Przyjaźń · 7 min czytania
Rocznica
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Zamieściłam to na Forum Syriusza Blacka pod nickiem Hey Jupiter, zakładając się, że i tak zostanę rozpoznana po stylu. Dziwna rzecz - nie zostałam. No cóż - dość już tego ukrywania się pod pseudonimem. Miłego czytania.
Nawet bez patrzenia w kalendarz wiem, jaki jest dzisiaj dzień. Trzynasty maja. Jedna z gorszych dat-rocznic, jakie mogę sobie przypomnieć.
Zawsze miałem dobrą pamięć. Niestety. Do obrazów, słów, zdarzeń i dat właśnie. Zwłaszcza do dat. Wyczuwam ich nadejście niemalże tak, jak Remus pełnie - szczególnie po tamtym treningu w Azkabanie. Paradoksalnie, daty - powracanie do przeszłości - były jednym z niewielu sposobów zachowania choć odrobiny przytomności umysłu.
Z reguły są to złe wspomnienia. A nawet jeśli nie są złe, to bardzo smutne. Lub prawie żadne. A czasami zdarzenia się nakładają i doprowadzają w ten sposób do obłędu. No, może nie aż tak, niemniej jednak są takie okresy w ciągu roku, gdy w moich wspomnieniach dzieje się bardzo dużo, a pierwsze w życiu "A" z eliksirów i brawurowa obrona ścigającego przed tłuczkiem przeplatają się z trzecim przesłuchaniem w piwnicach Ministerstwa, absolutnie koszmarną awanturą rodzinną i totalną porażką sercową. I ja to wszystko sobie przypominam. Ze szczegółami.
Powszechnie utrzymuje się, że w Azkabanie zapomina się wszystko, nawet własne nazwisko. Że dementorzy wysysają każde wspomnienie, pozostawiając pustą skorupę... Nie wiem. Były okresy, kiedy nie potrafiłem przypomnieć sobie wielu rzeczy, były też takie, gdy wszystko stawało się mi się całkowicie obojętne, z reguły jednak umiałem sobie przypomnieć sporo... złego. Problemy sprawiały mi te dobre, bo ich nie czułem. Stawały się więc obce, jak treść książki przeczytanej nieuważnie przed paroma laty, nierealne wręcz. W zimnej i wilgotnej celi nie sposób przypomnieć sobie wieczoru w pokoju wspólnym Gryffindoru i trzaskającego na kominku ognia - można natomiast pamiętać o ostrej kłótni, która miała tam miejsce. I nawet te kłótnie jakoś mnie ratowały.
Część 22 / 2
Trzynasty maja powracał rok w rok. Nie co dzień zdradza się najlepszego przyjaciela, nasyłając na niego najgorszego wroga - nawet jeśli panowie z Ministerstwa mieli na ten temat inne zdanie.
Chata i ten korytarz, a w szczególności wierzba bijąca, długo jeszcze kojarzyły mi się przede wszystkim z tamtym wieczorem. Nocą właściwie. I z tym strachem, panicznym strachem - o Remusa, o Jamesa, o Smarkera nawet. Że przez moją nieziemską głupotę i tchórzostwo coś się stanie. A w przerwach pomiędzy tym - i radzeniem sobie ze zdenerwowanym Peterem - rozmyślanie o pobudkach. Nie wiem, czy nie najgorsze.
Tak, jakbym nie mógł pomyśleć, zanim otworzyłem usta do Snape'a!
Pewnie łatwo byłoby powiedzieć, że miałem wszystkiego dość, a sytuacja mnie przerosła. Mogła przerosnąć. Sumy, wyrażona trochę wcześniej, podczas ferii wielkanocnych, groźba przeniesienia mnie do innej szkoły (w owym czasie tyleż koszmarna, co błogosławiona myśl), animagia, tamten poranek w Chacie sprzed kilku tygodni... Dużo. Ale nie aż tak. Tamtego nie da się usprawiedliwić niczym. Choć zrozumieć można. Tak sądzę. Ja rozumiem - Remus też - a reszta nie musi wiedzieć. Nawet Jamesowi nie powiedziałem.
Oficjalna wersja jest taka, że mi odbiło i uznałem to za świetny żart. Nastraszenie…