Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 31 min czytania

River

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział IV

Po ziemi przesunął mój cień. Widziałem jak ludzie zadzierali głowy do góry, a po tym w panice rzucali wszystko i uciekali. Zionąłem ogniem. Las zaczął się palić, wiatr od moich skrzydeł rozniósł go na pola przy mojej wieży.

- Luis!!! – Ryknąłem głośno widząc jego zamek.

Wyjrzał przez okno i pobladł. Ledwo ustał na nogach, po chwili uciekł w głąb zamku. Domyśliłem się ze pobiegł po wojsko, ponieważ kiedy byłem już przy murach zasypał mnie grad strzał. Plunąłem dużą ognistą kulą w kuszników, mur się rozpadł. Krążyłem nad zamkiem jak drapieżny ptak, szukałem wzrokiem tego ohydnego głupca.

- Luis, wyłaź z ukrycia wstrętny szczurze! – Ponownie zdemolowałem mury ognistą kulą. Uderzyłem mocno w jedną ze ścian i wpadłem do dużej izby jadalnej. Wstałem i podszedłem do niego wyprostowany składając skrzydła na grzbiecie.

- J- Jednooki jak ty… przecież ty… - jąkał się z przerażenia. Cały drżał jak osika. Złapałem go za ubranie pod szyją i przycisnąłem do ściany.

- Kto śmiał zniszczyć mi dom? Czy to ty pozwoliłeś osiedlić się swoim poddanym na mojej części? Odpowiadaj tłusta świnio! – Warknąłem nie miałem ani krzty litości, a oko płonęło mi żądzą krwi.

- Przysięgam ci, że nie miałem nic wspólnego z obróceniem twojej wieży w perzynę. Co do osiedlania myślałem, że ty… Wiesz przecież, że teren przy wierzy jest najbardziej żyzny w całym kraju. - przełknął z paniką ślinę. Nie dokończył się tłumaczyć, bo go odrzuciłem, przez to ze do pomieszczenia wbiegli łowcy smoków. Skrzywiłem się z niezadowoleniem i wyleciałem przez dziurę w ścianie.

Ognistą kulą zniszczyłem inną część zamku i z gruzów muru zabrałem czternastoletnią, ubraną w lekką, niebieską sukienkę, dziewczynę. Usłyszałem płacz jej matki i przekleństwa oraz groźby Luisa. Wzbiłem się z nią w powietrze. Strzały łowców już bardziej mogły mnie zranić niż normalne. Jedna z nich poważnie zraniła mi skrzydło, przez co straciłem równowagę i zacząłem spadać. Z bólem ponownie wróciłem wysoko w przestworza starając się utrzymać lot. Kiedy byłem już daleko od jakichkolwiek ludzi ryknąłem z ogromnym cierpieniem i spadłem jak kamień w wodę. Przejechałem kilkadziesiąt metrów po ziemi łamiąc za sobą kilka drzew.

Leżałem na boku, a pode mną rosła krwawa kałuża. Rozchyliłem skrzydła i wypuściłem budzącą się księżniczkę. Odskoczyła ode mnie z przerażeniem, a ja tylko leżałem. Nic nie mogłem zrobić. Wszystko mnie bolało. Ciężko oddychałem, ale czułem się trochę lepiej. Luis bardzo kochał swoją córkę. Teraz powinien się poczuć jak ja, kiedy zobaczyłem, że ktoś niszczy moją własność.

- Przeliczyłem się tym razem. – Uśmiechnąłem się lekko. – Uciekaj. Strzały były zatrute. Przez pewien czas przez paraliż niewiele zrobię. Zemsta nie popłaca. – Skrzywiłem się z bólu.

Wahała się. Patrzyła to za siebie, to na mnie. Nie wiedziałem, czy chciała mi pomóc, czy mnie dobić. Uśmiechnąłem się i tyle ile mogłem odkryłem skrzydłem swoją klatę piersiową. Jej gniew w oczach mówił sam za siebie. Zamknąłem oko i spokojnie czekałem na swój rychły koniec. Lorelin nie była jak inne księżniczki. Była inteligentna i lubiła uczyć się fechtunku. Znałem ją od niemowlęcia. Ryknąłem ponownie z bólu i spojrzałem w jej stronę. Wyjmowała strzały z mojego ciała. Nie była zbyt delikatna, ale pewnie to miała być kara za to, że ją porwałem.

