Horror · 24 min czytania
Robaczywe mózgi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Część I
Burza nad miastem
"Z umarłym sercem, ale żywą duszą, też można żyć" - A. Asnyk
1
- Uważaj, człowieku! Silne szarpnięcie w tył i wizg olbrzymiej ciężarówki. Fala błota, która wydobywa się spod kół mechanicznego potwora obryzguje mu spodnie. Strugi deszczu tłumią wściekłe wycie klaksonu. Ktoś krzyczy wciąż trzymając go za tył kurtki. Przejeżdża kolejny samochód znów rozchlapując mokrą ziemię. Gdzieś z głośników dolatują dźwięki rockowej muzyki. - Hej, człowieku! Grzegorz nie jest w stanie skupić się na otaczającym go świecie. Mija sporo czasu nim jego umysł radzi sobie z uporządkowaniem odbieranych wrażeń w logiczną całość. Kolejne szarpnięcie. - Mało cię nie rozjechało! Grzegorz nie czuje się dobrze i boli go ręka. Mokre włosy przylepiły się mu do czoła, deszczówka zalewa oczy i potęguje rozmazanie rzeczywistości. Odwraca powoli głowę w stronę rozlegającego się głosu. Widzi oblicze starszego mężczyzny wykrzywione grymasem gniewu. Jedną ręką trzyma parasolkę, drugą, tą którą przed chwilą szarpał go za kurtkę, silnie gestykuluje w rytm wyrzucanych z siebie słów. - O czym ty myślisz, człowieku? Nie byłoby co z ciebie zbierać! – Krótka pauza. Zdaje się, że starzec oczekuje od niego jakiegoś komentarza, ale Boże, jak bardzo boli go ręka…Tępe pulsowanie bólu. Nieznośne. W tym momencie tylko to zaprząta jego umysł. - O czym ty myślisz, co? Obudź się! Nie byłoby, co z ciebie zbierać, rozumiesz? - Ugryzł mnie… - Zdołał wymamrotać w odpowiedzi. Mężczyzna z parasolką otworzył usta by znowu coś powiedzieć, jednak się rozmyślił. Wolną ręką poprawił na nosie grube okulary w tanich, plastikowych oprawkach. Szkła korekcyjne sprawiały, że jego oczy były nienaturalnie duże. Przełkną ślinę. - C-co? Pies cię ugryzł? Upiłeś się. Uważaj na przyszłość… Te tiry to bardzo skuteczni zabójcy. Niewiele by z ciebie zostało. Nie byłoby, co zbierać, synu. - Ten śmieć mnie ugryzł… - Grzegorz wyciągnął przed siebie prawą rękę na dowód tych słów. W wystającej z rękawa dłoni brakowało dwóch palców. W miejscu palca wskazującego i serdecznego ziała poszarpana jama chrząstek i mięsa, z której sączyła się żółta ciecz bez przerwy wymywana przez lejącą się z nieba wodę. - Zobacz, co mi zrobił! Starzec zachwiał się. Pochylił głowę w stronę rany z miną znawcy wszelkich amputacji i wolną ręką ponownie sięgnął do okularów. Wokół poszarpanej skóry wykwitły ropiejące wrzody. - Okropna rana, synu. – Powiedział z zadumą wciąż wpatrując się w zmasakrowane ciało. – Powinieneś zabrać ją do szpitala. - Wiesz jak to boli? Wiesz? – Z wyciągniętą przed siebie ręką wyglądał jak aktor wygłaszający niezwykle ważny monolog. – Rozwaliłem mu łeb cegłówką. Okropnie boli... - Domyślam się, synu. Pewnie strasznie boli, wygląda to nie za dobrze. Swoją drogą i tak masz szczęście, bo gdyby nie ja, to ten tir zmiótłby cię jak puszek, niewiele by z ciebie zostało. – Starzec przeniósł spojrzenie powiększonych oczu ze zmasakrowanej dłoni na twarz Grzegorza. Mina staruszka wyrażała dobroduszną troskę nauczyciela strofującego krnąbrnego ucznia, który zbyt głośno zachowuje się podczas przerwy między zajęciami. - Rozwaliłem mu łeb na miazgę… Miał tam wylęgarnie robaków… Wylały się z jego rozpieprzonej łepetyny! - Wiesz, mój kuzyn kieruje takimi potworami, pracuje w takiej firmie transportowej, opowiadał mi ostatnio, jakie rzeczy dzieją się na drogach, nie uwierzysz, co ludzie potrafią… Grzegorz przestał słuchać, gdy w jego świadomości pojawił się zupełnie nowy głos całkowicie absorbujący uwagę i nieznoszący sprzeciwu. Nagle, w cudowny sposób palący ból zniknął jakby go nigdy nie było. Mężczyzna zdążył poczuć błogą ulgę i w tej samej chwili wszelkie odczuwanie zogniskowało się w jedno bezwzględne pragnienie. Mikroskopijna iskierka nieskrępowanej świadomości zdążyła jeszcze przekazać do mózgu Grzegorza ostatnią w jego życiu wolną myśl - jestem głodny. A potem był już tylko głód. - … te ciężarówki to prawdziwi mordercy. Więc miałeś szczęście, synu. – Staruszek uśmiechnął się ukazując rząd nienaturalnie równych zębów. – A tak w ogóle, to nazywam się Stanisław… Pan Stanisław nie dokończył zdania, gdyż Grzegorz, który już nie był Grzegorzem błyskawicznie zbliżył się do starca, i jak stęskniony kochanek, z morderczą siłą wczepił usta w twarz obiektu swych najgłębszych pragnień. Pan Stanisław zdążył na krótką chwilę odepchnąć napastnika by z niemym zdumieniem spostrzec, że trzyma on w zakrwawionych zębach większą część jego twarzy. Odsłonięta w ten sposób sztuczna szczęka uśmiechała się upiornie z centrum krwawej miazgi, w którą zamieniło się oblicze starca. Grzegorz ruszył ponownie na swoją ofiarę kąsając, wyrywając i połykając wciąż nowe kawałki surowego mięsa. Mężczyźni w groteskowym tańcu życia i śmierci, omywani przez lejące się z nieba strugi gęstego deszczu, wytoczyli się na ulicę wprost pod rozpędzoną trzydziestotonową ciężarówkę dostawczą. Pan Stanisław miał rację. Niewiele z nich zostało.
