Filozofia · 47 min czytania
Rolling Stone
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
DZIENNIK JÓZEFA K. Mam 68 lat i spieprzyłem swoje własne życie. Nie mam historii do opowiedzenia. Wykonywałem nudną i powtarzalną pracę. Zawsze działałem tak samo i zawsze osiągałem te same, mizerne rezultaty. Żyłem przeszłością, rozpamiętywałem porażki i bałem się jutra. Nie słuchałem z uwagą tego, co mi w sercu grało. Nigdy niczego nie osiągnąłem. Kiedy byłem małym chłopcem chciałem zostać kosmonautą. Dziś jestem starym człowiekiem a kosmos jest mi jeszcze bardziej odległy niż kiedykolwiek. Mam 68 lat i spieprzyłem swoje, własne życie.
JÓZEF K. I PANI PSYCHOLOG Pani psycholog Katarasińska bawiła się telefonem komórkowym. - Co pan powiedział? – zapytała z roztargnieniem. - Powiedziałem, że nie mam ochoty zginać przed nikim karku – powiedział cicho Józef K. - No wie pan… Trzeba być elastycznym i umieć dostosowywać się do sytuacji, ludzi i otoczenia - Katarasińska poprawiła okulary w markowych oprawkach i zrobiła mądrą minę – umiejętność asymilacji i reorganizacji ze wskazaniem na całokształt zmian społecznych i psychicznych, jakim ulegają jednostki to… - Boję się – powiedział cicho Józef K. – sam nie wiem, czego. Rozpamiętuję własne porażki, rozdrapuję tam gdzie boli a jednocześnie nie snuję planów i nie działam konstruktywnie. Boję się przyszłości. A kiedy już o niej myślę to tylko po to, by snuć katastroficzne wizje. - Bardzo dobrze! – Katarasińska ożywiła się wyraźnie – strach jest dobry. A lęk jest inspirujący. I powstrzymuje nas przed popełnianiem czynów szalonych i nieracjonalnych. Nie można go wyeliminować z psychiki, bo to by ją upośledziło. Czy chciałby pan być upośledzony psychicznie? - Chciałby żyć tak jak chcę i robić to, co lubię – powiedział cicho Józef K. Katarasińska zarzuciła nogę na nogę. - To jest luksus, na których stać niewielu. Są jednostki wybitne, które mogą sobie na to pozwolić, ale i są też jednostki takie jak…hm…pan, który… - Co za błyskawiczna diagnoza i błyskawiczna zdolność oceny ludzi. W ciągu pięciu minut rozmowy zostałem zważony, zmierzony i opisany – Józef K. uśmiechnął się gorzko – dokładnie i szczegółowo. Jeśli można grzecznie zapytać: jaką jednostką zatem jestem? - Proszę miarkować szyderczy ton – Katarasińska spojrzała na Józefa K. z wyższością – mam 27 lat i jestem gruntownie wykształconą i profesjonalnie przygotowaną do zawodu specjalistką w zakresie psychologii. A pracę magisterską pisałam u samego profesora Piszczyna – Świergockiego. „Tego” Piszczyna z „tego” uniwersytetu! Słyszał pan pewnie to nazwisko? - Nie słyszałem. - Otóż to właśnie! I to, dlatego pan, mając… - Katarasińska zerknęła szybko na formularz rejestracyjny – mając całe 48 lat siedzi teraz przede mną. Przed, najlepszą na roku, studentką profesora Świergockiego! Józef K. milczał przez chwilę. - Mam jasno wytyczony cel. I wiem dokładnie, co chciałbym robić ze swoim życiem, by być szczęśliwym. Tylko boję się zacząć. - Co to za cel? - Od dziecka interesowałem się budownictwem. Chciałbym założyć skład materiałów budowlanych. Katarasińska popatrzyła na petenta z politowaniem. - Po co to panu? - Żeby osiągnąć stabilizację. Finansową, przede wszystkim… - Cóż za przyziemne, pan wybaczy, podejście do zagadnienia i problemu celu życiowego! - Ma pani lepszy pomysł na moje życie? Katarasińska zmarszczyła brwi i wydęła wargi. - Miłość. - Można trochę jaśniej? - Miłość jest pięknym celem. I wzniosłym. Bo prowadzi do uszczęśliwienia