Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 10 min czytania

Rodzinna inwazja.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wracałem właśnie do domu po kolejnej nie udanej randce. Było późne popołudnie, bardzo słoneczny dzień i cały świat zdawał się radować. Ja tej radości jednak nie podzielałem. Byłem parę lat po studiach, bez dziewczyny, bez szansy na miłość w najbliższym czasie, a mój zegar biologiczny tykał nieubłaganie. Tykał coraz głośniej. Nie mniej jednak nie mam zamiaru zanudzać was tu szczegółami z mojego kulawego życia osobistego. Byłem dość niedaleko domu kiedy wydarzyło się coś dziwnego. Koło mnie przeszedł chłopieć rzucając jakby od niechcenia: - Cześć wujku. Nie znałem go. Twarz zupełnie obca i nie było najmniejszej możliwości by był kimś z mojej rodziny. Nie ważne, dalekiej czy bliskiej – po prostu nigdy go nie widziałem na oczy. Jednak to tego typu rodzaj zdarzenia który przykleja się do mózgu i nie daje człowiekowi odpocząć przez jakiś czas. Resztę drogi do domu spędziłem na zastanawianiu się czy on może jednak jest kimś z rodziny kogo nie pamiętam. Tydzień minął bardzo szybko, a ja zapomniałem o incydencie z chłopcem. Jednak w piątek, gdy wracałem do domu z pracy na piechotę znów go zobaczyłem. Szedł w towarzystwie jakiegoś innego, trochę wyższego od niego chłopaka. - Cześć wujku – rzucił mijając mnie. - Cześć tato – zawtórował mu drugi co wywołało u mnie tylko dziwne uczucie. Chłopcy odeszli, a nim zdecydowałem się, by ich dogonić i dowiedzieć się o co chodzi i czemu robią sobie ze mnie żarty gdzieś zniknęli. Od razu odpowiem na wasze pytania natury mistycznej jakie ma każda osoba której opowiadam moją historię – nie, to nie były duchy. Ale po kolei. Minął następny tydzień, a ja nie widziałem tych chłopców. Jednak nie to żebym się za nimi nie rozglądał. Rozglądałem się i to bardzo uważnie. Za każdym razem gdy szedłem chodnikiem odwracałem się i patrzyłem wszędzie dookoła jakbym miał manię prześladowczą. Ich jednak nie było. Zaczynałem już nawet wierzyć, że to był tylko podwójny zbieg okoliczności i nic więcej. Tak było do czasu spotkania babci. Nie mojej bynajmniej, bo ta nie żyła już od paru ładnych lat…. - Cześć wnusiu – rzuciła jakaś staruszka mijająca mnie na ulicy. Tym razem już miałem przygotowany scenariusz na wypadek „spotkania rodzinnego” i ruszyłem do kontrataku. Stanąłem jej w poprzek na ulicy i zacząłem wypytywać o to kim jest i czemu myśli, że jesteśmy spokrewnieni. Staruszki to jednak cwane bestie. A babcie już w szczególności, jak widać te cudze też. Miała przygotowany cały zestaw odpowiedzi, jednak żadna nie dotyczyła mojego pytania. Zupełnie jakby ich nie słyszała. Pomijając moje wątpliwości co do jej słuchu z moim było doskonale. Dlatego też wiedziałem już wszystko o wujkach Stefanach, Ryszardach, licznych ciotkach, dzieciach w „naszej” rodzinie i innych osobach z którymi ponoć byłem spokrewniony. Po tej długiej opowieści babcia stwierdziła, że ma wiele rzeczy do załatwienia i musi iść. Ja natomiast stałem na środku ulicy naprawdę załamany. Wymieniła przynajmniej z setkę osób i wszystko wskazywało na to, że to TYLKO ta rodzina co mieszka w tym samym mieście co ja. Sama myśl, że co dzień mogę się na kogoś natknąć, kto będzie mnie pozdrawiać, pytać jak leci i zapraszać na rodzinne obiadki przerażała mnie. Wszystko wskazywało na to, że chodzenie po mieście, na zakupy etc. miało przypominać chodzenie na oślep po polu minowym. A jakaś nowa osoba WYBUCHAJĄCA co rusz pozdrowieniami nie była dla mnie doskonałym rozwiązaniem. Jednak jak się okazało już za dwa tygodnie miało być jeszcze gorzej. O wiele, wiele gorzej, a to czego doznałem do tej pory było jedynie przedsmakiem… Obudziłem się w niedziele rano. A właściwie zostałem obudzony wspaniałym zapachem jajecznicy. U ludzi mózg z rana nie działa najlepiej, bo pewnie już dawno dostałbym palpitacji serca. JA mieszkałem SAM. Więc nie miał KTO zrobić jajecznicy. To znaczy, ja mogła ją zrobić, ale ponieważ dopiero co się obudziłem, zrozumiałe jest, że siebie automatycznie z wyliczania wykluczyłem. Oznacza to, że ktoś włamał się do mojego domu…. Nie wstałem od razu. Leżałem udając, że śpię, w obawie, że napastników jest więcej i jakiś może tylko czekać aż się obudzę, by zrobić mi krzywdę. Zabawne, że ludzie tak postępują. W końcu po co napastnik miałby czekać aż się obudzę, by zrobić mi coś naprawdę nie miłego. A nawet jeśli chciałby mnie ranić, gdy jestem przytomny dość logicznym założeniem jest, że natychmiast bym się obudził przy, na przykład, wbijaniu we mnie ostrych rzeczy. Nie mniej jednak leżałem tak nieruchomo. Po pewnym czasie jednak mój mózg już się rozbudził. Zacząłem się wtedy zastanawiać jaki złoczyńca włamuje się do kogoś do domu, w niedziele rano po to by zrobić jajecznicę? Wtedy zamarłem.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Rodzinna inwazja. — czytnik · opowiadania