2
Część 22 / 2
Przemoczony do suchej nitki, pod naporem siekącej z nieba ulewy, Paweł Banach raz po raz zanurza stare adidasy po kostki w lepkim, czarnym błocie, i z głuchym: cmok, cmok, które towarzyszy wyjmowaniu stopy z grząskiej, cuchnącej breji, szybkim marszem wraca z kościoła do domu. Szczupły, wysoki dwudziestolatek o krótkich, przyciętych „na jeża”, czarnych włosach myśli w tej chwili o dwóch istotnych sprawach. Po pierwsze, co mu strzeliło do głowy, żeby podczas burzy korzystać ze skrótu poprzez rozmokłe ogródki działkowe, i po drugie, po co w ogóle poszedł dziś do kościoła. Na pierwsze pytanie miał już gotową odpowiedź, i udzielił jej sobie na głos mieszając urywane słowa z salwami głośnego śmiechu: - Bo ze mnie jest bezmyślny psychopata, ot co! Jezu, co za pogoda! Po co mi była dzisiaj ta msza? Również i na to pytanie przy odrobinie wysiłku potrafiłby szybko sformułować odpowiedź. No więc obiecał sobie, że pójdzie do kościoła, jeżeli bezboleśnie zaliczy letnią sesję. Skoro dał słowo, że grzecznie przybędzie podziękować Panu Bogu.za podpowiadanie na egzaminach, to postanowił go dotrzymać, tym bardziej, że na pewno takiej pomocy będzie jeszcze potrzebował w niedalekiej przyszłości. - Pragmatyzm godny prawdziwego studenta filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego! Wykrzyczał w ulewie i ponownie parsknął śmiechem strząsając z twarzy wielkie krople deszczówki. W tok jego rozmyślań na moment wdarł się odgłos wyjącej syreny. Prawdopodobnie pogotowie ratunkowe, ale nie był pewny. Podniósł głowę, lecz ostry deszcz zalewający mu oczy zmusił go by ponownie wpatrzył się w rozmiękczoną ziemię i swoje zabłocone buty. Znów się zamyślił. Miał jeszcze jeden, głębszy powód by pojawić się dziś w kościele. Poszedł tam ze względu na mamę. Jego matka, Teresa Banach, delikatna, gorliwa katoliczka z niezmąconą pasją czyniła najprzeróżniejsze starania by nawrócić syna na wierne chrześcijaństwo. Była czasem zbyt nachalna, momentami agresywna, jednak widok smutku malujący się na jej małej twarzyczce, gdy Paweł obwieszczał swe coraz bardziej antyklerykalne poglądy, zmusił go do zweryfikowania swojej postawy. Nie chciał sprawiać jej przykrości przynajmniej w tej dziedzinie życia. Chodził więc czasem do kościoła, mimo tego, że za każdym razem gdy się tam pojawiał, odczuwał mdłości na widok maskowanej obłudy w obliczach zgromadzonych tam wiernych, oraz bezmyślnych ceremonii, które więcej miały wspólnego z darmowym przedstawieniem znudzonego hochsztaplera niż z prawdziwie religijnym przeżyciem. Paweł zmrużył oczy i spojrzał przed siebie. Ścieżka pięła się w górę pomiędzy dwoma rzędami ogrodzenia, z wysokiej, metalowej siatki, poprzecinanej co kilka metrów solidnymi bramami, za którymi chowały się działki starannie pielęgnowanych warzyw i owoców. Gdy chłopak doszedł na szczyt wzniesienia skierował wzrok wzdłuż jezdni biegnącej prostopadle do rozmokłej dróżki. Z daleka, po jego lewej stronie, dojrzał kilka samochodów zaparkowanych przed pasażem handlowym „Astra”. Na dachach pojazdów błyskały na niebiesko sygnalizatory służb ratunkowych. Wkrótce zobaczy, co się tam wydarzyło. „Astra” znajdowała się zaledwie kilkadziesiąt metrów przed jego domem.