- Co się tak na mnie gapisz gadzie? – Spytała z gniewem napotykając mój wzrok.

- Zastanawiam się czy jak zaryłem w ziemie nic ci się w głowę nie stało. – Odparłem z ironią, bo wydało mi się szaleństwem pomaganie istocie, która z łatwością może cie zabić.

- Sam jesteś głupi. – Warknęła i wbiła mi swój sztylet w nogę. Ryknąłem krzywiąc się z bólu, kiedy jeszcze zaczęła ruszać nim w ranie.

- Mogłem cię pożreć od razu jak miałem okazje. – Powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Lekko ruszyłem ręką. Paraliż zaczął ustępować. Odczekałem jeszcze chwilę, starając się wytrzymać ból, który mi sprawiała.

Przycisnąłem ja mocno do dużego głazu. Nawet nie zauważyła, kiedy się podniosłem. Była przerażona, a to tylko potęgowało mój gniew. Patrzyłem na nią wściekle dziko złotym, gadzim okiem, warcząc złowieszczo. Nie odwracałem od niej wzroku, a ona w pewnym momencie go spuściła.

- Twoja ręka… - powiedziała roztrzęsionym głosem. Nie wiedziałem, o co jej chodziło póki nie poczułem delikatnego dotyku jej dłoni na utraconym ramieniu.

Jej czyn wstrząsnął mną dogłębnie. Puściłem ją i się cofnąłem składając skrzydła na plecach.

- Nie dotykaj mnie. – Burknąłem do niej śmiercionośnym tonem. Odwróciłem się do dziewczyny grzbietem i wolnym krokiem ruszyłem przed siebie utykając na zranioną nogę.

Z żalem spojrzałem kątem oka na moje ramię i je lekko dotknąłem dłonią. Bez ręki nie byłem już tak silny jak dawniej. Czułem się bezbronny. Może dobrze jakby ludzie sądzili, że umarłem. Nie musiałbym się wtedy przed nimi bronić z obawą, że ktoś dostrzeże ta słabość i pozbawi mnie życia. Usłyszałem kroki za sobą. Ona może powiedzieć o tym innym, pomyślałem z obawą i westchnąłem ciężko z rezygnacją. Zemsta tylko przypieczętowała mój los.

Jakby tego było mało zaczęło jeszcze padać, zanosiło się na burze. Spojrzałem na dziewczynę przez ramie.

- Jeśli nie masz zamiaru zmoknąć i tym bardziej być łatwiej przełykana zwierzętom to zacznij przebierać szybciej tymi szczudłami, które jak sadzę są twoimi nogami. – Powiedziałem do niej z wyższością i gniewem. Nie miałem powodu by być dla niej miłym. Same kłopoty przez nią.

Chciała mi się odgryźć, ale zrezygnowała, kiedy przyśpieszyłem kroku. Ja szedłem sobie swobodnie, a ona musiała biec, bo inaczej nie dorównałaby mi tempa. Wszedłem do niewielkiej, opuszczonej jaskini, w której kiedyś musiał mieszkać niedźwiedź. Wywnioskowałem to ze śladów pazurów na jednej ze ścian. Przyłożyłem dłoń do śladu z ciekawością. Zaimponowało mi, jaki musiał być wielki. Odcisk był prawie tak duży jak moja dłoń.

Ktoś kichnął za moimi plecami, a po tym podciągnął nosem. Do groty weszła przemoczona i zziębnięta Lorelin. Zebrałem trochę drzewa i jakiś chwastów ułożyłem w stos otoczony kamieniami i rozpaliłem ognisko. Od razu usiadła przy ogniu skulona obejmując się ramionami i drżąc.

