Fantastyka · 21 min czytania
River
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Prolog
Jak to się stało? Sam tego nie wiem. W jednej chwili straciłem wszystko. Miałem szczęśliwe życie, które nim się obejrzałem zmieniło się w koszmar. Tamtego dnia, kiedy się obudziłem nic już nie było takie samo, a ja nie wiedziałem gdzie jestem. Było ciemno, nie mogłem się ruszyć, wszystko mnie bolało… Myślałem, że umarłem. Prawda była o wiele gorsza. Do dziś się zastanawiam, co poszło nie tak. Zabawne. Niby człowiek jest jak owad, nic nieznaczący, a jednak potrafi zniszczyć życie. Przeżyłem setki pokoleń ludzkich, widziałem jak upadają królestwa. Z mojej ręki ginęło tysiące wojowników popychanych żądzą sławy i pieniędzy. Głupców zaślepionych przez chciwość i pychę. Stałem się jak oni. Nieostrożny, zbyt pewny siebie, bezmyślny i zapłaciłem za to wysoką cenę.
Rozdział I
Tego dnia padało. Słyszałem deszcz, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci. Czułem się jak w grobie i w pewnym sensie tak też było, gdyby nie fakt, że leżałem pogrzebany w ruinach własnego domu. Nie wiem jak się wydostałem, nawet, kiedy stałem wycieńczony na wzgórzu i patrzyłem na gruzy mojego azylu. Nigdy nie zależało mi na rzeczach materialnych, ale wiedza, że mój dom już nie istnieje sprawiła mi ból. Po tym nastała ciemność.
Obudziłem się w domu zaprzyjaźnionej czarodziejki. Przemywała mi rany. Była smutna. Wiedziałem, że to przez moją minę. Kiedy dotknęła mojego złamanego skrzydła, żeby je opatrzyć, skrzywiłem się lekko i zacisnąłem kły. Jakby użyła magii szybko bym wydobrzał, ale byłem na nią odporny. Nawet elfickie zaklęcia Arii by mi nie pomogły. Widziałem w jej morskich oczach, że się o mnie martwi. Elfy od mileniów były zaprzyjaźnione z moim ludem, czcili nas jak bogów.
- Aria… - przerwałem w końcu tą ciszę, chciałem powiedzieć, że nic mi nie jest, ale i tak by ode mnie nie odeszła.
Spojrzała na mnie i pogładziła mnie po czerwono-czarnym, gadzim pysku. Zastanowiłem się przez chwile nad tym, co właściwie chciałem powiedzieć i zerknąłem na swoje prawe ramie, po czym dotknąłem je drugą ręką. - Nie czuje jej… - powiedziałem w końcu. Myślałem, że może jest złamana, ale dziewczyna była wtedy bliska płaczu, więc domyśliłem się, że było jeszcze gorzej.
Część 22 / 4
Prawda mi się nie spodobała, byłem w szoku i szczerze mówiąc odechciało mi się wszystkiego. Strata domu była bolesna, a wiadomość o tym, że straciłem rękę mnie jeszcze dobiła. Aria starała się mi pomóc i jakoś sobie z tym poradzić, ale na próżno. Przez kilka dni nic nie jadłem i byłem rozwścieczony. W zemście spaliłem najbliższą wioskę ludzi, którzy mogli się przyczynić do zniszczenia mojej wierzy. Aria była na mnie przez to zła i się kłóciliśmy, ale nawet to mnie nie usatysfakcjonowało. Wtedy po prostu chciałem wybić ludzi, co do jednego.
Kiedy Aria spała szedłem do lasu by nauczyć się sprawnie posługiwać lewą ręką jakby była prawą. Nad ranem dopiero wracałem by przespać się za jej domem na dworze. Od naszej kłótni nie spałem w jej domu, mimo, że była zła na mnie, wychodziła by zobaczyć jak się czuje. Problem pojawił się dopiero trzy miesiące później, kiedy przyszedł czas na spłatę podatków królowi rządzącemu tutejszymi ziemiami. Latałem nad lasem, gdy rycerze zmierzali do domu Arii po pieniądze. Miałem złe przeczucia, więc przyśpieszyłem lot i wylądowałem przed jej drzwiami.