drugiej osoby, która… - To jest głupi cel – przerwał jej Józef K. Katarasińska zamrugała oczami i spojrzała groźnie na pacjenta. - Jak pan śmie! - Interesuję się żywo budownictwem i wiem, że nie można postawić stabilnej konstrukcji na fundamencie, którego jakości do końca nie znamy. Nie można, więc budować swojego własnego życia na drugiej osobie, bo jej do końca nie znamy. Nie można budować tylko i wyłącznie ZAKŁADAJĄC to, że ktoś nas będzie kochał tak jak my jego - nie mając żadnych gwarancji jakościowych i technologicznych. Muszę zachować równowagę i budować moje własne życie w oparciu o moje talenty i moje umiejętności. A nie licząc jedynie na drugą osobę… choćby była to najwspanialsza osoba na świecie. Katarasińska zabębniła lakierowanymi paznokciami o blat. - Rozumiem… Czy coś jeszcze? Józef K. potarł dłońmi o nogawki spodni. - Trudno mi znaleźć tych, którzy mnie rozumieją. Ani członkowie rodziny ani znajomi nie dają mi wsparcia. Nie mogę na nich liczyć. Nie mogę na nikogo liczyć. Jestem sam. - A czemu tak jest? - Nie wiem. - A ja wiem. - Tak? - Pan musi zrzucić maskę egoisty i dostosować się do innych. Asymilacja, to jest słowo klucz! Pan musi być taki jak reszta a wtedy znajdzie pan zrozumienie w grupie. - Ale ja nie chcę być taki jak reszta! – wybuchnął Józef K. – ja chcę być jedyny, niepowtarzalny i niepodrabialny! Wiem, że taki jestem. Wiem, że mogę wiele. Ba, że mogę wszystko! I, że sięgnę nieba. Ja chcę żyć! I chcę przestać się bać! - No, wie pan – Katarasińska pokręciła głową i sięgnęła po bloczek z receptami – to już są poważne objawy choroby dwubiegunowej. Dam panu na to tabletki i za miesiąc do kontroli. Józef K. patrzył w milczeniu jak pani psycholog wypisuje receptę. A potem wziął karteczkę do ręki czytając uważnie jej kaligraficzne pismo i próbując rozszyfrować łacińską nazwę specyfiku. A potem wstał, położył wolno receptę na blacie biurka, wprost przed nosem pani psycholog, ukłonił się dwornie i powiedział: - Gówno prawda. I wyszedł z gabinetu.
DZIENNIK JÓZEFA K. Stanowisko Ministerstwa Miłości - Rok 2018. Uwaga! Rzecz autentyczna. Czytajcie uważnie, żeby połapać wątki. Relacje pomiędzy ludźmi powinny być proste: miłość, przyjaźń i rock’n’roll. Relacje pomiędzy rodzicem a dzieckiem powinny być jeszcze prostsze, czyli jeszcze więcej miłości, jeszcze więcej przyjaźni i jeszcze więcej rock’n’rolla. Ojciec nie rozmawiał z Synem od ponad czterech lat i to Syn zadzwonił do Ojca, w dniu swoich własnych urodzin. Powtarzam: urodziny Syna i to Syn dzwoni do Ojca. Ojciec nie interesuje się losem Syna, ale za utrzymuje regularne kontakty z byłą żoną Syna i z jej obecnym partnerem. Ojciec ma też Córkę, z którą nie rozmawiał od ponad dziesięciu lat i której los jest mu obojętny. Ojciec jest człowiekiem wykształconym i spełnionym zawodowo. Ojciec umie pięknie pisać o miłości i potrafi podeprzeć się odpowiednim autorytetem „miłosnym” komentując swoje relacje z dziećmi. Oto autentyczna riposta Ojca w reakcji na telefon Syna. „Witam Cię i Ściskam Kochany Synku, Bez względu na aktualne relacje między rodzicami i dziećmi, uważam, że między rodzicami i dziećmi istnieje miłość wrodzona. To jest inna miłość niż między mężem i żoną, która jest miłością nabytą. I dlatego teoretycznie mogą się rozwieść, a między rodzicami i dziećmi rozwodu nie ma. Natknąłem się na ciekawe analizy dotyczące miłości. Jest to książka naszego Papieża - "Miłość i odpowiedzialność" z 1960 r. oraz teoria miłości Roberta Sternberga.”