- Taka słaba rasa. – Położyłem się pod ścianą naprzeciwko paleniska, jakieś 5 metrów od niego i dziewczyny.

- Zawsze byłeś taki „miły” czy tylko w obecności kobiet?

- Nie rozmawiam z robactwem. – Przykryłem się skrzydłami i ułożyłem wygodniej.

- O tym mówię. – Odpowiedziała z ironią.

- Daj mi spokój człowieku. – Mruknąłem i zamknąłem oczy.

- Faktycznie smoki są bardzo inteligentnymi stworzeniami. – Odgryzła się i usnęła.

Westchnąłem ciężko i spojrzałem na ogień. Zasnąłem prawie tak szybko jak ona. Nie uśmiechało mi się towarzystwo człowieka, ale za to mogę obwiniać tylko siebie. W środku nocy zerwałem się na równe nogi, kiedy poczułem czyjś dotyk.

- Czy ty naprawdę chcesz zginąć? – Ryknąłem z gniewem do księżniczki. Nie miałem pojęcia, że ludzie są mniej posłuszni niż psy.

- To, czemu dalej żyję? Ciągle tylko mówisz, że mnie zabijesz, a nic nie robisz! – Nakrzyczała na mnie, przez co jeszcze bardziej się zdenerwowałem.

- Nie mam pojęcia, czemu dalej żyjesz! – Warknąłem, zdziwiła ją moja odpowiedź. Spojrzałem na nią zaskoczony, czemu w ogóle odpowiedziałem na jej pytanie.

- Wydajesz się być zagubiony. – Powiedziała niepewnie, już łagodniejszym głosem. Miała nadzieję, że nie usłyszałem. – Czemu tak w ogóle opuściłeś swój dom?

- Jaki dom? – Uśmiechnąłem się smutno. – Prawdopodobnie przez twojego ojca już nic nie mam. Moja wieża jest stertą gruzów, bez ręki najpewniej za jakiś czas ktoś przejmie moje terytorium, wieśniacy odebrali moją część i do tego musze jeszcze cię niańczyć, bo nie wiem, czemu nie mam ochoty cię zabić. – Odpowiedziałem z gniewem, a ona posmutniała. Chciała coś powiedzieć, ale ktoś zaczął się zbliżać.

Zmieniłem postać i upadłem na ziemię. Zapomniałem, że ludzie są słabsi, a rana przez Lorelin nie była za ciekawa. Do jaskini zajrzała Aria wraz z dwoma myśliwymi ze swojej wioski ukrytej w lesie. Maren i Talik zabrali upolowane zwierzęta i wrócili do domów na prośbę Arii, a ona z lekką obawą zaprosiła mnie i dziewczynę do siebie. Zadawała masę pytań, na które nie odpowiedziałem, za to Lorelin powiedziała to, co wiedziała. Na sam koniec obie stwierdziły, że jestem idiotą, co zbyłem wzruszeniem ramion. W ten oto sposób znalazłem się w punkcie wyjścia.

Nie mogłem zasnąć, choć wszyscy pogrążeni byli we śnie. Wyszedłem z domu i wolno skierowałem się w stronę niewielkiego źródła by się wykąpać. Jak każdy przedstawiciel mojej rasy lubiłem być czysty, ale jako Dragus żywiołu ognia nie przepadałem za wodą. Rozebrałem się i wszedłem do źródła. Widok ramienia bez ręki nawet w ludzkiej postaci mnie złościł, bo wiedziałem, że nie ważnie, w co bym się nie zmienił, nie odzyskam utraconej kończyny. „Jesteś nieudacznikiem, mój syn nigdy by nie był tak słaby” rozbrzmiał mi w głowie wściekły głos ojca.

- Jednooki? – Zapytała Lorelin. Byłem pewny, że kiedy wyszła po kolacji z domu Arii to poszła prosto do zamku.