3
Grzegorz nigdy nie dowiedział się, że osobą, która tego feralnego dnia pozbawiła go dwóch palców prawej ręki, był Czesław Malinowski. Czesław, znany także jako Gwiazdor, był czterdziestopięcioletnim niskim, łysiejącym blondynem z dość znaczną nadwagą. W okolicy słynął przede wszystkim ze swojego nietypowego sposobu życia. Otóż od kilkunastu lat mieszkał pod betonową kładką dla pieszych rozpostartą ponad czteropasmową jezdnią, na jednym z lubelskich osiedli mieszkaniowych. Spał pod mostem i był z tego dumny. Z uporem maniaka ignorował interwencje pomocy społecznej i policji, aż ci pewnego dnia wreszcie dali mu spokój. Lata spędzone w jednym miejscu zaowocowały pewnego rodzaju sławą wśród mieszkańców okolicznych ulic, a opowieści o tragicznym życiu Gwiazdora pogłębiały współczucie do nieszczęśnika, któremu zamordowano rodzinę, spalono dom i dotkliwie pobito pozostawiwszy później na pewną śmierć. Nikt nie dociekał prawdziwości tej historii, i nikomu nawet na tym nie zależało, więc z biegiem czasu Czesław dodawał coraz to nowe wstrząsające szczegóły do i tak niewiarygodnie dramatycznej biografii, co implikowało spotęgowaniem współczucia, i analogicznie, zwiększeniem ilości darów płynących wprost z przepełnionych litością serc i kieszeni ludzi dobrej woli. Gdy lokalna telewizja wyemitowała rozczulający reportaż o najsłynniejszym lubelskim bezdomnym, Czesław ugruntował swoją pozycję, i zapewnił sobie wsparcie w nieszczęściu u połowy mieszkańców Lublina. Tak przynajmniej było przez pierwszych kilka miesięcy, jednak później, gdy most stał się miejscem niezliczonych schadzek miejscowych meneli, Czesław z roli Tego Biednego Bezdomnego został zdegradowany do pozycji Tego Popapranego Pijaka, a potem okoliczni mieszkańcy bokowisk, zirytowani pijacką naturą Gwiazdora, wołali na niego po prostu „żul”.
Był 23 czerwca, początek letnich wakacji, dla Czesława, dzień, jak każdy inny. Po dwóch tygodniach upalnej spiekoty Bóg postanowił dać o sobie znać i rozpętał na niebie prawdziwe piekło. Schowany w swojej słynnej kryjówce, w zagłębieniu pomiędzy kładką a niewysokim trawiastym zboczem, opatulony w cuchnące koce, w otoczeniu przegniłych szafek i kwitnących paprotek, Gwiazdor obserwował przejeżdżające w dole samochody. Wsłuchiwał się w dudnienie ulewy o powierzchnię betonowego mostu i popijał tanie wino owocowe, na które ostatnio nie zawsze już było go stać.
Tego dnia Czesław bierze łyk kwaśnego alkoholu i aby umilić sobie czas, uruchamia swoją bogatą wyobraźnię, która od tylu lat pomagała mu przetrwać. Gdy trunek rozlewa się po jego organizmie, mężczyzna powoli osuwa się w błogie, senne zamroczenie i przypomina sobie swojego biednego, konającego mu w ramionach syna. Czesław tuli do piersi ukochane dziecko, głaszcze po głowie i mówi, że wszystko będzie dobrze i wszystko się ułoży. Syn otwiera oczy i szepce cicho swemu ojcu, że był najwspanialszym tatą, jakiego można sobie wyobrazić, następnie wydaje ostatni żałosny jęk i oddaje cicho ducha Panu Jezusowi. Zrozpaczony Czesław wznosi ręce ku niebu, a z jego ust wydobywa się potworny krzyk, który echo niesie hen daleko, ku ciemności nocy rozświetlanej łuną płonącego gospodarstwa państwa Malinowskich. W przekrwionym oku Gwiazdora błyska łza, by po chwili spłynąć po rumianym, pobrużdżonym policzku, a mężczyzna zapada w niespokojny sen o szczęśliwych czasach, których nigdy nie było.
Faktycznie, Marek, syn Czesława, wyrzucił z domu ojca alkoholika wiele lat temu, gdy wreszcie osiągnął wiek, w którym przestał bać się swego odwiecznego, pijanego prześladowcy. Bez domu i z rodziną, która nie chciała go znać, Czesław błąkał się po przedmieściach…