DZIENNIK JÓZEFA K. Tak jest, pozornie wszystko się zgadza: na świecie jest i wyzysk i walka klasowa i niesprawiedliwość społeczna i niskie ceny w skupie żywca. I teflonowi politycy. I źli ludzie. Ale jest też i Rock’n’Roll. Są gitarzyści, którzy osiągnęli kosmiczną biegłość w masturbacji scenicznej mając do dyspozycji gryf jedynie. Są perkusiści, którzy potrafią przyłożyć w bębny i w bałwanów i wetknąć im pałeczkę tam, gdzie każdy z nas nosi program wyborczy partii. Są wokaliści, co szepcząc do mikrofonu będą głośniejsi od wrzaskliwych tyranów. Nagrano tyle wspaniałych piosenek i stworzono tyle wspaniałych płyt. I tyle wspaniałych utworów jest jeszcze do nagrania i tyle wspaniałych albumów jest jeszcze do stworzenia. Słucham “Machine Head” Deep Purple i dziękuję Bogom za te dźwięki. I wzorem wielkiego klasyka Williama, zastanawiam się głośno: rock or not to rock? Co jest teraz? Są reklamy, są gadki o pogodzie i są prezenterzy na sterydach plastikowego entuzjazmu. Pracownicy wielkich rozgłośni z komercyjnym mikrofonem w łapie, którzy opowiadają nam głodne kawałki. I tworzą radio w oparciu o dopalacze syntetycznych orgazmów i na fałszywym dopingu sztucznej wesołości. I są przeboje na bazie niewitaminizowanych tworzyw oraz melodie i teksty ulepione z ohydnych mas plastycznych. Niejadalne. I niestrawne. Polimery chcą zabić Rock’n’Rolla! Long live Rock’n’Roll!
JÓZEF K. I DZISIEJSZE CZASY Józef K. zgłodniał. Spędził pół dnia brnąc przez piach po wydmach, jak każdy rasowy turysta, który pragnie porządnie wypocząć w trakcie urlopu. Szczęśliwy traf sprawił, że niedaleko plaży i wydm znajdował się, jedyny w okolicy, obiekt gastronomiczny, czyli „Karczma u Gronkowca”. Józef K. ukłonił się grzecznie opasłej kobiecie tkwiącej z godnością za ladą chłodniczą. Sądząc po gabarycie była długoletnią właścicielką lokalu. - Dzień dobry. Bigos można dostać? Właścicielka poprawiła ondulację i skinęła poważnie głową. - Można, ale na wynos. Bigos tylko na wynos. - Czemu tylko na wynos? - Przepisy unijne. - Jakie przepisy? Kobieta westchnęła, jakby ubolewając nad ignorancją miastowego. - Unii Europejskiej, proszę pana. Bigos składa się z rożnej zawartości, czy tak? Składników, czyli. Składniki dodaje się do bigosu w różnej kolejności i ilości, czy tak? Długość gotowania bigosu zależy od fantazji osoby gotującej, zgadza się? Jedni gotują dłużej a inni krócej. Zatem, w świetle przepisów unijnych, bigos jest to danie, którego nie da się zmierzyć, zważyć, znormalizować ani zaklasyfikować. Czyli powinno być zakazane. - Bigos jest nielegalny? Właścicielka pokiwała tłustym palcem wskazującym i uniosła podbródek w geście Cezara. - Jeszcze, na szczęście, nie. Urządziliśmy protest, wysłaliśmy petycje do Brukseli i póki, co handlujemy bigosem na wynos. Głodny Józef K. w milczeniu przetrawiał informacje. - A co to za różnica czy bigos jest na miejscu czy na wynos? - Zasadnicza! Bigos na wynos wygląda tak. Co rzekłszy tłusta niewiasta wyjęła spod lady woreczki foliowe opatrzone kolorowymi naklejkami i rozłożyła je na blacie. - Każdy składnik jest oddzielnie i hermetycznie pakowany i pieczętowany. I każdy posiada ważną datę ważności do spożycia. I tak oto, proszę pana, mamy tu kolejno: kapustkę, kiełbaskę, wieprzowinkę, grzybki... - I