Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

biografia · 7 min czytania

Romans na stoku cz. 6

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Następnego dnia od rana się zbieraliśmy. Pociąg mieliśmy już o 13, więc musieliśmy się obudzić dość wcześnie. Na dworzec zawiózł nas wujek Wiktora. Kilka godzin później wysiedliśmy z pociągu zmęczeni. Jednak polska kolej nie ma się czym poszczycić. Pojechaliśmy (tzn. mnie musieli ciągnąć na siłę) na przedmieścia Warszawy, gdzie mieściło się Centrum, szpital, który był dla mnie najgorszym wspomnieniem, jakie mogłam sobie tylko wyobrazić. - No, i po co to? On pewnie i tak mnie nie pozna. Przecież ma tylu pacjentów i w ogóle… - nie chciałam tam iść. Bałam się tego. - Mogę cię zapewnić, że pamięta cię. Wczoraj do niego dzwoniłem i o to pytałem. – powiedział Wiktor. - I po co? – naskoczyłam na niego. - Po to, że musi ci wszystko wyjaśnić. Przecież sama tego chciałaś! Nie pamiętasz? – Karolina przejęła inicjatywę przekonywania mnie. - Owszem, chciałam! Ale to było już dawno temu… Zrozumcie mnie w końcu, boję się! – ledwo nad sobą panowałam. Nie chciałam płakać w obecności Wiktora, ale głos mi się załamywał i czułam, że już jest mi coraz ciężej oddychać, a to oznaczało tylko jedno – nie dam już rady opanować łez. Wiktor przytulił mnie. Jego zapach działał uspokajająco i upajająco, jak narkotyk. Powoli doprowadził mnie do budynku i pchnął drzwi. Przywitał się z szatniarzem, u którego zostawiliśmy okrycia wierzchnie i poszliśmy do windy. Nie musieliśmy na nią długo czekać. Właściwie, jakby na nas tylko czekała. Jednak Wiktor nie wcisnął „piątki”, jak mi się na początku wydawało, ale poziom „-1”. Tam, o ile dobrze pamiętałam, mieścił się oddział rehabilitacji neurologicznej, na którym spędziłam dwa miesiące swojego życia. - Czy ja o czymś nie wiem? – zapytałam ich zaskoczona. - Nie no, przecież chciałaś iść jeszcze kiedyś do swoich rehabilitantów. A sama na pewno byś się nie zebrała. – odpowiedziała Karolina, a ja popatrzyłam na nich „spode łba”. - Czy teraz każde moje słowo będziesz brała na poważnie? Skąd w tobie taka zmiana? - Idź. Nie marudź. – powiedziała, gdy otworzyły się drzwi windy. - Dzień dobry, panie Marku. – przywitał się Wiktor z fizjoterapeutą, który przechodził akurat korytarzem. Ten tylko coś burknął pod nosem. - To Mareczek? – zapytałam. – Ten, od nauki chodzenia? - Miałaś z nim kiedyś przyjemność? – zapytał ze współczuciem. - Wątpliwa to przyjemność, ale owszem, miałam. – zaśmiałam się. - To co, idziemy do pana Komorowskiego? – zapytał w końcu. – Czy najpierw chcesz iść do pani Miodowskiej? - Pani Miodowska? Znam? – zapytałam głupio. - Pani Wanda Miodowska. Ta od gimnastyki i usprawniania ogólnego… - Aa… to mów po ludzku. Jasne, że chcę. Nie widziałam jej już sto lat.

Byłam z panią Wandą „sam na sam”. Nie od razu mnie poznała, jednak nie minęła dłuższa chwila, kiedy sobie mnie przypomniała. Uścisnęła mnie, skomplementowała moją figurę i ogólnie nie mogła wyjść z podziwu, że tak dobrze się wyrehabilitowałam. Upierała się, abym napiła się z nią herbaty. Zgodziłam się, ale już pół godziny później przyszedł po mnie Wiktor. - Chodź maleńka. Idziemy, ojciec już skończył zmianę, jeszcze tylko się przebierze i możemy iść. - Nie możemy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Romans na stoku cz. 6 — czytnik · opowiadania