Fantastyka · 36 min czytania
Rój
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czy zastanawiałeś się kiedyś, co byś zrobił, gdyby w jednej chwili świat jaki znasz przestał istnieć? Jakby wybuchła straszna wojna? Czy wtedy stanąłbyś twarzą w twarz z wrogiem na polu bitwy, czy schowałbyś się w najgłębszy zakątek świata, by nikt Cię tam nie znalazł… nie zmusił do walki? Co tu kryć, ja należałem do tych drugich. Jeszcze zanim zawyły syreny, zanim przerwano Świąteczny Blok Powtórkowy w telewizji, nim mój prywatny kosmos, stał się świadkiem krzyków, kłótni i płaczu, ja już wiedziałem co się dzieje. Pamiętam… Było ciepłe zimowe popołudnie. Na zewnątrz biała pierzynka, dotychczas zdobiąca dachy, od rana zamieniała się w ciecz tracąc swój krystaliczny urok. Woda, a niekiedy i całe tafle zleżałego śniegu lądowały na skostniałej ziemi. Zmarzlina nie przepuszczała cieczy, co powodowało rozległe kałuże, które bliżej wieczora na nowo zamarzały. Dzięki temu ciężko było wyjść na zewnątrz i choć raz się nie przewrócić. 25 grudnia A. D. 2012, kilka dni po domniemanym końcu świata, jaki miał nastąpić wraz z końcem kalendarza majów, do naszego domu zawitała wieść, jakoby Armagedon właśnie nadchodził, tylko lekko spóźniony. Buszowałem właśnie po Internecie. Jak to w święta. Polska tradycja nakazuje przecież, podczas wigilii najeść się do syta, a później przez dwa dni dojadać resztki potraw z wigilijnego stołu, na przemian ze słodkimi ciastami. Do tradycji zaliczyć można również najnudniejszy program telewizyjny w roku. Wielkie świąteczne „Przeżyjmy to jeszcze raz”. Na całe szczęście przed świętami, pod szyldem gwiazdkowego prezentu, rodzice dostali ode mnie i siostry, dekoder naziemnej telewizji cyfrowej, przez co nawet przerzucając program z jednego na drugi czas jakoś im płynął. Do siostry przyszła koleżanka. Chociaż miała do pokonania ledwie kilkadziesiąt kroków, dwa z nich okazały się nadzwyczaj zdradliwe i cisnęły ją na ziemię. O ile pierwszym razem dziewczyna miała szczęście i poślizgnąwszy się na lodzi upadła lądując tyłkiem w przydrożnym śniegu, o tyle za drugim razem poleciała w przód, kończąc na czworakach w kałuży. Aga – moja siostra, widziała te karkołomne wyczyny i ruszyła na ratunek. Teraz mimo początkowej złości Mileny, obydwie śmiały się do rozpuchu, doprowadzając mokre spodnie do ładu. „Przynajmniej im jest wesoło” pomyślałem, słysząc kolejny wybuch śmiechu siostry. Ja byłem skazany na torturowanie modemu, usiłując od kilku godzin znaleźć coś interesującego w Internecie. Rzut okiem na telefon, który ciągle milczał. Pomijam oczywiście kilka sms-ów ze spóźnionymi życzeniami świątecznymi od znajomych, rodziny i mojego operatora sieci komórkowej. Ale nie na nie czekałem. Lidia. Lidka, moja dziewczyna od wczoraj milczała. Nie pokłóciliśmy się, nic z tych rzeczy, jednak miałem nieodparte wrażenie, że już ma mnie gdzieś. Tak, wiem, to przekleństwo naszych czasów. Jeżeli ktoś nie odpisze na smsa przez pięć minut, to znaczy, że albo ma cię gdzieś, albo nie żyje. Bo przecież nawet jakby dostał poświątecznego rozwolnienia, ręce nadal miałby wolne i mógłby wysłać wiadomość. Plaga dwudziestego pierwszego wieku, ale i tak faktem jest, że od jakiegoś miesiąca nie układało nam się najlepiej. Lidka dostała pracę w banku, a ja siedząc na bezrobociu, marudziłem, narzekałem i czułem że jestem jej gorszą połową. To zwykle powodowało sprzeczki. Teraz pewnie miała gości, albo sama wraz z rodziną ruszyła odwiedzić bliskich. Starałem się zrozumieć, lecz i tak w głowie siedziała mi natarczywa myśl, że dziewczyna jest już zmęczona takim nieudacznikiem. Ciężko westchnąłem i cisnąłem telefon pod półkę z monitorem. Nokia miała jak zawsze miękkie lądowanie, pośród kartek z nieaktualnymi, pomiętymi notatkami, kuponami lotto, papierkami po cukierkach i całą gamą śmieci, do których sprzątnięcia nie zachęcił mnie nawet przedświąteczny nastrój wszechporządków. Tak właśnie wyglądała sytuacja, gdy po wylogowaniu się ze