- River! – Krzyknęła, kiedy przy lądowaniu zaryłem w ziemie przez brak równowagi i z dalej słabą lewą ręką. Zatrzymałem się dopiero po uderzeniu w pień starej wierzby za jej domem. Wstałem, kiedy obłok kurzu opadł i się otrzepałem drapiąc z gniewem korę drzewa.
- Przeklęta ręka... – zawarczałem marszcząc wściekle nos. Chwilę minęło nim gniew opadł i w końcu mogłem powiedzieć Arii, co widziałem.
Leżałem spokojnie w stodole, zastanawiając się, czemu przyszło trzech najemnych rycerzy, a nie dwóch królewskich. Zabili wielu moich braci, pachnieli smoczą krwią, mogli się także przyczynić do zniszczenia mojego legowiska. Ta myśl mnie bardzo zdenerwowała tak, że chciałem wyjść i ich spalić na popiół, ale jakby ktoś od króla dowiedział się, że Aria pomaga wrogowi, straciłaby życie. Westchnąłem ciężko czując rosnący niepokój, skuliłem się i przykryłem skrzydłami zamykając złote oko. Lewego nie miałem, przechodziła przez nie tylko stara blizna.
Moja rasa jest długowieczna i ciężko nas zabić przez niezwykle wyspecjalizowane do ciężkich warunków życia, ciało. Kiedy istnieje możliwość uszkodzenia jakiegoś organu wewnętrznego na przykład w walce, nasze kości potrafią się błyskawicznie z sobą scalić tworząc wewnętrzną, trudną do przebicia tarcze pod twarda, gruba i łuskowata skórą. Ludzie nic o nas nie wiedzą, dlatego nazywają nas jak ziejącą ogniem, olbrzymią jaszczurkę ze skrzydłami z bajek dla dzieci. Bynajmniej smoki i Dragusi są podobni, ale jesteśmy mniejsi, mierzymy cztery metry wysokości, kiedy poruszamy się jak ludzie i nieco niżsi od koni, gdy stoimy na czterech łapach. Nie ziejemy ogniem poza mną, bo panuję nad tym żywiołem.
Każdy z nas jest inny i ma inne umiejętności. Jedni potrafią wskrzeszać zmarłych, inni zadziwiają swoją siłą, jeszcze inni są szybsi od błyskawicy. To samo tyczy się wyglądu, który nieodzownie charakteryzuje nasze umiejętności. Dragus, który jest szybki może mieć lżejszą budowę ciała i bardziej aerodynamiczne ciało, długie umięśnione nogi, potężne skrzydła i pysk kształtem przypominający grot strzały kolor łusek może być złoty prawie biały. Ja mam czerwone łuski z czarnymi pasami, błony skrzydeł są koloru dymu poszarpane, „poprzepalane” na krawędzi, na końcu nosa pojedynczy ostry róg, z nad oczu wyrastające dwa kolejne. Wzdłuż kręgosłupa kolce ciągnące się aż do czubka ogona. Wolę poruszać się na dwóch nogach, ale podczas biegu wygodniej jest na czterech łapach.
Część 33 / 4
Przymknąłem oczy tylko na chwile. Byłem zmęczony, nie chciałem niczego więcej, jak tylko wrócić do domu. Zakłuło mnie w piersi, to było nowe uczucie dla mnie i zupełnie nieznane. Nigdy niczego nie straciłem, byłem jednym z silniejszych Dragusów, więc zawsze, jak czegoś chciałem, wystarczyło zawalczyć. Uczucie bólu szybko zniknęło zastąpione gniewem, kiedy zobaczyłem mój dom, moje wysokie regały wypełnione książkami. Starożytne skarby i tony złota piętrzące się w grocie pod moim legowiskiem. Widok z wieży na farmy wieśniaków, z których kradłem zwierzęta i się nimi posilałem wysoko nad ziemią, by nikt mi nie przeszkadzał. To już nigdy nie wróci, pomyślałem i westchnąłem ciężko.
