Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 21 min czytania

Robię to co zechce 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Czułam jego ciepły oddech na moim policzku. Był strasznie szybki, jakby nerwowy. Znajdował się naprawdę blisko mojej twarzy, niewiele brakowało, ale... -Behemoth, zjeżdżaj! – warknęłam spychając czarnego kocura na podłogę. Ten z kolei prychnął na mnie gniewnie i z dumnie uniesionym ogonem wyszedł z pokoju. Parszywy futrzak. Westchnęłam i przeczesałam palcami grzywkę wpatrując się w przymocowany do sufitu plakat. „American McGee’s Alice”. Moja ulubiona gra komputerowa. Wprawdzie nie najnowsza, ale wciąż psychodeliczna Alicja, budziła we mnie wielką sympatię. Wbrew pozorom nie zwariowałam, choć dla większości członków naszej społeczności, traktowanie jako idolkę małą, osieroconą psychopatkę uzbrojoną w nóż rzeźnicki, może wydać się co najmniej dziwne, a już na pewno chore. - Iza! –usłyszałam dobiegający zza drzwi, głos mojego szanownego ojca. W tym momencie wiedziałam, że muszę wstać – dalsze wylegiwanie się w pościeli nie wchodziło w grę. Śniadanie postanowiłam zjeść w piżamie, dlatego powlokłam się na parter bez zbędnych przygotowań. Trzasnęłam drzwiami mojego pokoju i radośnie - zeskakując na co drugi stopień – powędrowałam do kuchni. Ojciec siedział już przy naszym „wielkim” stole. Pił kawę i gorączkowo przeglądał jakieś papiery. Oliwier Talarczyk – człowiek biznes. Malarz, muzyk, pisarz i do tego biurokrata, każdy poranek spędzał na analizowaniu poprawności swoich obliczeń. Po ojcu odziedziczyłam większość charakteru, a także sporo z wyglądu. Bez wątpienia posiadałam takie same czarne, strzechowate włosy, które mimo wysiłku i pomocy różnych specyfików, nie dawały się ułożyć w żaden logiczny sposób. Poza tym, także identyczne, stalowoszare kocie oczy, o niezwykle długich rzęsach. Ojciec był już ubrany. Brązowa marynarka wykonana ze sztruksu, była nieco za duża, gdyż luźno zwisała na szczupłym ciele mojego rodziciela. Na głowie miał, noszony na francuską modłę, beret w odcieniu ciemnej zieleni, na nosie zaś przyciemniane owalne okulary. Zerknął na mnie znad dokumentów, uśmiechnął się kątem ust i ponownie powrócił do tych cholernych cyferek. - Nareszcie zeszłaś – rzucił, nie odrywając wzroku od ciągu liczb. – Tam masz śniadanie. –wskazał palcem. Usiadłam na krześle, naprzeciwko jednego z moich stwórców. Jedną ręką przysunęłam do siebie kokilkę muesli, a drugą złapałam karton mleka, którym następnie zalałam płatki i znajdującą się w kubku kawę. Oglądając wszystko dokoła co tak naprawdę doskonale znałam, zabrałam się do jedzenia. Nasza kuchnia nie była zbyt duża. Wiadomo -jak to kuchnia- posiadała tak niezbędne rzeczy jak zlew, piekarnik i lodówka. Na jednej ze ścian wisiał staromodny zegar z kukułką, ojciec strasznie lubił takie graty. W niektórych miejscach dało się także uświadczyć dzieła mojego taty. Kilka obrazów i amatorsko stworzona waza z gliny-paskudztwo. Z mojego zamyślenia wyrwało mnie odsuwane od stołu krzesło. Ojciec wstał i gdy poprawił już swój bury krawat, sięgnął do kieszeni marynarki by za chwilę wyciągnąć z niej portfel. Nie odrywając od niego wzroku dalej kontynuowałam jedzenie, mało co nie wsadzając sobie łyżki w nos. Zaczął przeglądać zawartość swojej skarbnicy by za moment wyciągnąć z niej 50 zł i położyć je tuż przede mną. Pieniądze?! Czy jemu się wydaje, że przekupi swoją własną córkę pieniędzmi, miast okazywać jej miłość i ojcowską troskę?! Spojrzałam na niego spod oka przełykając kolejną dawkę płatków. Tak. Miał