skrzynki pocztowej, przeglądarka internetowa przerzuciła mnie na jeden z większych portali informacyjnych. Tam wielkimi literami krzyczał na mnie tytuł: „Zostaliśmy zaatakowani!!!”, a pod nim „Od godziny 15:05 Polska znajduje się w stanie wojny…”. Gwałtownie poderwałem swe znudzone członki z krzesła, na którym rozłożony spędzałem święta. Zbliżyłem się do ekranu. W Internecie publikuje się różne głupoty, by przyciągnąć uwagę i byłem na tym punkcie wyczulony. Kliknąłem na tytuł, który był jednocześnie odnośnikiem, do podstrony, gdzie powinien znajdować się cały artykuł. Z treścią nie zdążyłem się już zapoznać. - Tomek chodź tu szybko! – Usłyszałem łamiący się głos ojca, dobiegający z drugiego pokoju. – Natychmiast! – ponaglił, nim zdążyłem wstać. Chociaż nie pomyślałem wtedy o jakimś związku, tego co przeczytałem, z tym co poruszyło ojca, to wiedziałem, że coś jest nie tak. Tata był kamiennym człowiekiem, którego byle co nie ruszało. Wpadłem do dużego pokoju, z korytarza pytając już „Co się stało?”, jednak rodzice nie odpowiedzieli. Siedzieli na kanapie wpatrując się w ekran. Lecz za odpowiedź w zupełności wystarczyły mi słowa Prezydenckiego orędzia, dobywające się z głośników telewizora. Rodzice mieli kolejny seans z cyklu „Przeżyjmy to jeszcze raz”, przypominający tym razem ogłoszenie stanu wojennego w 1981 roku. - …tak jak i Chełm oraz okolice Hrubieszowa, stały się celem pierwszego ataku. Rodacy, musimy stanąć siłą narodu przeciwko najeźdźcy… - mówił prezydent. Jednak ja już go nie słuchałem. Chełm… Tam mieszkali rodzice Lidki, a ona przecież pojechała do nich na święta. Zalała mnie fala wyrzutów sumienia - obwiniałem ją, że się nie odzywa, że ma mnie gdzieś, tymczasem dziewczyna mogła już nie żyć! - Każdy mężczyzna w wieku od 18 do 26 lat zdolny do służby wojskowej ma obowiązek zgłosić się do wyznaczonego punktu werbunkowego, do jutra, do południa. O lokalizacji punktu każdy zostanie poinformowany. Każda z gmin zobowiązana zostaje do zapewnienia transportu… - kontynuował wąsaty człowiek w telewizji. Dłużej już go nie słuchałem. Biegiem wróciłem do swojego pokoju, uderzając po drodze kolanem w nocną szafkę. Ból przeszył nogę i ta przy kolejnym kroku samowolnie się zgięła. Straciłem równowagę i upadłem. Jak zahipnotyzowany, nie zwracałem uwagi na ból, wstałem i dopadłem wreszcie biurka z komputerem. Z pod monitora wygrzebałem telefon, z przyklejoną do tylniej klapki gumą do żucia – oczywiście już zużytą. Na banerze z szybkim wybieraniem numerów, odnalazłem Lidkę. Przycisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem. „Wybieranie numeru”, pojawił się napis pod jej zdjęciem. Dość dziwnym zresztą, dla kogoś niewtajemniczonego. Ja pamiętam to jak dziś. Strzeliłem jej tą fotkę znienacka, dlatego miała tak śmiesznie wykrzywione usta, jakby właśnie chciała zabronić mi uwiecznienia jej w pamięci telefonu. Ciemne kręcone włosy jeszcze w nieładzie, wyglądały jakby najeżyły się ze złości, jak u kocicy. Później się na mnie obraziła. Do tego marsowa mina, nie opuszczająca jej twarzy przez cały dzień. Nic dziwnego. Właśnie mieliśmy iść na spacer, więc Lidka przebierała się w coś bardziej wyjściowego od piżamy. Gdy zrobiłem zdjęcie, była w samych majtkach. Ech, co za widok. Oczywiście zdjęcie miałem natychmiast usunąć, ale jak widać nie zrobiłem tego, a tylko wykadrowałem w komputerze, pozostawiając samą twarz, ponieważ żal było pozbawiać zbiory takiej perełki fotografii. „Łączenie”. Nareszcie. Te kilka sekund trwało wieczność. „Przynajmniej jest sygnał. Teraz, żeby tylko odebrała” pomyślałem. Jeden sygnał. Drugi sygnał. Bip. Bip. „Połączenie zakończone”. Zakląłem. Ręce zaczynały mi się trząść. - Tomek! Gdzie jesteś?! – krzyczał ojciec, coraz bardziej łamiącym się głosem. - Tato co się dzieje? – Dobiegł mnie głos zdezorientowanej siostry. - Agnieszka do swojego pokoju. Milena tak samo – rozkazał ojciec, odzyskując władczość w tonie swego głosu. - Ale my… - Do pokoju! – powtórzył. – Zaraz do