biografia · 8 min czytania
Romans na stoku cz. 7
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy byliśmy na górze, na oddziale neurochirurgii, przeszła obok nas grupka lekarzy. Gdyby Wiktor ich nie zatrzymał, nie domyśliłabym się, że wśród nich może być Kibard. Szli, wymieniając się jakimiś anegdotkami i śmiejąc się. - Tato! – powiedział w końcu Wik. – To właśnie Paulina, ta twoja pacjentka sprzed lat… - wskazał na mnie, a ja się lekko zarumieniłam. - Och, Pauluś, jakże mógłbym zapomnieć tak piękną dziewczynkę, jaką była moja malutka Paulinka? – zapytał retorycznie. - No, bez przesady, nie byłam znowu już taka malutka… - odezwałam się. Nie miałam śmiałości skomentować słowa „moja”. On zaprowadził nas do swojego gabinetu, który mieścił się na samym końcu korytarza. Tam, gdzie przed jedenastoma laty. Tylko, że teraz zmieniła się tabliczka na drzwiach. Pan doktor „dorobił się” własnego gabinetu i, co ważniejsze, wyższego stanowiska. Był dyrektorem medycznym tego oddziału. - Gratuluję awansu. – powiedziałam i chciałam, aby to zabrzmiało jak najbardziej szczerze. Podziękował i zaproponował coś do picia. Byłam tak podekscytowana tą wizytą, że aż mi zasychało w gardle. Zastanawiało mnie tylko jedno: dlaczego on się w ogóle nie zmienił? Przez tyle lat powinno być widać jakieś oznaki starzenia się, a on, jakby nigdy nic… Te jedenaście lat nie zrobiło na nim nawet małej zmiany. I dalej miał te zniewalające perfumy. Mnie osobiście doprowadzały one do euforii. Ich zapach… Pachniały właśnie doktorem Kibard’em. Nikim innym. Do nikogo innego ten zapach po prostu nie pasował. Bardzo długo z nim rozmawiałam. Płynęły potoki łez, jednak cały czas był przy mnie Wiktor, który przytulał mnie w tych trudnych momentach, gdy lekarz opowiadał o tym wszystkim. Jak bardzo on sam się bał o moje życie. Nie chciał, aby cokolwiek się działo. Podobno nie mógł sobie wybaczyć tego, jak bardzo poczułam się skrzywdzona. W pewnym momencie pomyślałam sobie w duchu, „a co mnie to wszystko obchodzi? To, że on nie mógł sobie z tym poradzić? Ale to przecież moje życie zostało zrujnowane!” I nie byłabym sobą, gdybym o tym nie powiedziała. Nie pamiętam już, jakich konkretnie słów użyłam. Pamiętam jednak, że były one bardzo mocne. Gdyby nie Wiktor, rzuciłabym mu się wtedy do gardła. Niestety, Wiki mnie powstrzymał. Poszliśmy na „marszałkowską”. Musiałam odreagować. Karolcia kupiła bezy, niestety tam, w centrum nie mają coli, więc musiałam się zadowolić świeżo wyciskanym soczkiem, który swoją drogą był pyszny. Usiedliśmy przy jednym ze straganów, przy którym były krzesełka i stoliki. - Przyjdziecie do mnie na imprezę? – zapytał Wiktor. - Ja nie mogę! – zanim Karolina cokolwiek powiedziała, ja już oponowałam. - Czemu? – zdziwili się oboje. - Mam dzisiaj jeszcze rehabilitację. – odpowiedziałam, mijając się z prawdą. - Dzisiaj? - Tak, umówiłam się jeszcze na dzisiaj. – Karolina wiedziała, że kłamię. Karolina nie mówiła nic więcej. Poprosiła Wiktora o numer telefonu i pożegnała się z nim. On odwiózł nas do domu. Gdy tylko weszłyśmy, Karolcia mnie zaatakowała. - Ej, siostra, co jest? – zapytała. - Nic. – odpowiedziałam tylko, bo nie miałam najmniejszej ochoty wgłębiać się w szczegóły. - O nie, tak łatwo się nie wykręcisz. Rodziców nie ma, więc nie masz na to najmniejszych szans. - Oj, po prostu nie chciałam tam iść, ok? – zapytałam z wielkim oburzeniem. - Chodzi o pana Kibard’a? – Karolina nigdy nie wypowiedziała się o nim źle czy z odrazą, z którą ja mówiłam o nim, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja. - Nie o „pana Kibard’a”, tylko o tego popaprańca, który spieprzył mi życie. - Nie mów tak…