co ja mam z tym zrobić? - Wrzucić do plastikowego kubeczka, zalać gorącą wodą i wymieszać. Kubeczek jest gratis. Woda też. Józef K. westchnął boleśnie. - A gdybym chciał zamówić golonkę? - O golonkę dopiero walczymy. Sołtys zbiera podpisy pod listem protestacyjnym. Józef K. milczał przez chwilę. - Pani to mnie chyba w konia robi. - A to niby, dlaczego? - Bo całość brzmi jak, nie przymierzając, dowcip trupy Monty Pythona. Poczynając od nazwy karczmy: "Karczma u Gronkowca". Wie pani, że ludzie, zasadniczo, nie przepadają za bakteriami? - Śmiesz obrażać mojego zmarłego męża? - Zmarłego męża? Właścicielka pochyliła się groźnie ponad ladą chłodniczą. - Żarty sobie stroisz, łobuzie? Józef K. poczuł się bardzo niewyraźnie. - Najmocniej przepraszam. Nie miałem pojęcia, że szanowny małżonek, zmarły, pani miał gronkowca... w nazwisku. Atmosfera zrobiła się ciężka. Józef K. zrozumiał z żalem, że nic tu nie zje. Bo nawet gdyby, w ramach jakiegoś cudu kulinarnego, został obsłużony to i tak zacna niewiasta, z pewnością, naplułaby mu do plastikowego kubka z bigosem na wynos. Józef K. ukłonił się z godnością i wyszedł. Czekała go długa droga poprzez wydmy i piach. Ale była pewna jutrzenka nadziei - na drugim krańcu pustyni znajdowała się smażalnia ryb.
Część 22 / 2
DZIENNIK JÓZEFA K. Słyszymy czasami jak ktoś, żaląc się, mówi, że ma „ciężkie życie”. I słyszymy też jak mówi się o niektórych, że „ci to mają fart w życiu”. Wychodziłoby, więc na to, że każdy z nas został obdarowany czy też uzbrojony w życie o różnym stopniu trudności. A ten stopień trudności zależy od tego ile potrafimy znieść i jaka jest nasza wytrzymałości i kondycja psychiczna. Religia nazywa to niesieniem swojego własnego krzyża. Ni mniej ni więcej biega o to, że każdy z nas został wyposażony w ładunek cierpienia, z którym musi sobie sam poradzić. Taki „deal” stulecia: wpuszczę cię na ten Świat, ale musisz cierpieć. Jeśli tak jest to wychodzi na to, że bycie Ziemianinem to żadna tam atrakcja. Religia stawia sprawę następująco: wykopano nas z raju za niesubordynację i ukarano pobytem na świecie gdzie „w pocie czoła pracować będziemy”. A jeśli uda nam się wystarczająco odkupić naszą winę, pracując w tym pocie czoła, to zostaniemy z powrotem przyjęci do raju. Idąc tym tropem okazuje się, że Świat jest czyśćcem a my galernikami jedynie. Ale jeśli tak jest to, po co i dlaczego otrzymaliśmy umiejętności i talenty pozwalające ulepszyć świat a nasze galery uczynić łagodniejszymi i znośniejszymi? Jaki jest sens kary skoro skazany może ją sobie sam złagodzić? Świat nie jest czyśćcem ani karą za utracony raj. Świat nie jest też przedpokojem, w którym tkwimy czekając na kolejny raj. Świat to twór wybitny i doskonały sam w sobie i jest prawie rajem. A my uzbrojeni w myśl, słowo i wolną wolę możemy uczynić z niego raj w pełnym tego słowa znaczeniu. Nasz świat jest jednym z wielu światów, na których żyjemy. Gdy kończy nam się ten tutaj, zaczynamy życie w innym świecie doskonałym. To jest zbawczy pochód człowieka przez światy. Słowa „zbawczy” użyłem nieprzypadkowo. Jesteśmy przecież stworzeni na podobieństwo Boga a skoro tak to jesteśmy równie doskonali jak On. Czyli możemy wszystko i nic nie musimy. Choć religie twierdzą inaczej.
