biografia · 6 min czytania
Romans na stoku cz. 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy weszłam do domku, który wynajęliśmy na termin pobytu, dziewczyny nie dały mi nawet zdjąć kurtki. Od razu naskoczyły na mnie i chciały dowiedzieć się wszystkiego - jakby było czego! - Ale czego wy chcecie? No, miałam instruktora, a on jak każdy inny... - nie bardzo wiedziałam, z czego mam im się spowiadać. - Jak każdy inny? Proszę cię! Wyglądał jak milion dolców! - wystrzeliła Agata, która nigdy nie przebierała w słowach. - Nie wyrażaj się tak o Wiktorze, proszę. Poza tym on nie jest w twoim typie. - powiedziałam. - Dlaczego? Wyglądał całkiem - całkiem... - Zanudziłabyś się przy nim. Studiuje medycynę, straszna nuda! - ziewnęłam lekceważąco. - Sporo o nim wiesz. - zauważyła Magda. - Bo z nim gadałam! Dajcie spokój! - zdenerwowałam się tym przesłuchaniem. - Czego chcieć od Paulinki? Przecież ona jako jedyna z nas nie ma chłopaka. Niech się dziewczyna zabawi! - powiedziała Karolina, a ja podziękowałam jej wzrokiem spaniela. Ona zawsze wie, co powiedzieć, w końcu jest moją bliźniaczą siostrą. - Mam nadzieję, że się z nim umówiłaś. - powiedziała moja własna siostra, którą dotąd traktowałam jak najlepszą przyjaciółkę. - Musiałam. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Moja siostra w końcu przejrzała na oczy i zauważyła, że są na świecie inni mężczyźni niż pan Kibard. Gloria i alleluja! - zaśmiała się. - Przestań śpiewać psalmy, przecież już dawno się z tym uporałam. Zapomniałaś? Widziałam jeszcze pana Piotra! - No tak, ale pan Piotr już wtedy miał chyba ze sto lat i raczej nie zaliczał się do ciasteczek. - zauważyła Karola. Zaśmiałam się, gdy tylko wyobraziłam sobie scenę z panem Komorowskim w roli głównej. Dla sprostowania napiszę, że Karolina nie musiała przechodzić przez całe to piekło. Ona cieszy się sprawnością, a w badaniach, które jej przeprowadzano, gdy zachorowałam, nie wykryto żadnych malformacji naczyniowych. Jednak była ze mną właściwie cały czas, kiedy tego najbardziej potrzebowałam. Ona też tego potrzebowała. Zawsze byłyśmy sobie bardzo bliskie; dzieliłyśmy się wszystkimi troskami i radościami, nawet tymi najbardziej błahymi.
Następnego dnia już za kwadrans ósma byłam przy stoku, a tam czekał na mnie już Wiktor. - To co, gotowa do jazdy? - Oczywiście, zwarta i gotowa! – zaśmiałam się. Tego dnia jeździliśmy znów do zamknięcia stoku. Tak było przez następnych kilka dni. Codziennie spotykaliśmy się rano. Pewnego dnia, po zamknięciu stoku, zaproponowałam, aby Wiktor zjadł ze mną i z moimi przyjaciółmi kolację. Oczywiście zrobiłam ją sama, była nią potrawa mało wykwintna, ale…