- Idź stąd jestem nagi. – Powiedziałem, a ona wybuchnęła śmiechem. Stała za dużym krzakiem, więc widziała tylko moją ludzką głowę. – Co cię tak… - nie dokończyłem, bo zorientowałem się, że to, co właśnie powiedziałem było bez sensu zważywszy na fakt, że w prawdziwej postaci nie miałem na sobie nic i nawet niczego nie potrzebowałem. A niestety, jako człowiek musiałem coś na sobie mieć. Dość zabawny paradoks.

Jej śmiech był szczery, a ja sam nie wiedząc, czemu lekko się uśmiechnąłem.

- Wynoś się stąd! – Wrzasnąłem do niej czując jak ogarniało mnie zakłopotanie. Nie posłuchała. W tej chwili byłem już naprawdę zły, ale nie mogłem wstać, bo ubrania miałem przy krzaku, za którym stała ona… - Nienawidzę być człowiekiem. – Powiedziałem, a ona jeszcze bardziej się zaczęła śmiać, bo mój zażenowany głos przypominał skomlenie. Wiedziałem, że na sto procent nie polubię być człowiekiem. Zarumieniłem się przez kłopotliwą sytuację, w jakiej się znalazłem. – Proszę odejdź. – Dodałem już bardziej smutny, gdyż przestało to być śmieszne.

- Nie mogę, bo w pobliżu jest pełno potworów. – Odezwała się lekko zaskoczona, że potrafiłem być miły. Wzięła moje ubrania i położyła je przy brzegu. Wróciła za krzak i odwróciła się plecami do mnie.

Wyszedłem, wytarłem się i ubrałem. Spojrzałem na księżniczkę. Kiedy się odwróciła rozejrzałem się po okolicy. Faktycznie bestie wyszły ze swoich nor, ale zachowywały bezpieczny dystans w promieniu 10 metrów ode mnie. Postanowiłem to wykorzystać.

- Chodź. – Powiedziałem, a ona zrobiła wstrząśniętą minę jakby spodziewała się czegoś innego. Ruszyłem szybkim krokiem przed siebie, Lorelin szła niepewnie za mną. Monstra nawet się nie zbliżały, pewnie dlatego, że widziały, kim naprawdę jestem.

W pewnym momencie coś usłyszałem i spojrzałem w górę. Kazałem Lorelin uciekać, kiedy harpie nas spostrzegły. Wiedziałem na własnym doświadczeniu, że w lesie nie da się ścigać swojej zdobyczy będąc w powietrzu. Dlatego właśnie nie goniły by dziewczyny. Strzygi przewróciły mnie na ziemię i zaczęły szarpać jak stado wygłodniałych sępów padlinę. Kątem oka szukałem czy Lorelin udało się uciec. Stała jak wryta, zawołałem do niej, ale nic nie słyszała. Harpie szarpały coraz bardziej i bardziej już prawie obrywały mnie ze skóry. Krzyknąłem głośno z bólu i wpadłem w Furię zmieniając postać. Wszystko w promieniu 5 metrów zajęło się ogniem. Potwory wbiły się w panice w powietrze i poleciały w stronę wody by ugasić palące się pióra.

Cały płonąłem, a rany zaczęły się szybciej goić. Ale stan, w którym się znalazłem miał też swoje złe strony. Jedną z nich było to, że zużywała dużo energii, a co najgorsze niczego się nie dostrzegało. Widzi się wtedy tylko to, co wytwarza ciepło. Nieraz nawet zabijało się swoich kompanów. Każdy pod wpływem Furii pragnął tylko jednego - Zabić jak najwięcej. W dodatku mijała, jak istota pod jej wpływem nie miała już energii, albo została zabita.