rację. Przekupi mnie. Przyciągnęłam do siebie banknot, a ojciec uśmiechnął się promiennie i całując mnie w czoło wyszedł z kuchni. Szybko dokończyłam śniadanie i wraz z moim nowym, 50 złotowym towarzyszem wróciłam do pokoju. Niczym strzała wskoczyłam do mojej różowo-białej (nie mam pojęcia kto ją malował, ale jak go znajdę, niewiele już z niego pozostanie) łazienki, by wziąć szybki prysznic. - Co do... JASNA CHOLERA!!!! – nie mogłam się powstrzymać by nie krzyknąć, bo zgodnie z porannym rytuałem, cała ciepła woda wykorzystana była już przez mojego ojczulka. W ekspresowym tempie dokonałam obmycia mojego ciała i szczękając zębami wróciłam do pokoju. Zrzuciłam ręcznik na ziemię i podeszłam do szafy żeby wybrać jakieś przyodzienie. Nie zastanawiając się nad tym zbytnio wyciągnęłam parę krótkich czarnych spodni i bordowy gorset. Ubrałam się i usiadłam do biurka żeby umalować oczy. Nie obyło się bez wsadzenia do oka kredki, przy czym zaklęłam brzydko. Kiedy skończyłam już się stroić, stanęłam przed lustrem i obejrzałam swoje dzieło. Podobnie jak mój ojciec na głowę założyłam beret, a na nos przyciemniane okulary, które jednak miały prostokątne oprawki. Wydęłam wargi do swojego odbicia i lekko pociągnęłam je bordową szminką. Teraz było idealnie. Po prostu pełna elegancja. Chwyciłam swój plecak i zbiegłam do przedpokoju, gdzie chwilę mocowałam się ze swoimi glanami, czy jak to mawiał mój ojciec „tymi topornymi buciorami”. Zarzuciłam na plecy żakiet i podążyłam do szkoły.

***

Dawid przyciągnął mnie do siebie i obejmując w pasie, zamruczał mi do ucha. To było bardzo miłe i sprawiało mi niezwykłą przyjemność, ale cholernie nie lubiłam kiedy robił to przy ludziach - a miał do tego tendencje. - Kocieee... – szepnął i przygryzł płatek mojego ucha. Dreszcze przeszły mi od kręgosłupa aż do rąk. Aaaaaa! Niech on przestanie!! Ludzie patrzą! Nieeeeeeeeeeeee-chto szlag trafi... no dobra, to było super i nie obchodziło mnie to, że w koło znajdują się inni uczniowie, a także nauczyciele. Ścisnęłam jego dłoń i odwróciłam się by spojrzeć mu w oczy. Były nieziemsko błękitne i takie... głębokie. Gdyby to był staw, bez dwóch zdań dałabym się w nim utopić. Jasne blond włosy opadły mu na twarz, ale odrzucił je jednym ruchem głowy. Mój chłopak był wysoki i dobrze zbudowany. Mięśnie klatki piersiowej całkiem wyraźnie odznaczały się na luźnej czarnej koszulce. Ponownie powiodłam wzrokiem do jego twarzy. Znajdowało się w niej więcej kolczyków niż ja miałam w uszach. Dwa w lewej brwi, jeden w prawej, kolejne dwa w dolnej wardze. Gdy tak zastanawiałam się, gdzie ta śliczna buzia ma jeszcze jakieś żelastwo Dawid złapał mnie pod brodę i obdarzył namiętnym pocałunkiem. A, już wiem. Był jeszcze kolczyk w języku. Staliśmy tak sklejeni ze sobą dobre 5 minut. Niestety wszystko co dobre, dość szybko się kończy, dlatego zadzwonił dzwonek. Ze smutkiem odczepiłam się od mojego blondasa i ruszyłam w stronę swojej sali. Nie uczęszczaliśmy z Dawidem do tej samej klasy. By razem chodzić na zajęcia musielibyśmy wykasować parę liter alfabetu by we dwójkę znajdować się w „b”. - Do przerwy, moja piękna.-powiedział na odchodnym i zmierzył w przeciwnym kierunku korytarza. Nie spiesząc się poczłapałam do swojej klasy, lekko pchnęłam na wpół otwarte drzwi i weszłam do środka. Nim się zorientowałam, a już stałam oko w oko z „nowym”. Był zdecydowanie wyższy ode mnie, co najmniej o półtorej głowy. Ubrany cały na czarno o jasnej cerze, wpatrywał się we mnie z niesmakiem. Przez chwilę przyjrzałam się jego obliczu. Miał wydane i mocno zarysowane kości policzkowe i bardzo męskie rysy twarzy. Długie, hebanowo-czarne włosy sięgały nieco za łopatki. Nie kręciły się, ani nie sterczały w różnych kierunkach, tak jak moje – były proste i równo przycięte. Zimne jasnoniebieskie oczy, zupełnie inne od tych Dawidowych, spoglądały na mnie sponad –o zgrozo-prostokątnych szkieł. Jego spojrzenie było chłodne i przeszywające. Wzdrygnęłam się. - Możesz?