rozsądku powiedział mu „uciekaj”. Obrócił się i zabrał pistolet. Tak, jeszcze ma szansę. Jeśli nie teraz, to nigdy. Podszedł do drzwi i przystawił do nich ucho. Z korytarza nie dobiegał absolutnie żaden dźwięk. Powoli przekręcił klamkę i uchylił drzwi. Za nimi panowała ciemność. Korytarza nie oświetlały żadne pochodnie ani lampy oliwne. Wyszedł i zamknął za sobą pokój, powolutku, żeby nie wydać żadnego dźwięku. Czuł, że zniszczyłby tym grozę, a jednocześnie piękno tej ciszy. Ciszy tak