Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 18 min czytania

Rotherna Prolog

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROTHERNA Prolog

Dziewczyna okryta była płaszczem, pod którym nosiła ciemno zieloną suknię. Żebracy okryci czarnymi płaszczami z kapturami, ciężko zgarbieni szli przez zaśmieconą ulice Imradium. W ich drewnianych miskach brzęczały monety. Niektórzy ślepi, niektórzy kulawi, podpierający się drewnianymi kijami. W święto Mery zostawali wyganiani z miasta na okres siedmiu dni. W ten czas magowie, których siedziba znajdowała się w Imaradium mogli odprawić siedmiodniowy rytuał mający miejsce, co roku w święto Mery. Mera to Przeklęta Niedźwiedzica, siostra Bery: pierwszej Przeklętej Niedźwiedzicy podróżującej tylko z jej sługami Przeklętymi Brązowymi Niedźwiedziami. Mera była zwierzem Imaradium z tego powodu, co rok odprawiano święto Mery, a tajniki tego rytuału zapisane zostały na stronicach Księgi Rytuałów znajdującej się na Uniwersytecie Magicznym a Uniwersytet Magiczny należał do Władz miasta i magów. Władze a konkretniej Gildia Gwardzistów mocno zaciskała swe żelazne pięści na Imaradium. Gildia Gwardzistów prawie zniszczyła miasto na jesień i zajęła się równie brutalnie jak je zdobyła. W tych dniach przelała się krew. A teraz, gdy przez Zakon Arcymagów Powietrza na Agrallię spadła Wieczna Zima nic nie można było zrobić, trzeba było oddać miasto bez oporu i dać ściąć lub powiesić tych, którzy byli przeciw Gildii Gwardii. W Księdze Prastarych Mocy zapisano, bowiem „Lodowe Słońce”. Lodowe Słońce objawia się, gdy Arcymagowie Powietrza będą chcieli przywołać Avatara – największego maga Powietrza i innych żywiołów. Wtedy, bowiem objawia się siła dwóch braci Avatara Powietrza, Mniejszego Avatara zimy i Mniejszego Awatara Słońca. Gdy moce tych dwóch złączą się słońce zamarza wywołując Wieczną Zimę. Dziewczyna szła razem z nimi, obok niej wyrastały dwu i trzy piętrowe kamienice z czerwonej lub czarnej cegły. Za lekką mgłą widać było dwóch gwardzistów w szyszakach i stalowych zbrojach z halabardami w ręku i mieczami za pasami przy półokrągłej bramie z szarego kamienia. Za nimi była zamglona uliczka, nieznana dziewczynie. Jeden ze strażników był ospały, co chwilę opuszczał głowę i mlaskał ze zmęczenia ruszając ciemno brązowymi wąsami. Drugi był nieco młodszy i wyższy. Szyszak nie pasował mu do twarzy. Gwardzista spojrzał na idących i oparł się o ścianę. Dziewczyna przeszła obok a on spojrzał nań, lecz nie zapatrzył się, tylko znów oparł się o ścianę. Skręciła w cienką uliczkę przy szarej ścianie jednej z kamienic. Na środku zniszczonego, pełnego do połowy rozkruszonych półkolistych bram placu n wywalonych kamiennych kolumnach siedzieli gwardziści, jeden palił fajkę, inni gadali, kolejny pokazywał drugiemu miecz; halabardy trzymali przy sobie, długie i ostre. Z tyłu hak u góry sztylet przymocowany do ostrza topora. To właśnie była halabarda, jedna z ulubionych broni gwardzistów. Okryta płaszczem przeszła obok siedzących i szybko skręciła w szarą uliczkę, Po drugiej stronie uliczki znajdował się długi budynek, półkoliste bramy ciągnęły się aż od jego początku do końca. Była to opuszczona od dwudziestu lat tylnia część uniwersyteckiej biblioteki. Po bramach łaził szary kot a uliczką pod jej nogami szybko przebiegł czarny. Zwiastowało to pecha, lecz nad nią przeleciał biały gołąb, co zwiastowało szczęście. Nie wiedziała, co myśleć. Najpierw czarny kot potem biały gołąb. Jest tylko jedno wytłumaczenie tego zjawiska… Szare Płaszcze. Tak, to oni.. Na pewno. Usłyszała kroki dziwnie szybko zbliżające się, halabarda wysunęła się zza ściany… zaczęło się. Święto Mery. Dziewczyna zaczęła biec, zza opuszczonej części biblioteki wyłoniło się sześciu zbrojnych, kilkunastoletnich chłopaków biegło panicznie przed nimi. Alejki, uliczki a nawet brudne zaułki penetrowali gwardziści, stawiających opór zabijali innych wyganiali. Siedem dni… siedem długich dni bez jedzenia i wody.. Za bramami miasta. Dziewczyna biegła, już miała skręcić, gdy jej ramię przekuło ostre ostrze halabardy. Dwóch gwardzistów wyłoniło się zza budynku. Szare Płaszcze szły po mieszkańców Imaradium. Już jeden z gwardzistów – Szarych Płaszczy miał ją złapać wstała i uciekła na Północno - Zachodni plac pełen równie zniszczonych posągów jak i półkolistych bram i kolumn. Za placem też roiło się od Gwardzistów, lecz Rotherna ominęła ich i wbiegła w zamgloną i zaśnieżoną uliczkę, między budynkami. Uliczka kończyła się na zakręcie, nie było tam strażników, lecz ujrzała parę rozległych plam krwi. Kończyły się one za górkami