Ktoś zaczął się zbliżać do stodoły, zerwałem się błyskawicznie na nogi i się lekko skrzywiłem przez ciśnienie krwi, które uderzyło w jeszcze niezagojone miejsce gdzie nie miałem już prawej ręki. Zignorowałem to i wybiegłem tylnym wyjściem wlatując na potężny dąb i skrywając się w jego koronie, kiedy najemnicy wraz z Arią weszli do stodoły. Słyszałem odgłos miecza wyjmowanego z pochwy, po tym kilka cięć. Niewyraźną rozmowę miedzy nimi i wyszli z jej ostatnim koszem pełnym leśnych owoców i różnych ziół, których używała do pomocy rannym stworzeniom. Zdenerwowałem się jeszcze bardziej, chciałem zaatakować, ale coś mnie powstrzymało. Tępy rozdzierający ból pulsujący od prawego ramienia i gorącą, lepką ciecz na dłoni. Dopiero wtedy zrozumiałem, że w gniewie wbiłem pazury w niezagojoną ranę. Kiedy odeszli, zeskoczyłem z drzewa powstrzymując krwawienie dłonią, która upuściła mi krwi.
- Za długo już tu jestem. – Powiedziałem patrząc na nią bez emocji. – Prędzej czy później odkryją moją obecność.
- Rivi… - spojrzała na mnie smutno.
- Wiedzą, że jestem gdzieś blisko, inaczej nie wysyłaliby Łowców. Jakoś dam sobie radę. W końcu jestem Jednookim Diabłem z Eldarii. – Odparłem i zmusiłem się do uśmiechu. Rzadko się uśmiechałem, a odkąd odebrali mi wszystko, w ogóle. Aria posmutniała, ale pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Dobrze, ale… zrobisz coś dla mnie? – Zapytała niepewnie, zgodziłem się, bo chociaż tak mogłem jej się odwdzięczyć.
Aria spojrzała jak się goi moje ramie po utraconej kończynie, przemyła ją i opatrzyła świeżymi bandażami. Siedziałem spokojnie walcząc z sobą by jej się nie wyrwać z powodu bólu, który czułem jak dotykała zszytego ramienia. Spojrzałem na nią moim gadzim, złotym okiem, którego źrenica była naturalnie zwężona jak u węży. Pochwyciła moje spojrzenie i dotknęła delikatnie blizny na utraconym drugim oku.
Część 44 / 4
- Boję się o ciebie Rivi, ale boję się też o ludzi. Twoje serce płonie żywym ogniem bardziej niż zwykle. Czuć to aż za wyraźnie, przez to zwierzęta pouciekały z tej części lasu. Proszę nie mścij się. – Zaszlochała, a po jej policzkach popłynęły łzy.
- Nie masz powodu do obaw. Nie będę jak te bestie, które zniszczyły mój dom. Nie odbiorę życia żadnej istoty, której serce toczy krew, o ile to nie będzie konieczne. – Powiedziałem wstając od niej i wychodząc z domu do stodoły.
Spełniłem obietnice Arii i opadnięty z sił padłem w stóg siana, który służył mi za posłanie ostatnimi czasy. W nocy spałem niespokojnie, przewracając się z boku na bok, z powodu ostrego bólu w ramieniu. Kiedy się obudziłem siedziała przy mnie moja elfka ze zmartwionym wyrazem twarzy. Podniosłem się do pozycji siedzącej krzywiąc się, przez gwałtowny ruch. Złapałem się za głowę i zmarszczyłem lekko nos z niezadowoleniem.
- Nie cierpię tego. – Zawarczałem. - To ciało jest takie słabe…
- To przecież dalej twoje ciało, ale w innej formie. Dlaczego tak na ciebie działa ta zmiana postaci. Przecież smoki w twoim wieku już dawno opanowały tą umiejętność. – Powiedziała podając mi tace z jedzeniem.
- Tak wiem, ale oni wcześniej zmieniali postać, a to jest… mój pierwszy raz. Chyba tego nie polubię. – Skwitowałem i spojrzałem na nią. Już chciała powiedzieć coś w stylu „to dla twojego dobra”, ale westchnąłem i dodałem – Nie będę się zmieniał na oczach ludzi i kiedy to nie będzie konieczne. Jestem siejącą postrach, okrutną bestią. – mruknąłem to ostatnie z aroganckim uśmiechem.
Młoda elfka się do mnie przytuliła, a jej zachowanie mnie bardzo zdziwiło. Uśmiechnąłem się lekko do niej i razem zjedliśmy śniadanie. Dała mi jeszcze kilka rad dotyczących codziennego zachowania ludzi i ruszyłem w stronę miasta. Przed odejściem Aria dała mi kapelusz z szerokim rondem, który rzucał cień na moją twarz i dzięki temu trochę ją ukrywał. Ludzie, jakich napotkałem przyglądali się mi z ciekawością, co potęgowało moją irytację. Po południu, gdy…