was przyjdę. Ja tymczasem ponownie wybrałem numer do swojej dziewczyny, ale telefon poinformował mnie o błędzie połączenia. Dopiero za trzecim razem zorientowałem się, że nie ma zasięgu. Strach zmieszał się z gniewem. Cisnąłem telefonem na łóżko. Ten odbił się od miękkiego materaca i uderzył w drewniane oparcie. Wyładowanie się na sprzęcie trochę przywróciło mi zmysły. Pomyślałem, że zasięg może powrócić, więc podniosłem telefon. Przedni panel pękł uderzając niefortunnie, ale w tej chwili niewiele mnie to obeszło. Wsadziłem komórkę do kieszeni jeansów i wróciłem do dużego pokoju. Kolano rwało potwornym bólem, ale na to też nie specjalnie zwracałem uwagę. W głowie miałem kocioł. Stanąłem w drzwiach, ale gdy zobaczyłem zapłakaną mamę nogi zaczęły mi się trząść nie gorzej niż ręce. Żeby nie upaść usiadłem w najbliższym fotelu. Nie myślałem, to było instynktowne działanie. Nawet wszelkie myśli o mojej małej Lidce rozpłynęły się w obrazie płaczącej kobiety. Owszem widziałem mamę w przeróżnych stanach emocjonalnych; płakała nie raz ze śmiechu, czasem krzycząc ze złości. Teraz jej oczy pełne były bezsilności, którą z nich wypłakiwała, nie mogąc się jej pozbyć. Stróżki słonych łez meandrowały w hipnotycznym tańcu, przeskakując pomiędzy głębokimi zmarszczkami, na jej twarzy. Świąteczny makijaż zdążył już w większości spłynąć, tylko wokoło oczu i na jednym policzku, pozostały rozmazane ciemne smugi. - Synu, słyszałeś co się dzieje? – zapytał ojciec. Znów udało mu się opanować drżenie głosu. Wstał. Chciał coś powiedzieć, ale go uprzedziłem. Właściwie to, zdałem sobie sprawę, że coś mówię, gdy już zadałem pytanie. - Kto zaatakował? – Trzeźwość wypowiedzi nawet mnie zdziwiła. Ojciec popatrzył na mnie, jakby nagle zobaczył kogoś innego, ale trwało to tylko chwilę. - Nie… nie wiedzą – powiedział. – Wschodnia Lubelszczyzna… nie ma jej. Tak samo jest na całym wschodzie… - przerwał, żeby złapać oddech. - Co jeszcze? – zapytałem i tak jak poprzednio, nie pamiętałem, abym planował to zrobić. -Yyy… Lublin ocalał, ale za Piaskami… - Pokręcił głową. Mama położyła mu dłoń na ramieniu i widząc, że ja sam się trzymam, tak i ona postanowiła wziąć się w garść. Oboje znali Lidkę, wiedzieli gdzie mieszka. Wiedzieli też, że święta spędzała z rodziną w Chełmie, a mimo to widzieli przed sobą swojego syna, który w obliczu takiej tragedii zachowuje przytomność umysłu. Co w rzeczywistości nijak nie miało się do prawdy. Byłem załamany, zdruzgotany psychicznie, chciało mi się wyć, jak wilkowi do księżyca, a mimo to coś trzymało te myśli, emocje, a może nawet cały mój umysł gdzieś z boku. Jakbym dostał potężny środek uspokajający, zachowując jednocześnie trzeźwość umysłu i chłodną ocenę sytuacji. Nawet nie mogłem się temu dziwić, bo to coś mi na to nie powalało. - Przykro nam… - powiedziała mama, ale po chwili znów wybuchła płaczem. Wtedy nie przyszło mi to nawet do głowy, byłem jak w transie, ale w Fajsławicach mieszkała siostra bliźniaczka mamy, więc ona także przeżywała osobistą tragedię. Później ja (czy też nie ja) zadałem rodzicom jeszcze kilka rzeczowych pytań odnośnie przemówienia prezydenta, które mnie ominęło. Dowiedziałem się, że nie wiadomo kto zaatakował, ale wiadomo jak. Nad wszystkimi większymi skupiskami ludzi na wschodzie kraju zdetonowano jakieś dziwne ładunki. Eksplozja takiej bomby uwalniała niezliczone ilości iskierek, które opadając na ciało ludzkie przepalało je na wylot. Nie było ucieczki, ponieważ pył wdzierał się wszędzie, pod ubrania, do mieszkań, do samochodów. Wszędzie. Ludzie umierali tak jak stali. Na miejscu. Przebici tysiącami rozżarzonych drobinek, padali na ulicach, na chodnikach, zamieniając miasta i wsie w wielkie cmentarzyska. Po kilku minutach kolejne bomby spadły na Ukrainę i front zaczął przesuwać się na wschód, zostawiając nas na razie w bezpiecznej odległości. Być może ślepy los zadecydował, że bomby zostały zrzucone na wschód, a nie na zachód. Może dlatego przeżyłem. Przez przypadek.