- spytał ze zniecierpliwieniem. Głos miał... niesamowity- wręcz głęboki i cholernie męski. Bez problemu zdałam sobie sprawę, że udzielał się wokalnie w jakiejś kapeli. - Eeee... taaa... –wydukałam i przesunęłam się by mógł dojść do biurka nauczycielki. Idąc do ostatniej ławki, obróciłam się by jeszcze raz na niego spojrzeć – pochylał się nad katedrą i czytał coś co podsunęła mu pod nos profesor Szyciak. -Widziałaś nowego? – rzuciła Zuzia, kiedy usadziłam swoją rzyć na krześle obok. Wyciągnęła książki, ułożyła je równo no swoim końcu ławki, a następnie założyła ręce na piersi, spoglądając na mnie wyczekująco. Spojrzałam na nią lekko unosząc brwi. - Wiesz miałam okazje prawie na niego wpaść, trudno żebym go nie widziała... – zaczęłam. - No i...? - nie odpuszczała. -... no i nosi okulary w prostokątnych oprawkach, tak jak ja. –skwitowałam. Zuza opuściła bezradnie ręce i popatrzyła na mnie z politowaniem. - Jesteś beznadziejna. Obrzuciłam ją moim najgroźniejszym spojrzeniem, co było kompletnie bezcelowe, jako że nie widziała moich oczu zza przydymionych szkieł. - Mam już swojego chłopaka – odparłam chłodno – I nie interesuje mnie żaden mroczny dryblas. Moja kochana blond przyjaciółka, już otwierała usta by coś mi odpowiedzieć, jednak nie dane jej było to zrobić, gdyż nasza wychowawczyni przejęła głos. - Jak zapewne już zdążyliście zauważyć, macie nowego kolegę. – mówiąc to wskazała ręką na ludzkie wcielenia diabła po swojej lewej stronie. Chłopak kiwnął głową. - Wolfgang Witczak – ja, a także kilka innych osób parsknęło na dźwięk tego imienia, jednak pani Szyciak zgromiła nas wzrokiem – przeprowadził się do nas, aż z Gdańska. Mam nadzieję, że przyjmiecie go ciepło i pomożecie uzupełnić zaległy materiał. Szczerze w to wątpiłam. Klasa III b liceum z ledwością tolerowała osoby mojego pokroju. Wiedziałam, że w najlepszym wypadku Wolfgang -co to za imię?!- zostanie po prostu zignorowany, a w najgorszym – zgnojony. Westchnęłam, bo doskonale wiedziałam, że to ja dokonam próby zaprzyjaźnienia się z tą dziwną postacią. Kątem oka spojrzałam na Zuzię. Gęste, blond włosy były upięte w niezgrabnego koczka, z którego wychodziły niesforne kosmyki. Głowę pochyloną miała nad zeszytem i coś w nim pieczołowicie notowała. Jak gdyby nigdy nic, zapuściłam żurawia i zerknęłam cóż takiego pisze. Z rozbawieniem stwierdziłam, że nie są to żadne słowa, a rysunek przedstawiający jakiegoś chłopaka. Nie był on dobry technicznie, ale też nie całkiem tragiczny, po chwili przypatrywania się, rozpoznałam w nim ucznia z równoległej klasy. - Hmmmm... – mruknęłam jej nad ramieniem, a ta aż podskoczyła przestraszona – Czy to nie Mariusz? Ten z IIIc? Nienajgorzej. Twarz Zuzanny oblała się szkarłatem. Szybko zatrzasnęła zeszyt. - T-to nic... zupełnie nic... – zaczęła się jąkać – Ja tylko... - Zuza... Czy on Ci się PODOBA? - spytałam, nie kryjąc rozbawienia. - Ale to... ja nie... myśmy się poznali... – zaczęła się tłumaczyć, co kompletnie jej nie wychodziło. - Całowaliście się? – spytałam z niewinną minką. - Ja... nigdy bym... oh, Iza!…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Robię to co zechce 1 — czytnik · opowiadania