Tak było i teraz. Nie mogłem dostrzec, że zagrożenie już minęło. Czułem, że jeszcze ktoś tu jest i chciałem się tego pozbyć. Pogrążony w ogniu zacząłem się zbliżać w stronę Lorelin. Stąpałem ciężko i wolno, a ziemia pod moimi stopami się paliła. Poruszałem się prawie jak opętany lub jak marionetka. Podszedłem do księżniczki i chciałem ją mocno podrapać od góry, ale dostrzegła obrót sytuacji i rzuciła się biegiem do ucieczki. Wyprostowałem się, spojrzałem w ślad za nią i ryknąłem wściekle. Ruszyłem w pogoń, czując palący ból z powodu długotrwałej Furii. Zapędziłem dziewczynę w kozi róg, nie miała już gdzie uciec. Czerwona postać, którą była w tym stanie w moich oczach, cała drżała, osunęła się na ziemię przy skale góry i skuliła. Z rykiem zaszarżowałem w jej stronę i wtedy straciłem przytomność. Moje wyczerpane ciało przejechało ślizgiem po ziemi i zatrzymało się u jej stóp, przyjmując słabszą postać, ludzką.

Leżałem nieprzytomny 3 dni, a kolejny tydzień byłem bardzo osłabiony i z wysoką gorączką. Nie zastanawiałem się nawet jak Lorelin zdołała mnie przytargać do domu Arii ale pewnie, elfka i jej przyjaciele z wioski pomogli. Cały drżałem, a w nocy majaczyłem i krzyczałem przez sen. Ból był nie do wytrzymania. Ciągle kiedy tylko zdołałem się obudzić widziałem Arię obok siebie opiekującą się mną i pomagającą jej Lorelin. Wzbierał we mnie gniew, widząc jaki jestem słaby, że aż ludzkie stworzenia musiały mnie pielęgnować. Niestety zakończyło się tylko na gniewie. Miałem ciężki nierówny oddech, to też wpływało na trudności z mówieniem. Nie mogłem się też ruszyć bo przez Furię wszystkie mięśnie mnie bolały. W dodatku przez to, że utrzymywała się ponad moje siły, jak już nie miałem energii, nie byłem w stanie wrócić do prawdziwej postaci. Moja duma upadała z każdym dniem, jak się mną zajmowały. Miałem już tego dość, chciałem jak najszybciej już stanąć na nogi, kiedy jeszcze tylko miałem resztki godności. To była istna katorga.

Kilka razy starałem się podnieść ale bez efektów. Wiedziałem, że jak tak dalej pójdzie to zostanę wrakiem Dragusa albo oszaleje, lub co gorsza… stanę się zależny od ludzi.

Obudziłem się z rozwścieczonym krzykiem i spróbowałem po raz kolejny wstać. Nawet po moim trupie nie ulegnę ludziom, nie ulegnę nikomu. Stałem niepewnie na słabych nogach, chwiejąc się na nich jak małe źrebię. Rozejrzałem się po pokoju, założyłem swoją lnianą koszulę wypraną i pozszywaną, ubrałem płaszcz i wyszedłem, omijając w przejściu bez słowa księżniczkę i elfkę. Starały się protestować, ale nie słuchałem. Wyszedłem z domu i skierowałem się do stodoły. Nie potrzebowałem niczyjej pomocy.

Położyłem się na sianie i usnąłem. Nie obchodziło mnie, że obie dziewczyny za mną wyszły. Ich problem jak lubią stać i marznąć. Tym razem podczas snu zdarzyło mi się wspominać moje szczęśliwe życie w wieży. Nie trwało to długo bo ledwo co znów oglądałem mój dom, na niebo zaczęło wschodzić słońce i jak na złość świeciło mi w twarz. Obudziłem się z wyrazem irytacji i westchnąłem ciężko.

- Oni nigdy mi chyba nie dadzą spokoju. – powiedziałem słysząc, że do stodoły ktoś wchodzi.

Lorelin z lekkim niepokojem położyła przede mną drewnianą tacę z jedzeniem i wyszła bez słowa. Przechyliłem trochę na bok głowę jak głupie zwierze i się w nią bezmyślnie wpatrywałem starając się pojąć co tej się stało. Po jakimś czasie wzruszyłem ramionami przestając się nad tym głowić. Pewnie za długo z nią przebywałem i przyzwyczaiłem się do jej ciągłego ujadania. Ale mimo to byłem ciekaw co jej znowu do łba strzeliło. Wyszedłem z budynku…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
River — czytnik · opowiadania