DZIENNIK JÓZEFA K. Ktoś powiedział mi tak: "Nawet gdybym miał talent Roberta Lewandowskiego to przy moim obecnym szczęściu życiowym zakończyłbym pewnie karierę kopiąc w Błękicie Cyców albo w Trotylu Zarębki". Błąd! Pojęcie "szczęście życiowe" nie istnieje. To my sami sterujemy "szczęściem" i my sami jesteśmy w stanie kontrolować bieg zdarzeń. A jeśli coś dzieje się nie po naszej myśli to tylko, dlatego, że jest w tym ukryty sens i cel. Ten sens i cel zrozumiemy w odpowiednim momencie. I najważniejsze: KAŻDY z nas jest Lewandowskim w swojej, własnej dyscyplinie. KAŻDY z nas ma swój, własny niepodrabialny i niepowtarzalny zestaw talentów. Zestaw za pomocą, którego będziemy w stanie rozbić każdy bank w galaktyce. A jest tyle banków do rozbicia! Egon Olsen jest moim bohaterem. Dla Egona nie ma sytuacji bez wyjścia. Egon zawsze ma plan. Egon nigdy się nie poddaje. Egon wierzy w powodzenie i sukces każdego przedsięwzięcia. Egon wie, że każda dobrze obmyślona i zaplanowana operacja musi się udać. Egon jest zawsze pełen optymizmu i ma gdzieś „przejściowe techniczne”. Egon wie, że przyjaźń to najlepsze uczucie na świecie i nie opuszcza przyjaciół, kiedy ci go potrzebują. A przyjaciele nie opuszczają Egona. Egon wierzy głęboko, że może otworzyć każdy sejf w galaktyce i wejść do każdego banku świata. Egon wierzy w myśl, jest konsekwentny i lojalny. O Egonie powinno się nauczać w szkołach a jego czyny i dzieła powinny być jednym ze stałych i obowiązkowych tematów maturalnych.
JÓZEF K. I ŻYCZENIA NOWOROCZNE Kolorowy napis nad wejściem głosił: „Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Dżin & Spółka”. Józef K. zaklął pod nosem, pchnął drzwi i wpadł z impetem do środka. - Ja w sprawie reklamacji! W biurze, za mizernych rozmiarów stolikiem, siedział facet o smutnej posturze dżokeja i o końskich a melancholijnych rysach twarzy. Facet przełożył spokojnie czystą kartkę papieru z jednego końca blatu na drugi i zapytał grzecznie: - Nazwisko? - Józef K. – warknął Józef K. „Dżokej” popatrzył na niezapisaną kartkę papieru, obejrzał ją uważnie ze wszystkich stron podnosząc nawet ku żarówce i kręcąc głową powiedział uprzejmie: - Nie widzę pana danych w systemie. Czego dotyczy reklamacja? - Życzeń noworocznych! Dżin obiecał wszystkie spełnić a jak zwykle dostałem kopa w d… - Znam świetnie pańską anatomię. Jest podobna do mojej i dlatego wiem gdzie leży dokładnie to, w co pan dostał – facet uśmiechnął się łagodnie - czego tyczyły życzenia? - Pieniędzy… - wydyszał Józef K. – prosiłem dżina żebym miał ich trochę więcej. A jest tak samo. Bo przecież ta gówniana podwyżka w wysokości 20 złotych miesięcznie nie załatwia sprawy! - A jednak – „Dżokej” uniósł palec w górę – 20 złotych to chyba „trochę”, nieprawdaż? - Głupka pan ze mnie robi? – zasapał Józef K. - Ustalam fakty. Jakie było kolejne życzenie? - Żeby szef przestał pieprzyć. - I nie przestał? - Nie przestał, impotent jeden! - A skąd pan wie, że impotent? - W firmie, wraz z Nowym Rokiem gruchnęła wiadomość, że się leczy, bo mu przemęczenie i stres usiadły na… Panie, o czym pan gada?! - Ustalam fakty – uśmiechnął się „Dżokej” – i wychodzi mi na to, że życzenie zostało spełnione. Józef K. umilkł zaskoczony i widać było, że myśli intensywnie. - Prosiłem o nowe szelki do kosy spalinowej… - Jaki to model kosy spalinowej? – zapytał rzeczowo facet. Józef K. począł grzebać palcem na pulpicie swojego telefonu komórkowego pomagając sobie przy tym językiem. Po chwili silnego i skoncentrowanego wysiłku umysłowego, wymruczał zadowolony: „k…wa, jest!” i z wyrazem triumfu na twarzy, podetknął wyświetlacz pod nos „Dżokeja”. - Niewykonalne – oświadczył autorytatywnie „Dżokej” – to stary model i w związku z tym, nie produkuje się już nowych szelek. Mógłby pan dostać jedynie szelki używane. No a to, przecież, nie byłoby zgodne z pańskim zamówieniem. Józef K. poczerwieniał gwałtownie i pochylił się nad mizernych rozmiarów stolikiem. - Do czterech razy sztuka! Czwarte życzenie było proste, klarowne i kompatybilnie wykonalne: prosiłem o to, ba, żądałem żeby wreszcie ten świnia, Stukaczewski, dostał to, na co zasługuje! - Kto to jest ten świnia Stukaczewski? - Mój sąsiad. Z pierwszego piętra. Drze ze mną koty o przyblokowy ogródek działkowy od niepamiętnych już czasów! Ja się przez tego drania musiałem tłumaczyć w urzędach, w ZUS-ie i w spółdzielni… - I nic się nie zdarzyło? - Zdarzyło – warknął Józef K. – świnia Stukaczewski wygrał w Totolotka. Grubą sumę. Pierwszego stycznia Nowego tego Roku… - Czyli dostał to na co zasługuje? Może źle go pan ocenia? Józef K. zasapał gwałtownie i chwycił mizernego „Dżokeja” za kołnierz. - Głupka ze mnie robisz, człowieku? - Skądże znowu – wymoczek o końskiej twarzy uwolnił się zgrabnym ruchem z objęć Józefa K. i wskazał na monstrualnych rozmiarów tablicę wiszącą na ścianie. Drukowane jak byk litery na samym szczycie tablicy głosiły, co następuje: „PRECYZYJNE OKREŚLANIE CELÓW I DLACZEGO TO TAKIE WAŻNE”. A napis na dole tablicy zawierał mądrą konkluzję: „DOSTANIESZ DOKŁADNIE TO, O CO PROSISZ. NI MNIEJ NI WIĘCEJ”. Józef K. zawiesił oczy na tablicy. Wydawał się być zrezygnowany. - Jedno mnie tylko zastanawia – powiedział „Dżokej” nie zwracając najmniejszej uwagi na apatię petenta – dlaczego pańskie dane nie widnieją w mojej bazie danych? - Dupa… - mruknął Józef K. - No właśnie „dupa” – zgodził się koński „Dżokej” – nie rozumiem tego. Komu złożył pan zamówienie? - Dżinowi z butelki – westchnął Józef K. – dokładnie tak jak to było napisane w ulotce. - Dziwne… A w jakich okolicznościach? - W okolicznościach Sylwestrowych – warknął Józef K. – i żeby lepiej brzmiało złożyłem je nawet po angielsku. Bo chodzę na taki kurs językowy, firmowy, dla operatorów szlifierek i obróbki skrawaniem i potem w ramach tej wymiany doświadczeń z… - Chwileczkę, chwileczkę – „Dżokej” uniósł dłoń – co pan dokładnie powiedział składając zamówienie? Józef K. potarł wielką łapą spocone czoło. - Gin in the bottle! My wish is your command… “Dżokej” zagryzł usta próbując opanować uśmiech. - Gin? Wie pan, że gin to alkohol? Pachnie tak jak szampon i jest wstrętny, to prawda, ale pomimo wszystko ma w środku promile. - Alkohol? - Nieznajomość języków obcych gubi – westchnął obłudnie „Dżokej” – „dżin” w języku angielskim to „genie”. A „gin” to wóda. Złożył pan zamówienie do butelki z alkoholem, a nie do butelki mojego szefa. I to by wyjaśniało brak pańskiego zamówienia w naszym systemie. Józef K. zaklął cicho pod nosem i obrócił się w kierunku drzwi. Już naciskał klamkę by wyjść i przeżyć swoją porażkę w cichości ducha, gdy nagle, tknięty genialną myślą, wyprostował się bojowo. - Coś mi tu nie gra. Zamówienia nie ma w bazie danych, ale, mimo wszystko, moje życzenia spełniły się, co do joty. O co tu biega? Koński „Dżokej”, w milczeniu, wskazał olbrzymią tablicę. „UWAŻAJ NA TO, CZEGO SOBIE ŻYCZYSZ, BO KAŻDE TWOJE ŻYCZENIE TO INSTRUKCJA DLA NASZEJ FIRMY. DZIĘKI ZAAWANSOWANEJ TECHNOLOGII ‘WISH AS YOU GO’ WYŁAPUJEMY WSZYSTKIE TWOJE MYŚLI I SŁOWA NAWET WTEDY, KIEDY, NIE ZOSTAŁY ONE SKIEROWANE BEZPOŚREDNIO DO NAS”. Józef K. patrzył przez chwilę bezmyślnie na tablicę. Po czym obrócił się na pięcie i trzaskając drzwiami wyszedł z biura „Dżina & Spółki”. Przekraczając próg zaklął szpetnie i powiedział głośno: - Oszuści!