Rodzice uspokoili się na tyle na ile było to możliwe w tej sytuacji. Gdy orędzie zostało mi streszczone, dziwna, obca jaźń wycofała się z mojego umysł, a wraz z tym powróciły wszystkie targające mną uczucia. Wstałem z fotela i bez słowa wyszedłem z domu. Chciałem być sam. Pozbierać myśli. Gdy wychodziłem nikt mnie nie zatrzymywał. Schowałem się za winklem mieszkania i uwolniłem wzbierające emocje. Nie wiem ile czasu tak siedziałem i płakałem, ale gdy szloch i zachłystywanie się własną śliną minęły, przypomniałem sobie o telefonie. Wyjąłem go z kieszeni i sprawdziłem czy zasięg wrócił. Nadal nic. Westchnąłem ciężko. Pamiętałem, że po orędziu, telewizja też przestała nadawać, więc chyba wszystkie media szlak trafił. Zresztą nawet gdybym miał możliwość zadzwonić do Lidki, to czy warto łudzić się nadzieją, że jeszcze usłyszę jej głos? Powoli docierała do mnie myśl, że dziewczyna nie miała szans. Mimo to, telefon znów powędrował do kieszeni spodni. Nagle usłyszałem jakiś hałas. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że w okolicy panowała do tej pory kompletna cisza. Zwykle gwarne przedmieścia miasta, teraz świeciły kompletnymi pustkami. Nie przejechał żaden samochód, ani nie przeszedł przechodzień. Cisza. Oko cyklonu zmącone powiewem nieprzyjemnego dźwięku. Był to głos dobywający się z megafonu, znajdującego się na dachu starego citroena, który właśnie wyłonił się zza zakrętu. Teraz chrzęsty i świsty układały się w spójny przekaz. - Uwaga! Uwaga! Wszyscy mężczyźni zdolni do służby wojskowej w wieku od 18 do 26 lat, mają stawić się obowiązkowo jutro, do godziny dziesiątej rano, pod kościołem imienia Jana Chrzciciela w celu odtransportowania do punktu zbornego w Lublinie. Za niestawienie się o wyznaczonej godzinie, grożą poważne konsekwencje. – Samochód przetoczył się leniwie, koło mojego mieszkania i pojechał dalej, powtarzając komunikat na okrągło, rozbrzmiewając do wtóru z syreną alarmową, która właśnie rozpoczęła śpiew, jakby dopiero wybudzona z głębokiego snu. Ewidentnie zaspała na koniec świata. Komunikat przyjąłem do wiadomości, ale nie wzbudził już we mnie takich emocji. Tym razem nie było, żadnej siły, która by mnie blokowała. Zwyczajnie stałem się obojętny. Nie miałem co ze sobą zrobić. Wiedziałem, że pozostało mi tylko kilka godzin do odprawy, które mogę spędzić w domu. Jednak wcale nie chciałem tam wracać. Jeszcze nie teraz. Nie chciałem przeżywać długiego pożegnania z rodzicami, tłumacząc im, że na pewno niedługo wrócę, choć nawet sam w to nie wierzę. Nie chciałem tłumaczyć młodszej siostrze, że nie mogę zostać. Najbardziej nie chciałem się przy nich rozkleić, rozpłakać. Tak, co dziwne właśnie tego najbardziej się obawiałem. Miałem dwadzieścia pięć lat, ale do tej pory świat wiele ode mnie nie wymagał. Nie wymagał nigdy odwagi i cieszyłem się z tego, ponieważ wcale jej nie miałem. Żyłem spokojnie, uczyłem się, spotykałem ze znajomymi. Byłem normalnym facetem próbującym odnaleźć swoją drogę w życiu. Ale nie wdawałem się w bójki, z nikim się nie biłem, ani nie byłem bity. A wszystko