śniegu, Rotherna podeszła bliżej, strach w niej narastał podeszła bliżej i zobaczyła ciało Szarego Płaszcza. Nie miał połowy ręki, na zbroi miał kilka przenikających przezeń krwawych śladów i poderżnięte gardło. Usta miał otwarte i ciekła zeń strużka krwi. Ciało było owiane śniegiem. Ręka leżała niedaleko, dłoń była otwarta, obok leżał miecz. Nagle zobaczyła na dachu budynku cień, który szybko znikł, odsunęła się i nagle dwa ostrza długich sztyletów spoczęły na jej ramionach, padła na kolana po sile uderzenia. Strużka krwi lała jej się po ramieniu. Nie widziała twarzy napastnika, lecz czuła jego oddech, wiało od niego zimną miętą. Widać ten zabójca jest czysty. Pomyślała. Sztylet przylgnął jej do szyi. Poczuła dotyk twardej ręki na krańcu kaptura, ostrze sztyletu znajdowało się przed jej oczyma. Napastnik brutalnie zdjął kaptur, włosy dziewczyny były lekko rude i długie, twarz gładka, lecz trochę zmęczona. Napastnik zdjął z jej szyi sztylet i wskoczył na dach budynku za nią. I wtedy sobie go przypomniała, jednego z bandy złodziei Harriena. Skoczek, tak… tak go nazywali. Skoczek. Zmienił się bardzo od ostatniej wizyty Rotherny u nich. Skoczek był nerwowy, lecz nie tak, wtedy biegle skakał i posługiwał się sztyletami. Nosił również medalion Ven In Sen, co znaczy „Wieczna Zima”. Był to elficki medalion. Rotherna wstała, otrzepała spódnicę ze śniegu zmieszanego z ziemią i pobiegła do końca uliczki widząc czterech rozmawiających ze sobą gwardzistów wyłaniających się zza zakrętu. Weszła na Północny Plac zwany również Większym Targiem, choć teraz nie funkcjonował, odbywał się tylko dwa razy do roku. Dziewczyna przeszła plac i znalazła się przy pierwszym obrębie murów miejskich. Na razie nie było tam strażników bądź gwardzistów. Dostrzegła jednak trzech mężczyzn. Jeden wysoki i szczupły, drugi to Skoczek a trzeci to zapewnie Kucz – Zawsze niski kieszonkowiec i topornik bandy Harriena. Rotherna zaczęła biec do mężczyzn stojących przy zejściu do podziemi. Nagle dwie postacie zeskoczyły na nią i ściągnęły ją na kolana, dwa ostrza mieczy spoczęły na jej ramionach jak przy ataku Skoczka, lecz teraz dziewczyna wiedziała, kto ją zaatakował. Kana i Kena. Dwaj bracia, których rodziców zabiła Gildia Gwardzistów – Szare Płaszcze. Bracia podprowadzili ją pod Harriena i ściągnęli jej kaptur. - Aja Rotherna!! Co cię do nas sprowadza? – Harrin dalej miał głos nastoletniego młodzieńca biegle posługującego się mieczem. - Uciekam przed gwardzistami. - Kana, Kena puśćcie ją. – Rozkazał Harrien. - Magowie posunęli się za daleko. – Rzekł męskim głosem Kucz wskazując na stróżkę czarnej krwi płynącą z jej ramienia. - Masz rację Kucz, Kana – leć po Żądełko. - Tak. – Kana pobiegł w dół ciemnymi schodami. - Wzniosą barierę niedługo, siedem dni, musimy ich powstrzymać. - Wiem, Skoczek. - Tak. - Leć sprawdź jak przygotowania do Mery. - Tak dowódco. – Skoczek szybko zaczął skakać do Centrum znajdującego się przy Domu Magów i Uniwersytecie Magicznym. - Planujecie coś? –Zapytała. - A jakże! Wszystko przygotowane, musimy tylko wedrzeć się do Uniwersytetu i wykraść te kamienie, te kolorowe a następnie umieścić je na wieżach – tym zajmie się Skoczek, włamania to specjalność Keny a Kuna będzie rzucał kamieniami w gwardzistów by ich odciągnąć od magów, Żądełko będzie zabijało gwardzistów atakujących ludzi a magowie nie będą mogli wznieść bariery nad miastem, bo kamienie będą odpychać moc magów. - A jak jednak ją wzniosą? - To trudno… - powiedział Żądełko wchodzący razem z Kaną po schodach. Żądełko był dwunastolatkiem, u pasa miał dwa lekko zakrzywione miecze, w ręce trzymał trzeci a na policzkach miał po dwie bordowe kreski namalowane farbą. Na bujnych włosach miał równie bordową przepaskę wmieszaną w bordowo – brązowe włosy. Oczy miał niebieskie a w ustach trzymał fergię – roślinę podobną do słomy, lecz poprawiającą zapach oddechu. - Witajcie. – Słowik zaszedł Rothernę od tyłu. Najlepszy kusznik, jaki żył na świecie, dwudziestoletni i przystojny, niebieskooki i szczupły. - Witaj Słowik. – Odrzekł Harrien.- Gdzie Miecznik? - Z tyłu, jak zawsze został jeszcze coś zrobić razem z Krucziem. - Dobrze. Kena – idź na Plac i dopilnuj by gwardziści nic nie podejżewali. A ty Słowik idź na wieżę Słowika i czekaj na sygnał. - Tak Harrien. -Zaczyna się robić ciekawie. – Powiedziała. - Ciekawie to dopiero będzie. – Wtrącił się Kucz. – Gdzie Kruczi? - Majstruje coś z Miecznikiem. - Ah tak. – Kucz wrócił na dół. Nagle usłyszeli odgłos stóp wbiegających na górę. Był to Zent – jeden z mieczników…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%