DZIENNIK JÓZEFA K. Oto stoimy przed ladą życia. Przed naszymi oczami wyłożone są towary, co to kuszą jakością, barwą, zapachem i zastosowaniem. Ale wybieramy przezornie, wedle zasobności portfela a nie wedle naszych pragnień. Gdybyśmy wzięli za jednym zamachem wszystko to, co oferuje nam supermarket to nasze torby ze sprawunkami nie wytrzymałyby monstrualnego obciążenia. Możemy wziąć tylko tyle ile sami jesteśmy w stanie unieść. I sami wyznaczamy sobie limity. Często martwimy się na zapas i kupujemy za mało. Martwimy się o to żeby portfel wytrzymał i o to żeby pieniędzy starczyło na później. Tyle tylko, że regały z produktami w sklepie życia znikają tak szybko jak szybko je mijamy. I nawet cofając się w kierunku tej samej półki nie znajdziemy tam już nigdy tych samych towarów, co poprzednio. Będą inne. I być może nawet podobne do tych, które widzieliśmy ostatnio – tyle, że będą już droższe. Bo ostatnim razem wydaliśmy mniej żeby zaoszczędzić a, w międzyczasie, inflacja i czas zrobiły swoje i ceny poszły w górę. Skąd wziąć pieniądze by płacić w sklepie życia? To nasza myśl, wiara, talent i wytrwałość. Jak płacić w sklepie życia? Szerokim gestem. Nie rozmieniając się na drobne. Bo za grosze kupisz mało i to średniej jakości. Płacąc banknotami dostaniesz towary z górnej półki. A czy jest sens kupować cokolwiek w sklepie życia? Wybór jest twój. Niektórzy z nas wolą stanąć przed głównym wejściem i żebrać. Bo boją się nawet pomyśleć o tym jak wspaniałe rzeczy tkwią w środku tego wspaniałego magazynu osobliwości
DZIENNIK JÓZEFA K. Jakiś czas temu wędrowałem w dużym centrum handlowym. Traf chciał, że wlazłem w sam środek opasłego działu „Twój ogród”, co zastanowiło mnie niepomiernie, ponieważ nigdy nie byłem ani hodowcą roślin ani hodowcą drobiu, który to drób, jak wiadomo, dzięki roślinom i paszy przybiera na wadze i znaczeniu. Uwagę moją przykuł slogan reklamowy pestycydów: „Usuń szkodniki ze swojego ogrodu!”. Hasło to rąbnęło mnie bardzo i począłem myśleć intensywnie, z jakich to przyczyn zostałem nim aż tak rąbnięty i jakie to szkodniki buszują w moim ogrodzie. Po kilku minutach znałem już werdykt. Idąc przez życie, wraz z upływem lat, zbierałem w sobie złość. Złość i zadrę wobec tych dobrych ludzi, którzy zrobili mi niedobrze. Złość o różnym stopniu natężenia, w zależności od kalibru przewin łobuzów. I złość, która czasami graniczyła z chęcią srogiego odwetu. Złość to balast. I tak jak ciemność nigdy nie rozświetli nam ciemności, tak i balast, proste to prawo fizyki, nigdy nie pozwoli…