wskazywało na to, że czas sielanki dobiegał końca. Trzeba będzie bić, żeby nie cyć bitym. Musiałem spełnić obywatelski obowiązek wobec kraju, którego tak naprawdę nie lubiłem. Z braku bardziej konstruktywnego wyjścia, ruszyłem w dół ulicą, rozmyślając nad swym losem. Pozorny spokój został zmącony chwilę później, gdy pierwsze samochody zaczęły zjeżdżać w dół ulicy, totalnie ignorując przepisy drogowe, a w szczególności ograniczenia prędkości. Byłem przekonany, że szaleńcza pogoń na zachód zacznie się znacznie wcześniej. Widocznie decyzje o wyjeździe zapadły dopiero, gdy minął pierwszy szok. Wnętrza pojazdów pełne były pospiesznie spakowanego dobytku. Pośród toreb i pudeł siedzieli członkowie rodzin, uciekających przed tajemniczym najeźdźcą ze wschodu. Dlaczego sami nie uciekaliśmy? Właściwie, teraz ciężko mi powiedzieć. Prawdopodobnie podczas orędzia powiedziano coś, co kazało mojej rodzinie zostać. Może chodziło o mnie? Może dezerterów, tych co nie stawią się jutro pod kościołem, rozstrzelają, jak tylko ich znajdą. Faktem jest, że pozostaliśmy. Gdy tak szedłem i rozmyślałem, zobaczyłem, że po jakimś czasie wylotówka na Warszawę została kompletnie zablokowana, a wszyscy uciekinierzy stali w korku, pośród kakofonii klaksonów.
Wróciłem wieczorem. Zrobiło się znacznie chłodniej, a mróz uspokoił trochę mętlik w głowie. Spodnie i buty miałem przemoczone, ponieważ woda z roztopów na nowo zaczęła zamarzać, przez co chodniki stały się jeszcze bardziej agresywne w stosunku do przechodniów. Kilkukrotnie poślizgnąłem się, a grawitacja cisnęła mną w kałużę. Rodzice siedzieli w kuchni. Wszedłem. Nie rozmawialiśmy. Wymieniliśmy tylko informacje. Każdy z nas pragnął powiedzieć coś więcej i to było widać. Słowa otuchy i pocieszenia cisnęły się na usta, ale pozostały niewypowiedziane. Nigdy nie byliśmy wylewni. W tej rodzinie niewiele rozmawiało się o uczuciach, o wewnętrznych problemach. Każdy starał się jakoś na własną rękę ze wszystkim uporać, nie obarczając tym innych. Tak było i teraz. Jednak rozumieliśmy się bez słów i doskonale wiedziałem co cisnęło się mamie na usta. Chciała dodać mi otuchy, ale dziś jeszcze robiła to bez słów. W takiej chwili ciężko znaleźć odpowiednie słowa. Otworzyłem lodówkę, ale chyba bardziej z przyzwyczajenia, bo ściśnięty żołądek nie przyjmował pokarmu. Gdy wychodziłem, kierując się do swojego pokoju, obydwoje życzyli mi dobrej nocy, ale wiedzieliśmy, że taka nie będzie, dla żadnego z nas.
Jak było do przewidzenia, sen nie przychodził. Zresztą nawet się o niego nie prosiłem. Leżałem na łóżku, wodząc wzrokiem po ciemnym pokoju. Pośród światła latarni tańczyły gałęzie bezlistnego drzewa, targanego wiatrem, tworząc niepowtarzalny spektakl cieni na moim suficie. Lubiłem to drzewo. Zawsze gdy nie mogłem zasnąć, śledziłem wzrokiem plątaninę czarnym gałęzi. Czułem się jak przed klasówką w szkole podstawowej, na którą nie chciałem iść. Tak i teraz ogarniał mnie strach. Chciałem, by te ostatnie chwile przed nieuchronnym trwały jak najdłużej. Nie potrafiłem pozbyć się myśli, że już tu nie wrócę, że